Przeważające siły

pon., 23 grudnia 2013, 23:29

Tego roku, jak każdego innego, Bobik stanowczo odrzucił myśl o jakichkolwiek świątecznych przygotowaniach. Uważał się za psa mało konserwatywnego, choć korzystania z konserw mięsnych nie potępiał w czambuł, jego stosunki z tradycją były na ogół czysto dyplomatyczne, więc nie widział powodów, żeby urobić sobie łapy po łokcie wyłącznie dlatego, że inni tak robią. Ułożył się wygodnie na kanapie, przysunął sobie laptopa i postanowił nadrobić zaległości korespondencyjne.
Pierwsza zjawiła się Choinka. Zapukała i kiedy tylko Bobik uchylił drzwi, natychmiast bezczelnie wepchnęła w nie gałązkę, po czym jęknęła, niby to bezradnie, ale przy tym jakoś znacząco i oskarżycielsko wymierzając w psa szpilki:
– Zimno mi! Ktoś powinien mnie przygarnąć i ubrać! Jak to wygląda, żeby ubogie drzewko tułało się na mrozie, kiedy po domach leży tyle zeszłorocznych strojów? Chociaż łańcuchem w charakterze szalika mógłby mnie kto owinąć!
Na nieszczęście dla siebie Bobik w ogóle nie posiadał w repertuarze poręcznego pytania „ale dlaczego akurat ja?”. Nie potrafił nawet wygłosić trzeźwej uwagi, że zima jak dotąd wcale nie była taka mroźna. Wprowadził Choinkę do pokoju, wskazał jej wygodne miejsce i poszedł szukać odpowiednich dla niej ciuchów. Ale zanim zdążył zdjąć pudła z pawlacza, przez uchylone okno wśliznął się wyperfumowany grzybami i liściem bobkowym Barszcz.
– Nie widziałem cię już od miesiąca – zaszemrał uwodzicielsko. – Albo i dłużej. Wiem, wolisz, kiedy pachnę rurą wołową, ale skropiłem się tym, com ta miał, żeby było szybciej. Nie mogłem się doczekać spotkania z tobą, twego rozkosznego mlaskania, słów, które będziesz mi szeptał do uszek… O, widzę, że przygotowałeś wazę. To znaczy, że też za mną tęskniłeś.
Szczeniak nie miał serca zepsuć lirycznego nastroju brutalnym wyjaśnieniem, że wazę wyjął tylko po to, żeby dostać się do ukrytych za nią kawałków suszonego żwacza. Z nieznacznym westchnieniem zdjął wieko i patrzył, jak Barszcz, radośnie bulgocząc, wlewa się do naczynia. To jednak nie był koniec. Na fali Barszczu, chwiejąc się i chichocząc, wpłynęli do kuchni Karp ze Śledziem.
– Przyytuul ryyy…bkę – zaśpiewali na bardzo nieokreśloną melodię. – Daaj się ryybce napić piwa, wiesz, że ryybka lubi płyyywać!
– Aleście się ululali! – warknął z przyganą Bobik. – Marsz na półmisek! Przedrzemcie się, a jak wytrzeźwiejecie, to się wami zajmę.
Wrócił do poszukiwań jakiegoś ciepłego swetra dla choinki, ale nie zdążył nawet dojść do połowy schodów, kiedy znowu usłyszał pukanie, tym razem bardzo natarczywe. Pobiegł do drzwi, licząc w skrytości ducha, że to może Mikołaj z prezentami, otworzył i ujrzał w progu zgraję popychających się i przekrzykujących Wędlin, na które z tyłu niecierpliwie napierały Mięsiwa.
– Wpuść nas, wpuść! – wrzeszczały grube i cienkie głosy. – Brakuje nam środowiska naturalnego! Potrzebujemy niszy ekologicznej z nienaruszonym sosem tatarskim! Żądamy czerwonej kapusty dla zagrożonej wymarciem Gęsiny! Nie ma Dziczyzny bez borówek!
– Ale mnie się nie chce robić żadnych sosów! – spróbował odeprzeć atak Bobik. – A nawet wręcz obiecałem sobie, że ich robił nie będę. Chcecie, żebym wyszedł na takiego, co nie dotrzymuje obietnic?
Krzyk przed drzwiami jeszcze się wzmógł. Pasztet aż zatrząsł auszpikiem z oburzenia, a Schab wysunął się na sam przód grupy i zimno, przez zęby wycedził:
– Bobik, nie bądź świnia!
Szczeniak poczuł, że dalsza obrona nie ma sensu. Siły przeciwnika były przeważające. Z rezygnacją rozwarł drzwi domu na oścież, wpuszczając do środka całą rozwrzeszczaną hałastrę i nawet się szczególnie nie zdenerwował, kiedy – jak każdego roku – na końcu ulicy dojrzał zmierzających w jego stronę ze świątecznymi transparentami Sernika, Piernika i Makowca. Pomachał im tylko ogonem i szczeknął – Wesołych Świąt!

