Bajka o Perliku i Sokole
Na skraju lasku, tuż za kapliczką,
mieszkali sobie Perlik z Perliczką,
posiedli sporą gromadkę dziatek
przekonań mocnych wór na dodatek,
wodę i karmę, więc mieli się
tak, jak za piecem u Pana B.
Klatka ich była przyciasna, stara,
trzy kroki w prawo i ściana zaraz,
dawno sypała się od korzeni,
lecz Perlik za nic by jej nie zmienił,
bo tylko wtedy był całkiem rad,
kiedy nie zmieniał się jego świat.
Oprócz przekonań, dziatek i żony,
miał jeszcze Perlik zaprzyjaźniony
drób – od indora aż po kurczaka –
co jednym głosem z nim zawsze gdakał
i ten bezmyślny, a głośny gdak
był mu nad wszelkie łakocie w smak.
Tu by się mogła skończyć opowieść
o tym, jak żyli ci Perlikowie,
kochając bezruch i święty spokój,
gdyby nie pewien nieznośny Sokół,
który się zjawił nie wiedzieć skąd
i się okazał gorszy niż trąd.
Miast w kółko międlić znajome pienia,
dawał ten złośnik do zrozumienia
że wszystko płynne jest, a co gorzej,
w klatce coś także zmienić się może,
jutro, pojutrze, nawet nie dziś,
lecz nie jest głupia o zmianie myśl.
Spienił się Perlik jak oranżada:
„Sokół nie gada tego, co gada!
Tak się nie godzi w ptasiej rodzinie,
by ptak ptakowi podkładał świnię!
Ja na te rzeczy mam dobry słuch –
nie grozi w klatce nam żaden ruch.”
Słowa perlicze, twarde jak skała,
natychmiast drobiu część zrozumiała
i jęła szeptać po kątach zgoła:
„dłużej Perlika niźli Sokoła,
jeśli cierpliwy będzie nasz klan,
przeczeka sprawę, nie będzie zmian.”
Bajka do tego zmierza pomału,
że się przewidzieć nie da morału,
nikt nie potrafi tego wyliczyć –
sokoli wygra wzrok, czy perliczy,
zatem na razie powiedzieć dość,
że Sokół dalej robi na złość.

A obserwacja Heleny byłaby jednak trafniejsza, gdyby została opatrzona zastrzeżeniem „niektórzy”, „większość”, czy nawet „znakomita większość”. Bo nie dając takiego zastrzeżenia po pierwsze musi się powiedzieć nieprawdę (wiadomo, że takie obserwacje nigdy nie mogą dotyczyć 100% populacji), a po drugie można sprawić przykrość komuś, kto cięgiem ino przeprasza i wtedy jakoś głupio wychodzi.
… a co ja napisałem w ostatnim zdaniu ?
to do Bobik 8 listopada 13, 01:32 było…
Zdawało mi się, że napisałeś dobranoc. Ale to pewnie tylko wishful thinking, bo mi się już ziewa okrutnie.
A i tak Helena ma rację: jeden pies i jedna Łajza wsparta na Vesper to nic. Polacy kochają błysk koron dwóch: tej na swoim łbie i równie złotej, obszernej w gębie „nowych ruskich”
Znaczy, koron szwedzkich nie kochają w ogóle?
A manie towaru, nawet najlepszego, to jest jeszcze pikuś. Najważniejsze to umieć go sprzedać tak, żeby inni chcieli kupić.
Anegdotka z życia na dobranoc.
O pedofilii i nie tylko.
Właściwie to tylko o nie tylko.
W podstawowej szkole uczył nas śpiewu niejaki Krolopp. Stary już był strasznie (z 50 miał albo i więcej), więc może ojciec danego derygenta albo wujcio. Nie pedofilił, jak mniemam, bo pedofil, co wszyscy wiedzą, lubi dzieci. On nas nie lubił i przy każdej okazji lał po łapach smyczkiem od skrzypiec. Nasi koledzy (a była to jakaś czwarta albo piąta klasa) obsikali mu za to zbiorowo auto marki MIKRUS. Może by się nawet nie dowiedział, ale cała szkoła latała z zachwytem oglądać ślady zbrodni.
I to by było na tyle, miłych snów, Koszyczku.
A ja mam dobrze, bo raz, wyjątkowo, zamiast dołujących ale ważnych książek o nas (yes, we have bananas, copyright Carmen Miranda) Polakach, czytam książkę o tym jak strasznie jest pokręcony ten nasz kraj, ale na śmieszno, bo to Hitman Machulskiego.
Więc może tej nocy nie będą śniły mi się pedofile i komuchy i kibole i celebryty i pijani rowerzyści, i przekręty, i naciągacze grantowe z PANu ani funkcjonariusze od miedzi z Zagłębia PO, a po prostu cholernie kompetentni ludzie, którzy ciężko pracują i wygrywają nie tylko za granicą, ale nawet u nas. Boa noite para todos, especialmente para cachorrinhos.
herbata
herbata
herbata
kawa
szeleszcze herbacie
Dzień dobry
kawa i drożdżowe
Tereny S-Bahn przeglad pozycji
brykam
Dzień dobry,
ja myślę, Bobiku, że dla mieszkańców Polski to nie jest tylko problem kompleksów wobec zagramanicy i poczucia gorszości czy szczególnej wrażliwości.
Problem widzę w wewnętrznej potrzebie odgradzania się od innych, zarówno mentalnie, jak i fizycznie.
Zawsze istnieją jacyś oni, i mogą to być sąsiedzi zza płotu.
Ja też należę do onych na mojej ulicy.
Wszystkie domy są ogrodzone, jeżeli nie murem, to chociażby płotem. Nawet szeregówki są odgrodzane płotem od strony ulicy.
Nie wspominając o wysypie osiedli strzeżonych.
Zdumiewa mnie to nieustannie.
I smutne dla mnie jest to, że w Koszyczku ten podział również funkcjonuje.
Mimo wielu wspólnych poglądów, uważać muszą ci, którzy piszą zza płota. A przecież sami swoi
.
Dzień dobry
Bułeczek z różą jeszcze trochę do herbaty-kawy zostało. No to po jednej dla każdego, a reszta dla Wielkiego Wodza.
Zaraz będę piec następne (przezornie zamroziłem część ciasta), bo idę dziś nawiedzić chorego, który upadł na głowę.
Nie, wcale nie udaję się do Macierewicza ani Hofmana. Jeden mój Kumpel spikował ze schodów, a że przy tym połamał się nieco, siedzi w domu plackiem i nudzi się jak mops. Trzeba go trochę podtrzymać duchowo i kulinarnie.
[Bobikuu, wszystko mi sie wykursywilo. Wklejam jeszcze raz bez formatu, czy moglbys usunac to pierwsze? Dzieki. ]
Dzien dobry
Widze ze mam tu jeszcze cos do odrobienia… Moniko, zacytuje czesc Twojego komentarza aby na niego odpowiedziec:
„ byc moze sa tu winne kulturowe/personalne roznice (tutaj zwykle, i ja takze, nie wybiera sie jednej osoby do polemiki, gdy jest wiecej osob opowiadajacych sie za jakims pogladem na sprawe; nie oczekuje sie takze, ze kazde slowo zostanie w dyskusji dookreslone az do bolu) „
a. „nie wybiera sie jednej osoby do polemiki „ – Jak juz wyraznie napisalam powyzej („odpowiadalam na to co pisalas tak jak i na to co pisali inni”) – rozmowe na temat pomowien/wolnosci slowa prowadzilam tu przez dwa cale dni (mozliwe ze przynudzajac tym mniejsza lub wieksza czesc towarzystwa
), ustosunkowujac sie do wszystkich wygloszonych opinii, jako ze wszystkie byly tego warte, jak to przewaznie u Bobika. Oczywiscie na te ktore sie ze mna zgadzaly reagowalam krocej, bo przewaznie jest wiecej do powiedzenia gdy ktos widzi omawiana sprawe inaczej, to inherentna cecha dyskusji (afirmacja zagadnien co do ktorych rozmowcy sa calkiem zgodni to cos innego). W ciagu tych dwoch dlugich dni
wypowiedzialas sie na ten temat tylko dwukrotnie i dwukrotnie odpowiedzialam. Uznanie tego za „wybieranie jednej osoby do polemiki” do tego stopnia nie pokrywa sie z faktami, ze moge je wytlumaczyc jedynie tym cieniem nieufnosci o ktorym pisalam uprzednio i ktory usilowalam eliminowac, lub moze selektywnym czytaniem.
b. „byc moze sa tu winne kulturowe/personalne” – Co do kulturowych, watpie czy jestem do tego stopnia egzotyczna.
c. „tutaj […] nie wybiera sie jednej osoby itd.” – Nie zrozumialam czego dotyczy to pouczenie, tz do czego odnosi sie zaimek „tutaj”: na blogu Bobika? W Polsce (jako ze roznice ewentualnie kulturowe)?
d. „nie oczekuje sie takze, ze kazde slowo zostanie w dyskusji dookreslone az do bolu” – Ta czesc pouczenia jest niestety wlasnie malo precyzyjna, bo treschhold bolu jest indywidualny. Przewaznie kryterium potrzebnego poziomu uscislenia w dyskusji jest takie ze uscisla sie tylko o tyle o ile to uscislenie moze zmienic wniosek.
