Pieskie chwile dyżurnego

pt., 22 lutego 2013, 10:57

Bobik rozejrzał się po kantynie i merdnął z zadowoleniem ogonem. Wyglądało na to, że wszyscy zostali obsłużeni i z zapałem obgryzali kości, lub prowadzili przyjazne rozmowy nad miskami. Mógł chyba na pół godziny czmychnąć na zaplecze i dać odpocząć zmęczonym łapom.
Kiedy zdecydował się przyjąć rolę stałego dyżurnego był przekonany, że będzie to czysta przyjemność. Zupy nalać, kaszy z gulaszem nałożyć, a przy okazji pogawędzić ze stołownikami – dla towarzyskiego psa sama frajda. Ale życie szybko nauczyło go, że obowiązek nie byłby obowiązkiem, gdyby składał się wyłącznie z przyjemności. Dyżury w kantynie potrafiły być również sprawdzianem dla wytrzymałości nerwowej, na przykład kiedy nie wiedzieć czemu wszystkie psy rzucały się na jedną kość i każdy próbował ją zaciągnąć do innego kąta, albo kiedy następował niepoprzedzony żadnym ostrzegawczym sygnałem ogólny tumult, w którym już nie wiadomo było, kto komu wyrywa kłaki.
No tak, w złą minutę to pomyślał. Właśnie w jednym kącie sali rozległo się straszliwe warczenie, kłaki zaczęły latać pod sufitem, z innych kątów dały się słyszeć napięte szczeknięcia i było do przewidzenia, że za chwilę zacznie się mniej lub bardziej krwawa jatka. Bobik zrobiłby wszystko, żeby jej zapobiec, ale nie bardzo wiedział, jak się do tego zabrać. W zamyśleniu przegapił początek sprzeczki i teraz nie miał pojęcia, o co poszło, kto zaczął i po czyjej stronie była racja. Wiedział tylko, że jak zwykle wszyscy wyjdą z tego nieco poturbowani i nikt nie odniesie żadnej korzyści. A on, jako dyżurny, będzie znowu miał wyrzuty sumienia, że nie stanął na wysokości zadania.
O leniwej chwili na zapleczu można było zapomnieć. Bobik rozejrzał się za swoją gałązką oliwną, która czasem potrafiła działać cuda, ale jak na złość gdzieś mu się zapodziała. Czuł się dość bezradny, a nie było to jego ulubione uczucie.
– Nie zawsze jest łatwo prowadzić ten interes – poskarżył się Jackowi Russelowi, który siedział oparty o kontuar i filozoficznie wachlował się ogonem, najwyraźniej nie mając zamiaru przyłączać się do naparzanki. – Coraz częściej mam wrażenie, że sobie z tym nie radzę. Już się zastanawiałem, czy nie zrezygnować z dyżurów, ale jakoś mi się wydaje, że to nie byłoby całkiem w porządku. Ktoś to w końcu musi robić.
Russel przerwał wpół filozoficzny ruch ogona i szczeknął przed siebie, jakby nie adresując tego do nikogo w szczególności:
Historia świata jest sumą tego, czego można było uniknąć.
– Ale skoro tak, to tym bardziej powinienem robić sobie zarzuty, kiedy nie uda mi się doprowadzić do uniknięcia czegoś – jęknął całkiem już zdeprymowany szczeniak.
– Historia historią, ale ty, Bobik, lepiej uważaj – mruknął Russell, patrząc na niego z lekkim zaniepokojeniem. – Jednym z objawów zbliżającego się załamania nerwowego jest przekonanie, że wykonujemy niezwykle ważną pracę.