Dobre wychowanie
Po Nowym Roku Bobik zawsze zaczynał czekać na wiosnę, więc trochę się zdziwił, ujrzawszy zamiast niej w drzwiach dawno niewidzianą Spanielkę. Był oczywiście zbyt dobrze wychowany, żeby demonstracyjnie okazać swój zawód, ba, nawet poczuł się nieco winny, że go odczuwa, zamerdał więc ogonem z niezwykłym zapałem i w lansadach poprowadził gościa do najwygodniejszego z foteli.
– No i co u ciebie dobrego? – zapytał niebacznie, już w momencie pytania wiedząc, że popełnił okropny błąd.
– Dobrego?! – chlipnęła Spanielka z wyrzutem. – Chyba sobie ze mnie kpisz. Łapę sobie skaleczyłam. Ulubioną miskę z chińskiej porcelany stłukłam. Opuścił mnie kolejny narzeczony. Akcje spadły. Zanieczyszczenie środowiska wzrosło. W polityce makabra. Prasa kłamie i tylko szuka sensacji. Mops to skończona świnia, choć Wyżeł chyba jeszcze gorszy. A mój katar wciąż nie przechodzi – dokończyła triumfalnie i głośno zadęła w chusteczkę.
Bobik z najwyższym trudem powstrzymał ziewanie. Słyszał to wszystko od Spanielki już tyle razy, że teraz najchętniej zmieniłby temat, albo ostentacyjnie zatkał uszy. Ale od tej chęci poczuł się jeszcze bardziej winny i szybko spróbował pokryć irytację zwiększoną uprzejmością.
– Coś ci podać? – zatroszczył się. – Pasztetówkę? Salceson? Mam też znakomitą kałużankę, roztopową, długo leżakowaną.
– Odrobina kałużanki może mi nie zaszkodzi – zgodziła się łaskawie Spanielka. – Z wędlinami muszę uważać, żołądek mam w strasznym stanie. A do tego jeszcze alergia…
Nalewając kałużankę Bobik z całych sił dusił skomplikowane, piętrowe przekleństwa, narastające mu w gardle. A w miarę ich narastania czuł się coraz bardziej zobowiązany do nadskakiwania gościowi. Posunął się nawet do współchlipnięć w co boleśniejszych momentach litanii żalów, która robiła się coraz barwniejsza, jak rozkładany z dumą pawi ogon.
– Dobry z ciebie piesek, Bobik – rozczuliła się w końcu Spanielka. – Inne psy jakoś tak szybko mnie zbywają, czasem nawet z warczeniem, a tutaj tak dobrze mi się siedzi. Właściwie dlaczego ja u ciebie tak rzadko bywam? Muszę zacząć odwiedzać cię regularnie.
– Baa… bardzo mi będzie przyjemnie – wykrztusił szczeniak, zastanawiając się, dlaczego nawet w tej chwili nie jest w stanie złapać Spanielki za kudły, potrząsnąć i wyjaśnić jej, dlaczego nigdzie nie jest chętnie widziana.
– Być może droga do piekła wcale nie jest wybrukowana dobrymi chęciami, tylko dobrym wychowaniem – mruknął sam do siebie, tak cichutko, żeby Spanielka broń Boże nie dosłyszała i szybko nalał do jej miski następną porcję znakomitej, roztopowej, długo leżakowanej kałużanki.

szkoda ze moja Sparkasse ani mysli % od kredytu obnizyc,
a kredyt bralismy w czasach wysokich 🙁
Tadeuszu, kaszmir co najwyzej……… delikatnie laskocze 🙂
Co to za chwilę się nawyprawia, opublikują, że rodzina Kennedych okradła Polskę z historycznej porcelany i nie pozostał nawet mały talerzyk deserowy. 😀
Rysiu, to pewnie było to między kaszmirem i merynosem 😆 Koszmar,znaczy się.
Zaczytałem się w Pani Kierowniczej blogu… a tam merytorycznie strasznie, a jakimś Werdym. Może on i dorośnie do mnie…
Nie mogę oglądać filmów Rysia, bo właśnie czytam książkę Teresy Torańskiej „Śmierć spóźnia się o minutę” rozmowy z Michałem Bristigerem, Michałem Głowińskim oraz Adamem Danielem Rotfeldem.
Muszę przerywać, bo za dużo koszmaru.
swietna ksiazka Siodemeczko, nalezy robic przerwy i pomyslec
ksiazka tu:
https://lh5.googleusercontent.com/-z8p-6w74NJQ/Tb1_c2bIWxI/AAAAAAAAC8s/H9pQc_Gm0kU/s1000/DSCN1389.JPG
polecam oczywiscie 🙂 🙂
U mnie też Sparkasse, Rysiu, a obniżyli. 😆
Już mi wszystko jedno dlaczego – grunt, że skorzystam. 🙂
Przeoczyłem przedtem, że Mar-Jo już u Grüssgottów. Dopiero teraz zauważyłem, że mi się do niej jakoś łatwiej merda. Pewnie dlatego, że bliżej. 😀
Tadeuszu, na pewno lubisz jeszcze mnie, prawda? 😆
Tym, że jakiś Wredny Cię omija, chyba nie masz się co martwić? 😎
tez Sparkasse? moze zadzwonie i zapytam?
pytac mozna zawsze 🙂
pora na………… Nacht Bobikowo 🙂 (i osobno-Dobrego Snu
Heleno!!!!!!!!!)
Ten numer z radziwiłłowską porcelaną po dodatku Jednej Takiej stał się naprawdę przebojowy. 😆
Mam nadzieję, że będą jakieś kolejne odkrycia w sprawie. 😉
Swoją drogą, wsadzenie pod bluzkę kilku talerzy, na dodatek brudnych, bo używanych na przyjęciu, wydaje mi się przedsięwzięciem dosyć…hmm… skomplikowanym.
Rysiu, ja kupiłam e-booka, szybko i dużo taniej:
http://www.publio.pl/smierc-spoznia-sie-o-minute-teresa-toranska,p47456.html
Książka jest znakomita.
Ja też już się odłączę.
Dobrej, miłej, spokojnej, wygodnej 🙂
Tu jest odpowiedź młodego Wildsteina na tę prelekcję Ziemkiewicza, o której pisał Ryś:
http://fzp.net.pl/opinie/dawid-wildstein-do-rafala-ziemkiewicza
Bobiku, przecież Cię wielbię…
No dobra, oddaję sprawiedliwość. Karajan w słuchawkach daje radę Brahmsowi. Niech mu będzie. 4 część 3 symfonii jest bardzo logiczna… ale…. rozpalonemu do białości Furtwanglerowi mało kto dorówna! To pewnie o tym, że lubię wyważonych dyrygentów 😉
Ja sie tez zastanawialam jak ona wkladaa brudne talerze pod te bluzke, ale sadze, ze w samej blizce nie byla i miala na sobie tez jakis zapinany zakiet.
Ja wierze jej, ze historia jest prawdziwa. Ethel slynie z absolutnie bezkompromisowej prawdomownosci, co czasami ponoc konczylo sie klopotami da niej.
I od smierci meza podobno odmawiala wszelkich wywiadow. Do programu namowila ja najmlodsza corka Rory, wielokrotnie nagradzana dzienikarka, urodzona juz po smierci Roberta K. A przyjecie bylo oficjalne, a nawet stanowe – state dinner. To ma wyzsza range w dyplomacji, podobnie jak state visit (wizyta panstwowa) – dlatego Putin nie mogl w zadem sposob zaprosic Lecha Kaczynskiego na te sama uroczystosc co zaprosil byl Tuska. Bo premiera zaprasza premier, zas prezydenta moze zaprosic tylko prezydent i wtedy wizyta ma range panstwowej.
Lech Walesa byl w Londynie z wizyta ponstwowa, bo zaprsila go jako prezydenta Krolowa. Podobnie B. Obamy nie zaprasza premoer Cameron, chyba, ze Obama przyjezdza z wizyta nieoficjalna i wtedy moze sie spotkac z Cameronem.
Musialam to wszystko w swoim czasie przerabiac 🙂
Aaaa…. dotarło… bo ja u Brahmsa… Weredyk co to Donkarlo napisał…w Montekarlo?
he.
A wiecie, że u mnie jeszcze Kempe ma 3 symfonię… a co mi tam… posłucham. Kempe w słuchawkach.
Sorki, ja jestem w rarefied stratospheric air of Brahms. A gdzie ja miałem uszy przez tyle lat… nawet czapkę zgubiłem.
Tadeuszu, czy to Ty byłeś tym rekrutem, który na pytanie, co będzie, kiedy nieprzyjaciel odstrzeli mu ucho, odpowiedział „nie będę słyszał”, a na kolejne pytanie, co się stanie, kiedy i drugie ucho padnie ofiarą nieprzyjaciela, odparł „nie będę widział. Bo czapka spadnie mi na oczy”? 😆
W Monte Carlo to ten Vredny ponoć zrobił w bambucco jakiegoś korsarza. Ale nie wiadomo, czy to prawda, bo informacja pochodzi od Falstaffa, a on miał skłonność do konfabulacji. 🙄
Heleno, ja nie twierdzę, że Ethel z pełną świadomością kłamie. Mam tylko ciche podejrzenie, że w wieku 83 lat można już trochę… jak by to ująć… pamiętać inaczej. 😉
http://www.rp.pl/artykul/384644.html
Ta porcelama jest w posiadaniu wdowy po Stashu. I w rodzinie Kennedych wszyscy te historie znali.
