Dwa psy

śr., 3 grudnia 2008, 01:47

Nawet zwierzęta są czasem skłonne do zwierzeń, więc trochę Wam się dziś pozwierzam. Odkąd wdałem się w blogowanie, polszczyzna przestała być dla mnie językiem wyłącznie prywatnym, domowym, prawie tajnym a stała się znowu normalnym narzędziem komunikacji. Ale przez to tym bardziej zacząłem odczuwać, że na co dzień równolegle porozumiewam się z ludźmi w całkiem innym języku. I przypomniałem sobie, co powiedział Wittgenstein: granice mojego języka są granicami mojego świata. A skoro tak, to czy ja jestem w dwóch światach? Czy też dwa światy są we mnie? Czy może wcale nie ma mnie, tylko są dwa różne psy, z których jeden zasypia, kiedy budzi się ten drugi?
Ta cholerna tożsamość. Nie dało to się wymyślić czegoś łatwiejszego?

Jeden pies, pędziwiatr,
bez obciachów zgarniał świat,
biegł przez Francje i Japonie,
rzadko sobie na ogonie
siadł.

Drugi pies, smętny zwierz,
w świecie czuł się niczym wesz
po ulicach, po granicach,
jakiś nieswój się przemycał,
o żesz!

Jeden pies, sprytny czart,
wachlarz miał bankowych kart,
Szopen wierzbą mu nie groził,
a po mieście go obwoził
Smart.

Drugi pies pośród słów,
co żłobiły w głowie rów,
w snach schowaną dziwną mową
dawne dawał rzeczy słowo
znów.

komu świat, komu sny,
patrzą w lustro oba psy:
czy to schizofrenia jest?
Ja i on to jeden pies.
Yes.

Pieśni starego ogona

pon., 1 grudnia 2008, 12:00

Muszę Wam zdradzić pewien smutny i wstydliwy szczegół z mojego życiorysu. Moi miewają od czasu do czasu napady pedagogicznej paranoi i wtedy potrafią mnie nawet przez kilka tygodni nie dopuszczać do telewizora, tłumacząc przy tym, dlaczego ma mi to wyjść na dobre . Po jakimś czasie to szaleństwo im przechodzi, głównie zresztą przez zapomnienie, co to oni właściwie chcieli osiągnąć i ich stosunkowo luźne stosunki z konsekwencją, ale straty moralne i intelektualne, jakie ja ponoszę w tym okresie, są niepowetowane. Pomijając już to, że nie mam o czym szczekać z rówieśnikami, tracę zupełnie rozeznanie w świecie. Innymi słowy, niedoinformowany się robię i zacofany jak jaki pies dingo.
Kiedy po ostatnim takim gwałtownym przypływie, a następnie łagodnym odpływie dydaktycznego amoku rodziny dorwałem się znowu do przekaziora, ogarnęło mnie przerażenie. Stwierdziłem, że już nawet szczeniaki w moim wieku robią się za stare. Świat ich nie lubi, nie ceni i nie głaska. Już nie da się być za młodym, bo zawsze znajdą się jeszcze młodsi i to oni zbierają całą śmietankę. A ponieważ ja bardzo lubię być głaskany, zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić, żeby przynajmniej sprawiać wrażenie jeszcze młodszego, jak już nie mogę zacząć żyć do tyłu.
Nieoceniona telewizja podsunęła mi kilka wskazówek na odmłodzenie. Ale nie wszystkie sposoby skuteczne u homo erectusów nadają się równie dobrze dla psa. Weźmy takie kremy przeciwzmarszczkowe. Futro wytłuszczą i pozlepiają, a do skóry nawet nie dotrą. Dermabrazja też nie jest najlepszym pomysłem. Zanim by się tę postarzałą warstwę naskórka starło, kłaki by już zdążyły unieruchomić całą niezbędną przy zabiegu maszynerię. Lifting? Znowu to cholerne futro stoi na przeszkodzie. W ogóle spod niego nie widać, czy i co zostało podniesione.
Z tego wszystkiego zdecydowałem się na botoks. Zastrzyk i przez futro da się wykonać, co wiem już od czasu zawarcia bliższej znajomości ze szczepionką przeciw wściekliźnie. Solidne unieruchomienie jakiegoś mięśnia nawet u psa powinno się rzucać w oczy. No i kariera w Hollywood robi się wiele bardziej prawdopodobna, jak się jest zdrowo nabotoksowanym.
Postanowiłem pójść na całość i dać sobie wstrzyknąć botoks w ogon. Każdy od razu zobaczy, że nie przyjmuję biernie tego nieszczęścia, jakim jest upływ czasu, tylko aktywnie przeciwstawiam się i walczę z. Zgromadziłem fundusze, znalazłem odpowiedniego lekarza, przełamałem irracjonalną, ale w pewnym stopniu usprawiedliwioną wczesnodziecięcymi doświadczeniami niechęć do kłucia i w oznaczonym dniu stawiłem się w klinice.
Wszystko poszło znakomicie. Dokładniej rzecz biorąc, znakomicie z punktu widzenia lekarza, który zainkasował swoją dolę i mojego, bo zgodnie z oczekiwaniem poczułem się jeszcze młodszy. Niestety, do nastroju ogólnego zadowolenia nie dołączył mój ogon, który od czasu zabotoksowania stał się strasznym malkontentem i narzeka właściwie bez przerwy.

Ach, jakże nieruchomo tkwię
na Bobikowym zadzie.
To, jak potraktowano mię
na życiu mym cień kładzie.

Pomnę, gdym wesół, piękny, zdrów
we wszystkim mógł brać udział
do koni-m machał i do krów
nie mówiąc już o ludziach.

Podkulić mogłem się pod spód
i z góry na dół skinąć
emocjonalny zrobić skrót
lub uczuć żar rozwinąć.

A dziś, jak zaczadzony muł
niezdolny-m jest do drgnięcia,
nie czuję, bym cokolwiek czuł,
co mówię bez zadęcia.

Nasada moja już na fest
trucizną usztywniona.
Młodość! Czy ona jest debest
w botoksu strasznych szponach?

Być młodym to nie moja rzecz,
wiem. I tak myślę w duchu:
już mnie nie głaszczcie nawet, lecz
dopuśćcie mnie do ruchu!