Bajka o arcywilku
Owca to zwierzę krnąbrne oraz humorzaste,
słusznym jest, żeby pieczę nad nią trzymał pasterz,
bo jak taka owieczka nadto się ośmieli,
kto wie, co do durnego łba jej może strzelić.
Podjęto więc decyzję z lekkością motylka
i oddano owieczki w ręce arcywilka,
ponieważ wilki, jaką by miarą nie mierzyć,
najlepszą się opinią cieszą wśród pasterzy.
Pasał wilk, podjadając jagnięcy paprykarz,
aż go kiedyś znienacka podpatrzył dziennikarz
i narobił rabanu: to granda, to chryja,
co nam się tu o dobrym pasterzu nawija,
wszak dostrzec może nawet najgłupszy pudelek,
że owieczki ktoś drutnął, a to są daniele.
To atak bezprzykładny! – wilk na to odrzecze.
Ja wiem, że mnie kazano pilnować owieczek,
obydwaj zatem przyjąć możemy bez sprzeczki,
że to, czego pilnuję, to właśnie owieczki.
I dosyć jeszcze zębów mam na takich gości,
co wchodzą na pastwisko, by szargać świętości!
Morału z historyjki tej nie będzie wcale,
bo ona wszak traktuje o braku morale.

c.d.
Halina Birenbaum
Achmed
Mieliśmy przy domu drzewo, które bardzo nam przeszkadzało. Nie mogliśmy znaleźć robotnika, który by je wyrąbał za przystępną cenę. Pewnego ranka kilka lat temu zauważyłam przechodzącego mężczyznę. Był niskiego wzrostu, szczupły, o ciemnej twarzy, ciemnych oczach i kędzierzawych włosach, nosił zniszczone ubranie robocze. Na ramieniu miał zawieszony koszyczek, a w nim narzędzia ogrodnicze. Zapytałam, czy mógłby coś zrobić u nas w ogrodzie.
Zrozumiałam, że się zgadza, choć powiedział to po arabsku. Od razu poszedł za mną. Szukał przecież właśnie pracy, chodząc z tym koszyczkiem zawieszonym na kiju od grabi, od domu do domu. Chętnie zabrał się do roboty. Pracował gorliwie, prymitywnym sposobem. Znał zaledwie kilka słów po hebrajsku, ale jakoś dogadywałam się z nim. Targował się zawzięcie, przekonywał, wychwalał swą pracę językiem hebrajskim wymieszanym z arabskim – i na migi. Przyjechał z jakiejś wsi obok Rafijach, za Gazą. Od razu też namawiał, żeby wypielić ogródek, zasadzić trawę. Gdy pytałam, ile to będzie kosztowało, podał swoją cenę, a potem zapalczywie przekonywał, że nie jest ona wysoka, zniżał co raz, aż wreszcie przystał na podaną przeze mnie.
I tak się to powtarzało w tym samym porządku i formie przez kilka lat. W czasie pracy podawałam mu zwykle kawę, kanapki czy zimny napój w upały. Dziękował, mamrocząc po arabsku, życzył mi zdrowia, chwalił mnie pod niebiosa z wielką przesadą. Do uzgodnionej zapłaty – niezależnie jakiej była wysokości – zawsze prosił jeszcze natarczywie o kilka groszy na przejazd, i za te dodatkowe grosze właśnie okazywał największą wdzięczność…
Znalazł sobie jeszcze pracę u sąsiadów w okolicy, u mnie jednak zostawiał ten koszyczek z narzędziami co dzień i w piątek, gdy odjeżdżał do rodziny. Mnie prosił o worki do zapakowania rzeczy darowanych mu przez gospodarzy, u których pracował, albo zostawiał je tymczasem przed naszym domem razem z koszyczkiem, bo przecież tylko raz na tydzień wracał do domu. Ja też często dawałam mu odzież, nam nie była potrzebna, a jemu i jego rodzinie bardzo przydatna. U nas była jego stacja. Wchodził i wychodził na nasze podwórko, kiedy tylko miał ku temu potrzebę. Raz mu się buty porwały i też po pomoc przyszedł do mnie.
Czasy stawały się coraz bardziej niespokojne – terror arabski, a potem wybuch intyfady. Mnożyły się akty wrogości w Jerozolimie i innych stronach kraju, morderstwa gospodarzy przez zatrudnionych u nich Arabów z okupowanych terytoriów, napady na ulicach i atakowanie nożami, materiały wybuchowe w autobusach. Ciągle czytałam o tym ze zgrozą w gazetach, słyszałam w radiu, widziałam ofiary w telewizji. Jednak to było dalekie ode mnie. Achmed przychodził, pracował z oddaniem, normalnie jak swój człowiek, przyjazny, ufny i cieszący się naszym zaufaniem, jakbyśmy nie mieli z tym wszystkim nic wspólnego, jakby nas to nie dotyczyło. Innych Arabów nie znam i niemal nie widzę, bo nie mieszkam w ich sąsiedztwie. O problemach i krwawych wydarzeniach bezustannie słyszę od rana do nocy w ciągu tych wszystkich lat mojego życia w Izraelu, boję się ich, przeżywam ból rodzin, których bliscy padli i padają wciąż ofiarą tej sytuacji – ale to nie odnosi się do Achmeda z mojej strony i z jego strony do mnie.
Kilka razy przyszedł z synem. Chłopak miał około piętnastu lat. Był wysoki i silny, a przy tym uczynny, grzeczny, pokorny… Pomagał gorliwie ojcu w pracy. Achmed ma dużą gromadkę dzieci i musi ciężko pracować na te grosze, które zawozi im co tydzień na wieś. W ciągu tygodnia nocuje u jakiejś rodziny w Tul Kerem, bo na terenie izraelskim nie wolno mu zostawać na noc. Zaprzyjaźnił się z żydowskimi pracodawcami, coraz lepiej posługuje się językiem hebrajskim.
Wciąż wyszukuje u nas w ogródku jakieś chwasty i przekonuje hałaśliwie, że trzeba wyczyścić. Dzwoni do drzwi, woła mnie na dwór, muszę przerwać pisanie, co robię z niechęcią. Trzeba pilnie uzgodnić, jak poobcinać gałęzie żywopłotu, wypielić trawę i znów zaczyna się targowanie o cenę, przysięgi na Alle, że tylko dla mnie, „Biszwilek (po hebrajsku powinno być – Biszwilech), ejnaim szeli”, czyli „dla ciebie dam oczy moje”, zrobi tak tanio… I – oczywiście – zgadza się na połowę sumy, którą wymienił na początku. Musi jednak zacząć wysoko, jak na arabskim (również żydowskim) rynku…
Jednego dnia zawołał mnie na dwór, bo znalazł jakieś pisklę. Weź to do siebie, mówi, to mycwa (dobry uczynek), to piękne stworzenie, rzadkie… Mam przecież w domu i na dworze koty, jak mogę wziąć jeszcze ptaka? Postanowił, że zabierze pisklę do domu, dla swoich dzieci, ale aż skończy pracę, muszę je gdzieś tu ulokować. Sporządziliśmy tymczasową klatkę ze starej kuchenki, kazał mi też przynieść w czymś wodę i ziarna kaszy. W kraju intyfada, kamienie, noże, zabijanie, nienawiść, niewinne ofiary codziennie po obu stronach – a ja i Achmed krzątamy się wokół znalezionego pisklęcia z jakiegoś zagubionego gniazda!
Nagle przestał przychodzić. Minął tydzień, miesiąc, dwa – koszyczek Achmeda stał pod domem na swoim zwykłym miejscu i czekał. Nie wiedziałam, co się mogło stać. Już przywykłam do jego obecności – przychodził, brał swe narzędzia i szedł do pracy – jak do wszystkiego, co tutaj istnieje wokół mnie! Zawsze wypuszczali go z okręgu Gazy, bo już nie jest młody i ma wielką rodzinę, dzieci, a tacy dostają pozwolenie wyjazdu do pracy w Izraelu.
Wreszcie zadzwonił do drzwi. Wybiegłam na dwór, zaskoczona i ucieszona, że znów się zjawił. Twarz miał obrośniętą, oczy ponure. – Zabili mi syna! – powiedział od progu. Nie! Tego chłopca właśnie, z którym przychodził do pracy. Znałam go. Czułam, że ziemia mi się usuwa spod nóg. Teraz to było przy mnie, tutaj, tak blisko! Nasi żołnierze zabili go. Strzelił do niego żołnierz przy przejściu na nasze tereny w grupie do pracy. Stał przy ojcu. Oficer krzyknął do żołnierza, który celował, że to nie ten – ale syn już leżał martwy przy nogach Achmeda.