Zaluje, ze nie bede mogla zobaczyc tego programu, bo on bedzie pokazywany w kanale, ktorego nie mam.
Wiele lat temu zrobiono podobny program z Rose Kennedy, mater familias. A choc bylo to ok. 35 lat temu, pamietam z tego programu bardzo duzo i zrozumialam dlaczego kuzynka mego ojca , Mary , ktora znala klan Kennedych z Bostonu w latach trzydziestych, zle sie o nich wyrazala i uwazala Josepha (ojca) za potwora. Przed tym wywiadem z Rose, nie moglam tego zrozumiec i nawet sie troche gorszylam, wyrosla w kulcie dla prezydenta USA. . Ethel w duzej mierze podobnie wychowywala swoje dzieci, poza wlasnie ta ostatnia corka, Rory, na ktora nie starczalo juz jej czasu i energii.
Rory mowi, ze stara sie wychowywac swoja trojke dzieci tak jakby kazde z nich bylo jedenaste z rzedu. To znaczy nie siedziec im nieustannie na glowie i domagac sie aby zawsze i we wszystkim wygrywaly. I dla Rose i dla jej tesciowej nie istnialo cos taloego jak drugie miejsce w wyscigu. To musi byc straszne dziecinstwo. Pamietam, ze Rose mowila, ze dzieci przy stole nie mialy prawa rozmawiac o d..maryni, tylko musialy nieustannie dyskutowac o tym czego sie nauczyly lub przeczytaly w gazetach. Koszmar.
Dla Ethel i jej tesciowej… Sorry.
Też nie mówiłam, że Ethel kłamie. Mówiłam, że wizyta była prywatna, bo to prawda. Żadnego state dinner nie było z tego, co mi wiadomo.
http://www.youtube.com/watch?v=QfrDeLPDdUk
Tak by to wyglądało podczas state visit? W Polsce 1964 roku? Zakulisowe rozmowy na pewno były i pewnie coś w rodzaju state dinner w ambasadzie.
Ludzie ich witali rzeczywiście ogromnie serdecznie, pamiętam, bo tato mnie ciągał na przejazdy po Warszawie 🙂 RFK miał zwyczaj wskakiwać na maskę samochodu, żeby pozdrawiać ludzi i ojciec bardzo się bał tego wskakiwania, że wtedy jakiś wariat… Tak mi mówił.
Wrócę jeszcze do tłumaczy, o których zahaczył Ozzy. Temat to właściwie smutny, choć wspaniałych tłumaczy mieliśmy niemało. Ale właśnie – mieliśmy, w czasie przeszłym, a przyszłego może nie być. Bo dobre tłumaczenie zaczyna być nie zawodem, tylko hobby, kosztownym na dodatek. Wydawnictwa przeważnie płacą śmiesznie mało i nie są skłonne dokładać za jakość. Znana to zresztą i skądinąd sprawa: jak profesjonalista będzie sobie liczył za drogo, to się weźmie studenta, który zrobi za półdarmo, a wychowany na półdarmowych tłumaczeniach czytelnik nawet nie zauważy różnicy.
Jeżeli jakiś maniak chce latami ścibolić i cyzelować przekład, to w praktyce musi mieć inne źródła dochodu i dokładać do interesu, bo z tego, co mu zapłaci wydawnictwo, nie wyżyje. Są jeszcze pewne wyjątki od tej reguły, ale jest ich coraz mniej.
Nasza Puchala na pewno mogłaby coś na ten temat powiedzieć. I myślę, że też nie mówiłaby wesoło. 🙁
Eee tam, Bobik. Sposrod wymienionych przez Ozzy’ego tlumaczy starej daty, jeden byl moim kolega redakcyjnym i dla niego praca tlumacka byla jak fabryka kielbasy. Co zreszta widac po jakosci tych tlumaczen, jak sie zna oryginal.
Nie mysle, by „srednia” dzis byla nizsza niz kiedys.
Staranniejsze natomiast z pewnoscia bylo redagowanie ksiazek. Redkakcje mialy tlumy redaktorow, a i ksiazek wydawano znacznie, znacznie mniej wtedy.
Artykuł jest z 2009 roku.
Heleno, jeżeli chcesz, to wrzucę gdzież ten film z 1964 roku i podam ci ścieżkę.
Nie mogę Ci wysłać, bo ma objetość 1,5 GB
Swego czasu wydawnictwa robiły cudne numery z „próbkami” od tłumaczy chętnych przełożyć dzieło. Każdy trzaskał w dobrej wierze swoje ileś tam stroniczek, potem dostawał od wydawnictwa miły liścik, że jednak mu czegoś brakuje, eee, tego, o! standardu obowiązującego w firmie i przy odpowiednio dużej liczbie „niestandardowych” dzieło się przekładało za darmo. Dziś, na szczęście, takie numery nie przechodzą. Są za to inne – „przekłady” jak z wujcia Googla. Aż strach kupić książkę bez przeczytania na próbę kilku stron w księgarni.
Średnia jest zdecydowanie niższa, Heleno. Niektóre z ukazujących się teraz tłumaczeń dawniej nawet przez najliberalniejsze sito by nie przeszły.
Oczywiście i dawniej były tłumaczenia taśmowe, z fabryki kiełbasy, ale jednak ta fabryka jakieś minimum poziomu musiała zachowywać, ktoś nad tym czuwał. A oprócz tego były tłumaczenia naprawdę świetne, zajmujące mnóstwo czasu i ktoś był skłonny za to zabulić. Teraz bardzo rzadko jest skłonny, a wymagane minimum poziomu chyba już w ogóle przestało istnieć, sądząc po niektórych płodach przekładowych.
Rozmawiałem z różnymi tłumaczami w Polsce i mówili mniej więcej to samo, co tu opisałem. I z tegoż zresztą powodu sam się do tłumaczeń nie pcham. To nie są dobre czasy na takie zajęcie. 🙄
Żona wymienionego przez Ozzy’ego wśród tłumaczy z górnej półki Sąsiada też mówiła, że on za te swoje ambitne tłumaczenia dostaje tyle, że do włożonej pracy ma się to nijak. Więc nawet tłumacze z nazwiskiem nie są przez wydawnictwa traktowani lepiej.
Jeśli oprocentowanie kredytów na rynku stało się teraz korzystniejsze (dla klientów), to bank Bobika może się bać, że Bobik weźmie tańszy kredyt gdzie indziej, a ten spłaci (o ile ma w umowie możliwość wcześniejszej spłaty kredytu). Żonglowanie kredytami to dość popularny sport, uprawiany nie tylko przez rekiny biznesu i psy finansjery. 😉 http://pl.wikipedia.org/wiki/Kredyt_konsolidacyjny
Czy ktoś mi może podpowiedzieć, jak ugryźć dzisiejsze google? 😯
Bobik, dzis sie wydaje znacznie wiecej ksiazek. POnadto tlumacz sobie dzis rzadko wybiera co ma tlumaczyc. Najczesciej dzieje sie to w ten sposob, ze wydawnictwo ma kontarkt z gigantem zagranicznym i jesli chce dostac prawa na cos „smakowitego” jak np Kod da Vinci (wiadomo, ze musi sie sprzedawac jak gorace bajgle), to musi sie zobowiazac do przetlumaczenia i wydania np. topornie napisanej biografii Estee Lauder czy Heleny Rubinstein, co wiadomo, ze sprzeda czesc nakladu a reszta pojdzie na przemial. Jednak dobra i warosciowa literatura jest oddawana w dobre rece. A bardzo wiele „starych dobrych tlumaczen” jest tumaczona na nowo, bo poprzednie byly skandaliczne (np. Nabokov, Naipaul etc). I tlumaczy go tlumacz z prawdziwego zdarzenia, ktory wie co dostal na warsztat i jak sie z tym obchodzic.
A propos „starych dobrych tlumaczen” : jesli porownasz np polskie tlumaczeie Jesieni Sredniowiecza , ktore sie czyta z zapartym tchem z polskim tlumaczeniem Homo ludens, tego samego autora ale zupelnie inego tlumacza, to widzisz, ze i dawniej zdarzaly sie tlumaczenia- potworki. Homo Ludens w tej wersji w jakiej ja to mam nie da sie czytac. Nudna ciezka pila. A Huizinga umial pisac!
Stara, garsc melatoniny do pyska i marsz na poslanko, bo jutro znowu bedzie stekanie pod niebiosy. Juz sluchac tego nie moge! 👿
Mnie też rozsądek odsyła na legowisko, więc dalej będę się kłócił jutro. 😉
Jasne! Na google sprzątamy dziś lodowisko. Nie wiem jeszcze, jak sobie radzić z kanistrami, ale zastanowię się nad tym, jak się prześpię.
🙂
Dzien Dobry Bardzo Mocno 😀
snieg, snieg pada
szeleszcze do herbaty
w Tereny do pozycji 🙂
brykam fikam
Dzień dobry 🙂
Herbata, bez szelestu, środowe żaby
Odczytuję w biegu nocne rozmowy
Dzien dobry, chlopaki.
