Zadanie

pt., 27 września 2013, 23:33

Siedzieliśmy z Kumplem przy misce rosołu, było słoneczne, leniwe, podszyte jesienią popołudnie. Kumpel właśnie opowiadał mi o najnowszych odkryciach naukowych w dziedzinie gonienia kotów, kiedy nagle jakiś mały, rudawy typek z czarnym szlaczkiem przeleciał nam przed nosami. Kłapnąłem na niego raczej z obowiązku, niż z rzeczywistej chęci złapania i zamierzałem wrócić do pasjonującego tematu rozmowy, ale Kumpel już zdążył wypaść z rytmu.
– Motyl – szczeknął trochę głupawo, jakbym sam nie widział, co mi po domu fruwa.
Przyglądaliśmy się przez dłuższą chwilę, jak rudzielec bezradnie obija się o szyby i w końcu żal nam się go zrobiło.
– Można by go wypuścić – zasugerowałem ostrożnie, nie mając pewności, czy mój gość też jest skłonny do podjęcia się tego niewdzięcznego zadania.
Kumpel pokiwał potakująco łbem. Był dość sporym mieszańcem wyżła z labradorem, więc otwarcie drzwi wejściowych nie stanowiło dla niego problemu. Nie musiał nawet skakać na klamkę, oparł się po prostu o nią przednimi łapami i rudy miał wolną drogę. Ale zamiast skorzystać z okazji, tłukł się dalej jak potępieniec, to po drzwiach na taras, to po oknie w dachu, wzbudzając współczucie, ale też, nie ukrywajmy, działając nam na nerwy.
– Z drzwiami od tarasu nie pójdzie tak łatwo – frasobliwie przyznał Kumpel. – One mają taki skomplikowany zamek, że nawet ludzie czasem muszą się z nim mocować. Ale szyba to rzecz raczej krucha. Gdyby udało nam się przewrócić na nią coś ciężkiego i twardego…
Rozejrzeliśmy się wokół. Metalowe, kute krzesło wydawało się odpowiednie. Przepchnęliśmy je w pobliże drzwi i naparliśmy od spodu. Mebel stracił równowagę, walnął w szklane drzwi, szyba poszła, a motyl przeniósł się pod okno dachowe i tam nadal uprawiał swoje potępieńcze tańce.
Popatrzyłem na Kumpla, on na mnie. Wiedzieliśmy bez jednego warknięcia, co teraz musi nastąpić. Nieraz obserwowaliśmy ludzi, zmagających się z tym oknem. To już była wyższa – nawet całkiem dosłownie – szkoła jazdy.
Najpierw trzeba było przywlec z ogrodu drabinę. Na szczęście dostęp do ogrodu, dzięki rozbitym drzwiom, był prosty, ale wleczenie drabiny i tak sprawiało nam pewne trudności, nazwijmy to, anatomiczne. Czym są jednak trudności dla dwóch bardzo zdeterminowanych psów. Dowlekliśmy tę drabinę, ustawiliśmy pod oknem, a potem zaczęliśmy deliberować, który z nas powinien na nią wejść. Obaj nie mieliśmy żadnych doświadczeń cyrkowych ani wysokogórskich. W końcu Kumpel zaryzykował, wdrapał się na piąty czy szósty szczebel i wtedy drabina się złożyła, przywalając go z kretesem.
Kumpel zawył boleśnie, wygrzebał się spod zawodnego sprzętu, wylizał gnaty i spojrzał na mnie znacząco. Nie wypadało mi się wycofać. Ustawiliśmy drabinę jeszcze raz, wlazłem na nią aż do samej góry i z całej siły pchnąłem grzbietem okno. Puściło. Szklana tafla uniosła się, Kumpel merdnął z uznaniem, ja zaszczekałem zwycięsko, a rudy zatrzepotał skrzydłami i wyfrunął w pierwszy z brzegu podmuch wiatru, nie bąknąwszy nawet dziękuję.
Omijając starannie kawałki szkła wróciliśmy z Kumplem do miski. Bolały nas wszyskie mięśnie, a Kumpla dodatkowo jeszcze poobijane gnaty. Rosół skrzepł w galaretę. Byliśmy szczęśliwi.