Przyciskałam głowę dłońmi, czułam się strasznie! Winna, bezradna, osłupiała. Nie mogłam wymówić słowa, nie znajdywałam sobie miejsca, nie mogłam pojąć. Weszłam do domu, przyniosłam mu napój i trochę pieniędzy. Weź dla twoich dzieci, przecież długo nie pracowałeś, poprosiłam nieśmiało. Było tego więcej niż płaciłam mu kiedykolwiek po naszych zajadłych targach za robotę – to było coś innego. Z serca. Był oszołomiony. Ukrył twarz w dłoniach, rozpłakał się gorzko i patrząc w niebo, powiedział – niech cię Alla pobłogosławi.
Znów zaczął przychodzić do pracy, ale z krótszymi lub dłuższymi przerwami, zależnie od napięcia sytuacji politycznej. Coraz częściej jego koszyczek z narzędziami stoi osamotniony. Coraz trudniej jest Achmedowi się wyrwać do nas i zarobić na wyżywienie swej głodującej rodziny.
Długo nie mogliśmy wyzwolić się, ja i mój mąż oraz synowie, z szoku po tym strasznym zdarzeniu. Ale muszę przyznać się do pewnej głupiej historii. Wpływ słyszanych wciąż wiadomości… Kiedy Achmed zapukał do drzwi następnym razem po tym tragicznym wypadku, zadrżałam i nie od razu do niego wyszłam. Ogarnął mnie nagle strach. Może zechce się zemścić na najbliższym Żydzie za zabicie syna, a kto jest bliższy ode mnie?! Tyle razy słyszałam o takich rzeczach… Jednak po chwili otworzyłam drzwi i wszystko było jak dawniej, a nawet lepiej, bo Achmed pamiętał moje łzy i pomoc, gdy opowiedział o swoim nieszczęściu. Nie zwątpił. Ludzie pozostają zawsze ludźmi, cokolwiek się zdarzy – przekonałam się o tym zawstydzona raz jeszcze w tak niepojętych okolicznościach!
Potem nastąpiła długa przerwa. Kiedy Achmed zjawił się po niej, skarżył się, że narzędzia zardzewiały, stępiły się. Kupił nowy koszyczek, nową łopatę i grabie, popracował dzień, dwa – i znów stoi ten pamiętny koszyczek bez właściciela. Kto wie, czy jeszcze przyjdzie, bo sytuacja komplikuje się coraz bardziej.c.
vitajcie! to smutna opowieść Irku. Już żyję na tym świecie dosyć długo ale ciągle nie wiem kim jest człowiek.
Może w innej rzeczywistości poznamy prawdę ? Mam wrażenie że Ci co ciągle walczą lub szkodzą na różne sposoby innym też zadaja sobie to pytanie. Gdyby znali odpowiedż musieli by kochać blizniego jak siebie samego a tak… nie muszą .
wiosna wiosna … 🙂 🙂 pozdrawiam
Jarzębino, pozdrawiam wiosennie 🙂 Na dobranoc
http://www.youtube.com/watch?v=i07VrsMTIaU
dziekuje Irku, za Pania Haline
bardzo ludzkie jest to chwilowe zwatpienie (<i<Ale muszę przyznać się do pewnej głupiej historii.) i przyznanie sie, tez.
pstryk……………………………
Z cyklu dobre wiadomości.
Pewna młoda osoba poprosiła o dołączenie do naszej grupy i wkleila takie ogloszenie.
http://wsfh.edu.pl/upload/Plakat_TDD2013.pdf
🙂
Dzień dobry, choć pochmurny i zimny 🙂
Siódemeczko, dziękuje za plakat. Wprawdzie żyję ostatnio w ogromnym biegu. Między wyjazdami bliższymi i dalszymi. Niemniej spróbuję wcisnąć pomiędzy nie wypad do Torunia, który bardzo lubię. Dwa w jednym 😉
Może się spotakamy w Toruniu? 🙄
Wiadro z kawą tam, gdzie zawsze i śniadanie w wersjach róznych 😆
Miłego dnia 🙂
Dzień dobry 🙂
Zauważyłem niepokojącą różnicę w klimatycznym modus operandi. Słońce bywa wyłącznie albo tu – albo tam, a luj potrafi być wszędzie naraz. 🙄
Gdybym dorwał w łapy tego, co to wymyślił, zaraz bym mu powiedział do słuchu – we are not amused! 👿
Lomatko, zebyscie zobaczyli te przygotowania… Nawet lozko zascielila! Zaraz pojdzie przyklejac sztuczne rzesy, ale musi je najpierw odnalezc, bo sie gdzies zawieruszyly…. 🙄
Mordko, a co to za wywiad będzie Twoją Starą napastować? CIA? MI6? BND? Czy jakiś inszy jeszcze?
Gdyby przysłali Bonda osobiście, to nie zapomnij wziąć dla mnie zdjęcia z autografem. Najlepiej z tekstem Mojemu staremu kumplowi Bobikowi – James. 😎
Brama Grodzka, Teatr NN, historia mowiona. Stara jest historycznym okazem.
Jakby chcieki sprawdzac porzadek i czystosc pod zlewem, to tez moga.
Grunt to pod zlewem.
O, to pewnie ktoś znajomy 🙂
W imprezie toruńskiej podoba mi się szczególnie Dzień Matki 😆
Ale tak w ogóle trzeba przyznać, że się postarali. 🙂 A że w Toruniu, to szczególnie cenne, bo wiadomo, że i inne stamtąd płynie „światło”.
E, Mordo, naprawdę myślisz, że pod zlew i w inne intymne miejsca będą zaglądać? 😯
Ja zrozumiałem, że to ma być kulturalny wywiad, to raczej nie powinni robić WSI. 😈
A cholera ich wi.
Nie bój nic. Stara na pewno potrafi ich tak zagadać, że nawet Bond się nie zorientuje, gdzie ten zlew. 🙂
A jakby już co do czego, poczęstuje ich krówkami i zanim zdołają policzyć punkty, będzie po wywiadzie. 😈
Znowu seria bezprzykładnych ataków. 👿 Najpierw jakiś zboczeniec zaatakował katolicką terapię i posłankę Pawłowicz osobiście:
http://wyborcza.pl/1,75248,13889454,Amerykanin_John_Paulk__ktory_dzieki_wierze_w_Boga.html
a potem zdarzyło się coś jeszcze bardziej niesłychanego. Lekarz, po którym już naprawdę trudno się było spodziewać takiej wrogości wobec religii, zaczął podważać cud! 😯
http://wyborcza.pl/1,75248,13897033,Lekarz_kwestionuje_decyzje_Watykanu___To_nie_cud_.html
Ja wprawdzie wolałbym wierzyć, że do wyleczenia z raka nie trzeba koniecznie cudu, wystarczy medycyna, no ale wiadomo, ja jestem lewing*. 😳
*lewacki leming
Opowiadanie od Irka smutne. Był niedawno trochę podobny film. O „terroryście” palestyńskim z rejonu Gazy – rybaku. Bardzo smutny. Kiedy świnie mają skrzydła. Film optymistycznie pokazuje stosunki pomiędzy zwykłymi ludźmi, których na siłę, często nieskutecznie, zmusza się do nienawiści. Mam nadzieję, że prawdziwe nastroje coraz bardziej będą się upodobniać do tych z filmu i z opowiadania od Irka. Problem w tym, że ci, którzy upierają się przy końcowych rozwiązaniach całkowicie sprzecznych, po obu stronach mają jakieś istotne racje. Tego rozwiązać się nie da, natomiast z czasem nastroje pokojowe, jeśli staną się powszechne, sprawią, że te najistotniejsze sprzeczności staną się mało ważne. Może kiedyś okaże się, że Ściana Płaczu i sąsiadujący meczet mogą stać na ziemi wspólnej albo niczyjej bez szkody dla uczuć narodowych i religijnych. Ile jednak dziesięcioleci musi jeszcze upłynąć. Mimo wszystko dwa oddzielne państwa wydają się bezpieczniejsze od jednego wspólnego. Wspólne zawsze może być zarzewiem konfliktu, który jakże łatwo wzbudzić. Spójrzcie na byłą Jugosławię, gdzie kilka narodów żyło bezkonfliktowo, jak się wydawało. W trakcie moich studiów nad europejską polityką regionalną już na przełomie lat 60-tych i 70-tych znalazłem angielskie i francuskie opinie, że po śmierci Tito prawdopodobnie dojdzie do krwawych zajść i podziału państwa. A przecież żyli wówczas tak zgodnie. To nie charakter Serbów, Chorwatów, Palestyńczyków czy Żydów sprawia, że dochodzi do krwawych konfliktów tylko dobra znajomość swojego rzemiosła u tych, którzy dla różnych brudnych celów decydują się konflikty wywołać. Z reguły z zewnątrz. Wywołać, jak widać bardzo łatwo, ugasić prawie nie sposób.
