Dobre wychowanie

śr., 9 stycznia 2013, 11:25

Po Nowym Roku Bobik zawsze zaczynał czekać na wiosnę, więc trochę się zdziwił, ujrzawszy zamiast niej w drzwiach dawno niewidzianą Spanielkę. Był oczywiście zbyt dobrze wychowany, żeby demonstracyjnie okazać swój zawód, ba, nawet poczuł się nieco winny, że go odczuwa, zamerdał więc ogonem z niezwykłym zapałem i w lansadach poprowadził gościa do najwygodniejszego z foteli.
– No i co u ciebie dobrego? – zapytał niebacznie, już w momencie pytania wiedząc, że popełnił okropny błąd.
– Dobrego?! – chlipnęła Spanielka z wyrzutem. – Chyba sobie ze mnie kpisz. Łapę sobie skaleczyłam. Ulubioną miskę z chińskiej porcelany stłukłam. Opuścił mnie kolejny narzeczony. Akcje spadły. Zanieczyszczenie środowiska wzrosło. W polityce makabra. Prasa kłamie i tylko szuka sensacji. Mops to skończona świnia, choć Wyżeł chyba jeszcze gorszy. A mój katar wciąż nie przechodzi – dokończyła triumfalnie i głośno zadęła w chusteczkę.
Bobik z najwyższym trudem powstrzymał ziewanie. Słyszał to wszystko od Spanielki już tyle razy, że teraz najchętniej zmieniłby temat, albo ostentacyjnie zatkał uszy. Ale od tej chęci poczuł się jeszcze bardziej winny i szybko spróbował pokryć irytację zwiększoną uprzejmością.
– Coś ci podać? – zatroszczył się. – Pasztetówkę? Salceson? Mam też znakomitą kałużankę, roztopową, długo leżakowaną.
– Odrobina kałużanki może mi nie zaszkodzi – zgodziła się łaskawie Spanielka. – Z wędlinami muszę uważać, żołądek mam w strasznym stanie. A do tego jeszcze alergia…
Nalewając kałużankę Bobik z całych sił dusił skomplikowane, piętrowe przekleństwa, narastające mu w gardle. A w miarę ich narastania czuł się coraz bardziej zobowiązany do nadskakiwania gościowi. Posunął się nawet do współchlipnięć w co boleśniejszych momentach litanii żalów, która robiła się coraz barwniejsza, jak rozkładany z dumą pawi ogon.
– Dobry z ciebie piesek, Bobik – rozczuliła się w końcu Spanielka. – Inne psy jakoś tak szybko mnie zbywają, czasem nawet z warczeniem, a tutaj tak dobrze mi się siedzi. Właściwie dlaczego ja u ciebie tak rzadko bywam? Muszę zacząć odwiedzać cię regularnie.
– Baa… bardzo mi będzie przyjemnie – wykrztusił szczeniak, zastanawiając się, dlaczego nawet w tej chwili nie jest w stanie złapać Spanielki za kudły, potrząsnąć i wyjaśnić jej, dlaczego nigdzie nie jest chętnie widziana.
– Być może droga do piekła wcale nie jest wybrukowana dobrymi chęciami, tylko dobrym wychowaniem – mruknął sam do siebie, tak cichutko, żeby Spanielka broń Boże nie dosłyszała i szybko nalał do jej miski następną porcję znakomitej, roztopowej, długo leżakowanej kałużanki.

Znośna pieskość bycia

wt., 1 stycznia 2013, 19:58

Kolejny rok zaczął się mało spektakularnie. Bobik usiłował udawać sam przed sobą, że coś się zmieniło, ale był przy tym znowu na bakier z ciągle czegoś się czepiającą uczciwością. Podszedł kilka razy do lustra, żeby zobaczyć, czy starszość wpłynęła mu przynajmniej na zewnętrzne szczegóły, ale nie mógł się dopatrzyć żadnych różnic w porównaniu z wczorajszym dniem.
– Po co właściwie te wszystkie rytuały, toasty i napinania się, skoro tak naprawdę wszystko zostaje po staremu? – poskarżył się Labradorce, która z leżyckim spokojem usiłowała odespać zarwaną noc.
– Och, zmian będziesz miał jeszcze dosyć – ziewnęła Labradorka. – Ale nie mogę ci odmówić pewnego rodzaju racji, choć miałeś ją zupełnie niechcący. W moim wieku coraz bardziej dochodzi się do wniosku, że w gruncie rzeczy, mimo wszelkich przemian i zdarzeń, kręcimy się cały czas za własnymi ogonami. Nihil novi w tej samej rzece, jak mawiali starożytni.
– No to jaki to całe dzianie się ma sens? – wykrzyknął rozżalony szczeniak.
– Nie denerwuj się, mały – mruknęła Labradorka uspokajająco. – Punkt wyjścia jest tak samo dobrym punktem dojścia jak każdy inny. A dzianie się jest po prostu po to, żeby nam się nie skończyły tematy do rozmów.