Co jednak jest jasne, to ze oswiadczenia „tutaj nie wybiera sie” i „nie oczekuje sie” odnosza sie do jakiegos szerszego „my”, grupy ktorą Twoim zdaniem reprezentujesz, i ktora moze widziec w Tobie swa reprezentantke, a od ktorej, Twoim zdaniem, z powodow kulturowych lub personalnych ja odstaje.
Poniewaz narazie nie widze takiej grupy, przyjme Twoje slowa jako Twoja osobista opinie, za ktora dziekuje. Co do polemik, jesli wolisz, moge w stosunku do Ciebie stosowac to co kiedys vesper ladnie nazwala „ignorem”. Uwazam ze bedzie to strata, ale jesli napiszesz ze tak wolisz, w pelni sie zastosuje.
Czy moge sie poczestowac buleczka?
Bułeczkami wręcz należy sie częstować i to szybko, zanim Wódz przyjdzie.
Czy Wódz nawleka wszystkie bułki na dzidę i z nimi ucieka?
Lisku drogi, wszystko, co napisałaś jest logiczne i miałaś prawo tak to odczytać. Ale mimo woli pominęłaś dość istotne okoliczności.
Monika pisała z doskoku – miotając się między kuchnią i bawialnią pełną małoletnich urodzinowych gości, a są to okoliczności zdecydowanie ograniczające precyzyjne odczytanie intencji, jak również pisanie dogłębnie przemyślanych odpowiedzi.
Szkoda byłoby ignorować posty Moniki, bo jest to wyjątkowo mądra, zrównoważona i pokojowo nastawiona dziewczyna. Podobnie jak i Ty
.
Zmoro, masz rację, że ten obłęd odgradzania się jest bardzo przykry, zwłaszcza te obwarowane osiedla. Ale jak chodzi o sytuację w blogosferze (nie tylko tu), to bym ją inaczej widział niż Ty. Realne, fizyczne granice (i wynikające z nich różnice doświadczeń, życia codziennego, a nieraz i statusu materialnego) pomiędzy piszącymi osobami istnieją, nie ma się co czarować. I jeżeli chce się je otwierać czy „spłaszczać”, to warto przy tym wziąć pod uwagę, co dla tych po drugiej stronie może być nieprzyjemne lub uraźliwe. Nie podkreślać tych granic, nawet formą, raczej podkreślać to, co – koniec końców – wspólne. Nie chodzi o to, żeby nie opowiadać, jak jest gdzie indziej, bo to akurat ciekawe, ani żeby nie krytykować złych stron czy idiotyzmów drugiej strony, ale – no, po prostu, żeby to robić z wyczuciem.
I jeżeli te wyspy chcą pokojowo koegzystować, albo się do siebie zbliżać, najlepiej, żeby nie robiły tego, co drugiemu niemiło. Wymaga to pewnego wysiłku, a przede wszystkim właśnie uważności, ale bez tego zwyczajnie nie idzie. Więc ja nie mam za złe, że muszę uważać na to, co szczekam.
Ale na takie okazje istnieją te różne przepraszam, sorry, Entschuldigungi i pardony, więc mówi się pardon i kocha się dalej.
W pewien sposób wszyscy jesteśmy „zza płota” w stosunku do każdego pojedynczego człowieka. Każdy jest osobną wyspą, choć niekoniecznie samotną.
I żeby nie było – nigdy się to nie udaje całkowicie, żeby nikogo, w żadnej sytuacji nie urazić. Mnie też nie.
Dzieki Zmoro. Tez uwazam, i napisalam to, ze byla by to szkoda, ale nie chcialabym by chec wymiany zdan byla interpretowana jako agresja z mojej strony.
Nie wiem, czy Wódz dochodzi do tego, żeby nabić bułeczki na dzidę. Podejrzewam, że one znikają hurtowo w Jego Wielkości zanim dzida w ogóle zdąży wejść do akcji.
Co do zasady masz rację Bobiku.
I rację ma również Helena, tylko użyła niepoprawnej politycznie formy gramatycznej
.
Ale z drugiej strony strasznie trudno jest identyfikować się z przywarami narodowymi ( wiele z nich od stuleci ma się znakomicie ), które nie są naszymi osobistymi i które nas rażą i bolą.
I nie wiadomo jakiej formy należy użyć, aby nikt nie poczuł się urażony.
A przemilczać też nie należy, bo szanse na zmianę maleją. A zmienić się musi, bo żyć w duchocie trudno. A dla tych, którym trudno tak żyć pokusa opuszczenia Polski jest duża.
Każdy ma inny próg tolerancji dla przywar, które utrudniają codzienne życie.
http://wyborcza.pl/1,75478,14914984,Rodzice_nie_chca_bezplatnych_szczepien__Boja_sie_.html#BoxSlotII3img
Nie wiem, czy śmiać się czy płakać ;-( .
Lisku, Moniko – nie chciałem wchodzić w Wasze stosunki bilateralne, bo wiem, że duże dziewczynki jesteście.
Ale troszkę mi się zdaje, żeście się zapętliły w nadmiarze wyjaśnień, więc w ramach swoich trzech groszy cichutko, na boku, doszczeknę pewną przypowiastkę z psiego życia. I z góry mówię, że to metafora, proszę jej nie brać dosłownie.
, warczeliśmy, a potem byliśmy na siebie tak źli, że czasem nie odzywaliśmy się do siebie przez czas dłuższy. Ale ponieważ nam to nieodzywanie w końcu zaczynało dolegać, któryś do któregoś przychodził i proponował rozmowy pokojowe. Tylko że nieraz z tych rozmów wynikała jeszcze większa naparzanka, bo skręcały w stronę „bo ty…” – „a nieprawda, bo ty…” i się zaczynało od nowa. Po iluś takich przypadkach wypracowaliśmy sobie magiczny wist, który, jak się okazało, sprawę całkowicie rozwiązał. Kiedy któryś z nas przychodził do drugiego z pytającym tekstem „łapa na zgodę?”, a drugi odpowiadał „okej, łapa na zgodę”, wiadomo było, że na podstawie niepisanej umowy nie wolno już ani słowem wracać do zaszłości. Było, minęło i nawet jeśli coś tam pod spodem zostało, przynajmniej na jakiś czas odsuwało się to na bok.
Ale dzięki tym okresom wytchnienia i traktatu pokojowego bez żadnych ale, wracały już z mniejszą siłą. A niektóre z czasem się całkiem rozłaziły lub okazywały wcale nie takie ważne, jak się kiedyś zdawało.
Kiedy byłem całkowitym szczenięciem, zdarzało mi się „ciosy karate ćwiczyć z bratem”. No, co tu dużo gadać, tłukliśmy się
Jasne, takie pozostałości jeszcze potem wracały. C′est la vie.
Teraz, choć tłuc już nam się nie chce, powarczeć dalej nam się zdarza. Ale to zaklęcie „łapa na zgodę” na szczęście nam pozostało, więc w razie czego sięgamy do niego i na jakiś czas mamy sprawę z głowy.
Dzień dobry.
Wyczulenie znieczula na zobaczenie w innym przyjaznego, choć inaczej myślącego człowieka. Mnie takie drobiazgowe analizy przerastają, co nikogo z Was nie powinno dziwić, przepraszam.
zmoro, nie powinniśmy być jednostronni. Zawsze druga strona ma jakieś racje i powinniśmy je poznać. Może ten ksiądz kiedyś przyjął szczepionkę przeciwko rakowi szyjki macicy i teraz nie może mieć dzieci? Własne doświadczenia są bolesne i powinien opowiadać o tym parafianom, nawet – a może szczególnie – z ambony.