Ktos nie psi aby psac mogl ktos 👿
Bry!
Kempe bardzo dobrze dyryguje! Hihi. Każdy ma swojego hopla….
Mam trochę wrażenie, że dawniej o tłumaczach się mówiło więcej, bo więcej się mówiło w ogóle o literaturze. Teraz majtki Dody, czy co to tam ważnego obecnie się dzieje, dominują dyskusję.
Jeśli mnie pamięć nie myli to tłumacz, Bobiku, w czasach PRL dostawał tę samą stawkę zawsze. Był państwowy taryfikator. Niektórzy umieli sobie wychodzić znacznie lepsze stawki, np. Słomczyński (o, ten to potrafił strzelić paskudne tłumaczenie….). Tak więc zawsze było to co zawsze, czyli trzeba było masowo tłumaczyć, aby zarobić, albo się zarobkami nie przejmować.
A jest jakiś w ogóle dobry przekład Nabokova? Co biorę do ręki tłumaczenie w księgarni to mnię mierzi.
Dzień dobry 🙂
W porach przedpołudniowych, a zwłaszcza przed odpowiednim nakawieniem się, to ja o niczym zbornie nie potrafię – ani o literaturze, ani o majtkach Dody. Ale jak mi dacie dosyć kawy, to mogę się pozbierać i radośnie ruszyć do kłótni. 🙂
Wcale nie dobry 👿
Ktoś mi podrzucił nadprogramową grypę. Druga w sezonie, w okresie zaliczeń 😯 🙁
Jak dorwę tego co mi to zrobił 👿
Przed dorwaniem muszę dojć do sił 🙁
Jagodo, na początki grypy najlepsza jest legitymacja Spanielki. 😉 Chyba ostatnio była u Haneczki. Po należytym wyjęczeniu się jakoś łatwiej do tych sił dochodzić.
Dla wszystkich Spanielek, zagrypionych lub nie, ode mnie dzisiaj puchowy śniegu tren za oknem i rozgrzana, trzaskająca koza we wnętrzu. Herbata z cytryną w razie czego też się znajdzie. 🙂
O, Wy też chorzy??
😆
a tu nic śmiesznego…
Na poważne kłótnie jeszcze jestem trochę zbyt niemrawy, więc na razie tylko szarpnę za nogawkę rzekomą peerelowską równość. 😉 Owszem, stawki w kulturze były jednakowe (choć też nie zawsze, bo przy niektórych istniały tzw. widełki), ale wydawnictwa czy redakcje miały wiele sposobów finansowego promowania tych, na których im zależało. Nagrody, stypendia, fuchy, które wymagały tylko podpisania i wzięcia forsy, synekury… Wiem, bo jako młody, zdolny sam trochę z tego systemu skorzystałem. 😉 😳 Krezusem się może nie było, ale żyć się jakoś dało i jednak wysoka, prestiżowa pozycja w świecie kultury dawała dochody większe niż niska. Czyli opłacało się docyzelować dzieło, bo sumie na jakieś konkrety mogło się to przełożyć.
Co nie znaczy, że i w peerelu nie istniały majtki Dody dla amatorów. Istniały, tylko nie robiły za kulturę i nie powiewały dumnie jak sztandar z nagłówków i ekranów. 🙄
Sorry, przypomniałem sobie, ostatnio to chyba jednak u Tadeusza była ta legitymacja, nie u Haneczki. 😉
„Wy też chorzy” to nadmierne uogólnienie. Ja tam wcale nie chory, znaczy, grypy nijakiej nie mam. 😆
Tak, wiemy Bobiku, żeś Ty nie chory. Tak… Chętnie legitymację jednak oddam.
Ja to se mogę herbatę z cy. Witaminą cy. Bo cy-tryny nie wolno.
Oczywiście, Bobiku, że system był taki w PRL, że istniało wiele furtek, żeby móc wypłacić pieniądze. Na kim tam komu zależało. Tu niestety leży liść pogrzebany, bo to prowadziło do wielu nieprawidłowości. Można było zdolnej poetessie, można było i szwagrowi.
No, cały system to była jedna wielka nieprawidłowość, aż dziw, że tylu ludzi jednak dość solidnie robiło swoją robotę.
Jasne, nie będę bronił peerelowskiego systemu „jako takiego”. Ale myślę, że faktycznie warto zastanowić się, dlaczego pewne rzeczy funkcjonowały wtedy mimo systemu, a wydają się nie funkcjonować dzisiaj. Czy tylko dlatego, że „czasy się zmieniły”, czy też w tym nowym systemie jakoś nie wszystko jest doskonałe. 😉 Bo jeśli to drugie, to od tego mamy pyski, żeby przynajmniej sobie na te niedoskonałości poszczekać. 😆
Mnie się wydaje, że jakość tłumaczeń zależała też od wydawnictwa.
Kiedyś było ich mniej.
Były wydawnictwa poważne, które wydawały dzieła z wysokiej półki, w starannym tłumaczeniu i edycji i były popularne wydawnictwa, jak np. Dolnośląskie (moja ulubiona Agatha Ch.), gdzie wielokroć tłumaczenia wołały o pomstę do nieba.
Teraz namnożyło się firm bez liku, żeby żyć, wiele poważnych wydawnictw spuściło z tonu, wydaje mydło i powidło, co ma przełożenie na jakość tłumaczeń.
Priorytety się zmieniły w nowym systemie? Ale to na długą rozmowę. Np. bardzo ważne jest teraz posiadanie. Czegoś drogiego. Taka mentalność nuworysza. Mam też wrażenie, że wiele gazet, z Wyborczą na czele, bardzo długo mówiło, jak to jest ważne. Bardzo.
O, ich snobizm, dziennikarzy, to następny temat… Mantra tekstów o modnych rzeczach: ten samochód jest nudny, w tym sezonie nosi się, etc. Musisz to mieć. Jak będziesz to miał, wszyscy będą patrzyli na Ciebie. Etc.
Co mi przypomniało, że właśnie kupiłem nowy zestaw symfonii Brahmsa. Musiałem to mieć!! Było tak nieprzyzwoicie tanie… ale nie był to jedyny wyróżnik 😆
Szarpania za nogawki ciąg dalszy. 😉 Wydaje mi się, że nigdzie nie dojdziemy za pomocą podawania przykładów, jacy to źli tłumacze zdarzali się dawniej, albo jacy dobrzy zdarzają się dziś. To jasne, że lepsi i gorsi są w każdej dziedzinie i w każdym czasie, na ten temat nie ma się co spierać. Mnie chodzi o mechanizm „wypierania lepszego pieniądza przez gorszy”, który ostatnio nie tylko w tłumaczeniach dość wyraźnie widać. Np. coraz głośniej – i nie bez powodu – psioczymy tu na prasę, a nie dlatego przecież, żeby w ogóle nie istnieli dobrzy dziennikarze. Średnia się obniża, bo fetysz redukcji kosztów dopuszcza do klawiatur ludzi nie tylko słabo piszących, ale słabo w ogóle znających polski język. Ten sam fetysz każe uznać redakcję i korektę tekstów za zbędną, woli tłumaczenia złe, ale tanie, wymachuje majtkami Dody, etc.
Dlaczego piszę „fetysz”, a nie konieczność ekonomiczna? Bo mam jeszcze odrobinę nadziei, że to ciągłe obniżanie jakości kiedyś spowoduje odwrócenie się przynajmniej części odbiorców, czyli okaże się na dłuższą metę ekonomicznie niekorzystne. A to z kolei może otworzyć na rynku furtkę dla mediów, które postawią na jakość i przejmą tych odwróconych odbiorców. Ale nie wykluczam, że to z mojej strony tylko wishful thinking. 🙄
No cóż, trzeba kupić tanio (marny tłumacz, początkujący), mało włożyć (brak redaktorów) i sprzedać dużo (economies of scale) i drogo (margines zysku). Normalny kapitalizm !
W normalnych krajach dzienniki mają recenzje książek. I potrafią bardzo zaszkodzić wydawnictwu bez standardów. U nas recenzje są od wielkiego dzwonu (np. w specjalnym dodatku).
Bobiku, oczywiście, że to wishful thinking! Dobrze można zarobić na masowych wydawnictwach. Dla masowego odbiorcy. Jego się ma w pogardzie i daje sieczkę byle jaką, bo i tak przecież nie warto. Ale jak się chce wyżyć z wydawnictwa z wydawanych książek (czasopism), nie dotacji, to jak nie marzyć o masowych wydawnictwach?
W rozwiniętym kapitalizmie otwiera się furtki w postaci zwolnień od podatków dla „mecenasów”. Jak to ładnie napisali, Rockefeller czy Guggenheim czy Ford w ciągu jednego dnia zmienili się z krwiopijców w ludzi kultywujących sztukę i naukę.
Nasi mecenasi lubią sport mecenasować…. O, Czarnecki i inni zaczęli sponsorować uczonych. Coś się zaczyna…. ale to pokolenia.
W Niemczech czy we Francji jest jednak dość duża świadomość tego, że kultura niemasowa z samego normalnego kapitalizmu nie wyżyje. 😉 I się po prostu w wielu miejscach prawa rynku zawiesza na kołku, poprzez dotacje czy przywileje podatkowe i inne.
