Blog Pana B.

wt., 12 lutego 2013, 21:29

Pan B. podreptał do kuchni, żeby zrobić sobie cienkiej herbaty. Cienkiej, bo mocna podnosiła mu ciśnienie i nie mógł potem zasnąć, a i bez tego ze spokojnym snem miał trudności.
Wpis na jego blogu wisiał już ponad dwa tysiące lat i nic nie wskazywało na to, że w najbliższej przyszłości uda mu się wrzucić nowy. Pan B. w głębi ducha bardzo się dziwił, że komuś wciąż jeszcze się chce ten od dawna nieaktualny tekst komentować i rozważać, co też autor chciał przezeń powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że to wszystko trzeba by napisać od nowa, jakoś inaczej, sensowniej, dojrzalej, chociaż spora część komentujących ludzi wydawała się nie zauważać luk czy potknięć. No, ale o ludziach tak czy owak nie miał najlepszego zdania. Zbyt byli podobni do niego, żeby mógł naprawdę dobrze o nich myśleć. Nie chciał tylko całkiem stracić nad nimi władzy.
Na swój temat już od wieków nie miał złudzeń. Znał swoje słabości, wiedział, że jest zaborczy, próżny, porywczy, niekonsekwentny i co tam jeszcze. To mu właściwie nieszczególnie przeszkadzało. Bardziej martwił go ten kompletny zanik sił twórczych. Przeczytał bądź ile poradników o zachęcających tytułach w rodzaju „I ty możesz być kreatywny”, ale nie posunęło go to ani o krok naprzód. Dalej nie miał pomysłu na coś, co warto by opublikować. Ba, nie umiał zmienić jednej litery w tym, co napisał wcześniej. Czuł się często zużyty i wypalony. Przy życiu trzymała go jeszcze tylko wierna grupa fanów, choć i ona z roku na rok topniała.
Wrócił z herbatą do komputera i znowu zerknął na ranking. Obiecywał sobie nie robić tego tak często, ale z tych obietnic, jak z wielu innych rzeczy, nic mu nie wychodziło. No tak, w rankingu Pan A. dalej go wyprzedzał, zupełnie nie wiadomo czemu. Jego wpis był wprawdzie wstawiony kilkaset lat później, ale merytorycznie rzecz biorąc nie wnosił żadnej nowej jakości, a i napisany był nie tak znowu genialnie. Doprawdy, łaska publiczności na pstrym koniu jeździ. Jeszcze kikadziesiąt lat i na czoło rankingu gotów wysunąć się Pan S.
Przez uchylony lufcik wpadł mroźny, nieprzyjemny powiew. Pan B. otulił się szczelniej szlafrokiem, podszedł do półki z książkami i zaczął szukać poradnika, z którego dotąd jeszcze nie korzystał, ale słyszał, że niektórzy odnieśli dzięki niemu spore sukcesy. Jakiś Włoch to napisał, Cialdini chyba… O, jest – „Wywieranie wpływu na ludzi : teoria i praktyka.” Lata latami, wypalenie wypaleniem, ale jednak nie zamierzał poddawać się tak całkiem bez walki. W końcu oprócz blogerstwa zajmował się poważnym biznesem, był odpowiedzialny za niemałą liczbę swoich pracowników i chciał im zapewnić źródło utrzymania dopóki jeszcze się dało. Każde stulecie się liczyło.