Powodzenia, Heleno 🙂
Chyba już tu kiedyś o tym pisałem, ale dawno, więc napiszę jeszcze raz. Jakoś tak na początku lat 80-tych uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z pewnym Jugosłowianinem i po tej rozmowie zacząłem głosić wszem i wobec (choć często gęsto kazano mi się pukać w czółko) – tam będzie wojna. Bo czułem niesłychany, tylko chwilowo wytłumiony przez Titę, potencjał nienawiści do „onych”, który bokami się z tego człowieka wylewał. On nawet nie musiał należeć do większości – wystarczało, że było takich ostatecznie dużo, żeby ich podbechtać i sprowokować do zrobienia złego początku. A potem to już leci… 🙁
I chyba rzeczywiście nie ma na to lepszej rady niż rozdział i solidarne, międzynarodowe pilnowanie granic przez kilka pokoleń. Aż wyrośnie generacja zupełnie nie rozumiejąca, o co tym prapradziadkom kiedyś tam chodziło i w imię czego się tłukli.
Na Węgrzech spotkałem przejawy niebywałej wręcz nienawiści do miejscowych Romów. Prawdopodobnie nikt nie miał dotąd interesu w tym, żeby polała tam się krew. Na Słowacji bywało blisko. Teraz mamy coś z Romami we Wrocławiu. A Romowie, jak Romowie. Czują po pierwsze wspólnotę wewnętrzną, po drugie z kim mają czuć wspólnotę zewnętrzną, jeśli nigdzie ich nie chcą i nie chcą ich mieć w klasach, do których chodzą dzieci węgierskie, słowackie czy polskie. Nikt też nie prostuje mitów według których wszyscy Romowie są złodziejami, bogatymi oszustami i leniami unikającymi pracy. Popatrzcie na osiedla romskie w okolicach Białki i Jurgowa, gdzie Romowie od dość dawna żyją w sposób osiadły. Zobaczycie, jaka tam bieda i jak ciężko ci ludzie pracują, głównie przy robotach drogowych. Są miejscowości, gdzie udało się stworzyć klasy integracyjne, gdzie romskie dzieci uczą się razem z innymi. Jednak najpowszechniejszy mechanizm do spychanie Romów do szkół specjalnych dla pozbycia się problemu.
Zachowanie wrogie jest zachowaniem naturalnym. W naturze ptaki zazwyczaj starają się zadziobać swojego albinosa. Inność jest powodem do agresji, bo nie wiadomo, czego można się po takim spodziewać. Ludzie jednak aspirują do duchowego przywództwa na ziemi.
Och, co Wy tam o jakichs glupstwach jak pokoj na swiecie!
Stara wlasnie zrezygnowala ze szticznych rzes. Po pierwsze, nie mogla ich znalezc.
Miast sztuczne rzesy wlozyla buty na obcasach. Triche gflupio chodzic po domu na wysokicxh obcasach, ale nasza Jasiunia (geubo po 90-tce) wlasnie tak chodzi, tylko do ogrodu wklada plaskie, aby trawy nie uszkodzic.
Te romskie osiedla w Białce czy Jurgowie dobrze pamiętam z wczesnego szczenięctwa (to były moje tereny wakacyjne). Zawsze mnie tam ciągnęło, bo było to coś w rodzaju owocu zakazanego. Niby nikt tego nie mówił wprost, ale było jakieś takie nastawienie „w powietrzu” – oni sobie, a my sobie i proszę tu nie mieszać światów. Ale czasem mi się udawało bryknąć samopas i pobawić z tamtejszymi dzieciakami, co było bardzo ekscytujące właśnie przez to poczucie przekraczania niepisanego zakazu. Dla dzieci romskich chyba zresztą też – nie jestem pewien, czy ich rodzice chętnie by widzieli to bratanie się. Na szczęście rodzicom nie wszystko trzeba mówić. 😉
Stanisławie, wśród zwierząt agresja niesłużąca zdobywaniu pokarmu jest głównie wewnątrzgatunkowa, o czym dość obszernie pisał Lorenz (Tak zwane zło i in.). Tylko człowiek jest takim okropnym gatunkiem, który potrafi być bez powodu agresywny zarówno wobec własnego, jak i wobec wszystkich innych gatunków. Chłop żywemu nie przepuści… 🙄
Rzeczywiście byka palnąłem, z całym szacunkiem dla Byka, przykład z albinosem też przecież dotyczył spraw wewnątrzgatunkowych.
E, zaraz byka. Ja nie poprawiałem byków ani Byków, tylko trochę rozszerzyłem temat. 😉
Dalej chwilowo rozszerzał nie będę, bo muszę w beznecie. Heleno, złamania karku (wywiadowcy). 😀
Do bezprzykładnych ataków dorzucę jeszcze jeden, tym razem a rebours, ale jednak atak
http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,13897463,Awantura_na_plebanii__Francuski_dziennikarz_donosi.html?as=1
W zacnym gronie znajdzie się Helena 🙂
http://teatrnn.pl/node/146/program_historia_m%C3%B3wiona
Wy sobie tu dyskutujcie, debatujcie, pieknie sie roznijcie, a ja zasuwam wiadomo gdzie! Wrrrr!
Pogoda do luftu. Wczoraj padal snieg z deszczem. Z przeproszeniem znowu trzeba wyciagac cieple gacie.
Dzieki, Irku. Teraz przynajmniej wiem o co chodzi….
A wsrod wymienionych we wprowadzeniu znakomitosci z miejsca odnalazlam kolezanke – Ewe Benesz! Na zdjeciu malo sie zmienila. Ona osiwiala jak byla jeszcze nastolatka, pare lat staesza ode mnie.
Gdzie Helenę będzie można obejrzeć, z rzęsami czy bez?
Brama Grodza kojarzy mi się bardzo dobrze. W sobotę byłem na konferencji, na której pan Skrzypek z Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN był moderatorem panelu poświęconego partycypacji mieszkańców w kształtowania przestrzeni publicznej miasta. Wypadł bardzo przytomnie, a miał niełatwe zadanie wobec podsumowania dyskusji przez Prezydenta Gdańska, który stwierdził, że trudno dopuścić do partycypacji mieszkańców, którzy czytają przeciętnie mniej niż jedną książkę rocznie i nie są w stanie czegokolwiek zrozumieć. W drukowanych materiałach był też tekst autorstwa pani z Lublina zawierający zwięzłe ale bardzo trafne ujęcie tematu.
Pan Prezydent powiedział, że trudno dopuścić do, czy że trudno namówić do?
Bo to tak wygląda, jakby się Pawełkowi hierarchia troszkę wymieszała. 😕
Wybaczcie, że jeszcze ponudzę. Lublinianka, o której pisałem, to pani Ewa Kipta, architekt i urbanista. Z notki wyczytałem, że pracuje w Urzędzie Miasta w Lublinie. Aż dziw, że z tego miejsca tak dobrze rozumie potrzebę partycypacji.
Prezydent Gdanska powinien wprowadzic jakies prawo, gdzie glos w decydowaniu maja tylko osoby wyksztalcone i oczytane.
Niezle.
Tak szczegółowo Pan Prezydent sprawy nie omawiał. Stwierdził, że z takimi mieszkańcami nie ma o czym rozmawiać, a to, czy byliby oni ewentualnie chętni do takiej rozmowy, wydawało się bezprzedmiotowe. Pani Joanna Kusiak, prezeska stowarzyszenia DuoPolis, dała Pawłowi Adamowiczowi niezły wycisk.
Dzień dobry. Spotkałam dziś Pana Milasa w Vademecum. Powiedział, że będzie trzymał uszy za Helenę 😉
Jestem gapa albo guła bezrozumna i nie mogę dojść, o co chodzi z Heleną. Rozumiem, że będzie wywiad TV i że to ma jakiś związek z Bramą Grodzką. Ale co to za TV i kiedy będzie emisja. Może na żywo? Wiem, że Helena nie chce ujawnić niby, ale widzę, że wszyscy są doskonale zorientowani.