Psia choinka

pon., 24 grudnia 2012, 00:31

Ci, którzy zdążyli prawie wszystko przygotować, są zadowoleni. Ci, którzy zdążyć nawet nie mieli zamiaru, też mają przyjemność, bo się nie napracowali. Święta są zatem tak czy owak czasem ogólnej przyjemności i zadowolenia, a przynajmniej być powinny.
I ja chciałbym zmieścić się w tym taku i owaku, więc z przyjemnością, w imieniu całego blogowiska, dziękuję za wszystkie świąteczne życzenia i wzajemnie życzę najlepszego, najzdrowszego, najsmaczniejszego, a przede wszystkim najweselszego. A teraz już możemy z zadowoleniem przejść do najprzyjemniejszej części wigilijnego dnia, czyli do prezentów.
Pierwszy prezent to wigilijna opowieść Katarzyny Weintraub o karpiu pożydowskim, która trafiła do nas, za zgodą Autorki, poprzez berlińskiego Rysia. Tę paczkę można rozpakować tutaj.
A drugi prezent… Chyba rozumiecie, że pod psią choinką nie mogło zabraknąć pasztetówki dla Wszystkich. Toteż drugie opowiadanko, a właściwie humoreska Wladimira Kaminera, którą przetłumaczyłem z niemieckiego, jest cała o pasztetówce i leży w tym miejscu.
No to rozplątujemy wstążki, przecinamy sznurki, rozrywamy papier. Wesołych Świąt! 🙂

Postęp

śr., 19 grudnia 2012, 11:32

– Życie mi się ostatnio jakieś takie monotonne zrobiło – stwierdził Bobik z niesmakiem, złażąc z solidnie wysiedzianego fotela. – Potrzeba mi zmiany, fantazji, powiewu przygody. Może bym rozbójnikiem został? Łupić, rabować, wymykać się z zasadzek, robić w konia przedstawicieli prawa… Nie da się ukryć, że to brzmi bardzo emocjonująco.
– Rozbójnictwo chyba wcale nie jest takim łatwym kawałkiem chleba – zauważyła sceptycznie Labradorka. – Nie wiem, czy podobałoby ci się na przykład ukrywanie się w jaskini albo w ziemiance. Zimno, wilgotno, twardo i robactwo łazi. Co to za warunki dla psa? Nie słyszałam jeszcze o żadnej jaskini z kanapą i dobrze zaopatrzoną lodówką. Albo to całe strzelanie. Ty przecież nie lubisz huku. No i uciekanie po lasach przed szeryfem i spółką to też nie takie znowu mecyje. Na początku może zabawne, ale szybko może wyleźć bokiem i zadyszką.
– Masz bardzo przestarzałe pojęcie o rozbójnictwie – warknął z przekąsem Bobik. – Współczesny rozbójnik nie pelęta się po żadnych lasach i nie śpi w jaskini. On siedzi w skórzanym chesterfieldzie, na najwyższym piętrze, krawat poprawia, pyłki z garnituru strząsa, sekretarki po szynkę parmeńską posyła, a od czasu do czasu stuknie w klawiaturę i łupi przy tym na całego. Uciekać przed stróżami prawa też nie musi osobiście. Od tego ma adwokatów. Ogólnie żyje mu się wygodnie i bez skrupułów, ale nie nudno, bo kombinowanie, jak by tu zrabować jeszcze więcej, dostarcza mnóstwo adrenaliny. Mówię ci, to jest świetna fucha.
– Ale co ty byś właściwie z tego miał? – zgłosiła kolejną wątpliwość Labradorka. – Prawdziwy rozbójnik, taki jak Robin Hood czy Janosik, to, co odebrał bogatym i tak musiał oddać biednym. Trudno w ten sposób zapewnić sobie dostatnią emeryturę.
– A nie mówiłem, że nie nadążasz za światem? – zirytował się Bobik. – Współczesny rozbójnik łupi wszystkich, jak leci, choć biednych najchętniej, bo nie podskoczą. I nikomu niczego nie oddaje. Jego doradcy podatkowi zawsze jakoś tak wykręcą, żeby nie musiał. Uświadom sobie wreszcie, że rozbójnictwo w jego obecnym kształcie jest zawodem z teraźniejszością i przyszłością.
– A co z legendą? – jęknęła przygnębiona Labradorka. – Co z rozbójniczym etosem?
– Postępu nie powstrzymasz! – pouczył ją z wyższością w głosie szczeniak. – Jak się chcesz upierać przy legendzie i etosie, to sama sobie zostań smokiem wawelskim i żyj o siarce i wodzie. A rozbójnicy będą na to patrzeć i pękać ze śmiechu.