Bajka o Perliku i Sokole

sob., 2 listopada 2013, 22:07

Na skraju lasku, tuż za kapliczką,
mieszkali sobie Perlik z Perliczką,
posiedli sporą gromadkę dziatek
przekonań mocnych wór na dodatek,
wodę i karmę, więc mieli się
tak, jak za piecem u Pana B.

Klatka ich była przyciasna, stara,
trzy kroki w prawo i ściana zaraz,
dawno sypała się od korzeni,
lecz Perlik za nic by jej nie zmienił,
bo tylko wtedy był całkiem rad,
kiedy nie zmieniał się jego świat.

Oprócz przekonań, dziatek i żony,
miał jeszcze Perlik zaprzyjaźniony
drób – od indora aż po kurczaka –
co jednym głosem z nim zawsze gdakał
i ten bezmyślny, a głośny gdak
był mu nad wszelkie łakocie w smak.

Tu by się mogła skończyć opowieść
o tym, jak żyli ci Perlikowie,
kochając bezruch i święty spokój,
gdyby nie pewien nieznośny Sokół,
który się zjawił nie wiedzieć skąd
i się okazał gorszy niż trąd.

Miast w kółko międlić znajome pienia,
dawał ten złośnik do zrozumienia
że wszystko płynne jest, a co gorzej,
w klatce coś także zmienić się może,
jutro, pojutrze, nawet nie dziś,
lecz nie jest głupia o zmianie myśl.

Spienił się Perlik jak oranżada:
„Sokół nie gada tego, co gada!
Tak się nie godzi w ptasiej rodzinie,
by ptak ptakowi podkładał świnię!
Ja na te rzeczy mam dobry słuch –
nie grozi w klatce nam żaden ruch.”

Słowa perlicze, twarde jak skała,
natychmiast drobiu część zrozumiała
i jęła szeptać po kątach zgoła:
„dłużej Perlika niźli Sokoła,
jeśli cierpliwy będzie nasz klan,
przeczeka sprawę, nie będzie zmian.”

Bajka do tego zmierza pomału,
że się przewidzieć nie da morału,
nikt nie potrafi tego wyliczyć –
sokoli wygra wzrok, czy perliczy,
zatem na razie powiedzieć dość,
że Sokół dalej robi na złość.

Plan Pięcioletni

sob., 26 października 2013, 00:01

Z odświętną miną chciałbym przypomnieć wam, Kochani,
że równo pięć lat temu urodził nam się Planik.
Malutkim był osesekiem, co w wieku tym przystoi,
więc na początku ciągle chciał bawić się i broić,
nie myślał o przyszłości, nie dumał o zasadach,
miał w głowie tylko jedno – przyjemnie się nagadać.
Lecz potem czas i jego wziął ostro do galopu,
pokonać wkrótce kazał mu przed powagą opór,
zasępił momentami, namieszał, jak się dało,
szczegóły zaczął zmieniać (więc się zmieniła całość)
i w końcu tak przerobił wyjściowe wszystkie dane,
że Planik z niemowlęcia stał się powoli Planem.
Dziś już jest pięcioletni, już myśli, robi kroki,
już z koni różnych spada (najchętniej z tych wysokich),
a czasem bez powodu rozbryka się jak szczeniak,
bo mu nie przeszła całkiem ochota do brojenia.
Choć wichry nim miotały, jak każdym żywym stworem,
potrafił im się dotąd skutecznie oprzeć w porę,
pogonie jakoś zmylić, przed zniechęceniem nawiać,
by swędem psim prowadzić spółdzielnię Wspólna Sprawa.
Nie lubi się przechwalać, lecz cichcem, w cztery oczy,
przyznaje, że sam siebie stukrotnie już przekroczył,
a jeśli nie przeszkodzą mu nawałnice losu,
to mógłby jeszcze rosnąć – na swój niewielki sposób.

Kto w ciągu pięciolatki się zdołał zżyć z tym Planem,
niech dla lepszego wzrostu podleje go szampanem. 😀

Migawka sieneńska

czw., 17 października 2013, 23:56

Po przodkach jakichś Bobik miał włóczęgowskie geny,
więc pętał się po świecie, aż trafił raz do Sieny
i szczeknął: coś tu kupię, bo mam na razie za co,
na przykład bilet wstępu do tego tu palazzo.
Pubblico się nazywa, co daje mi nadzieję,
że również psim osobom wstęp tu wzbroniony nie jest.
O cenę zatem szybko wywiedział się w tedesco
i wszedł, a tam gdzie spojrzy, na ścianie jakieś fresco.
Pies biega i w kąt każdy z zachwytem naso wsadza,
wtem patrzy – na tych freskach to zła i dobra władza,
na temat jednej z drugą znaczące zaś konkrety
przecudnie wymalował niejaki Lorenzetti.
Tę dobrą poznać po tym, że wszystko się rozwija,
że wszędzie jest harmonia, a nie medialna chryja,
że chłop ma tłuste wieprze, a kupiec dobry towar,
że dba o wspólne dobro najgłupsza nawet krowa,
a wreszcie, że dla władców, co głów nie mają ciasnych,
ważniejszy jest interes publiczny, a nie własny.
Ach, gdzież jest taka władza! – wykrzyknął pies w euforii,
a z boku szepnął rodak – ech, tylko w alegorii.

Lapsus na niedzielę

śr., 9 października 2013, 01:02

Grzech wstrętny jest w zasadzie, gdy wśród duchownych gości,
rozumieć jednak trzeba tej sprawy subtelności,
pojmować, że nie godzi się po kamienie schylać,
gdy dziecko niewinnego wciągnęło pedofila.
U dzieci już od dawna proceder ten jest w modzie,
szczególnie jeśli mają rodziców po rozwodzie,
uczucia deficytem pałają, albo zgoła
wychować seksualnie ich próbowała szkoła.
Zepsute to owoce i chyba nie dziwota,
że kler nieletnim takim się może dać omotać.

Świat groźnym jest siedliskiem występku i rozróby,
a księża sami jedni ratują go od zguby,
więc co maluczkim czynią, jest ich prywatną sprawą,
w to nie powinno wchodzić bezczelnie nawet prawo,
tym bardziej zaś owieczka, co swych pasterzy wini,
wywody odszczepieńców, publicznej głos opinii,
lewacki jakiś pomiot lub dziennikarska szmata,
bo to na Kościół przecież jest bezprzykładny atak!
Bo kiedy ktoś skrzywdzony, od tego sługa boży,
by jeszcze mu dokopać, by jeszcze mu dołożyć,
ze Słowa i z tradycji wyraźnie tak wynika…

To Ewangelia według biskupa Michalika.