Bobiku, wczoraj obchodziłem imieniny towarzysko. Było 6 osób spoza rodziny, w tym 4 z tytułami profesorskimi. Tak się złożyło przypadkiem, bo absolutnie nie było dobierania pod tym kątem, że całe towarzystwo należało do dobrych katolików (według kryteriów „prawdziwych Polaków i katolików” byli to może heretycy, ale to akurat bez znaczenie). Pod koniec wpadłem na pomysł odczytania „Arcywilka”. Zachwyt był powszechny. Widać, że arcypasterz dobrze zalazł za skórę wszystkim choć trochę rozumnym.
Ja nic nie wiem.
Nie chcę być natrętna.
—————————————–
Pan Milas czyta?
Ja wiem tylko tyle, że Helena się od zeszłego tygodnia pindrzy i odchudza, więc nie ma żartów. 😈
Pan Milas z pewnością czyta. Po cóż chodziłby do księgarni, gdyby nie czytał 😎
Stanisławie, ja też w sumie nie wiem, o co chodzi. Powtarzam tylko, co Pan Milas prosił przekazać 🙂
Myślicie, że ja wiem ze szczegłami, w co jest grane? 🙄 Tylko tyle wywnioskowałem z Heleny napomknięć, że miał przyjść z kamerą jakiś wywiad, ale nawet nie wiem – wojskowy czy gospodarczy. W sprawie bramy to może być jedno i drugie. Albo ktoś komuś ukradł patent na bramę, albo sfotografował jakiś pilnie strzeżony obiekt wojskowy otwierany… Zaczekajmy, może to wszystko się wyjaśni lub Helena wyjaśni. 😆
Jasne, że Pan Milas czyta. To jest w końcu psinteligent. Nawet chyba starszej daty ode mnie. 😎
Stanisławie, niezwykle mi miło, że dobrzy katolicy ze zrozumieniem odbierają moje bezprzykładne ataki i nawet nie wpadną na to, żeby mi mieć za złe. 😀
Zmoro,
jak zdrowie Szanownych Babć? Trzymam kciuki 🙂
Trochę nie miałem odwagi spytać, ale też bym się chętnie dowiedział.
Odebrałam przed chwilą maila:
Szanowne Członkinie Stowarzyszenia Kongres Kobiet,
Mamy wielką przyjemność zaprosić Panie na spotkanie z Martą Dzido i Piotrem Śliwowskim, reżyserką i reżyserem filmu „Solidarność według kobiet” ( film w trakcie realizacji) oraz pokaz filmu „Nie byliśmy bohaterami. Strajk oczami kobiet”, które odbędzie się 15 maja (najbliższa środa) o godzinie 18.30 w siedzibie Stowarzyszenia Kongres Kobiet (ul. Mokotowska 17/33)
Podczas spotkania, goście opowiedzą o m.in. o genezie projektu oraz kulisach pracy nad filmem. Będzie to także okazja do zobaczenia zrealizowanych już fragmentów materiału filmowego, nad którym obecnie pracują twórcy.
Pokazany zostanie również film „Nie byliśmy bohaterami”. Strajk oczami kobiet. w reż Pawła Łączkowskiego (25 min), zrealizowany pod opieką Andrzeja Wajdy.
Spotkanie poprowadzi Anna Dryjańska z Fundacji Feminoteka.
UWAGA! Wstęp bezpłatny, prosimy jednak o wcześniejsze potwierdzenie obecności pod adresem kino@kongreskobiet.pl
INFO O FILMIE Solidarność według kobiet (film w trakcie realizacji) :
https://www.facebook.com/SolidarnoscWedlugKobiet
http://wspieramkulture.pl/projekt/45-Solidarnosc-wedlug-kobiet-pelnometrazowy-film-dokumentalnysp
————————————–
Pozdrawiam serdecznie,
Magdalena Milewska
Biuro Kongresu Kobiet
ul. Mokotowska 17/33
00-640 Warszawa
tel. 22 400 47 54
http://www.kongreskobiet.pl
———————————
Nie mam szans na skorzystanie z zaproszenia. Ale może ktoś mieszkający w Warszawie?
Bobiku, wpuść 🙁
Wywiad jak wywiad. Gorzej, jak jutro przyjdzie kontrwywiad, o szóstej rano. 😈
Bobik nie wpuszcza? I dobrze robi, trzeba pokazać legitymację przez judasza. 🙂
Judasz czemsiś zaklajstrowany 👿
Wolę nie zgadywać czem 😉
Nie, to nie. Idę poogladać telewizora 😎
Legitymacja ma być tylko z jednym linkiem. Z dwoma nie upoważnia do wejścia bez kontroli. 😎
Ale tajną przechodką przeprowadziłem. 😉
Helena nie będzie nagrywana na telewizor 😎 Jagodo, wracaj na blog 😉
Rozmowa z Heleną będzie zarejestrowana, opracowana i udostępniona online w Bibliotece Multimedialnej Ośrodka Brama Grodzka. Możemy być spokojni. Ten Tomek to nie agent Tomek
A, to już rozumiem. Helena dla nas się pindrzyła i chudła, bo na onlajnie wszyscy ją będziemy mogli obejrzeć. 🙂
Stanisławie, pozwolisz ze przekażę Twoje pozytywne spostrzeżenia Ewie Kipcie. Współpracują z nią już od pierwszej kadencji samorządu 🙂
To lubię, jak blog służy rozsiewaniu pozytywów. 😆
Dzięki Jagodo, wpadłam po rzeczy czyste do domu i zaraz wracam, bo babcie zostały pod opieką mojego męża.
Babcia młodsza po reanimacji jak nowo narodzona 😉 . Rozszczebiotana jak wróbelek, i tak samo mniej więcej silna. Jutro ją przenosimy do innego miasta, pod zaprzyjaźnioną opiekę. Będę miała jeszcze dalej, ale trudno.
Babcia starsza kiepsko, ale po wczorajszej transfuzji jednak ciutkę lepiej.
Na tyle dobrze, że na widok młodego, przystojnego rehabilitanta zemdlała. Znaczy się nie jest źle, skoro pozostała czuła na młode męskie wdzięki 😉 .
Jak tylko będzie lepsza, to ją też przeniesiemy i będą sobie leżały obie razem. Będzie im raźniej.
Ale trzymajcie dalej, proszę. Pakuję się i ruszam w drogę powrotną.
Ja mam cały tydzień zajęty i nie mogę skorzystać z hojnego zaproszenia, Jagodo. 😀
Pewnie, że trzymamy. 🙂
Do Irka
To czemu nie wytłumaczyłeś od razu.
Myślisz, ze posiadamy zdolność czytania myśli. 😉
Niestety, jak leżą w innych szpitalach, niezbędne są dwie osoby do opieki, bo trzeba je karmić i poić, a to najwidoczniej w świecie nie wchodzi w zakres obowiązków personelu szpitalnego, bo i jedna i druga nie jadły i nie piły. Panie salowe przynosiły posiłki i zabierały nieruszone jedzenie i picie.
Problem w tym, że pory posiłków są identyczne w każdym ze szpitali.
Jutro będę sama, to babcie cześciowo będą na diecie bananowej, bo nie potrafię sie sklonować 😉 .
Ależ wytłumaczyłem wszystko o 12:36, ale to było przed 13 i mało kto jeszcze kojarzył 😉
Do Zmorki
To się trzymaj i Twoje Babcie.
Kciuki na supeł.
W krakowskich szpitalach to samo – jak ktoś sam jeść nie może i nikt do niego nie przychodzi, to niech zdycha z głodu. I żadne interwencje nic nie dają. Straszne!
To miałem szczęście podczas ostatniego pobytu w szpitalu. Leżałem sztywno po zabiegu i ku mojemu zaskoczeniu przyszła pielęgniarka, wzięła dostarczone jedzenie, zrobiła kanapki i podała. Jedyny komentarz ” ależ pan nie może się ruszać, a był pan diecie przed zabiegiem ponad dobę. Proszę jeść”
Uffffff.
Bedzie dogrywka w czwartek.
Już mi nic nie mówcie o opiece w szpitalach.
Ta ilość personelu jest przewidziana dla szpitala ze sprawnymi, niestarymi chorymi.
Powinny być szpitale geriatryczne dla starszych, niesamodzielnych osób z odpowiednio licznym personelem i z lekarzami o odpowiedniej specjalizacji.
Dawniej pediatrów też nie było.
Nie kształcą geriatrów, może uważają, że to mało atrakcyjne i niepopłatne.
Dlaczego dogrywka?
I jak to wyglądało?
Zaglądał do kuchni?
Zacekawilo mnie spotkanie Vesper z Panem Milasem w tej znanej mi dobrze ksiegarni gdynskiej. Wiem, ze lubi tam przesiadywac i jest zawsze otoczony miloscia i szacunkiem jak sie nalezy. Czy on juz w rekach zastepczej mamusi?