Dzięki, Andsolu, uratowaleś mi dzień.
Zmoro, ja już napisałem, że nie chodzi o to, żeby przemilczać i nie krytykować. Trzeba krytykować, ale… no dobra, napiszę wprost, bez zakrętasów – jak się użyje formy „oni, native speakers, nie potrafią przeprosić”, to można przewidzieć, że zabrzmi to protekcjonalnie i że jest w tym podtekst „oni są tacy, ale na szczęście ja nie jestem taki/-a”. Sam, jako native speaker, poczułem się dość łyso i gorączkowo zacząłem grzebać w swoim życiorysie, gdzie mam jeszcze jakieś zaległości przeproszeniowe.
Szybko uświadomiłem sobie, że to była tylko niezręczność formy i zacząłem obracać sprawę w żart. Ale ta sytuacja pokazuje, że formy jednak nie należy lekceważyć, bo ona potrafi narozrabiać. I myślę, że wszyscy możemy wyciągnąć z tego naukę.
Jasne, że nie było tu mowy o żadnym odmawianiu Helenie polskości, chodziło o zwrócenie jej uwagi, że użycie takiej formy nadaje jej wypowiedzi zupełnie innego wydźwięku, niż zamierzony. I mnie się wydaje, że o takich własnych wpadkach warto wiedzieć, żeby na przyszłość podobnych niezręczności unikać.
W tym towarzystwie chyba nie opowiadałem jeszcze historyjki z kanonu andsola o tym ja za czasów gdy włosy miałem na jeża (ach, to moje piękne zdjęcie z książeczki wojskowej, które natychmiast wk… panów w zielonych kostiumikach) i domagałem się, by słowa znaczyły i nie były rzucane bez sensu. I dlatego nie mówiłem „dzień dobry”, bo to przecież nic nie znaczy i raczej zastępczo patrzyłem bykiem.
I zastukałem kiedyś do znajomego, a ten otworzył i bez głupich konwenansów spytał „po co przyszedłeś?” Miało to sens i cel, bo był zajęty przygotowywaniem swojej nowej roli na zębach, bo robił dziwne dźwięki jak chciał i nagrywał w rozgłośni nawet bitwę pod Grunwaldem. I pytanie było oznajmieniem „a jeśli na pogawędkę to przyjdź wieczorem”, ale w metajęzyku ja zrozumiałem natychmiast sens metametajęzyka.
Andsolu, widocznie to cecha matematykow
Kolega matematyk opowiadal mi ze tez usilowal kiedys mowic bez konwenansow i okrajac nie tylko niepotrzebne zwroty, lecz takze powtorki, zbedne slowa itp., ale okazalo sie to calkowicie niemozliwe. W rezultacie jest uroczym gawedziarzem
Nic tak nie nakręca bywalców Koszyka, jak dysputy o metajęzyku
Rozwój wypadków dowodzi, że Helena jak najbardziej występowała z pozycji „my”, nie z pozycji „oni”, bo zamiast napisać „rzeczywiście, nie było najzręczniejsze sformułowanie, przepraszam”, poszła w zaparte. Czyli nasza jest Helena, cała – z butami i parasolem
Może szkoda, że nie jestem matematykiem. Jakbym ja zaczął mówić bez konwenansów, zwłaszcza o polityce, to by się okazało, że znam takie wyrazy, o których nawet mi się nie śniło, że można je znać. Ale bym swój słownik wzbogacił.
Unikanie zbędnych, a tym bardziej nieprawdziwych ozdobników, jest bardzo charakterystyczne dla ludzi ze spektrum autystycznego. A tych wśród matematyków, fizyków i inżynierów jest procentowo więcej niż średnio w populacji
Przez trzy lata nie mogłam Zosi przekonać, by mówiła „dzień dobry”, wchodząc do przychodni lub przedszkola, bo wizyta tam oznaczała dla niej zły dzień, a nie dobry. Ograniczała się więc, podobnie jak andsol, do spojrzenia spode łba, które partnerowi tej interakcji musiało wystarczyć jako uznanie przez nią jego obecności
Vesper, że Helena cała nasza, z naszymi typowymi, narodowymi wadami i zaletami, i tak nie było wątpliwości.
Ale już jej nie kuksajmy, bo nadmiar kuksańców, nawet z pozycji przyjacielskich, też może zaboleć. Helena wprawdzie chyba wie, że ją kochamy, nawet jak kuksamy, ale pogłaskanie dla równowagi też jej się należy.
To może ja w ramach narodowej zgody postawię litra? Żebyśmy nie musieli tak co chwila na metę skakać.
Bobiku, ja juz nie chce kontynuowac, nie martw sie.
Wlasciwie to uwazam, ze jest to typowe zderzenie roznych osobwosciowych stylow myslenia, a takze pisania i dialogu. Jeden chce ciagle doprecyzowywac, i szuka znaczen poszczegolnych wyrazow, i tak – wydaje mi sie, ze niechcacy – nakreca pewna spirale. Drugi uwaza, ze lepiej patrzec z grubsza, o ile nie chodzi o interpretacje bardzo waznych dokumentow, od ktorych zycie i zdrowie zaleza (to jest stwierdzenie metaforyczne, tak na wszelki wypadek zaznaczam).
Nie widze tu w tej chwili niecheci po obu stronach, choc napomkne jeszcze, ze w moim szkolnym dziecinstwie, takie wyjasnienia bez konca nazywalo sie „czepiactwem”. Czepiactwo w czasach mego dzieciectwa moglo byc „w celach”, jak tez i zupelnie bez celu, przypadkowe, albo dla samej przyjemnosci dociekania (teraz czasem moje wlasne dziecko tak potrafi mnie zarzucic pytaniami, ktore nie wskazuja na to, ze sie kiedykolwiek skoncza.).
Tu wydaje mi sie, ze chodzi o to drugie, czyli inaczej mowiac, jest to zderzenie myslenia bardziej prawa polkula z mysleniem lewa, czyli ta, ktora szczegolnie lubi szczegoly. Sorry za nastepny skrot myslowy, ktorego jednakowoz dalej tez nie bede rozwijac, choc kazdy w nim szczegol moglby byc zrodlem interpretacyjnej niepewnosci, ktora z kolei dalej mozna by dalej wyjasniac („do bolu”, czy do oporu, jak kto woli).
I dzieki za buleczke, Lisku.
Moze masz ochote na troche zielonej herbaty do niej, z japonskiego czajniczka?
Ide tymczasem wyprawiac meza do Chin i Singapuru, zanim zaczne wlasny pracowity dzien (piatki sa u mnie akurat biegiem przez przeszkody, dzieki Zmoro, za zauwazenie mojej sytuacji zyciowej).
Chętnie Helenę pogłaszczę przyznaniem jej racji, co do merituma. Przepraszam to rzeczywiście musi być dla nas bardzo trudne słowo (w sumie nic dziwnego – i pe, i er, i szy, i rzy, język się plącze
), bo bardzo rzadko je słychać, nawet w codziennych, zwyczajnych sytuacjach, gdy ktoś kogoś niechcący potrąci ramieniem na tłocznym chodniku lub chciałby przejść, a ktoś inny stoi mu w drodze. Częściej warknie coś nieprzyjaznego, na co ma się ochotę odpłacić tym samym.
Nie wiem tylko, czy Helena przyjmie ode mnie głaski
Metarozmowy i filozofie, kurde. A bułeczki zeżarte.
Dawaj, Bobik, tego litra.
Moniko, i znow jednostronna krytyka zawoalowana w nawias – ze ta druga strona co prawda sie czepia – „czepiactwo” – drobiazgow i to bez celu, oraz to ona nakreca spirale nieporozumien, podczas gdy ta pierwsza widzi obraz ogolny, i to co wazniejsze, ale…
Z dwojga zlego mysle ze wole krytyke nieumalowana.
Zostawiam to, rownowazyc nie bede.
Za to w sprawie, a raczej a propos wyrazenia Heleny, tz automatycznegu uzywania my/oni, mam pewna refleksje, ktora moze lub nie tu pasowac. Mam wrazenie ze ludzie ktorzy raz lub wiecej zmieniali kraj, do pewnego stopnia traca to mocne poczucie przynaleznosci okreslane jako „my”. Tz, gdy mowia „oni”, nie znaczy to ze maja swoje „my” gdzies indziej, lecz ze w pewnym stopniu w ogoly przestaja go miec.
