Warczenie owiec

pon., 22 lipca 2013, 17:32

Nie będę oceniać ostatniego oświadczenia Urzędników Pana B. na temat księdza Lemańskiego. Koń jaki jest każdy widzi i każdy może mu sam pozaglądać w zęby, żeby wyrobić sobie zdanie o jego wartości. Zamiast tego chętnie wyciągnę pomocną łapę i pomogę zrozumieć autorom oświadczenia to, czego najwyraźniej nie potrafią zrozumieć sami.
Ręczne sterowanie wiernymi i myślenie za nich było kiedyś, w totalitarnym ustroju, dziecinnie proste. Z powodów tylko pozornie się wykluczających. Z jednej strony ludzie jakoś tej ludowej władzy nie lubili i wszelką przeciwwagę do niej witali z radością. A z drugiej byli tak już przyzwyczajeni do autorytarnego czy paternalistycznego języka i sposobu myślenia, że używanie go również przez niekomunistyczną władzę dusz nie zwracało ich szczególnej uwagi, nie mówiąc już o budzeniu oburzenia.
Ale potem komuna padła i przyszła ta piekielna demokracja. Może i nieco chropawa, może wymagająca ciągłego szlifowania, ale proponująca jednostkom całkiem inny język. Nie da się ukryć, że było to nieszczęście dla tych pasterzy, którzy manualny paternalizm uznali za jedyną słuszną metodę obchodzenia się z owieczkami. Bo spora część owieczek dostała na ten stary język takiej alergii, że w ramach objawów chorobowych zaczęła brykać, łazić samopas, domagać się strawniejszej strawy, powarkiwać, a chwilami wręcz pokazywać wilcze zęby. Co gorsza, wygląda na to, że jest to proces nie do zatrzymania, choć pasterze starają się go z całych sił ignorować, albo leczyć wzmożoną dawką alergenu.
Mogę wyznać, że mnie się ta demokracja, mimo swych piekielnych wad, bardziej podoba od jej braku. Dlatego kibicuję upodmiotowionym nagle owieczkom, uczciwie informując równocześnie Kogo Trzeba, że im ta przypadłość raczej nie minie. Będą brykać coraz bardziej, a niektóre mogą nawet bryknąć z pastwiska. I wszelkie lekceważące rzeczywistość oświadczenia mogą to tylko przyśpieszyć.
A dlaczego mnie to wszystko obchodzi i porusza, choć jako pies z natury rzeczy nie jestem członkiem Kościoła? Bo Kościół, usiłując wpływać choćby na decyzje polityczne czy prawodawstwo, na media i umysły, wpływa na kształt życia każdego obywatela, nawet takiego całkiem spsiałego. Zatem Kościół sam domaga się bycia moją sprawą, choć przy odrobinie wysiłku mógłby nią nie być.
Nie mam więc poczucia, że wtykam nos, gdzie nie powinienem. Zresztą, skoro wolno psu nawet na Pana Boga szczekać, to chyba tym bardziej na jego urzędników i ich klapki na oczach. Ale mogę obiecać, że kiedy religia naprawdę stanie się w naszym kraju kwestią całkiem prywatną, nie szczeknę na tematy kościelne ani słowa. Nie będzie potrzeby.

Bohater pozytywny

śr., 17 lipca 2013, 03:36

Bobik nie po raz pierwszy poszukiwał pomysłu na swoją przyszłość. Wprawdzie nie miał ochoty dorastać, ale już zdążył się nauczyć, jak często rzeczywistość staje w poprzek najszczerszym nawet chęciom i niechęciom.
– Może bym został Bohaterem Pozytywnym? – rzucił niby to w przestrzeń, ale pilnie nadstawiając uszu, czy sąsiadka zainteresuje się tą myślą.
Labradorka kłapnęła niedbale na przelatującego motyla, przewróciła ślepiami i odezwała się nawet jak na nią wyjątkowo sceptycznym tonem.
– Spróbować możesz, chociaż wielkiego powodzenia temu projektowi nie wróżę. Tylko musisz się od razu zastanowić, dla kogo chcesz być pozytywny.
– Jak to dla kogo? – zdziwił się szczeniak. – Myślałem, że bohaterskość pozytywna to pozytywna i już. Powszechne uwielbienie, miejsce w dziełach literackich, a jakby jeszcze kiedyś, po latach, pomniczek jakiś…
– Może dawniej tak było, ale już na pewno nie jest- westchnęła Labradorka. – Teraz jak jesteś pozytywny dla tych, to natychmiast, z natury rzeczy, negatywny dla tamtych. Pomniczek owszem, może jedni ci postawią, ale drudzy zaraz obalą. W dziełach literackich jedni ubóstwią, ale drudzy oplują. I kłody pod łapy będą rzucać. I za każdy skrawek niedoskonałości cię chwycą, żeby nią triumfalnie wywijać. Bohaterstwo pozytywne to wcale nie jest taka świetna fucha, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.
– Kurczę, a ja tak lubię być niedoskonały – zmartwił się Bobik. – Ale tak całkiem jeszcze tego pomysłu z pozytywnym bohaterstwem do lamusa nie odłożę. W końcu, jak twierdził nasz psi wieszcz Jan Wilkołaz, nawet z kłód rzucanych pod łapy można zbudować sobie budę.

Moja i nie moja

pt., 12 lipca 2013, 02:10

Czuję się, jakbym wziął po pysku
i obrzydzenie mnie przenika,
gdy ciska w kogoś arcybiskup
pytaniem godnym szmalcownika.

Nie moja sprawa – mógłbym myśleć –
nie będę w misce mniej miał przez to,
nie wyschnie nagle woda w Wiśle,
gdy się nie zerwę do protestu.

Ale coś boli, rwie, boruje,
upiera się: to przecież chore,
że chcą zaglądać jakieś szuje
w – co z tego, że nie mój – rozporek.

Mnie wstyd, nie im, gdy na to patrzę
i pytam z mrocznym niepokojem,
czy są ci wszyscy zaglądacze
z ojczyzny mojej – czy nie mojej?

O lubieniu

niedz., 30 czerwca 2013, 09:44

„Lubmy się trochę bardziej” – pada czasem apel,
na który bym reakcję miał entuzjastyczną,
gdybym wiedział, że ten mój spontaniczny zapęd
trafi na odpowiednią do niego publiczność.

Dajmy na to, podchodzę do łysego w glanach
i torebką machając niczym Teletubiś
głosem pełnym sympatii szczekam „proszę pana,
jestem gejem i chciałbym pana bardziej lubić”.

Czy dzwonię do radyjka, co ocieka cnotą,
przyznając, że do Boga nabożeństwa nie mam
i sam nie wiem, czy można mnie nazwać patriotą,
lecz chciałbym porozmawiać na lubienia temat,

lub do pani posłanki z prawicy najprawszej
podbiegam, zamaszyście machając ogonem,
i mówię „choć liberał ze mnie był od zawsze,
lubię panią, więc w zgodzie pójdźmy w jedną stronę”…

Ach, byłyby to pewnie chwile pełne przeżyć,
coś, jakby dobrowolnie kłaść głowę na pieniek,
bo gdy ktoś ma pod ręką kij, by psa uderzyć,
zwykle za kij wpierw łapie, a nie za lubienie.

A kijów widzę morze i wciąż rosną w siłę…
Więc nie chcąc nieopatrznie ryzykować głową,
lubić będę tych, których dotąd polubiłem,
a innych – jak się zrobi trochę mniej kijowo.