Agent Tomek bardzo mily i slodki. TRoche mi opowiedzial o mojej kolezance Ewie Benesz, aktorce i rezyserce, od lat prowadzacej teatr we Wloszech. . Zabralama go do pubu Rose and Crown na male conieco, gdyz bedac na scislej diecie nie przechowuje zbyt wiele produktow w spizarni. Sama zjadlam bardzo cnotliwa salatke z kury oraz zapilam pinta London Pride. Dzis juz nic wiecej. No, moze mango wieczorem.
A co mnie najbardziej ucieszylo? Trzy ksiazki, w tym jedna bardzo specjalna – faksimile wydanej w 1947 roku antlogii wierszy o Zagladzie Piesn ujdzie calo. Mam oryginal sprzed 65 lat ktorego nie sposob wziac do reki bo sie tak rozlatuje. To legendarna antologia, ktorej przez caly okres PRL nie mozna bylo wydac. m.in,ze wzgledu na wiersz Zuzanny Ginczanki Non omnis moriar.
Siodemeczko, dogrywka, bo nie zdazyl przepytac mnie z calego zycia.
Musialam podpisac taki cyrograf, ze jakby ktos chcial napisac np. opere z mojego zycia, to nie bede stawiala przeszkod.
W domu mojej E funkcjonowalo wiele lat powiedzonko: Mojsze robi sie wazny.
Chyba to o mnie.
Dzięki, Heleno.
Idę kijkować. Trochę późno.
Bry!
Jestem bardzo pozytywny, tak wielce, że jak ktoś podejdzie z negatywem, to będzie świeciło (no bo prąd…).
Setny dowcipas, wiem.
W ramach niedowcipasów: Pocieplało. Wlazłem na rower. Jak dobrze…
Odpozytywniam się!
Mamy zlot pozytywów! 😀 Dobre wieści od Zmory, Stanisławowi chyba udała się impreza, Tadeuszowi udało się wleźć na rower i będzie opera o Helenie. 😀
Dobry wieczór 🙂
Króliku, Walia będzie, ale daj mi czas, czyli coś, co gdzieś się zapodziało i nie wiem, kiedy choć trochę znowu znajdę 🙄
Dziękuję za panią Halinę B. Młodym wysłałam, pan mąż czytał wydrukowane, bo nie lubi z ekranu. Wszyscy bardzo dziękujemy.
Zmoro, trzymam za obie Panie i za Was. Doczytywałam, jestem na bieżąco. „Karmienie” chyba wszędzie tutaj wygląda tak samo 🙁
Wywiadowca Heleny spokojnie może u niej zakotwiczyć na miesiące albo i lata. Kto wie, może mu życia nie starczyć na wysłuchanie Jej życia. Serdecznie mu zazdroszczę 🙂
Z drobiazgów:
1. Jeśli śmiecić, to tylko u córaska! Śmieci domowe, jak wszędzie, sortowane i wywożone wg grafiku. Całą resztę zbędnych klamotów i diabli wiedzą czego, wywozi się BEZPŁATNIE ❗ , do miejskiego składu śmieciowego. Nie przyjmują chyba tylko odpadów radioaktywnych 😯 Wrzuca się do opisanych kontenerów. Można tam wyrzucić zawartość całej chałupy (byle w kawałkach) i ogródek na dodatek. Cudo ❗
2. Zbędne książki przestały być problemem odkąd przy bibliotece postawiono bardzo stylową szafę na takież. Wstawiam swoje, przeglądam, co wstawili inni. Mała rzecz, a cieszy 🙂
3. Tace jedzeniowe podpatrzone u córaska. Mają pod spodem miękkie poduszki. Można z tym usiąść gdziekolwiek, leżą na kolanach jak przyrośnięte.
Uff, ja tu jeszcze wrócę 😎
Jeżeli wywiadującym był Tomek P. osobiście, to bardzo jest to pozytywna i sympatyczna postać 🙂
Operę o Helenie to nie wiem kto by potrafił napisać, tyle wątków… 😎
Ale jaki szał by był. 😀
Wróć, Haneczko, z tej wojenki (z czasem) wróć! 😀
Jako i ja wróciłem, chociaż musiałem się byłem oddalić. 🙂
Opera o Helenie powstać zdecydowanie powinna, ale podejrzewam, że ni ma tak letko, żeby ktoś ją napisał za nas. 😈 Będziemy się musieli sami w któryś dzień zabrać do roboty, jak się trochę rymopisów na blogu zgromadzi. Wątki jakoś ograniczymy. W końcu wszelka sztuka jest sztuką wyboru. 😉
🙂 Dobrej!
Sorry, padlam. To pewnie szok po zjedzeniu tej salatki w Rose and Crown.
Co do opery, to jak sama sobie nie napisze, to Pies z Kulawa Noga sie nie postara o opere o mym zyciu.
To byl Tomek Cz. Dwa lata temu gdy w zaden sposob nie moglam wrocic z Ameryki, wodzilam go za nos przez wiele tygodni, az mu wszystkie terminy przyjazdu do Londynu uciekly. No wiec dopiero teraz doszlo do spotkania.
Moze byc opera wielowatkowa, moze byc musical, Heleno, choc w musicalu to Ty wlasciwie juz troche jestes, choc moze bez Twojej wiedzy. Otoz Twoja wczorajsza opowiesc o pomocy dla siedzacego w wiezieniu optymistycznego estety zaraz u mnie w domu przypomniala postac pogodnej nowojorskiej liberalki, ktorej zadaniem zyciowym jest wlasnie pomoc wiezniom w dekorowaniu cel (wlasciwie cala jej rodzina jest liberalna, oprocz nastoletniego synka, ktory czyta na kanapie National Review, i przy rodzinnych posilkach opiewa uroki kary smierci oraz jeszcze szerszego dostepu do broni; potem okazuje sie, ze to wszystko wina guza na mozgu i po jego usunieciu i on zaczyna brac udzial w akcji dekorowania cel). A wszystkie te postaci sa w filmie Woody Allena, Everybody Says I Love You.
No i wlasnie dlatego, i dlatego, ze musicale wcale nie musza sie z niczego tlumaczyc, nawet z wielowatkowasci, w tym momencie widze Cie w musicalu… 🙂
A i jeszcze dla Rysia (dopiero teraz doczytuje) 😉 – u nas wieczory autorskie to troche czytania fragmentow ksiazki, a w duzej mierze – rozmowa z autorem (pewnie to z amerykanskiego przyzwyczajenia do form ze spora partycypacja sluchaczy czy gosci).
It’s so goofy it makes sense… 😉 Tu poczatek:
http://www.youtube.com/watch?v=K-GAM3VUVJo
Irku, oczywiście, moja opinia nie jest tajna. Większość tekstów drukowanych przy okazji konferencji, kongresów i podobnych spędów jest kompletnie bez znaczenia. Prezentacje służą co najwyżej do przypomnienia czegoś. Eseje o wszystkim i o niczym równocześnie. Ten paru-stronicowy tekst pani Ewy Kipty naprawdę ujmował istotę rzeczy i wypadł szczególnie aktualnie, ponieważ wspominał podstawowy błąd lokalnej władzy uważającej, że mieszkańcy nie dorastają do dyskusji z władzą. I za chwilę usłyszeliśmy dokładnie taką wypowiedź z ust Pawła Adamowicza.
Dziękuję za wyjaśnień na temat wywiadów i kontrwywiadów. Czekam aż online się ukonstytuuje po obróbce. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać miesiącami. Sądząc jednak po profesjonalizmie miejskiej bramy, nie będzie to trwało ani zbyt długo ani zbyt krótko.
Jako miłośnik opery włoskiej i nie tylko włoskiej czekam na rezultat ewentualnej pracy podjętej przez gości Bobika.
Dzień dobry 🙂
Pomysł Moniki jest wart zastanowienia. 😀 Ja wprawdzie jeszcze nigdy na żadym musicalu nie byłem, ale oglądałem kilka filmów musicalowych, może to też się liczy. 😉 Oper blogowych trochę już powstało, to można by zmienić emploi i wylansować kolejny gatunek. Albo, żeby usatysfakcjonować również Stanisława, skrzyżować musical z włoszczyzną. 😈
Czyli dalej, od rana, lecimy w pozytywy i to na dodatek kreatywne. 😆
Skrzyżowanie opery z włoszczyzną bywa niebezpieczne dla jej miłośników, jak uczy filmowa klasyka komediowa.