Moze nie u wszystkich, nie wiem czy u Heleny, ale wiem ze nierzadko tak jest.
Psiakrew, cały litr poszedł dla Wodza. Muszę zaraz drugiego zorganizować. Znaczy, litra, nie Wodza, bo drugiego takiego Wodza wiadmo, że nie ma.
A wiesz, Lisku, że też tak myślę? Nie czuję się jednak uprawniona do analizowania wielowymiarowych tożsamości Heleny. Dla mnie jej wewnętrzno-zewnętrzny punkt widzenia wydaje się zupełnie zrozumiały, a wręcz naturalny. Raczej ona sama nalega, że dostrzeganie tego aspektu w interpretacji jej wypowiedzi dowodzi nieczystych, wykluczających intencji.
To ja powiem, że kocham Helenę z całym dobrodziejstwem inwentarza i gdyby była inna, nie byłaby Heleną. (ikonka serca)
I wszystko.
Ja też absolutnie nie chcę analizować wnętrza Heleny, więc tylko o własnych odczuciach napiszę. Oczywiście, że dłuższe mieszkanie za granicą powoduje potężne przestawki w poczuciu myści, wyści i oności (o ile się nie żyje w jakimś wąskim, jackowskim kółku, prawie bez kontaktu z obcą rzeczywistością). Tylko że na mój rozum szczególnie w przypadku uwag krytycznych trzeba sobie koniecznie uświadamiać, z jakich pozycji się to w danym momencie robi. Bo z pozycji „wy” lub „oni” na wiele mniej można sobie pozwolić (mnie przynajmniej tak mówi mój psi savoir vivre). Więc jak chcę mocno przyłożyć, to muszę włączyć jednoznaczną myść, żeby nie wyszło niegrzecznie i uraźliwie. A z myścią to już mogę sobie poszaleć.
Czasem ten przełącznik nie zadziała w porę, co powoduje krótkie spięcia. Ale to nie jest rzecz nie do naprawienia.
Do deklaracji Siódemeczki dołącza się Bobik z litrem.
Myślę, że z myścią zakorzenioną w przeszłości jest trochę jak ze starym, wielkim kredensem po prababci. Można go oczywiście taszczyć po całym świecie i stawiać w każdym kolejnym salonie na honorowym miejscu, ale jeśli robi się to nie tyle z sentymentu, co po to, by sobie na jego zwalistość i niepraktyczność siarczyście ponarzekać, to prędzej czy później ktoś zapyta, o co chodzi
Jeszcze trochę będzie litra na łeb
Ja tez nie mowilam akurat o Helenie, bo o swoich tozsamosciach moze mowic tylko ona sama (i bardzo bym chciala Heleno bys to zrobila), wiec to co napisze jest oparte tylko na moim odczuciu. Dla mnie to zachwianie jednoznacznego „my” ma jeszcze jeden aspekt: z jednej strony mowie o roznych spolecznosciach „oni”, ale z drugiej nie znaczy to ze zupelnie sie nie poczuwam do wspolnoty z nimi, tyle ze nie az tak jednoznacznie. I dlatego gdy powiem „oni” i ktos odpowie – to znaczy ze do nas nie nalezysz, nie solidarujesz z nami – moge poczuc sie urazona i miec wrazenie ze odbiera mi sie cos zupelnie mojego…
W dzisiejszym swiecie wielopoziomowe tozsamosci nie sa niczym wyjatkowym, na odwrot, wydaje mi sie ze oczekiwanie jednoznacznej tozsamosci narodowej czy kulturowej jest nakladaniem ciasnych ramek na niepasujaca do nich rzeczywistosc. Dziecko japonskich emigrantow w Anglii moze wygladac jak Japonka, znac japonski jezyk i kulture z domu, ale to nie znaczy ze nie jest calkowita Brytyjka. Czy mozna powiedziec ze zupelnie nie jest Japonka? Nie, i nie umniejsza to jej brytyjskosci. A na ile bedzie sie poczuwala do solidarnosci z narodem japonskim moze byc bardzo indywidualne, ale jesli tak, nikt jej tego odebrac nie moze, nawet jesli nie bedzie myslala (i zapewne slusznie) o Japonczykach w kategorii „my”.
A jesli bedzie do tego japonska Zydowka w Anglii..
to ja dolaczam sie do tego drugiego litra
Heleny nie bede glaskac
Kota! Kota M. zawsze i w miejscach przez niego wybranych
Vesper, chyba napisalas to samo lecz o wiele zwieźlej
Siodemeczko (13:53), dopisuje sie
o tozsamosci tez nie bede pisac, zyje w takim zagmatwanym swiecie, ze „my”, „oni” plynie, plynie i plynie
O kieliszek bardzo prosze i ide robic obiad.
Lisku, nie znalazlem tego filmu „z angielskim”, sam film niby po niemiecku, jednak czym dalej tym niemieckiego mniej
kiedys napisze/opisze Tobie, te scene z Yoav, chodzi mi poglowie juz od kilku dni
Tu bym się nie zgodził, Vesper, tzn. ja to inaczej czuję. Jeżeli pozostać przy obrazie kredensu, to raczej bym sobie wyobraził ten kredens w dwóch częściach. Jedna połowa jest tu, a druga została tam, u rodziny. I kiedy widzę, że pozostali spadkobiercy źle tę swoją połowę traktują, petami przypalają i kwasy na marmurowy blat leją, to zaczynam warczeć „no kurczę, przecież nam wszystkim powinno zależeć, żeby ten mebel po babci w jak najlepszym stanie był. A nuż kolejne pokolenie go złoży do kupy i wtedy szkoda, żeby jedna połowa była w rozsypce. No i przez pamięć babci nie wypada…”. Więc z sentymentu to warczenie, a nie ot, tak, żeby sobie powarczeć.
tym ktorzy czytali (lub maja ochote) „noc zywych zydow”:
http://www.rp.pl/artykul/107684,1062807-Ostachowicz–Bycie-Zydem-jest-w-Polsce-modne.html?fb_action_ids=10202340608181186&fb_action_types=og.likes&fb_source=other_multiline&action_object_map=%7B%2210202340608181186%22%3A176048515929877%7D&action_type_map=%7B%2210202340608181186%22%3A%22og.likes%22%7D&action_ref_map=%5B%5D
https://lh4.googleusercontent.com/-n3LsSiYFRqE/T93zHfq1eQI/AAAAAAAAGJY/59uEURp5mb4/s1000/P6170839.JPG
Do logo sierzanta wstawili Rorschacha
(14:27) Z radoscia, Rysiu
bardzo prosze Lisku
UWAGA!!! na wlasne zyczenie, moze obrazic!
http://www.youtube.com/watch?v=WkGqklwkkFA
Myślę, że to jest właśnie przejaw indywidualnych motywacji do taszczenia kredensu, Bobiku. Czy się go darzy sentymentem, choć nieraz się o niego w łokieć uderzyło, czy też serdecznie, jednowymiarowo nie cierpi i ciąga za sobą z masochistycznych pobudek. Bo przecież stosunek do grata można mieć dwuznaczny, czemu nie.
Pozostając przy meblarsko-spadkowej metaforze – gdy rodzina w gasi pety na stole, który prababcia wraz z kredensem z kompletu dzieciom w spadku zostawiła, wściekłe warczenie jest bardzo na miejscu.
Zastanawia mnie jednak sytuacja (i to już zupełnie nie a propos wczorajszej metarozmowy, tylko bardziej ogólnie), gdy obecny właściciel kredensu, wymaga od rodziny, by nadal mieszkała w spadkowym mieszkaniu w kamienicy, które jest w rodzinie od pokoleń, a rodzina woli sprzedać mieszkanie wraz z meblami i przeprowadzić się do domu na wsi. Rodzina mówi więc właścicielowi kredensu – słuchaj, jak chcesz, to kup od nas mieszkanie, przywieź ten kredens i bądź kustoszem rodzinnych pamiątek, ale daj nam żyć po swojemu. Ale właściciel kredensu przyjechać nie chce, mebli z kredensowego kompletu też nie chce, bo by mu nie pasowały, natomiast kategorycznie się sprzeciwia, by rodzina cokolwiek sprzedawała, ponieważ uważa to za błąd.