Oczywiście i w Polsce do pewnego stopnia to działa, ale ten stopień nie wydaje mi się zbyt duży, a politycy niezbyt sprawą zainteresowani.
Jak chodzi o tłumaczenia, to najlepiej robi to chłop na granicy…
Pod warunkiem, że obie ręce ma sprawne. 😆
A ja myślę, że wszystko zaczęło się jeszcze w PRL i ma związek z masowym wykształceniem. Już za moich czasów powstawały w powiatowych miastach filie wyższych uczelni, najczęściej ekonomicznych.
To moi najsłabsi koledzy z liceum wybierali się do SN, bo nawet na dostanie się do Wyższej Szkoły Pedagogicznej nie mieli szans. A do tej też szli rzadko z zamiłowania. I oni w jakimś momencie przejęli oświatę. Która jeszcze w latach 60. była w rękach przedwojennych bądz powojennych pedagogów.
A teraz to już zupełna masówka panuje. Wszyscy prawie posiadają dyplomy wyższych uczelni, ale mało kto posiada wykształcenie.
I mamy co mamy. Masową kulturę dla masowo wykształconych 🙁 .
Zmoro, wolę masowo wykształconych od analfabetów. 😆
Gruess Gott. 🙂
Nie wiem, czy uda mi sie cos wiecej napisac.
Moze po niedzielnym zwiedzaniu Ohel-Jakob Synagoge?
Zmoro, zarówno masowe wykształcenie, jak i inne rodzaje masówki, to powszechny trynd, nie specyficznie polski czy jeszcze-peerelowski. Tylko że można sobie z niekorzystnych stron (bo są i korzystne) tego tryndu zdawać sprawę i próbować je jakoś równoważyć, albo można z „żelaznych praw rynku” zrobić religię i klęczeć przed nimi w zachwyceniu. 😉
Kultura niemasowa jest dla niemas. I tu się pojawia zasadne pytanie, na które trudno odpowiedzieć, czemu mają być dotowane obiekty i działania z których korzysta garstka… Jak stado wybiera w polityce, to czemu ma być inaczej w kulturze? Argumenty różne takie patetyczne i wzniosłe padają jak się popatrzy na hochsztaplerkę w tejż, zwłaszcza w sztukach tzw. Pięknych.
Zadzwonił syn, w marcu bierze ślub.
Wszystko zapięte, zaproszenia wydrukowane, częściowo wysłane, a tu z lokalu przychodzi zawiadomienie, że zlikwidowali działalność, bo miasto nie przedłużyło z nimi umowy. Restauracja Rycerska była odkąd pamiętam zawsze w tym miejscu. Tak im podwyższyli czynsz, że spakowali manatki, a moje dzieci zostały na lodzie.
Tadeuszu, jesli nie natrafiles dotad na dobre tlumaczenia Nabokova, to pewnie wlasnie miales stare, z czasow PRL.
Ale sa juz od lat na rynku tlumaczenia Michala Klobukowskiego, tlumacza obsypanego LICZNYMI nagrodami polskimi i miedynarodowymi.
On tlumaczyl na nowo takze sporo Conrada i wielu innych pisarzy obszaru jezyka angielskiego.
Tu:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Michał_Kłobukowski
Podobnie jak Siódemeczka, wolę otoczenie masowo wykształcone od masowo niewykształconego 😉 Moja mama niedawno podzieliła się ze mną pewnym spostrzeżeniem. Po kilku dniach spędzonych u nas, kiedy tak się złozyło, że przez nasz dom przewijało sie co chwilę sporo znajomych, głownie Zosi koleżeństwo ze szkoły i ich rodzice, mama stwierdziła z pewnym zdumieniem, że to wszystko są w zasadzie obcy, dopiero co poznani ludzie, a tacy jacyś… fajni i niegłupi. Wspomniała, że kiedy ja chodziłam do szkoły, ona wśród rodziców moich kolegów ze szkoły nie znalazła nikogo, z kim można było zamienić choćby dwa sensowne zdania. A szukała, bo była tam nowa, dopiero co sie przeprowadziliśmy i chciała nawiązać jakieś kontakty. I niby też część z tych ludzi była po studiach, większość choćby po maturach (i to pewnie uczeni przez przedwojennych nauczycieli), a jednak się nie dało. Gdy o tym powiedziała, zaczęłam sobie przypomiać rodziców moich szkolnych znajomych i musze przyznać, że rzeczywiście coś w tym co mama mówi jest. Natomiast obecnie wśród masowo wykształconych trzydziesto-czterdziestolatków, bo do tego pokolenia należę i ja, i rodzice innych dzieci z Zosi szkoły, znaleźć mozna mnóstwo fajnych, sensownych, całkiem rozgarniętych ludzi, z którymi da się i porozmawiac, i coś wspólnie zrobić. Tak jakby średni poziom przesunął się nieco wyżej. Być może towarzyszy temu zjawisku pewne „spłaszczenie” różnic w ogóle i dlatego w odczuciu tych, którzy pamiętają poziom wykształcenia i ogólnej ogłady przedwojennego profesora, zdaje się, że świat schodzi na psy. Być może profesorowie teraz nie są już tak mądrzy i tak kulturalni, ale może to też trochę efekt kontrastu w stosunku do tła.
Nie, żebym zaprzeczał zmorze, ale do tej prostej wizji dodałbym parę zakrętasów. Np. taki, że warto sięgać do swojej ale także i do cudzej pamięci. Mam na myśli fakt obracania się w określonym środowisku i towarzystwie, determinującym postrzeganie świata. Owszem, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych panował zdrowy snobizm na literaturę, film, muzykę, sztukę generalnie.
Aleć daleko nie u wszystkich. Śmiem twierdzić, że u mniejszej ości.
Jak dodamy do tego zupełnie odmienne sposoby dystrybucji dóbr kultury, ich dostępność jak pamiętamy – ograniczoną – a do tego ówczesny stan i obraz mediów, wyjdzie nam, że tak dużych różnic nie ma.
To prawda, że poziom naszych uczelni to zgroza, w wyścigu po kasę stworzono parodię kształcenia wyższego. Reforma gimnazjalna już tak jednoznacznych ocen nie wywołuje, przyjąć można, że poziom szkół średnich się mniej więcej utrzymał.
Ale otoczenie bardzo się zmieniło, co może wywoływać wrażenia opisane przez zmorę.
Aby opisać i porównać stan umysłów wtedy/dziś należałoby uściślić definicje. Bo cóż można za wniosek wyciągnąć z faktu, że dawniej wyższym wykształceniem mogło się pochwalić ca 3-7% obywateli a dziś wśród młodzieży to znacznie większa liczba – ostatnio gdzieś czytałem, że studiuje ok 50% absolwentów szkół średnich, co już podniosło procent obywateli z wyższym wykształceniem znacznie. Czy stali się oni inteligentami? Myślę, że wątpię… znaczy: myślę, że wątpia me drżą na samą myśl o tym 😉 I pojęcie inteligencji też należałoby uściślić, a nie łatwo o to, bo czy przyjąć kryterium wykształcenia, uprawianego zawodu, pochodzenia ( słynna rubryka w kwestionariuszach), czy jeszcze czego innego. Każdy będzie miał swoje kryteria.
Otóż jak istniały światy równoległe, nie przecinające swych szlaków, tak istnieją dalej, tylko dzięki usprawnionej dystrybucji, internetowi i rozwojowi mediów, docierają w tym samym czasie do wiadomości/wiedzy. Jedni korzystają z tego podglądając Dodę piorącą swoje stringi a inni chętnie to też, ale dopiero po obczytaniu różnych recenzji i innych dyrdymałów o muzyce, książce, filmie albo jeszcze czymś. I tych jest mniej więcej tyle samo, co w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
Do myślenia daje spadek nakładów książek i generalnie czytelnictwo, ale i na tym polu dawne statystyki były niedoskonałe.
Mówią ciągle, że świat schodzi na psy. Psy pewnie się zmieniają, ale rasa ciągle ta sama 😉
Biedni Panstwo Mlodzi! Kazdego by szlag trafil! Lokal musi zwrocic co najmniej koszt zaproszen. Mlodzi powinni postraszyc sadem, jesli lokal odmowi, wraz z odszkodowaniem za spory klopot w ostatniej chwili przed slibem. .
Znacznie łatwiej jest klęczeć w zachwyceniu, Bobiku.
Ale za to dużo trudniej w tym chłamie znależć coś wartościowego.
Ja dostaję oczopląsu w księgarniach – i po jakimś czasie muszę wyjść natychmiast na swieże powietrze.
Ale to przecież z drugiej strony też nie jest złe. Niech sobie ludzie czytają Arlekiny, byleby cokolwiek czytali 😉 .
Tylko że mam nieodparte uczucie równania w dół, ale może zatraciłam proporcje.
Ja odnotowuje to samo zjawisko co Mama Vesper.
I pamietam jak mnie uderzalo w czasie pierwszej wizyty w POlsce po latach przezytych na Zachodzie, jak malo kontaktowi sa nieznajomi na ulicy, w autobusie, w tramwaju, w sklepie.
