Nosorożce

pon., 20 czerwca 2011, 15:11

Bobik wrócił z przebieżki jakiś markotny. Ogon miał oklapły i nie poświęcał najmniejszej uwagi muchom, które zaczęły coraz bezczelniej zbliżać się do jego nosa.
– Coś się stało? – zapytała współczująco Labradorka i przysunęła szczeniakowi miskę z kawałkiem świeżego salcesonu.
Bobik zignorował salceson, poczłapał pod stół i zwinął się w przygnębiony kłębek.
– Wiesz – wykrztusił spod stołu – byłem trochę poszczekać z kumplami i jakoś to dziwnie wyszło. Niby nic takiego nie było, a w końcu prawie każdy się poczuł… no, trochę jak pogryziony.
– Oj, to przykro – zmartwiła się sąsiadka. – Najgorzej, kiedy nikt nie chciał gryźć, a tak jakoś wychodzi, jakby chciał. To mi przypomina taką anegdotę, którą kiedyś słyszałam. Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach dekolonializacji, na posiedzeniu ONZ przedstawiciel Wielkiej Brytanii mówił o pladze żuków w jednym z brytyjskich protektoratów w Afryce. Te żuki nazywają się po polsku rohatyńce nosorożce, a po angielsku rhinoceros beetle. Tłumacz na rosyjski nie dosłyszał słowa beetle i poinformował delegatów swojego kraju o wytężonej walce ludności protektoratu z nosorożcami. Jeden z delegatów przerwał mowę, dopytując się, w jaki sposób Wielka Brytania pomaga opanować tę inwazję nosorożców. Dostał odpowiedź, że poprzez dostarczanie dużych ilości mioteł i pojemników z chemikaliami.To wydało się radzieckiemu delegatowi dalece niewystarczające, a ponadto było dla niego dowodem, że imperialistyczni kolonialiści z obawy przed Afrykanami nie chcą im dać do rąk broni palnej dla skutecznej obrony przed dzikimi bestiami. Na to włączył się jeszcze inny delegat, z pytaniem, dlaczego jest to taki problem, skoro nosorożców w Afryce jest już bardzo niewiele. Brytyjczyk odparł stanowczo to twierdzenie, mówiąc z naciskiem: o, nie! Są ich miliony! Każdej wiosny nadlatują ogromnymi stadami z północy i zżerają korę na drzewach. W tym momencie dyskusja osiągnęła taki stopień komplikacji, że trzeba ją było przełożyć na następny dzień, żeby wyjaśnić nieporozumienia i ustalić, kto tak naprawdę o czym mówił.
Labradorka zamilkła i czekała, kiedy Bobik się uśmiechnie. Ale bobiczy ogon nadal był dość oklapły, chociaż jego koniuszek dyskretnie zdradzał pierwsze objawy wracania do równowagi. Zastanowiła się i dodała:
– Pomyśl, to było prawie 50 lat temu i od tego czasu zdarzyła się jeszcze niejedna taka historia. Ale ONZ nadal istnieje i nadal się tam rozmawia. Czy to nie jest jednak optymistyczna puenta?
Bobik pomyślał o perpektywie jutrzejszego poszczekania z kumplami i doszedł do wniosku, że Labradorka ma dużo racji. Wyczołgał się spod stołu, wykonał dla rozgrzewki kilka rozluźniających ruchów ogonem i skubnął odruchowo kawałek salcesonu. A potem zdecydował, że salceson właściwie najlepiej zjeść do końca, póki świeży.