To nie jest takie proste, Vesper.
Bobik kredensowy problem dobrze ujął
.
Z miłości do babci trzeba o ten kredens szczególnie dbać i naprawiać zarówno stare rysy, jak i nowe, które w miedzyczasie powstały.
Ja się od nikogo, broń Panie B., nie domagam jednoznacznej tożsamości kulturowej.
Sam tu nieraz pisałem o tym, że tożsamości transkulturowe są w dzisiejszym świecie coraz częstsze. Zresztą nawet przy jednoznacznym poczuciu przynależności narodowej można i w obrębie własnej grupy zdystansować się do jej części per „oni”, bo żaden naród nie jest monolitem. Tyle że krytykowanie wymaga większej uważności i przewidywania reakcji niż wypowiedzi neutralne lub pozytywne. Kiedy piszę np. o PiS-owcach bardzo warcząco i per „oni”, to ich reakcja jest mi obojętna. Ubodę ich, to ubodę, a niech tam. Zasłużyli.
Ale kiedy warczę na polskość jako taką, to reakcja przynajmniej części Polaków jako takich obojętna mi nie jest, więc we własnym interesie muszę zwrócić uwagę, żeby dobrać odpowiednią formę, czyli np. nie użyć słowa „wy” albo „oni”. Bo wtedy się dystansuję, a – jak już pisałem – mam poczucie, że z dystansu mniej mi wolno.
Ale dlaczego trzeba, Zmoro? W tym właśnie rzecz, że nie trzeba, tylko można. Kwestia wyboru własnego i szacunku do wyborów cudzych.
Myślę, że złość na część własnej tożsamości (w roli tożsamości występuje Kredens) bierze się właśnie z wszelkich trzeba, przekazywanych jako nakazy międzypokoleniowe.
Niedawno na Dywanie ktos napisal cos o panu B. majac na mysli konkretna osoba, i w pierwszej chwili nie bylam pewna o ktorego chodzi…
Myślę, Vesper, że tu się zaczyna taka rzecz, którą strasznie trudno opisać, zwłaszcza komuś, kto doświadczenia emigracyjnego nie ma. Meblarską metaforą ująć tego nie umiem, więc zmienię obrazek, choć nie wiem, czy skutecznie.
. Wyobraź sobie, że masz siostrę czy ukochaną kuzynkę, która znalazła faceta i twierdzi, że to ten jeden jedyny, ale Ty widzisz, że on ją leje, wykorzystuje i w ogóle wredny dla niej jest. Z jednej strony mówisz sobie, że kuzynka jest dorosłą osobą, może robić co chce, nawet się z tym facetem na wieś wyprowadzić.
Ale to jest tylko ratio, które Ci to mówi, bo w emocjach masz całkiem co innego – chciałabyś jej jakoś uświadomić, że robi głupio, że z tym facetem spieprzy sobie życie, a już jak się wyprowadzi na wieś i będzie tam z nim całkiem sama, to na ament. I w sumie pozostajesz w stanie nieco schizofrenicznym. Jedna połowa Ciebie mówi „nie wtrącaj się, to jej sprawa”, a druga wrzeszczy „wtrącaj się wtrącaj, przecież ją kochasz i nie chcesz, żeby ten drań ją załatwił”. A czasem jesteś wręcz przekonana, że wtrącenie się jest Twoim obowiązkiem i nie darujesz sobie, jeśli się nie wtrącisz, choć przecież wiesz, że Ty z kuzynką mieszkać nie będziesz i tego faceta jej nie zastąpisz.
No, chyba jakoś tak ja się wobec rzeczywistości krajowej czuję. Mniej więcej.
To chyba rzeczywiście bardziej przemawiająca do uczuć i wyobraźni metafora, Bobiku. Niezwykle ciekawe jest jednak to, że zarówno w pociągniętej przez Ciebie metaforze meblarskiej, jak i rodzinnej, jest wątek złego traktowania, gwałtu na czymś/kimś, co kochamy. Czy tak to właśnie widzisz, jakby ci, co pozostali w kraju, robili mu wyłącznie krzywdę?
Ależ skąd, nie wyłącznie. Tylko ja w tych metaforach wyjaśniałem, skąd i po jakiej linii warczenie. Ono się pojawia wtedy, kiedy ktoś robi krzywdę. Jak się w kraju coś fajnego dzieje, to nie warczę, tylko merdam. A merdania chyba tłumaczyć nie trzeba?
Zamaszystego merdania nigdy zbyt wiele, z uzasadnieniem bądź bez
Szanuję cudze wybory, ale nie mogę i nie chcę się godzić na brak kultury innych wspólobywateli, który mnie mierzi i dotyka na codzień. I niekoniecznie mnie osobiście.
W dużym wojewódzkim mieście, które było dla mnie synonimem tolerancji, a od jakiegoś czasu niestety już nie jest, przyszła do wydziału komunikacji dziewczyna, z pochodzenia Polka, mieszkająca w Stanach, studiująca w Polsce. I posługując się nieco łamaną polszczyzną i polskim paszportem chciała zarejestrować samochód.
Urzędniczka głośno zaczęła z niej kpić, że skoro posługuje się polskim paszportem powinna nauczyć się mówić po polsku. Towarzyszyły naigrywaniom śmichy chichy koleżanek przy innych biurkach, a także niektórych osób z tłumu petentów.
Dziewczyna poprosiła grzecznie o pomoc w wypełnieniu formularza, dopiero się zaczęła jazda po niej, przy ogólnej aprobacie obecnych przy zdarzeniu osób. Nikt nie zareagował.
Dziewczyna została upokorzona jak nigdy w życiu, połykając łzy na koniec powiedziała : ” proszę pani, gdyby pani przyjechała do Stanów i miała kłopoty z językiem, a ja pracowałabym na pani miejscu, to zrobiłabym wszystko aby pani pomóc”.
Zmoro, opisana przez Ciebie sytuacja jest skandaliczna. Czy pokrzywdzona petentka złożyła zażalenie?
Nie, mimo że ją do tego namawiałam.
Powiedziała mi: „Wiesz urzędniczki państwowe nie były same. Było kilkudziesięciu petentów. Na nich też mam składać zażalenie?Mogłam tylko spróbować zmusić obecnych do zastanowienia się nad sobą, mówiąc to co powiedziałam, aczkolwiek wiele mnie to kosztowało.
A poza tym na codzień na Akademii Medycznej i w klinikach spotykam się nieustannie z upokorzeniami ze strony wykładowców i personelu. To jest taka polska rzeczywistość. ”
Co miałam jej na to powiedzieć?
Ja bym chyba powiedział „bardzo mi przykro, że panią to spotkało, też to uważam za okropność i będę warczał, gdzie się tylko da, że to trzeba zmienić”. No bo cóż można innego?
Sorry, muszę się wyłączyć z rozmowy, bo od jakiegoś czasu piszę od tego chorego kumpla i już mi zaczęło być głupio, że go za bardzo zaniedbuję.
Że tak, to jest polska rzeczywistość. Bo jest.
Nawet po litrze nie lubię tej tłuszczy, z wąsami i bez.
Moze Polka ze Stanow budzi gorsze reakcje niz obcokrajowiec?
A propos, w Warszawie ponoc otwarto cz moze maja otworzyc studia medyczne w jezyku angielskim, dla studentow zagranicznych. Slyszalam od dziewczyny ktora chce sie zapisac. Studia chyba czteroletnie po pierwszym stopniu z czegos innego, chyba tak jak w USA.
Mnie też w tej rzeczywistości jest duszno, tym bardziej, że długi czas żyłam w innej. I nie rozumiem, czemu u nas nie można?
A im jestem starsza tym trudniej mi się z tym pogodzić.
Czemu nie można? To ma coś wspólnego z wpuszczeniem chamów do śródmieścia, moim zdaniem. Takie zaszłości różne. Upraszczam, żeby zmieścić w jednym zdaniu, ale wiecie chyba o co chodzi.
Lisku, studia medyczne w języku angielskim są w Warszawie, Krakowie,we Wrocławiu i w Poznaniu. I być może gdzieś jeszcze.
Stany Zjednoczone ich nie uznają.
Polka ze Stanów nie budzi gorszych reakcji niż Polka z Niemiec
.
A traktowanie studentów na większości uczelni pozostawia wiele do życzenia, niezależnie od tego czy są to studenci krajowi, czy zagraniczni.
