Sprzedaż wiązana

sob., 27 kwietnia 2013, 21:33

Kupił Bobik posiadłość, raptem kilka hektarów,
kopał, pielił, murował, machał pędzlem i kosą,
bramę trzymał otwartą, bo już taki miał narów,
a poza tym był ciekaw, kogo wiatry przyniosą.

I zaczęło zlatywać się z odległych zakątków
towarzystwo mieszane, bujna i dziwna klika,
bez przewodniej idei, bez porządku, bez wątku,
ale łasa niezmiernie na gościnność Bobika.

Koło smukłych radości siadły smutki zębate,
koło jawy fertycznej sny jak flaki z olejem,
zapomnienia wspomnieniom przysuwały sałatę,
gładki spokój opierał się o szorstką zawieję.

Karmił Bobik i poił tę łakomą czeredę,
nie żałował ni czasu, ni energii wydatków,
wina ciągle dolewał, obsługiwał per pedes,
nie zerkając na zegar, który dostał po dziadku.

Aż się jeden ze smutków dał mu nadto we znaki,
krzyknął więc „żegnaj smutku!”, nawet porwał za dzidę,
gość się podniósł, lecz radość wstała też na wist taki,
mrucząc przy tym stanowczo: „to i ja sobie idę”.

Za nią do drzwi ruszyło lato z zimą pospołu,
biel i czerń, szarość, rytmy posuwiste i skoczne,
cisza, wrzawa, a w końcu życie wstało od stołu
i szepnęło nieśmiało: „co ja bez nich tu pocznę?”

Pojął Bobik, że rodzaj to sprzedaży wiązanej,
że się nie da wydłubać z tego ciasta rodzynków,
opanował się zatem, głowę schłodził pod kranem
i poprosił, by wszyscy znowu siedli przy winku.

Znosi odtąd hałastrę tę raz lepiej, raz gorzej,
czasem strasznie się zżyma, głośno pyta, czy warto,
czasem nawet przed gośćmi się ukrywa w komorze,
ale bramę, skubaniec, dalej trzyma otwartą.