Niektórzy mówią, że opera już przebrzmiała, ale ja mówię, że dobra opera nie przebrzmi nigdy, a opera o Helenia może być tylko dobra. Niektórzy mówią, że lepszy będzie musical, ale ja mówię, że tak twierdzić może jedynie ktoś, kto zna musical tylko z filmu. Niektórzy mówią, że musical się nie nadaje, ale ja mówię, że wszystko, co o Helenie, nadaje się z natury rzeczy.
Bobiku, nareszcie zrozumiałem, o co chodzi na niektórych nowoczesnych obrazach. Mamy dwa albo trzy punkciki i zastanawiamy się, co te punkciki mają wyrażać lub nie wyrażać. A tymczasem powinniśmy zrozumieć, co artysta świadomie wykluczył z obrazu pozostawiając tylko dwa punkciki. U Michała Anioła wyobrażamy sobie, co artysta z marmurowego bloku usunął zbędnego. Tutaj musimy sobie wyobrazić, co usunął potrzebnego, ale dostępnego tylko widzowi o odpowiedniej wrażliwości.
Postmodernistyczny musical z wloszczyzna i wieloscia numerow zbiorowych – why not? Najchetniej z muzyka K.Weila lub Dessau.
Ja już od dawna twierdzę, że niektóre odłamy sztuki współczesnej opierają się właściwie wyłącznie na selekcji. Weźmy np. takie coś jak kolaż. Niczego tu samemu nie trzeba namalować, sfotografować czy wyrzeźbić. Wystarczy wybrać, co z czym, a co całkiem odpada. A i fotografia jest w gruncie rzeczy wybraniem z mnogości tego, co otacza, tego jednego, wyjątkowego kadru. Itede, itepe.
Mógłbym tak mnożyć odłamy, ale muszę na koktajl skoczyć. Może ktoś za mnie pomnoży. 😆
Do numerków, zwłaszcza zbiorowych, koniecznie musi być zeen. W tej materii nie da się go zastąpić. 😆
Przy okazji mi sie przypomnialo: w trakcie rozmowy wczorajszej okazalo sie, ze moj wywiadowca jest wielkim wielbicielem zdjec Marka Zurna, znal dobrze te zdjecia z Lublina co mnie sie tak podobaly.
Czasu co prawda nie mam, ale szkic wstępnej arii mam:
Declen ,
ja się wścieknę,
gdy zobaczę jeszcze raz, to przeklnę
jak mój piecyk nie zadziała
nie umyję swego ciała
to my razem z Mordechajem
wyprawimy cię do raju…
Declen,
będziesz w piekle
rząd szykuje już na ciebie dekret
kiedy nie ma ciepłej wody
to na widok mej urody
słońce znika zawiedzione
a ja cała żądzą płonę
Declen,
cię usieknę!
Już siekiera naostrzona
na mym progu nędznie skonasz
daję ci ostatnią szansę
piecyk napraw przed kwadransem
Declen!
Bry! 🙂
Widzieliście, jak wyglada waga rodzicow X. Wekslera_waszkinela:
http://judaica.jewishmuseum.org.pl/node/3692
Bobiku, owocnego koktajlowania!
Bradzo dziwna waga.
A mowiac o wadze – spadlam ponad kilo. Jeszcze z 19 i bedzie w porzo.
To mile Heleno 🙂 A z Brama Grodzka juz jest wszystko ustalone, dostaja komplet zdjec lubelskich, zestaw nieco wiekszy od pokazywanego tutaj. Ciesze sie, ze te stare negatywy nie wyladuja w smieciach, bo grozil im los kilku tysiecy moich ksiazek, ktorych nikt nie chcial.
Przy okazji, z „mojego podworka”:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.10151457514121144.1073741853.567541143&type=1&l=180aa2d3a0
No wlasnie, Lagom. Ludzie bardzo sie ciesza ogladajac te zdjecia, odnajdjac w nich spory kawalek siebie.
Ogladalam kiedys album fotografii Ludwika Hartwiga (ojca Julii Hartwig) i bylam mu nieslychaie wdzieczna, ze zachowal dla mnie miasto mojej mlodosci, zanim ja sie w nim zjawilam.
No dobra, trochę poowocowałem 😉 i wstępny pomysł na musical mam taki, żeby były 4 akty: syberyjsko-ukraiński, lubelsko-warszawski, nowojorski i londyński. Arię zeena wykorzysta się w IV akcie. A zaczynać może się tak:
Akt I
Scena 1
Syberia
(scenografia prosta – jak okiem sięgnąć śniegi, a na ich tle pojedyncze białe niedźwiedzie. Na scenę wchodzi zaspany Czukcza, przeciera oczy i śpiewa łamanym rosyjskim)
Czukcza:
Nie ujezżaj ty gołubczica,
bez ciebie skuczno będzie tu,
już się nie będzie kim zachwycać,
ani przynosić komu bzu.
Skażi ty mnie,
skażi ty mnie,
czto liubisz mienia,
czto liuuuu….
Helena:
(z okrucieństwem kilkulatki przerywając pieśń)
Co się użerać mam z tym dziadem,
właśnie że wezmę i odjadę,
jużem od ziemi tej odrosła,
rwę się do steru i do wiosła,
świat chcę odmieniać, mącić w kadzi,
z Brodskim się kłócić, z Bogiem wadzić,
do Marksa i Spencera biegać,
a jak to zrobić tu, w tych śniegach?
(Oddala się dostojnie w walonkach od Manola, powiewając chusteczką. Białe niedźwiedzie przerywają sen, chwytają za harmoszki i ludowo tańczą na pożegnanie, grając i śpiewając równocześnie z duszieszczipatielnym smętkiem)
Grupa Niedźwiedzi:
Helenka, Helenka, Helenka maja.
Serce pęka, gdy Helenka na zachód gdzieś gna,
śpiewka cienka, drżąca ręka i w duszy coś łka,
ej, Helenka, Helenka, Helenka maja…
(Pieśń niknie w śniegach, Helena uchodzi cało)
Gruess Gott! 🙂
🙂 🙂 🙂
Cuuudneeee!
😆 😆 😆
Ach, Bobiku! Tak! Cudne! 😆 😆 😆
(Walonki od Manola jakos szczegolnie mnie ujely.) 🙂 Ale zeena aria do Declana tez sliczna. 🙂
Do tego aktu to trzeba by czerwonoarmiejców zatrudnić.
Jak inaczej białe niedźwiedzie mogą śpiewać. 😆
Nowojorski może się zaczynać: stoit statuja 😆
PIszta, piszta, ja to potem przeczytam.
Jeszcze drugą scenę I aktu udało mi się wyowocować. 🙂
Scena 2
Ukraina
(Scenografia prosta – jak okiem sięgnąć step, a na jego tle pojedyncze sioła. Na scenę wchodzi Kozak Edźka z teorbanem)
Kozak Edźka:
Hej, nakradli my koni z Polką-krasawicą,
tośmy się razem śmiali, to najedli strachu,
by tu ze mną została oddałbym bógwico,
ale ją ciągle nosi, znowu chce na zachód.
Do tych Rzymów, nie Krymów, aż się cała pali,
takiej to nie zatrzyma i batiuszka Stalin.
Helena:
Bo we mnie jest pęd,
co pędzi i niesie,
gdzieś w Polsce ja sprzęt
chcę kupić w GS-ie,
na lubelskim się łożu położyć i spać,
warszawską rwać nać.
Bo we mnie jest pęd
w odległe rejony,
nie starczy mi skręt
z machorki zrobiony,
muszę śmielej, camele chcę wkładać do ust,
już taki mam gust!
Sekretarz Rajkomu:
(próbując nieudolnie zastosować szantaż oralny)
Panienka się wybiera do Wisły, do Gdańska?
A kto chciał być jak Zoja… ta… Kosmodemiańska,
co wobec komunizmu pełna jest zapału
i nigdy nie porzuca swojego oddziału?
Helena:
(pałając świętym oburzeniem)
Jesus Christ Superstar!
Ten będzie tu na mnie mordę darł!
Chór Kozaków:
(pojednawczo)
Spokojnie, towarzysze, temperujcie słowa,
po co zaraz z zębami, jak ten pies Pawłowa,
lepiej torcik Pawłowej… proszę, pyszna beza,
nikt tu nie ma zamiaru żadnych Lachiw rezat’.
(Helena, jeszcze wściekła, odwraca się, zamienia walonki na trumniaki i bez słowa maszeruje w stronę pociągu do Lublina)
Kozak Edźka
(jeszcze smętniej niż niedźwiedzie)
Żal, żal za Heleną,
łzy dziś roni nawet jenot,
żal, że cudna ta dziewczyna
odjechała do Lublina.
Hej, hej, hej kozacy,
los jest wredny, życie nie jest cacy.