Różnica polega tylko na tym, że dla krajowych to normalka, a zagraniczni nie są w stanie tego pojać.
To ja wrzucę nie na temat.
W książce Głowackiego strażnik w Arłamowie o mszy:
Tylko jeden pije, reszta śpiewa, a później jeszcze pieniądze zbiera.
Dla równowagi opowiem coś innego
.
Wracałam dzisiaj samochodem wściekła na siebie, bo nawarczała na mnie urzędniczka w biurze meldunkowym, a ja nie zwróciłam jej uwagi na niestosowne zachowanie, mimo że powinnam.
I ujrzałam gromadkę maluchów z przedszkola przechodzącą przez jezdnię. Kaczorki odziane były w kamizelki odblaskowe sięgające im do kostek
. Każda kamizelka miała nadruk z nazwą przedszkola i logotypem.
Się wzruszyłam.
Zmoro
O moiście wyściewy.
Jednak opinia publiczna cos moze zdzialac:
http://wyborcza.pl/1,75478,14920640,Za_slowa_o_pedofilii_ks__Bochynski_zwolniony_z_funkcji.html
Ech, gdyby oprócz Kościoła przeprosił też 10latków, że tak łatwo jest im ulec…
Meki, wszczęto wobec niego postępowanie kuratorskie na wniosek Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, bo odezwało się dużo głosów, ze ksiadz też może mieć coś na sumieniu w tym temacie, wiec ona poprosiła prokuraturę o zbadanie.
Reakcja władz kościelnych nareszcie w porządku, cofają mu misje kanoniczne do czasu wyjaśnienia sprawy, a może i na zawsze. Ktoś, kto mówi o seksualnym zaspokajaniu dzieci nie powinien mieć z nimi do czynienia.
Znowu mi zjadło prokuratorskie, nie kuratorskie.
Czekam na nową klawiaturę i chyba jeszcze poczekam. Chciałam zaoszczędzić na kosztach transportu.
Sadzisz Siodemeczko, ze postepowanie prokuratorskie mialo wplyw na decyzje wladz koscielnych? Jesli to z tego powodu a nie, jak sadzilem, nacisk opinii publicznej, to i tak dobrze. Na Hoserze nawet wyrok sadu nie robil wrazenia. Krok do przodu.
mt7 8 listopada 13, 13:53
To ja powiem, że kocham Helenę z całym dobrodziejstwem inwentarza i gdyby była inna, nie byłaby Heleną. (ikonka serca)
Ja Helenkę kocham od trzydziestu kilku lat. Od pierwszego usłyszenia
Ja się nie będę z Tobą licytować, Marku.
———————————————————————————————–
Meki, nie wiem, co zaważyło, informuję Cię tylko.
Z calym szacunkiem dla Wszystkich, ale blogowy dzien bez Heleny, ze nie wspomne o Kocie, jest nie do przyjecia. Heleno, nie daj sobie naciskac, tych tam, guzikow! Wychodze teraz na tzw miasto, ale jak wroce to mam nadzieje, ze powietrze bedzie jak po burzy.
Blog nie moze pracowac jak szwajcarski zegarek every day! Summa summarum nie ma to jak Pieskie (Psie) towarzystwo.
A kto ośmieli się nie kochać Heleny będzie miał ze mną do czynienia
.
A mi się takie coś wyświetliło na hasło ” Miłość i Helena”
http://www.gala.pl/upload/galleries/16/jan-pawel-ii-beatyfikowany-celebryta-16351_l.jpg
Na mój psi węch wpływ na Kurię miało i to, i to. Prokurator, wiadomo – postać nieprzyjemna.
A że opinia publiczna i medialny szum też wpływają, można się było przekonać po występie Michalika. Jakw mediach zawrzało, zaraz się wycofywał, aż się kurzyło, choć prokurator mu nad głową nie stał.
A tu jeszcze jeden znak, że coś się ostatnio szybko zmienia. CWS pokazało Epidiaskopowi, gdzie się zgina dziób pingwina. Klęczenie przed biskupami staje się jakby coraz mniej popularną pozycją.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14921647,Arcybiskup_Michalik_o_wystawie_w_CSW__obrazoburczy.html
Ciekawe, jak długo będzie pokazywało, zanim samo dostanie w dziób. Na przykład od Zdrojewskiego.
Oh, la la! Tak się KK przeciwstawić?! Przecież to oczywista nagonka na Kościół, ateizacja Polski i ruinacja polskiej rodziny!
Jeśli mi wolno – jestem z Wami najkrócej (chociaż mam wrażenie, że od zawsze, tak u Was miło) – według mnie Helena jest prędka w słowie, zdecydowana w sądach, ale ma złote serce. No, i ma super-Kota! Każdemu może się zdarzyć jakiś lapsus, nawet Jego Eminencji
Jeśli trzeba, chętnie wezmę udział w akcji ugłaskiwania Heleny
A ja ze skokiem do tyłu. Bo sobie myślę o tym jak nieproste jest wyważenie czegokolwiek z peerela. Tym razem chodzi mi o pewnego osiemdziesięciolatka na pełnym chodzie. Wacław Sadkowski. Z jednej strony, najżyczliwsze wyrazy przychodzące mi do głowy to parszywek i gnojek. I chodzą jakieś smutne refleksje, że z racji wieku i braku pejczy oraz odpowiedniego prawodawstwa nikt mu nie przyłoży 25 smagnięć na gołe tyłsko. A z drugiej, to przecież ten zażarty i aktywny (zza kurtyny) obrońca najlepszego systemu wydawał przecież „Literaturę na Świecie”, która w większości demoludów byłaby uznana za dywersję ideologiczną i reakcyjną robotę wroga ludu. Pokazywała tysiącom ludzi barwy świata i dawała chęć na bycie i na zawieranie przyjaźni w kioskach Ruchu (czyli w kapitalistycznym przedsiębiorstwie pracującym na kasę dla KC). No i bądź tu mądry, a gdy jesteś już mądry, wytłumacz to wszystko komuś z tzw. „normalnego” świata…
Chciałam jeszcze dodać, iż zgadzam się z każdym słowem mojej Narzeczonej – jakby spod mojej klawiatury spływały. To się nazywa braterstwo dusz
Zmoro – buziaki!
Demetrio, dla mnie to nie lapsus, ale literówka albo skrót myślowy. Bez znaczenia w kontekście znanej całości. Nadwrażliwość szkodzi i krzywdzi.
Fakt, nadwrażliwość nie ułatwia życia.
To ja się chyba zanarzeczenię z Haneczką
bo też w moim imieniu przemawia.
Dzień dobry
http://smakpodniebienia.pl/poradnik-jak-byc-dobrym-hejterem/
Dzień dobry
Czeka mnie dziś okropne zadanie w postaci zakupienia owej lodówki. Nie cierpię latać za takimi rzeczami.
Ale na szczęście luj dziś ma wolne.
Mam tylko nadzieję, że nie wykorzysta soboty na latanie za lodówką. Zimny luj znacznie gorszy od ciepłego luja.
Dzień dobry
Siódemeczko, myślałam, że już jesteśmy w związku bobiczym
Nie latam. Wybieram w sieci, oglądam w naturze, kupuję na miejscu lub przez internet.
Hej!
Zaczęły się ciężkie doświadczenia. Wybieram się na zorganizowany spacer po Powązkach i nie wiem, czy będę mogła wydostać się od siebie, bo zaczynają się o 12-tej demonstracje.
Wszystkie zawsze blokują trasę mojego autobusu, który uważa, że jest zwolniony z przyjazdu na Jelonki skoro blokują Królewską. Tak więc sądne dni się zaczynają. ;(
Bobiku, udanych łowów.
Zanim wypłynę na połów, zadałbym jeszcze Wodzowi robotę na weekend, żeby mu się z nadmiaru wolnego czasu w głowie nie przewróciło.
Wodzu, jeżeli padły w necie tzw. groźby karalne pod adresem wielu osób z różnych stron Polski (tudzież ze świata, ale to na razie zostawmy), wymienionych z imienia, nazwiska, miejsca pracy, a czasem nawet adresu i numeru telefonu, to jak najlepiej na to zareagować, żeby było skutecznie i z hukiem? Składać osobne doniesienia w różnych prokuraturach, czy jakieś doniesienie zbiorcze w jednej, a wtedy w której najlepiej (bo że w białostockiej najgorzej, to wiadomo)?
