Cienie

pt., 25 stycznia 2013, 10:43

Ptak przebiegł nerwowym truchtem po zaśnieżonym tarasie, rozejrzał się, podfrunął w stronę karmnika, ale w trakcie lotu zmienił zdanie i usiadł nieco wyżej, na pergoli. Nie czuł się bezpiecznie. Żaden z jego zmysłów nie stwierdzał obecności kota, ale coś kociego czaiło się w samym dniu, w jego chrzęszczącej cicho jasności. Podłużne kamienie obrastały futrem, szczapom drewna niewidzialna ręka dorysowywała wąsy, wiecznie zielone pędy bambusa drżały jak koniuszek ogona. Ślady na śniegu, zwykle czytelne i zrozumiałe, znienacka stawały się receptą wypisaną przez pijanego lekarza.
Chyba już łatwiej byłoby znieść, gdyby kot tu był, niewątpliwy, z rozmiarem, wagą i kolorem przymrużonych ślepi. Wtedy byłaby to tylko kwestia procedur. Precyzyjnie obliczyć odległość, ocenić wiek, stan fizyczny i stopień najedzenia, z którego wynikał współczynnik determinacji, przypomnieć sobie szkolne zadania o drapieżnikach skradających się z miejsca A do miejsca B… Dobrze znana, uspokajająca rutyna, żadnej niedookreśloności i Nie Wiadomo Czego. Żadnego idiotycznego, urągającego ptasiej logice poczucia, że brak kota w połączeniu z natrętnymi myślami o kocie jest znacznie gorszy niż sam kot.
Sam nie wiedział, co poderwało go nagle do panicznego lotu. Skok, który nie był skokiem, pazury, które nie były pazurami, nieporuszony ruch, niedokonany mord? Strzeż się, strzeż się, strzeż się, krzyczało coś milcząco i nie można było tego nie posłuchać, nie śmignąć, nie wznieść się pionowo ku niebu, nie opaść wreszcie z dudniącym sercem na sam czubek czereśni, gdzie gałązki były zbyt cienkie, żeby utrzymać ciężar kociej nieobecności. Gdzie można sobie było pozwolić nawet na bezczelny, triumfalny śpiew.
Cień kota odsunął się od okna i wydał z siebie cień rozczarowanego miauknięcia. W skrytości ducha liczył na to, że niedoszła zdobycz tym razem nie odleci tak szybko. Polowania na ptaki z krwi i kości nigdy wprawdzie nie były udane, ale o ileż bardziej podniecające od polowań na cienie ptaków.