Cóż, gorzała nam została,
więc ją lejmy w gardła toń.
Pociąg do Lublina:
Uuuuu-uuuuu
(odjeżdża)
W stepie szerokim, jak sięgnąć okiem
zaiste, wielki areał
nijak go zmierzyć, trudno uwierzyć
jaka to wielka cholera
Jadą Kozacy, wśród nich Polacy
z dalekiej jadą Syberii
przez traw ocean a w nim Helena
w wytwornej mknie galanterii
Szans dzięcielina żadnych tu ni ma
niech nie próbuje zapałać
Helena w porę skropiła Diorem
każdą pachnącą zakałę
Odnalezieni, wielce znużeni
wkraczają w bramy Lublina
fanfary grają, wszystkich witają
lecz tam Heleny już ni ma….
Bo jak to Helena: wyindywidualizowała się z rozentuzjazmowanego tłumu 😉
Okej, to może być pieśń dobiegająca zza okien jadącego pociągu. 😆 Ale teraz Twoja w tym głowa, zeen, jak Helena ma znowu w tym Lublinie być, bo inaczej połowa drugiego aktu nam przepadnie.
No, nie wytrzymam!……. 😆 😆 😆
Jak już napiszeta, to ja wyreżyseruję. 😈
Tylko żadne tam baseny. Ma być po bożemu. 😎
😆
Ja zrobię dekoracje. 😀
Przypomniałem sobie, że w musicalu – jak pisała Monika – nic się nie musi trzymać kupy, więc nie będę sobie łamać głowy, skąd Helena jednak jest w Lublinie, jeśli jej ni ma, tylko wrzucę jeszcze początek II aktu, zanim się zajmę kolacją i rodziną. 😉
Akt II
Scena 1
Lublin
(Scenografia prosta – jak okiem sięgnąć gimnazjum Sióstr Kanoniczek)
Nauczycielka gimnazjalna:
(załamując ręce i rwąc pierwszy siwy włos z głowy)
Co to za ziółko wicher z Ukrainy nawiał!
Tylko co przyjechała i zaraz się stawia,
zamiast spijać z belferskich ust mądrości miody,
sama ustala, gdzie się zaczynają schody,
jak trzeba, jak nie trzeba, co napisał Puszkin,
ech, by takiej dołożyć aż swędzą paluszki…
Spostrzegłam dzisiaj pierwszy siwy włos na swojej skroni
i czuję ulgę gdy na przerwę dzwonek wreszcie dzwoni.
Nie daje nic, że mówię do niej z miną chłodną,
no, z taką uczennicą to się nie chce żyć.
(zmienia melodię i zwraca się do Heleny)
Ach śpij, ma rada,
bo jak śpisz, to chociaż nic nie gadasz.
Nie wypada belfrów czniać,
już pod nosem syczą „żmać!”,
więc dlaczego nie chcesz spać?
Helena:
(bynajmniej nie skruszona)
Jak mnie ma coś zachwycać, jeśli nie zachwyca?
A ponadto zrozumieć trzeba me zmieszanie –
tu Mickiewicz, tu Tora, tutaj cyrylica,
w magazynie za dużo naraz mam na stanie,
cóż dziwnego, że wobec tego wrażeń tłumu,
choć czasem chcę skorzystać z własnego rozumu?
Chór Sióstr Kanoniczek:
(z melizmatyczną rozpaczą)
Diabeł siedzi w tej pannie. Ach, wypędzić czym go?
Apage! – jak mawiała Hildegarda z Bingo.
Helena:
(urażona)
Apage to apage, proszę, nie ma sprawy.
Zbieram co trzeba w troki, spadam do Warszawy,
bo mi właśnie do głowy przyszła skądś idea,
że pilnie potrzebuje mnie Żydowski Teatr.
(ostentacyjnie kupuje buty na czterocentymetrowym obcasie i na oczach wstrząśniętych Sióstr Kanoniczek odchodzi do Warszawy)
Kanoniczek! Siostr kanoniczek!
Ups! 😳 Już poprawiam.
Monika ostatnio pisała o swoich urszulankach i mi się nałożyło. 😉
Przybyła do Lublina
Helena cud dziewczyna
w zachwycie Lublin cały cmokał: cmok, cmok, cmok
a ona tylko Irka
zechciała na chwil kilka
i potem się leczyła przez cały rok!
By nie marnować czasu
była na to zbyt łasa
chodziła za tym Irkiem cały rok, rok, rok
a potem go rzuciła
gdy już się wyleczyła
by do Warszawy szybko skierować krok
Warszawa to stolica
szeroka tam ulica
lecz ledwo mieści boskie ciało jej, jej, jej
a ty absztyfikancie
w eleganckim Trabancie
jak tylko ją zobaczysz, to w nogi wiej!
W wyniku przygód wielu
wybyła z Peerelu
ku Ameryce swój kierując krok, krok, krok
i smutek ją ogarnął
za swą kondycję marną
i palić tam zaczęła jak jaki smok!
Statuja tamuj stała
takiego miała wała
daj Panie Boże mnie połowę, daj, daj, daj
a jaja miała w worku
wielkim jak pół Niujorku
no wreszcie ja rozumiem: to dla mnie kraj!
Karierę tam zrobiła
dla wszystkich była miła
Amerykany też ziemniaki som, som, som
była, że gdzie polazła
to zawsze coś znalazła
znalazła w Ameryce dla siebie dom!
Chef-d’oeuvre, co tu gadac!
Oj, nie mogie 🙂 Popłakałam się ze śmiechu nad wyrafinowaną scenografią i Hildegardą z Bingo 🙂 Bobik (librepsista z pazurem) i zeen (librecista z kłem), to duet niedościgniony! Szastam się w ukłonach, podrzucając szapobasa 🙂 Helena przechodzi do historii i wychodzi na tym lepiej niż Trojańska.
(Dygresja o Irku)
(A Irek, jak to Irek,
zabawił z nią przez chwilę,
a potem szybko susa dał gdzieś w bok, w bok, bok.
Bez nikakiej prinuki
przywiązał się do Suki
i od tej chwili chodzi z nią krok w krok, w krok.) 😆
Dobrze, ze nie zostal sam!
Witaj Suko. 🙂 Z tym Irkiem to zeen chyba rzeczywiście przelicencjonował. Ale na szczęście Ty wiesz, jak było naprawdę. 😆
O matko, to zeen tak pędzi, że już w Ameryce? Znowu trzeba będzie arię przekładać, bo Warszawa musi być bardziej detalicznie. 😉 Znaczy, to z 18.55 damy pewnie na koniec II aktu, jako przejście do III.
Pierwszą scenę mam z grubsza wyreżyserowaną. Po odejściu Heleny w walonkach z przerębla wyskakuje tajemniczy Don Tomas (rola niema, strój płetwonurka) i likwiduje jednego z Niedźwiedzi zręcznym ciosem wibrującej dłoni. Spod futra ukazuje się mundur kontrrazwieduprszczika. Don Tomas i Czukcza przybijają piątkę. Tu jakiś smętny balet, czy coś.
I proszę nie krytykować, bo przeniosę całość do Australii, z kangurami przebranymi za Myszki Miki i korzystającymi z bidetów. 😈
Jaki znowu Don Tomas, skad sie tu wzial? To zupelnie z jakiejs innej wloszczyzny.
Czy w którejś scenie scenografia mogłaby być … mieniąca się? Jakieś budynki, jacyś ludzie, coś się dzieje i nagle wszystko to się zmienia w strumienie tekstu, a po chwili – znowu w początkowy obraz, tylko jakby intensywniejszy: kobiety zgrabniejsze i z bardziej czerwonymi torebkami, mężczyźni przystojniejsi, brudny zaułek brudniejszy, słońce wyraźniej wyglądające z ładniej zarysowanych chmur. Da się zrobić, Mt7? W strumieniach tekstu koniecznie powinno być kilka soczystych literówek! 😉 I jeszcze mi chodzą po głowie czerwone schody Bobika, po których Helena wchodziłaby na blog.
A może by tak… arię dla Rudego z towarzyszeniem okularów? Okulary mogłyby, na przykład, pokrzykiwać: „atta girl!”
😆 😆 😆
A nad tym wszystkim oko cadyka Widzącego z Lublina
http://www.2011.europejskifestiwalsmaku.pl/uploads/pics/inspiracje.jpg
A co basenem? Bardziej basenszy?
Jak to co? 😯 Patrzysz, wody do kostek i taka jakaś… niezachęcająca, a po zmianie krystaliczna i po szyję! 😛 I koniecznie Szkoci roznoszący drinki – może być Rudy w kilcie.