Jeżeli byłyby potrzebne dalsze konkrety, to już w mailu, bo nie chcę spłoszyć ptaszków, tylko przyłożyć łapę do ich ukarania.
Dużo roboty to nie było, bo coś jeszcze pamiętam ze szkoły. Zbiorcze, zbiorcze, tylko trzeba ustalić coś o sprawcy. Właściwość prokuratury na ogół zależy od miejsca popełnienia. To może te konkrety poproszę.
Meki, naiwny Kocie, czytałeś?
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14922793,Bp_Dec__Trwa_operacja_niszczenia_Kosciola__Media_drapieznie.html?lokale=gdynia#BoxWiadTxt
Coś normalnego
http://wyborcza.pl/1,75475,14921336,Stanislaw_Janicki__Urodzony_11_listopada__Rozmowa.html
Czytalem Wodzu, dziekuje. Zawsze podejrzewalem, ze na niektore stanowiska w episkopacie z lapanki biora. Ale moze jednak z osrodka dla intelektualnie uposlodzonych. Nazwisk nie bede wymienial, bo jeszcze mnie jakis Dyc do prokuratury zglosci.
Kocie, Bracie gdziezes?
Heleno, tak krotko i rzadko tu bywam i juz mi Ciebie brakuje.
Bobiku, mam nadzieje, ze zakup Ci sie udal i masz juz gdzie pasztetowke trzymac.
Co ma sie nie udac, Meki, niemieckie lodowki slyna z jakosci.
Dzisiaj wybieramy sie na film Gravity z Sandra Bullock i Georgem Clooney. Ponoc pieknie sfilmowany. Co mnie zwykle boli w tych superpopularnych filmach robionych z mysla o globalnych odbiorcach, a zatem dubbingowanych, to dialogi. Zwykle na cztery nogi. Zeby dubbing byl latwy.
A jutro mamy rodzine na lunchu, sztuk 9, z nami. Podam salate z duck confit i tort w rodzaju kostki wegierskiej. A wieczorem odwoze meza na lotnisko, bo leci do Chorwacji na dwutygodniowy turniej szachowy.
A tu po porannym przegladzie prasowym artykul, bardzo pozytywny, o Clintonowej. Ja zawsze Clintonowej kibicowalam, w poprzednich wyborach rowniez, ale swiat byl zakochany wtedy w Obamie. Clintonowa to taka serio, doswiadczona, kompetentna i madra osoba. I ma nerwy ze stali. I ostatnio sie nawet malo zadaje z Clintonem, ktory sobie jak najbardziej na to zapracowal.
http://www.theguardian.com/commentisfree/2013/nov/09/hillary-clinton-2016-formidable-frontrunner
Wróciłem uganiany jak nieboskie, czyli szatańskie stworzenie, ale bez lodówki. Znaczy, dwie nawet znalazłem, co by się nadały, ale teraz muszę obgadać ze stolarzem, która będzie lepsza do wbudowania, bo one jakimś tam systemem czegoś tam się różnią (nie pytajcie jakim i czego, bo to dla mnie znacznie za mądre było). Ale jak stolarz się wypowie, to już nie muszę drugi raz latać wszędzie, tylko jak po sznurku zmierzam do Schossau.
Dziura w budżecie, lodówka (ta stara) się nie domyka, a ja dalej głodny jestem, bo zamiast z przyniesionych produktów zrobić szybko coś do żarcia, siedzę i w klawiaturę stukam.
Wracając wstąpiłem na zakupy spożywcze, a głodny byłem jak ze 3 szatańskie stworzenia. Noo… źle się skończyło.
Króliku, tam niewiele mówią. Bądź tak miła i zwróć uwagę, czy słychać lecące odpadki.
Za oknem zaczął się zimny luj
ale udało mi się wpaść do listopadowego ogrodu
https://picasaweb.google.com/111628522190938769684/ListopadowyOgrod#slideshow/5944308394974780530
A teraz muszę wypaść w ten luj, brrr….
Bobiku, zanim zakupisz w sklepie, sprawdź ceny w internecie, choćby na geizkragen.
Nie kupuj, proszę, AEG – mam z tą firmą bardzo złe doświadczenia.
Mój młody sprzęt AGD kupuje przez internet oszczedzajac przy tym sporo grosza.
Demetrio, ukochana moja Narzeczono, dzięki za dobre słowo
.
Piekne te jagodowe krzewy u Irka. Bobik by powiedzial borowkowe, rzecz jasna.
Haneczko, bede zwracac! Czy te odpadki sa jakies szczegolnego rodzaju… Czy je tylko ma byc slychac…
Psinku, chocby i jajko sobie usmaz, poloz na grzance, posyp szczypiorkiem. Szkoda, ze te lodowke trzeba jeszcze obudowywac! Dodatkowa robota i koszt.
http://w478.wrzuta.pl/audio/6RKddwqtGRs/slask_-_helokanie
Helo, helo, Helenko !
Po paru godzinach w realu wpadam do Sieci i jestem zaniepokojony — nie ma żadnych nowych masońskich ataków na Kościół? Może siły rozwodników i rozpustników szykują się na zakłócenie Dnia Pańskiego? Bądźmy czujni, na 66,6%
A Paweł Wimmer podsunął mi bardzo piękny wczorajszy wywiad z Józefem Henem, z okazji 90lecia. To z dwójki: http://www.polskieradio.pl/8/3096/Artykul/974674 – prawie godzina, ale jemu warto ją oddać.
A ja właśnie duszę confit z gęsiowych udek w gesiowym smalcu.
Na koniec dodam jablo i podsmażoną cebulkę.
Spodziewam się pyszności.
Króliku, tylko ma być. To znaczy powinno być cicho.
Zmoro, jakie piekne to Helo Helo Helenko…
Nieprawdaż? A jeszcze piękniej byłoby, gdyby nasze wołanie było skuteczne.
A może odśpiewamy chórkiem?
Już dawno odśpiewałam…
Piękny jest jesienny ogród Irkowy.
Andsolowi dziękuję, za Hena. Jeszcze nie słuchałam, bo zdrzemnęłam się niespodziewanie.
Tym sposobem chyba nadmierny confit się zrobił.
To tymczasem.
Wlasnie wrocilismy z kina. Rzeczywiscie duzo halasu, lomotania i dudnienia w tym kosmosie. Ale ogolnie sie podobalo, choc dialogi mozna by spisac na pieciu kartkach.
A tu moja salatka z burakow do jutrzejszego lunchu. Buraki sie upiekly w piekarniku.
http://www.elizabethminchilliinrome.com/2013/11/beet-salad-blue-cheese.html#more
Może być dobre, Króliku.
Udanego lunchu.
Bardzo dobry początek. O filmie mówię.
Obawiam się, że Bobik się przejadł. Pies ma stanowczo za dużo do przetrawienia
Dzieki, Siodemeczko, bedziemy jesc szybko, bo o 4-ej jedziemy na lotnisko.
Super poczatek, haneczko, ale koniec niekoniecznie. Niepotrzebny jeszcze jeden mini dramat z topieniem sie w wodzie (chyba, ze po to zeby Sandra pokazala sie w mokrym T-shirt i short shorts), no i gdzie ta Sandra na koncu wyladowala, tam tam bylo dziwnie pusto, moze tam wogle nie bylo ludzkich osiedli, moze to byla zima… Ciekawe, ze meksykanski rezyser, z kraju bez programu kosmicznego tak fajnie i z ogromnym detalem sfilmowal kosmos, statki kosmiczne, stacje satelitarne. Ale instrukcje obslugi wciaz byly na polce w skoroszytach!
No bo ja trawię za miliony.
A tak mnie przeczołgał, że już dziś ani łapą, ani ogonem. Chyba powinienem się się pójść zregenerować.
Real mnie ostro wziął w obroty i do sieci nie puszczał.
Tak, haneczko @00.31, oj tak.
Ha, widziałyśmy ten sam film
Pusto, bo nowy początek
Czas na sen
Gdzie są wpisy do trawienia za miliony? Mam szczerą chęć działania, o ile to nie flaczki.
Milego Swiata Diwali, Moniko!
Nasz kowbojsko-albertanski premier (jego zona jezdzi motocyklem) zainaugurowal to swiato dzisiaj w Toronto. Canada ma bardzo bliskie wiezi z Indiami w tych latach. Ogromna czesc naszych lekarzy i farmaceutow jest z Indii lub Pakistanu. Ciekawe, ze nie dentystow!