Bylam zupelnie nieprzyzwyczajona do tego, ze zagaduje do kogos, a ten ktos patrzy na mnie surowo i podejrzliwie. Zwlaszcza dzieci patrzace spode lba, nieufne i powazne wobec obcego.
To sie zaczelo szybko zmieniac i zmienilo sie jednak radykalnie.
Kłobukowski to ten, o którym Stiller mówił, że mu ukradł tłumaczenie Lolity? 😆
Troszkę myślę Heleno, że te tłumaczenia z Prl to przede wszystkim nie bardzo istniały. Pierwsze to było chyba Przejrzystość rzeczy, tłum. demkowskiej. Dość paskudne. Później długo nic. A tłumaczyły tuzy. Kołyszko, Kozak, Engelking. Ja je przeglądałem, ale chodzi o to, że skala trudności jest olbrzymia. Po lekturze Nabokova oryginalnego zawsze mam wrażenie, że inne powieści są strasznie niechlujnie napisane…. No i żaden z tłumaczy nie przekonał mnie do swojej wersji. Kłobukowski też. A tłumaczenie Ady jest w ogóle dość osobliwe, ale zazdroszczę tłumaczowi odwagi….
Pisząc o równaniu w dół mam na myśli Srodki masowego przekazu.
Nie społeczeństwo, broń Boże .
Ależ „Patrz na te arlekiny” Nabokova to bardzo dobra książka 😉
Tak, Heleno. Dzieci teraz zupełnie inaczej się wychowuje i to widać. Oczywiście zawsze można dopatrzyć się w tym i negatywnych skutków, ale te najbardziej widać jednak w mediach, bo kiedy rozejrzeć się po szkole i sąsiedztwie, to większość dzieciaków jest napradę rewelacyjnych – wesołych, otwartych, ciekawych świata i innych ludzi, wygadanych. Nie mam wrażenie równania w dół. Wręcz przeciwnie.
A przykład z rodzicami dzieci z tej samej klasy jest chyba w miarę miarodajny. Tak samo kiedyś, jak i teraz, jest to dość przypadkowo dobrana grupa, przeważnie w podobnym wieku.
Różnica taka, że jest strasznie dużo chłamu w czasopisamch, ale jednocześnie dużo ciekawych specjalistycznych pism. W empiku zawsze się zastanawiam kto to czyta…. I coś świadczy o Polsce fakt, że polski Hustler szybko padł, a polski Scientific American istnieje.
To samo z książkami. Nakłady małe, ale ile tytułów!
Ps kłobukowski nie tłumaczył Ady. Engelking zdaje się. Zaraz sprawdzę.
W gąszczu tytułów rzeczywiście coraz trudniej się poruszać, ale są też bardzo przydatne narzędzia, jak na przykład Google Books, w którym można znaleźć masę tytułów. Do czytania dla przyjmności ten format sie nie nadaje, ale do wyszukania informacji specjalistycznej, czy przejrzenia czy książka mi pasuje nadaje się bardzo. Trzeba więc dostosować metody do nowych warunków 😉
rysberlin 🙂
B-g zaplac za poezje Lowella – majstersztyk pana Stanislawa – pamietam jak niegdys zjechal przeklady Grzegorza Musiala w TP – zrobil to z taka finezja i humorem.
Czy ktos z Panstwa lubi amer.poetow modernistow- zwlaszcza Charlesa Reznikoffa, Georga Oppena?
Ale, vesper, one się nie nadają do pism bieżących…
Engelking tłumaczył. Z przedziwnego języka Nabokova w Adzie, jakiegoś łacińsko-rosyjskiego angielskiego…. nie zostało nic. Oglądnąłem trzy recenzje. Tylko piszą o kazirodczych uciechach erotycznych, jakby literatura na tym polegała 🙁
Mnie tam od przybytku glowa nie boli i pomimo ogromnego rynku, a nawet rynkow wydawniczych nie mam najmniejszych trudnosci z odnalezieniem lektur dla siebie.
I za boga nie chcialabym powracac do prlowskiego rynku ksiazek i przekladow.
Nie, do pism bieżących te darmowe się nie nadają. Do nich trzeba już mieć dostęp do płatnych baz danych, ale przecież i takie są.
Dzień dobry,
w zeszłym roku była rozmowa, na wysokościach, o turebkach.
I wtedy Alienor linkowała do takiej torby (coś ala sakwa).
Może ktoś pamięta, co to za turebka była.
Byłbym wdzięczny i jednocześnie zwolniony od przesiewania archiwum.
Nie wiem na czym to polega, ale jak wchodzę do księgarni w Polsce, zwłaszcza do empiku, to czuję się tak, jakbym była wewnątrz kalejdoskopu, którym ktoś potrząsa. Po jakimś czasie muszę wyjść.
I nie ma możliwości przycupnięcia na chwilę. Ba, nawet są kartki zabraniające siadania na podstawie regałów, tworzącej rodzaj ławeczki. To już Matras ma wydzielony kącik do kartkowania
ksiażek.
A przecież wychowana jestem na Thalii, Gonskim, Sternverlag, Hugendubel i tam się odnajduję, mimo że są wielokrotnie większe, i przebywam w nich godzinami, a tu ginę z kretesem i muszę uciekać, bo dostaję zawrotow głowy. Nie rozumiem tego ;-( .
To było chyba z tej oto strony, Klakierze:
http://zuziagorska.pl/pl/c/Torby-na-ramie/75
Z tym się zgodzę, Zmoro. Empik mnie też przytłacza. Księgarnie z klimatem, do których można wejść i wyjść dopiero po kilku godzinach, są już tylko w bardzo dużych miastach. W całym kraju jest ich tyle, że na palcach jednej reki da się policzyć.
Bardzo dziękuję, Vesper. Tak to są te torby.
Myślę, że jak mowa o obniżaniu poziomu, to trzeba rzeczywiście uściślać, czy się mówi o społeczestwie, czy o mediach. Bo jednak nie jest to do końca to samo. 😉
Wspominając o tym, że masówka ma również korzystne strony, miałem na myśli m.in. to, o czym pisały Mt7 i Vesper – że lepiej mieć do czynienia z tak sobie wykształconymi, niż z w ogóle niewykształconymi. Fakt, że prowadzi to do pewnego spłaszczenia, ale akurat o to nie darłbym futra, póki istnieją mechanizmy przesuwające tę spłaszczoną średnią raczej w górę niż w dół.
Mnie co innego wścieka. Ad hoc bym to określił jako założenie właścicieli (większości?) mediów, że wszyscy odbiorcy są bandą kretynów, pożądającą wyłącznie papki. Na zasadzie „wyprodukujemy najtańszym kosztem jakieś barachło, a ciemny lud i tak to kupi”. Odczuwam to jako nieuprawnioną arogancję i osobistą obrazę. 👿
Ooo, Vesper, nie powinnas narzekac. Macie tam w Gdyni jedna urocza ksiegarnie na tej glownej ulicy przy placu Kaszubskim. Z kawiarenka, ciastkami i uroczymi mlodymi kobietami, ktore to prowadza. Jak czegos nie maja na skladze, to zaraz zamowia i powiadomia, ze przyszlo. Kuma nie moze sie nazachwycac tym miejscem i to od dobrych paru lat. Wszystko tam sobie zamawia.
Mozna nawet przychodzic z Grzecznym (w miare) Psem.
Ja u nas ogladam programy coraz lepsze – mowie o tych „edukacyjnych”. Jest seria o sakralnej architekturze (Devine Design), jest seria o malarzach (Rembrandt, Vermeer, A. Warhol, Velasquez i inni), jest oczywiscie kilka serii naraz przyrodniczych Attenborougha i innych, jest seria o astrofizyce (genialny profesor Brian Cox wygladajacy jak nastolatek), jest seria o astronomii (Sky at Night), jest seria o archeologii biblijnej. Niedawno skonczyla sie seria o „Sztuce w trzech kolorach – zloty, niebieski bialy” – wspaniala, z ktorej TYLE sie dowiedzialam. I to wszystko leci naraz i na szczescie w godzinach na tyle wieczornych, ze mozna ogladac spokojnie i bez przeszkod.
Divine nie dEvine (design).
Osobiście nie narzekam, Heleno. Vademecum, bo to o tej księgarni mowa, jest wspaniałym miejscem. W Sopocie i Gdańsku tez mam swoje ulubione księgarnie. Ale co innego Trójmiasto, co innego mniejsze ośrodki. Tam juz takich miejc raczej sie nie znajdzie, za to Empik jest prawie wszędzie. Choć lepiej, że jest Empik, niż nic.
Heleno, zauważenie, że dawniej coś było inaczej i może niekoniecznie to było gorsze, nie oznacza automatycznie chęci powrotu do peerelu. 😉 Zwłaszcza że często może się to wiązać bardziej z tym „dawniej” niż z ustrojem.