W oparach okizmu

niedz., 15 grudnia 2013, 20:55

Źle się w Królestwie Myśli dziać zaczęło, kiedy
w granice jego wkradły się podstępne wredy,
co prawo naturalne wysłały na drzewo,
i popchnęły Królestwo w naturalne lewo.
Zewsząd wylazły zaraz łajdactwa skończone,
niejaki Sartre się jawnie prowadzał z Simonem,
bandy neomarksistów napadły Jakucję,
żeby tam seksualną robić rewolucję,
w europejskich przedszkolach, metodą wiadomą,
do menu wprowadzono cichcem serek homo,
a nadobna Adorna, kochanka dżendera,
została konkubentem Marxa Horkheimera,
co wściekło feministki, które żrącym płynem
oblały katolicką, normalną rodzinę,
po czym, do podręczników wsadziwszy goliznę,
poleciały zarażać wszystkich ateizmem.
Wniosek z tego: religia i kościelne łono
przed wrogami nauki jedyną obroną.

Prawił tak Mędrzec Oko, a słuchaczy zgraja
biła brawo, nie widząc, że to rzewne jaja
z pomyślunku zdrowego i wszelakiej wiedzy,
prelegenta na rękach nosili koledzy,
piejąc nad erudycją i logiką czystą…
Tak robią czystkę w myślach okista z okistą.

Entliczek-pentliczek

niedz., 8 grudnia 2013, 19:28

Entliczek-pentliczek, już chyba nie zliczę,
jak często zrzeszają się kanapowicze.

Wystarczy, że z kimś tam poprztyka się koleś
i nowa partyjka już leży na stole.

Bobik przerwał na moment recytację i łypnął spod grzywki na publiczność, która zgromadziła się na Akademii Założycielskiej Ku Czci. Jako artysta znany i zasłużony uświetniał takie uroczystości już nieraz, ale dziś miał wrażenie, że nie wszystko idzie tak, jak trzeba. Nie zobaczył jednak na sali żadnych oznak niezadowolenia, zebrani z błogim uśmiechem kiwali do taktu głowami, więc nieco uspokojony recytował dalej.

W partyjce jabłuszko, w jabłuszku robaczek…
Oj, straszny czarnowidz jest z niego, bo kracze:

Kto tylko potrafi, kit zaraz nam wciska.
że Polska, że naród, że chleb, że igrzyska.

A o co tu biega, nie powie nikt w oczy –
no, o to wszak, by próg wyborczy przekroczyć.

Najpóźniej w tym miejscu Bobik spodziewał się zdegustowanych psykań, a może nawet buczenia. Ale nie, błogie uśmiechy nie schodziły z twarzy zgromadzonych. Można było spokojnie kontynuować występ.

Bo przejście za próg ten spełnieniem jest marzeń,
zaszczyty czekają tam i apanaże.

Już wtedy nie zmęczy nadmiernie się łapa,
gdy zechce swój tortu kawałek zachapać.

A Polska? A naród? To tylko żetony,
którymi żongluje gracz władzy spragniony.

Więc dość obojętne, co wyjdzie tym razem,
czy Polska z jabłuszkiem, czy Polska ze zrazem.

Czniać można spokojnie partyjki oblicze,
entliczek-pentliczek, wyborczy stoliczek.

Bobik skończył, ukłonił się i z ulgą usłyszał burzliwe, przedłużające się oklaski. Uff, udało się! Nikt nie zauważył, że przez pomyłkę wygłosił wierszyk przygotowany na całkiem inną imprezę, dla całkiem innej publiczności.

Bajka o kolesiach

wt., 3 grudnia 2013, 10:59

Gonił lew ongiś hienę przez dobre dwie mile,
bo zezwalał mu na to królewski przywilej.
Kiedy już miał ją dopaść, ocknie się goniona
i krzyknie: moment, królu, nie tak zaraz skonam,
wstrzymaj się, jeśli łaska, w swoim władczym biegu
i racz wziąć pod uwagę, że ja mam kolegów.
Z niedźwiedziem byłam w szkole, z wilkiem w zetemesie,
z nosorożcem robilim w jednym interesie,
bobrowi ustawiłam przetargi na tamy,
zebrze dałam w prezencie markowe piżamy,
leopardowej futro, psom uszyłam buty,
z hipopotamem zasię poszłam raz na ksiuty.
Drapnął się lew po głowie i przysiadł na zadku,
mrucząc: chyba dam sobie siana w tym przypadku,
a wtedy kumple hieny doborową spółką
zabrali mu koronę, obstąpili w kółko,
przycisnęli do ściany i gminna wieść niesie,
że dziś rządzą w królestwie jak koleś z kolesiem.