Milego Swieta Diwali, Moniko!
Nasz kowbojsko-albertanski premier (jego zona jezdzi motocyklem) zainaugurowal to swiato dzisiaj w Toronto. Canada ma bardzo bliskie wiezi z Indiami w tych latach. Ogromna czesc naszych lekarzy i farmaceutow jest z Indii lub Pakistanu. Ciekawe, ze nie dentystow!
Dzien Dobry!
Bobiku, czy lapki i ogonek odzyskaly konieczna mobilnosc?
Rysiu, nie fikasz i nie brykasz?
Lisku, Irku, nie wstyd wam tak ani kawa ani herbata Kota z rana nie uraczyc?
Milego swieta Moniko!
Andsolu, moze trawienie za miliony wszystkich, nie tylko Bobika, z lap zwala?
Siodemeczko, moge prosic o gesie udko? Juz tak dawno tego nie jadlem. Mniam.
Kroliku, tobie tez, oczywiscie jak najmilszego swieta!
Bobiku, jak real Cie wypusci z pazurow, to zerknij. prosze, na:
16037
Dzień dobry
Happy Divali Monice, Monikowym oraz wszystkim innym obchodzącym! I uważam, że Siódemeczka powinna z tej okazji każdemu przydzielić po udku w innym kolorze.
Łapy i ogon już w porzo, więc skorzystam z tego i zaraz fiknę-bryknę na spacer, żeby skądś zwędzić jaką kawę-herbatę, bo się boję, że blog padnie z pragnienia.
Ale uprzedniego śniadania oczywiście nie daruję.
Święto bogactwa i świateł bardzo mi się podoba.
Przyłączam się do życzeń dla Moniki i Jej Rodziny.
Udka w konficie straciły trochę kształt, ale są do dysyspozycji, częstujcie się.
Dzień dobry
Radosnego Święta Diwali, Moniko
Czyżby Kot Mordechaj dostał zakaz wypowiadania się
leniwa kawa
Gęsina Siódemeczki na św. Marcina. To lubię
Dzieki, Siodemeczko. Akurat na kocie sniadanie takie udko bezksztaltne jest jak znalazl. I jeszcze kawa od Irka i to z mleczkiem. Leniwa tez wypije.
Czy dzisiaj jest Marcina? I czy ten swiety Marcin gesina sie zywil?
Jaki znowu zakaz?
Kot Mordechaj świetnie wie, że jest tu kochany i noszony na łapach przy każdej sprzyjającej okazji. Przykro mi bardzo, że się obraził o coś, co najwyraźniej źle zrozumiał (i mimo braku złych intencji został oficjalnie przeproszony), ale może potrzebuje czasu, żeby się „odwścieczyć”. Wiem, że Koty tak mają, więc nie robię na nie żadnych nacisków.
Ale w duchu też już nie mogę się doczekać, kiedy Mordce nastrój się poprawi i dojdzie do wniosku, że nikt mu tu nie chciał źle, po prostu akurat dwie nawrażliwości się zderzyły w czułych punktach.
Mordko, pocierpię w milczeniu, jak muszę, ale nie rań mi serca zbyt długo!
A ja mam dylemat, który wymaga natychmiastowego etycznego rozstrzygnięcia przez Helenę i logicznego przez andsola
http://naukowy.blog.polityka.pl/2013/11/06/prawda-i-klamstwo/
Kochani, jak nie pomożecie, to umrę głupią będąc.
Zmoro, prawda (pomijając jej różne odmiany*) nie jest pojęciem etycznym.
Jeżeli ktoś wypowiada sady niezgodne z rzeczywistym stanem rzeczy, którego ten sąd dotyczy, to nie jest to przypadek etyczny, co najwyżej medyczny.
Wniosek:
Nie powinnaś mieć etycznych rozterek.
C.b.d.o.
* Klasyfikacje prawdy podał prof. Tischner.
E tam, logika. Świat poza jej zasięgiem jest barwny jak Divali.
W ramach nieoczekiwanej barwności świata tytuł, na który trafiłem w GW: Recydywista przyjechał ze Śląska. Ukradł Matkę Boską, krzyże i psa.
No tak, teraz Zmora zacznie mieć rozterki medyczne. Nie wiadomo, co gorsze.
Meki, Marcina jest jutro, ale już od 8.11 trwa restauracyjna akcja ” Gęsina na św. Marcina” . Św. Marcin dzięki gęsiom , wg legendy, stał się biskupem w Tours. Dawniej świętowano 11 listopada ( nie było wtedy marszów) uroczyście z gęsiną w roli głównej. Więcej tu
Sorry Kochani, ale naprawde musze pobyc sama. I przemyslec zadana mi przez Bobika lekcje uzywania zaimkow osobowych, tudziesz wiazacaca sie z tym podobno lekcje bycia nie wzbudzajacym watpliwosci Polakiem zadana mi przez Vesper, aby sie jej w przyszlosci nie „podkladac”.
A w tym celu musze byc sama aby za Boga uniknac nieproszonego psychodanalizowania mej duszy i rozwazania mych zawilosci tozsamosciowych.
Wiec do uslyszenia jak bede gotowa.
A poza tym, Irku, prozaicznie, w tym okresie gęsina jest najsmaczniejsza. Gęsi szykują się do zimy i zbierają tłuszczyk na ciałku. My te gęsi zżeramy razem z tłustym… brrr.
Pycha aż gały wypycha.
Mam dwie nogi, zrobię jutro…
Okej, Helenko, kochamy to poczekamy.
Gwoli świętej prawdy zauważę tylko, że od psychoanalizowania Twojej duszy uroczyście się odżegnaliśmy i zamiast tego ja zacząłem psy-choanalizować swoją. Ale że duszę mam niewielką, to i psy-choanalizy na długo nie starczyło.
Nisiu, ja mam nawet cztery nogi, ale w sprawie gęsiny nic mi z tego nie wynika.
Niestety.
W ramach ćwiczeń z logiki: Heleno, skoro czytasz Bobiblog, to wcale nie jesteś sama, tylko w towarzystwie PT Blogowiczów. Tyle że nic nie mówisz.
Nie rozpamiętuj, nie warto.
Lepiej rzucić się w otchłanie nieoczekiwanej barwności świata.
W ramach nieoczekiwanej barwności nocuje dzisiaj u mnie sześcioosobowy zespół szantowy. To się nie może dobrze skończyć!!!
Bobik, ale Twoich nóg bym nie zeżarła. To już coś.
Już się zaczęło…
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14926083,_Pan_jest_zenujacy___Tez_moge_byc_chamem___U_Olejnik.html
No to ja też zacznę. W nowym wpisie.
Ladnie w tej poczekalni ale po godzinie troche nudnawo. Wpusc mnie Bobiku, prosze!
Moze i sie zmienia na lepsze, choc na moj koci smak zbyt powoli. A te wpisy internautow mowia same za siebie.
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/26-proc-amerykanow-uwaza-ze-zydzi-sa-odpowiedzialni-za-smierc-jezusa/mshqc
O rany, przegapiłem. Sorry, Meki.
Ale za to wpuszczając uaktualniłem czas wrzucenia, więc post nie znikł w odmętach.
Ok, Helenko, moim skromnym zdaniem niepotrzebne Ci roztrząsanie problemów tożsamościowych. Jeżeli ktokolwiek ma problem z Twoja tożsamością, to jest to jego problem, a nie Twój
.
A z zaimkami ja również miewam kłopoty. Nie mogę pojąć, dlaczego wiele osób mówiąc o zamknięciu okna czy auta, mówi : ” zamknij go”.
Zawsze używałam „je”, a go tylko w ” nie zamykaj go”.
Czyżbym całe życie była w mylnym błędzie?
Podpisuję się, zmoro, pod uwagami mt7.
Ponadto zaplątują się tam w definicjach głównie przez to, że nie podają pozycji obserwatora. Czyli kto do kogo mówi i kto ocenia.
I przez to, że pozwalają utożsamiać zdarzenia z ich opisami, czyli znana historia słonia, widzianego od kopytka i ogona, a nikt nie chciał zauważyć, że on był zdolnym barytonem.
Nie szkodzi, Bobiku, cos, co ma 2000 lat na karku, nie moze byc az tak pilne.