Droga postępu jest jak droga pijaka do domu – długa, kręta, pełna przystanków i błądzenia. 😈 W końcu ten pijak do domu dolezie, ale chyba nie jest źle, jeśli go czasem ktoś poinformuje, że akurat wlazł w ślepy zaułek, albo że zaraz wyrżnie łbem o latarnię. 😎
Moim zdaniem z szeroko rozumianymi mediami dzieje się w tej chwili w Polsce coś niedobrego. Próbuję sobie odpowiedzieć na pytania, co to takiego, jakie są tego przyczyny i jak można by to zatrzymać bądź odwrócić. Porównuję z dawniej, porównuję z innymi krajami, zastanawiam się, jakie procesy społeczne czy technologiczne odgrywają w tym rolę, itepe, itede. To są wszystko próby diagnozy, też zresztą pełne zakrętów i błądzenia. Z chęcią reanimowania peerelu naprawdę mało ma to wspólnego. 😉
Zgoda, ze sie dzieje cos niedobrego. Gdyby Panstwo energiczniej wymuszalo „misyjnosc” telewizji i skuteczniej sciagalo oplaty abnamentowe, to to podciagaloby innych nadawcow telewizyjnych do pewnego poziomu. Ale nie robi ani jednego, ani drigiego.
Zaraz mi ktos powie, ze to nie takie proste.
Nie jest, ale nie mam czasu, bo musze cos zrobic z ta chalupa, ktora jest w tej chwili chlewem. A jutro przyjdzie Pani Doch i bedzie robila wszystko po lebkach, bo wszystko po lebkach jest lepsze niz to co w tej chwili.
Bobiku, mnie się wydaje (ale to czysto intuicyjne), że Polacy bardzo mocno zwrócili się w stronę szeroko rozumianej prywatności. Sfera publiczna, do której należy też życie zawodowe, stała się wrogim terytorium, na którym nie staramy sięo jakość, tylko walczymy o przetrwanie. Media, jako produkt aktywności zawodowej tych, którzy je tworzą, nie są wyjątkiem. Publicznie robimy to, za co jesteśmy wynagradzani, byle jak, byle szybko, bo liczy się czas i ilość. A potem uciekamy w prywatność.
Zdumiało mnie kiedyś, jak pewien menadżer z wielkiej korporacji, który w pracy zachowywał się jak skończony buc, a do tego idiota, niezdolny rozumieć dość oczywistych kwestii, prywatnie okazał się całkiem sympatycznym człowiekiem. Zdawał się całym sobą mówić, że prywatnie, to on zupełnie dobrze rozumie to, czego od 9.00 do 17.00 z założenie nie powienien. Myślę, że to jest dość powszechne zjawisko.
Myślę, że jest dużo prawdy w tym, co pisze Vesper. Ale to jest ślepy zaułek przecież i nie do końca uczciwe w moim pojęciu.
Bo jeżeli pobieram wynagrodzenie, to powinienem powierzone mi zdania wykonać najlepiej jak potrafię. Tak ja to rozumiem, ale ja należę najwidoczniej do rarogów 🙂 .
Jeszcze coś, w 99-ym, tv w Polsce było dużo bardziej otwarte na świat niż tv niemieckie, które bylo skupione bardziej na problemach ojczystych. I to było dla mnie odświeżające i cennne. A potem coś się porobiło, jakby morowe powietrze przeszło i przyniosło to co najgorsze z Europy.
A po dojściu do władzy Kaczyńskich już się zupełnie nie dało oglądac tv, czytać gazet etc.
Miałam poczucie przebywania w jakiejś równoległej rzeczywistości.
I to wszechobecne poczucie bylejakości, byle jak, byle szybciej. Czy to w szkole, czy to w pracy. I zawsze na ostatnią chwilę.
Pomieszałam znowu zbyt wiele wątków.
Zmoro, diabel jak zwykle tkwi w szczegółach. W tym przypadku w tym, jak należy pojmowac to „jak najlepiej”. Czy najlepiej to tak, jak mi nakazuje sumienie i uczciwość, czy najlepiej to tak, by było zgodnie z procedurą, czy może tak, jak każe przełożony, czy może wreszcie najepiej to tak, by osiągnąc jak najlepszy wynik finansowy swojego działania? dylematy nie ma, gdy „najlepiej” we wszystkich tych obszarach mniej więcej znaczy to samo. Ale co robić, gdy zachodzi między nimi sprzeczność nie do pogodzenia? Obserwuję, że tak bardzo często się dzieje.
Napisałabym, w jakich przypadkach to zaobserwowałam, ale musze uciekac po Zośkę do szkoły i z kotem do weterynarza (zespół urologiczny kastratów 🙁 )
Ja juz przestaje cokolwiek rozumiec. Przeczytalam wlasnie (zamiast sie zajmowac swa kobieca powinoscia szorowania kuchni) u Sasiada, ze ten ksiadz co powiadomil o zrzuceniu sutanny, bo sie zakochal, jest niedojrzaly i ze widzialy galy co braly. I na zakonczene wywodu, ze „nalezy grac czysto”.
Pewnie jestem glupia baba, ale dlaczego „dojrzale” byloby i „czyste” pozostawanie w habicie, skoro sie stracilo motywacje i zapal do tego zycia? Nieszczesliwy ksiadz jest lepszy od szczesliwego normalnego mezczyzny? Ja wiem, ze sie sklada przysiege etc,, ale dalej nie moge pojac „czystosci” wykonywania „poslugi” do ktorej sie stracilo serce i przekonanie. Pozostawanie w stanie kaplanskim nie powinno byc brzemieniem nie do udzwigiecia. I krytykowac go za nieco egzaltowany styl pozegnania sie z kaplanstwem tez jest jakies malo przekonujace. Tak ich, kaplanow, uczy sie przemawiac i malo komu zdarza sie z tej maniery wyrwac. I jakie to ma znaczene narawde w wypadku tego ksiedza, ktory bardzo elokwentnie powiedzial dlaczego zdecydowal sie porzucic sutanne?
Z grzecznym (w miarę) psem? Pan Milas by jeszcze i Mordechaja i inne takie nauczył dobrych manier, a w księgarni jest witany jak panisko i od razu wskakuje na jeden z licznych foteli. Przy okazji ja temu Mordechajowi to pogonię kota, bo już nawet na maile nie odpowiada, więc jest (w miarę) niegrzeczny. A księgarnia rzeczywiście podtrzymuje mnie przy życiu. Na szczęście dostała od miasta znaczną ulgę za wynajem lokalu, bo choćby była najlepsza, a jest, to by poszła z torbami.
Chyba lepszy dominikanin bez habitu niż ten…syn w koloratce, co słuchał sobie muzyki. podczas gdy spłodzone przeń dziecko wykrwawiało się na śmierć w sąsiednim pokoju. E, szkoda mówić. Nie rozumiem jednego: dlaczego takie sprawy, jeśli w ogóle podlegają jakimś sądom, to kościelnym? Przecież za nieudzielenie pomocy w sytuacji zagrażającej życiu chyba podlega ściganiu? Zwłaszcza, że dziecko było jego. To jest dopiero przykład owej słynnej cywilizacji śmierci.
To jest Kumo to wlaśnie, co ja odbieram jako świat równoległy, niepodlegający rozumowi, a istniejący pełnoprawnie obok.
Myślę, że opór ludzi wobec księży i zakonników przechodzących „do cywila” ma jakiś związek ze stosunkiem kościoła do rozwiedzionych wiernych. Skoro Kowalskiemu i Kowalskiej nie wolno się w cywilizowany sposób pożegnać i stworzyć nowych związków, to dlaczego wolno księdzu pożegnać się z kapłaństwem i założyć rodzinę 🙄
A dlaczego wobec księdza miłośnika muzyki nie zastosowano paragrafu o nieudzieleniu pomocy, tego nie rozumiałam, nie rozumiem i juz chyba nie zrozumiem.
Z tym uciekaniem w prywatność to jest reakcja po ludzku rozumiała, ale akurat w przypadku mediów nie do przyjęcia. Bo media z natury rzeczy są publiczne, choćby w sensie własności były prywatne. Znaczy, muszą działać w sferze publicznej, bo inaczej nie będą mediami, tylko szufladami albo czymś w podobie. 😉
Vesper, najprostszą odpowiedzią byłoby ” jak nakazuje sumienie i uczciwość”, ale założenie, że wszyscy są uczciwi i kierują się sumieniem( niekoniecznie tożsamym z naszym) jest błędne.
Najprościej w takim razie uznać, że „jak najlepiej”znaczy rzetelnie, na tyle na ile potrafię.
Jeżeli dyrektywy wydane przez przełożonego są błędne w odczuciu pracownika, to należy przedstawić swój punkt widzenia przełożonemu. Być może zlecenie zostanie zmienione, a jeśli nie zostanie, to należy je wykonać. Chyba że wykonanie zadania zgodnie z wydanym poleceniem niesie za sobą zagrożenie czyjegoś zdrowia, życia etc, to wtedy należy odmówić, ale na piśmie, dobrze odmowę motywując.
Zawsze są w życiu dylematy i to stanowi o jego sensie 😉 .
S…syn miłośnik muzyki jest również wyznawcą zasady „grunt to dobre samopoczucie”… 🙄
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13221268,Ksiadz__ojciec_dziecka_zmarlego_na_plebanii__nie_czuje.html#BoxWiadTxt
Sąsiad to się chyba co nieco zapętlił. 🙄 W jednym akapicie pisze, że decyzja wystąpienia z zakonu pod wpływem zakochania się jest niedojrzała, a w następnym „W końcu chodzi o zaufanie i do konkretnych ludzi, i do przekazu kościelnego. Nic tak nie podcina tego przekazu jak sprzeczność nauk głoszonych przez duchownego z jego osobistym życiem.” No to albo rybki, albo pipki. Jak nie ma być sprzeczności, to zakochany zakonnik wręcz musi zdjąć sutannę i powiedzieć „robię to w imię zgodności mojego przekazu z życiem osobistym”.
Vesper, czy rzeczywiście tzw. „normalni ludzie” mają takie duże opory wobec byłych duchownych zakładających rodziny, czy raczej inni duchowni i „zawodowi katolicy”? Pytam, bo ja u „normalsów” specjalnej niechęci nie zauważyłem (a znam kilku eksów), raczej dużo zrozumienia dla tych decyzji, ale wiem, że własne doświadczenie jest tylko częściowo miarodajne.
Przepraszam, nie śledzę dyskusji, zauważyłam tylko zdziwienie Heleny na temat dojrzałości.
Ja myślę, Helenko, że chodzi raczej o dojrzałość, która się przejawia w odpowiedzialności.
Czy uważałabyś, ze dojrzałym człowiekiem jest ktoś, kto ogłasza ten związek mnie już znużył, zakochałem się imam odwagę to powiedzieć, bo miłość jest najważniejsza,
Normalnie w życiu dość często się zdarza, że człowiek jest pod czyimś urokiem, kimś zafascynowany i może nawet zakochany, ale istnieją poza tym jakieś zobowiązania do dotychczasowego partnera.
Chyba, że uważasz zmianę na nowszy model za oczywistość.
Ja abstrahuję od tego, że to jest zakonnik, to w moim rozumieniu nie ma tu nic do rzeczy.
Lecę do sklepu.
Z Kumą się zgadzam, …syn powinien odpowiadać przed sądem, bo jest wyjątkowe S…SYŃSTWO.
Siódemeczko, ale tak teraz jest, z tym zakochaniem się!!!
Odkąd związek dwóch ludzi ma być fundowany JEDYNIE na uczuciu miłości (a tak się chyba bardzo powszechnie uważa), to jak miłość wygaśnie, no to spokojnie można partnera opuścić. To jest problem, na który socjologia od dawna zwraca uwagę. Indywidualne uczucie jakiejś osoby jest stawiane ponad wszystko. Co i film i literatura wbija skutecznie do głowy.
Uff, po weterynarzu.
Bobiku, ten opór nie musi występować u tych samych jednostek, które wcześniej same dokonały podobnego wyboru. Ci ludzie raczej powstrzymują się od osądu. Potępiać mogą „dyżurni katolicy”, ale rezerwa u „normalsów” też jest chyba dość zrozumiałą reakcją. Bo zaraz, zaraz, ale dlaczego małżeństwo ma być: po grobową deskę, widziały gały co brały, nieś teraz swój krzyż itd., a kapłaństwo nie? Dlaczego kościół tak bardzo utrudnia unieważnianie małżeństw, a stosunkowo łagodnie, choć bez afiszowania się z tym, podchodzi do decyzji kapłanów o zrzuceniu sutanny? I w jednym, i w drugim przypadku chodzi przecież o sakrament. Myślę, że chwila refleksji, zakończona wnioskiem, że co wolno wojewodzie, jest jak najbardziej na miejscu. Czy wyobrażasz sobie katoliczkę, która idzie do kościelnego sądu i mówi „byłam niedojrzała do małżeństwa, gdy zawierałam związek z tym mężczyzną, ale teraz dojrzałam do miłości do innego, chcę ten związek uniewaznić”? Myślisz, że w tydzień byłaby wolna?
bobikujac intensywnie pokonalismy srode 🙂 🙂
ozzy 14:45, nie znam, ale Reznikoffa znalazlem juz po polsku
http://www.biuroliterackie.pl/przystan/content/media/m_010/Reznikoff__Wspanialy_wspolrodaku_przeklad.mp3
dziekuje 🙂 🙂
zmoro, popatrz (i przeczytaj prosze 🙂 ) na male ksiegarnie w
jednej tylko dzielnicy Berlina
http://www.neukoellner.net/verbrauch-verzehr/fruehwinterliche-kiezlese/
(na zdjeciu z ksiegarni „buch|bund” moja kolezanka Nina)
Wydawnictwo CZARNE z Wolowca jest imponujace….Monika Sznajderman & Andrzej Stasiuk – wspaniali
i to, niezle 🙂
Charles REZNIKOFF
[Szedłem Czterdziestą Drugą Ulicą]
Szedłem Czterdziestą Drugą Ulicą, gdy zapadał wieczór.
Po drugiej stronie jezdni był Bryant Park.
Za mną szło dwóch mężczyzn
i dobiegł mnie fragment ich rozmowy:
„Najważniejsze – mówił jeden z nich do swego towarzysza –
to wiedzieć, czego chcesz
a potem się tego trzymać. Trzymać!
I w końcu na pewno ci się powiedzie”.
Odwróciłem się, żeby spojrzeć na tego, który dawał tak dobrą radę
i nie zdziwiło mnie, że jest człowiekiem starym.
Ale jego towarzysz
któremu tak gorąco jej udzielał
był równie stary;
i wtedy wielki zegar na szczycie domu zalśnił
po drugiej stronie parku.
Przełożył Piotr Sommer
Nie, no Milas jest faktycznie wybitnie grzecznym Psem, zakladajac, ze mu inne Psy nie dzialaja na nerwy i nie wchodza w parade.
Mowiac, z ksiegarni gdynskiej Vademecum Grzeczne (w miare) Psy sa mile widziane, to Stara miala na mysli inne psy niz Milas – te co potrafia jednym swoim widokiem MIlasa doprowadzic do szalu.
A Stara nie odpowiada na maila bo przyczaila sie i wciaz ma nadzieje, ze uda sie jej znalezc jakiegos Szekspira w lutowym Londynie. To znaczy nawet znalazla, podejrzanie taniego (po £10 za miejsce) i nijak nie mogla zrozumiec co to za zagwozdla z ta cena. Zaczela wiec szukac i szukac az sie z najwiekszym trudem dokopala, choc na stronie interenetowej nie ma o tym slowa wzmnianki, ze cala obsada sklada sie z aktprow albo z zespolem Downa albo z porazeniem mozgowym.
I tutaj sie zasepila. Bo z jednej strony to oczywiscie jako osoba bardzo postepowa MUSI pochwalac takie przdsiewziecia, z drigiej jednak przypomniala sobie jedno przedstawienie Makbeta w Riverside Studios sprzed lat, na ktore wybrala sie z Kuma i obie udreczone wyszly po drugim akcie, bo nie wytrzymaly amatorszczyzny i lapa jej zadrzala przed zamowieniem biletow na tych niepelnosprawnycxh aktorow.
Ale sprawdza codziennie caly internet i nic znalezc nie moze, bo to co jest na afiszu szekspirowskiego wyprzedane zostalo trzy miesiace temu.
I blame amerykanskie wycieczki, ktore nam calego Szekspira wyjadaja, lobuzy.
Ale liczy na zwroty biletow w ostatniej chwili. Tylko one beda naprawde w ostatniej chwili.
Rozbawilem sie czytajac, ze ten sukinsyn ksiadz pojechal z misja nawracac dzikusow na Ukrainie. Atta boy! Sam bym chetnie ponawracal, za odpowiednia oplate …
Piotrek Sommer przelozyl cala nowojorska szkole bardzo dobrze i zawarl ja w jednym tomie wydanym parenascie lat temu. Nie pamietam tytulu, a nie chce mi sie szukac na polkach. To bardzo sumienny tlumacz, a ja lubie jego wlasne wiersze.
A, teraz zrozumiałem. Jak chodzi o opór wobec tego, że Kościół łatwiej rozgrzesza „swoich”, to się nie dziwię. Myślałem, że szło o potępianie przez normalsów wyboru rodziny zamiast życia zakonnego.
Są twarde dowody na to, że Blog Bobika miesza – hyhyhy!
No ładnie to teraz mi Pan na mieszał. Torba, rzeczywiście jest super tylko w kolorze brÄ zowym i mogę sobie następną rzecz dopiać do listy 🙂
Dzięki jeszcze raz, Vesper, za przypomnienie.
😀
Heleno, co z tym internetem? Ustalili coś?
Tak, Siodemczko. Dzwonila mila kobieta z Indii. Podobno ja potrzebuje do swych dwu telefonow takich jakichs dostawek/rozdzielnikow, ktore oddzielaja polaczenie telefoniczne od internetu. Maja przyjsc w ciagu pieciu roboczych dni. A tymczasem po kazdym odebranym telefonie, musze resetowa, Safari i modem/routera.
No dobre i to, że coś zadziałają.
Jezu, jakiz wstretny jest ten Gmyz. Przeczytalam wlasnie o matce Tulei.
To sie w glowie nie miesci jacy oni sa obmierzli.
Daj spokój, Helenko, kiedyś zatchną się tym g…em.
Też ciekawe, bardzo a propos tego, o czym było wczesniej:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13248032,Kanclerz_kurii__Ksiadz__ojciec_dziecka__nie_moze_byc.html?lokale=trojmiasto#BoxWiadTxt
Ciekawe, bo 1) Ocena moralna jest oczywista dopiero teraz, kiedy się znów zaczęło o tym mówić 2) Kuria ocenia moralną postawę księdza na postawie wywiadu udzielonego dziennikarce 😯 Światy równoległe, powiadacie…
Piesku, możesz zajrzeć do poczty?
Szał – Anne Sexton
Nie jestem leniwa.
Jestem na amfetaminie duszy.
Każdego dnia wypisuję Boga,
w którego wierzy moja maszyna do pisania.
Bardzo szybko. Bardzo intensywnie,
jak wilk przy żyjącym sercu.
Nie leniwie.
Mówią, że gdy leniwy człowiek
spogląda ku niebu,
aniołowie zamykają okna.
O aniołowie,
trzymajcie okna otwarte,
tak, bym mogła sięgnąć do środka
i skraść każdy przedmiot,
przedmioty, które mówią mi, że morze nie umiera,
przedmioty, które mówią mi, że proch ma wolę życia,
że ten Chrystus, co chodził dla mnie,
chodził po prawdziwej ziemi,
i że ten szał,
jak pszczoły co przez cały poranek kłują serce,
zatrzyma anioły
przy oknach otwartych
szeroko jak angielska wanna.
tłum. Maria Korusiewicz
Nacht……………..
pstryk
Branoc, Rysiu! 🙂
rysberlin
przez pare lat prowadzilem korespondencje z Michaelem Hellerem z NY (poeta, prof.em.NYC, ekspert od moderny (the Objectivists)amer.,z Reznikoffem czytal wiersze w synagodze w NY.
dodalbym jeszcze dwoch poetow: Roberta Creeleya i Hugh Seidmana
„. Staraliśmy się pomóc ks. Mariuszowi – jako księdzu i jako człowiekowi – wydobyć się z życiowego dramatu”
To ksiadz przezyl dramat zyciowy! Bo mu wrzaski porodowe tej glupiej baby przeszkadzaly w odbiorze muzyki? 😯
Ozzy, a do czego „dodalbys jeszcze tych dwoch poetow”? Do Hellera? I co to jest prof. em. NYC? I w jaki celu bys mu dodawal?
Bo przestalam cosik rozumiec.
Kolacja mi się dziś przeciągnęła (mniam, mniam 🙂 ), więc dopiero teraz wrócę do tego, co napisali Siódemeczka i Tadeusz. Myślę, że decyzje opuszczenia stanu duchownego i założenia rodziny jednak nie są tym samym, co czysto hedonistycznie motywowane porzucanie jednego partnera, żeby wpaść w objęcia innego. Osobiście nie znam duchownego, który by taką decyzję podejmował z lekkim sercem i bez skrupułów. Na ogół jest to poprzedzone długimi rozterkami, przemyśleniami i poczuciem popełnienia ogromnego życiowego błędu, z którego trzeba wreszcie jakoś wyjść, w imię uczciwości zarówno wobec Boga, jak i człowieka, z którym się związało.
Nie jestem zwolennikiem zbyt łatwego zrywania związków, ale uważam, że żądanie kontynuowania ich nawet wtedy, kiedy stają się życiowym koszmarem, jest jakieś nieludzkie. I dotyczy to dla mnie zarówno małżeństwa, jak kapłaństwa.
Z pewnoscia taka decyzja musi byc potwornie trudna, zwlaszcza, ze zwiazana z mozliwoscia slnego ostracyzmu srodowiskowego, nawet dzis, a moze nawet zwlaszcza dzis.
Ten ksiazdz dopiero teraz przekona sie jak wielu dotychczasowych przyjaciol utraci. Ze o jego partnerce (partnerze? – bo on starannie unika jakiejkowiek formy gramatycznej zezwalajacej na dowiedzenie sie kto jest jego partnerem – kobieta czy mezczyzna) nie wspomne. Jej tez latwo nie bedzie, a moze nawet trudniej niz jemu – pamietam taka serie wypowiedzi partnerek/zon bylych ksiezy . Wszystie one byly oskarzane o „uwiedzenie” duchownego, wszystkie ponosily w oczach otoczenia ciezsza wine za jego odejscie ze stanu kaplanskiego.
Takie czasy, łatwiej nową zabawkę wziąć, niż naprawiać starą.
A to „hedonistyczne” jakby wyrzucił, to może i byłoby bardziej zrozumiałe…
Bobiku, ja niczego od nikogo nie żądam.
Odpowiedziałam tylko na zdziwienie Heleny, w ogóle poza tematem wyborów czyichkolwiek.
Nikt się nie musi przed nikim tłumaczyć, ani ktokolwiek kogokolwiek.
Ale mi się kolwieków nazbierało. 😀
Kupiłam sobie aparat i muszę trochę potrenować, bo chciałabym porobić ładne zdjęcia z uroczystości moich dzieci.
Aparato jest bajerowskie.
Aparato bajerowskie jak aspiryna? 😀
Ja nie miałem na myśli, Siódemeczko, że Ty konkretnie żądasz nierozerwalności, tylko że taki jest wymóg katolickiej ortodoksji i – nic na to nie poradzę, wydaje mi się to okropne. Małżonkami lub kapłanami zostają najczęściej ludzie młodzi, niewiele jeszcze wiedzący o sobie, świecie i innych. Czasem wychodzi na to, że dokonali słusznego wyboru, a czasem wręcz przeciwnie, że się tragicznie pomylili. Jeżeli chcą naprawić taką, wielce przecież ważącą, pomyłkę, starając się przy tym zminimalizować szkody, to trudno mi zrozumieć, jak religia głosząca miłość do człowieka może im tego zakazywać. 🙁
Całkiem niezależnie od powyższego zastanawiam się, co się stało z naszą drugą półkulą. Ani Monika się ostatno nie pokazywała, ani Królik. Andsol też nie, ale o nim przynajmniej wiadomo, że się przeprowadza. 😉
Hop, hop, druga półkulo! Mam nadzieję, że u Was co najwyżej środa rozciągnęła się na inne dni tygodnia, ale poza tym wszystko w porządku. 🙂
Ja tez sie troche niepokoje druga polkula. I tez wzywam do odezwania sie.
Ki diabel? Dlaczego mi wpisy wychodza podwojnie kiedy kliknelam tylko raz? Sorry, Bobik. mam jakies zaklocenia na laczach.
Tymczasem tu pierwsza półkula, choc z doświadczeniami drugiej. Donoszę z ulgą, że napisałam wypracowanie o domu-muzeum Fernando Pessoi, sugerując Krakowowi choćby wspólne muzeum Szymborskiej i Miłosza. Wysłałam do redakcji. Uff.
Dziś świętowałyśmy urodziny Kumy Kumy. U mnie, bo ona, biedaka, nie ma na opał i zimno ma jak w psiarni. Zrobiła tartę jarzynową (przesadziła z ilością jarzyn) i – niestety – tort migdałowy. Zżarłam solidny kawałek. Znowu będę pokutować.
Z tym Szekspirem to rzeczywiście obsuwa. Ale ja nie odpuszczę i będąc w L. muszę coś z tego repertuaru zobaczyć.
To ja jeszcze, w ramach wniosków racjonalizatorskich, mogę zasugerować, żeby Kuma z Wodzem wspólnie wyprawili na blogu imprezę z okazji oddania wypracowań. 😆
Niemanie na opał bardzo mną wstrząsa, bo jestem straszny zmarzlak 🙁 więc życzę Kumie Kumy wszystkiego najcieplejszego. 🙂
Alleluja!
To z powodu napisania wypracowania!
Obejrzałam galę Polityki.
Na dobranoc zwrócę się jeszcze do Haneczki i posypię głowę popiołem.
Bardzo Cię przepraszam, za moje słowa o głosowaniu i o jednej z laureatek.
To było niestosowne i niegrzeczne, wybacz mi, Haneczko, postaram się poprawić. (skruszona kufa)
No jasne, że bajeranckie. 😀
Nie aspirynowe. 😳
Kumie gratuluję. 🙂
A może Kuma Kumy mogłaby poprosić o przyłączenie do czegoś ogólniejszego w ramach pomocy państwa obywatelom marznącym w domach z powodu niedostatecznej ilości biletów NBP.
Jakoś mi spanie dzisiaj też stawało okoniem, ale nie ma tego złego… 😉 Wrzuciłem nowy wpis, tak że rano będzie już czekał. Może nie zamiast croissantów, ale obok. 🙂
@Helena
pisalem zbyt pospiesznie; ma byc NYU, czyli nowojorski uniw. a M.Heller jest juz emeritus a Creeley i Seidmen byli bardzo blisko Reznikoffa.
@Helena
chcialbym tylko dodac, ze taka pozyteczna”mekka” poetow objektywistow/imazystow amer. jest periodyk Sagetrieb (The National Poetry Foundation) —poundowskie „sagotrieb” jest chyba najtrafniejszym slowem-kluczem do amer.postmodernizmu. – numer zimowy, 2002 poswiecony byl Robertowi Creeleyowi a w nim oczywiscie „guru” Charles Bernstein- wiekszosc z nich juz nie zyje (Creeley, +2005).
pozdrawiam mile i zimowo-nordycko (jakze Bunuel byl zafascynowany ta przyroda),
ozzy
PS po polsku rzadko rozmawiam a pisze chyba tylko na forach – i tak juz od paru dziesiecioleci.