Rany boskie, nie nadążam! 😆 Na razie usiłuję odszukać jakieś detale w Warszawie.
WW robi Regietheater, czyli tekstu i tak się nie będzie trzymał, więc może wsadzić do spektaklu dziesięciu Don Tomasów i nawet autorowi nic do tego, a co dopiero heroinie. 😈
Warszawa da się lubić
bo tam są wszyscy grubi
wypasieni, pełno leni
no i rozum można zgubić
Wiadoma rzecz, stolica
i każde słowo zbędne
lecz Heleny tam już nie ma
chyba, że jest. Jak? Psim swędem…
W Warszawie poszło w wątki erotyczne, więc chyba na jednej scenie się nie skończy. 😆
Scena 2
Warszawa
(Scenografia złożona, bo odbudowa jeszcze nie wszystkie zakątki objęła)
Helena:
(włączając się aktywnie w odbudowę jeszcze nieodbudowanego)
Na lewo chłop, na prawo chłop,
ach, tylu ich w tym tłumie.
To dla mych żądz wspaniały kop,
stolyca – to rozumiem!
Przed mym okiem te chłopy migają,
mniejsza już, że co drugi to bajok.
w serduszku maj, a w główce ćma,
bo właśnie mi chłopa trza.
(wskakuje do tramaju i – rozejrzawszy się po sytuacji politycznej – podąża na prawy brzeg)
Chór Warszawiaków :
Jak rozpusta to
tylko w Warszawie, w Warszawie,
jak Warszawa to
prawobrzeżna, ole!
Bo tam można się
oddać zabawie, zabawie,
a jak oddać się,
to Helena już wie!
(Helena wysiada z tramwaju na Pradze i wchodzi do pierwszej z brzegu meliny, gdzie swój żywot opłakuje w subtelnych rymach Menel z Laosu)
Menel z Laosu
(czkliwie)
Bez jedze.. enia i bez spa..ania,
byle by co by…yło pić,
co mi tam piniądze, co mi tam ubrania,
nie ma…asz łacha, d…ą świć.
Harmonia z cicha rżnie na cały głos,
Ferajna żłopie, mówiąc: chłopie!
Co tam kariera, co tam pełny trzos,
niech kobitę ci nada los.
(zauważa Helenę i z wrażenia szczęka mu opada, co dalszy śpiew czyni niemożliwym, a w każdym razie bardzo utrudnionym)
Zeena kawałek z 20.44 śpiewa chór rewellersów i to jest świetne przejście ze sceny 1 do 2. 😀
Jak skąd Don Tomas? Z Wywiadu przecież. Tłem będzie walka z kontrwywiadem o końcowy Wywiad.
I dobrze mówi Bobik, to nie ma się niczego trzymać, a zwłaszcza kupy. Kolega Slavoj Żiżek potwierdzi. 😎
Scena 3
(Scenografia najprostsza z możliwych – jak okiem sięgnąć teatr. Na scenie Helena i Menel z Laosu w pełni rękoczynów na tle rekwizytów)
Menel z Laosu:
Podła!
Patrzcie, gdzie mnie przywiodła!
Tu jakaś sztuczna jodła,
tam równie sztuczna mgła.
O, kurek!
wrobiła mnie w kulturę!
I w teatralną skórę
wciąż mnie podstępnie pcha.
Helena:
Nie dokazuj, głupku, nie dokazuj,
teraz wyszło, jaka z ciebie durna wesz,
wczorajś jeszcze gadał do obrazu,
a dziś ze mną się na słowa mierzyć chcesz.
Nie podskakuj lepiej, nie podskakuj,
bo ci bryknę z kimś, kto umie cenić mnie,
swoje dąsy powieś gdzieś na haku
i nie śpiewaj, bo to brzmi jak zgrzyt po szkle.
Zycie przetworzone w opere zdaje mi sie byc znacznie ciekawsze i bogarsze niz w realu. Ale zaloze sie, ze prawdziwe zycie Marie Duplessis vel Marguerite Gautier vel Violetta tez bylo mniej ciekawe, zanim zabrali sie za nia Dumas i Verdi.
Mieniący się Rudy w kilcie w basenie krystalicznym oczień mi nrawitsja.
Moze jak wlozy swe slynne okulary to ponrawitsja.
Dalszy ciąg sceny 3:
(Z lewej strony sceny pojawia się Paryż, pachnący jak stoisko kosmetyczne w Pewexie i śpiewa z uczuciem)
Paryż:
W lasku Idy trzy boginie
kudły sobie darły z łbów,
ale na mnie to nie wpłynie,
każdej powiem „mów se, mów”.
Nie chcę Wenus ni Ateny,
nie rajcuje żadna mnie,
bo mam słabość do Heleny,
jej jedynej tylko chcę.
Menel z Laosu:
A to swołocz, to cholera!
Wlazł, by babę mi zabierać!
(Rzuca się na Paryża i zaczyna go tłuc. Korzystając z bójki z prawej strony wsuwa się Nowy Jork i ciągnie Helenę do siebie)
Nowy Jork:
(do Heleny)
Porzuć nędzne te amory,
rzuć się ze mną w West Side Story,
dam ci nawet Cole Portera
i nie będę poniewierał,
bo światowiec we mnie tkwi,
co nie bije słabej płci.
Helena:
(radośnie wymachując włoszczyzną)
O, mio caro, mio bambino,
widzę, że tyś mi właśnie pisany,
do twych skylinów pragnę dopłynąć,
a tu niech tłuką się te barany.
(kupuje u Kilińskiego buty na sześciocentymetrowym obcasie, rzuca się Nowemu Jorkowi w objęcia i w podskokach wybiega z nim za kulisy. Światła gasną, słychać tylko odgłosy ciosów wymierzanych Paryżowi przez Menela z Laosu lub na odwrót.)
To wreszcie jak doszlo do mordobicia to przy zgaszonych swiatlach? 🙁
Na dziś chyba skończymy na drugim akcie, bo co za dużo, to niezdrowo. 😉 A w amerykańskiej części możemy wykorzystać Rudego i okulary. 😆
No sorry, co za niezasłużona krytyka! 👿 Przez pół sceny piorą się przy świetle, dopiero na samym końcu sprawa się zaciemnia.
Tu kurtyna poszła w górę
widać całą awanturę
A Helenie oczy płoną
że to o nią…
O, a teraz zeen jeszcze dodatkowo wszystko rozjaśnił. Na niedobory mordobicia nikt nie może narzekać. 😈
Znaj proporcją mocium panie
kiedyś kończyć trza pisanie
a szczególnie miej na względzie
to, co teraz zaraz będzie:
spanie…
Chrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr…
😆
A o przygodach we Włoszech? 🙁
Więc śpij, Bobiku, bo właśnie
Księżyc ziewnął i niedługo zaśnie
A gdy rano przyjdzie świt
Księżycowi będzie wstyd
Ze on zasnął, a nie Ty. 😀
Dobranoc!
Ustaliliśmy, że selekcjonujemy wątki i akurat Włochy wypadły. 😉 Ale możemy jeszcze tu i ówdzie w Jorku i w Londku dołożyć do garnka jakiejś włoszczyzny. Nawet by wręcz nie wypadało, żeby w musicalu nie było Little Italy. 😀
😆 😆 😆 :ziewający lol: 😳
No nie, musi być o poprawianiu napisu w Rzymie! 😀
O poprawianiu koniecznie musi być 😀
Dobranoc 🙂
Niech nam się przyśnią walonki od Manola i pranie o heroinę 😀
Ewentualnie heroina i pranie pieniędzy. : 😎
Widzę, że ten Rzym będę musiał jakimś cudem wkręcić w libretto. Się uparły i nie darują… 😉
Ja tez bez Rzymu i poprawiania napisu nie moge sobie calosci wyobrazic. I sliczny ten ciagnacy sie przez kolejne fragmenty watek obuwniczy. 🙂 Zwlaszcza ze, o ile mnie pamiec nie myli, Helena miala kiedys wielkie ambicje w dziedzinie cholewkarstwa (ku utrapieniu Rodzicow). 🙂
Ojejku… Nie pametam abym byla kiedy tak uhonorowana. Taka utalentowana opera, majaca szanse aby wejsc na stale do repertuaru La Scali i Metropolitan!
Jestem speszona i poruszona. Nawet sie w nocy obudzilam z poczuciem czegos niezwyklego…
Wszystkie watki nie musza jednak byc….
Moniko, pamietasz nawet incydent cholewkarski? Kto jeszcze procz mojej matki to pamieta (ze zgroza) ?
Zosiom, córkom Vesper i Moniki dużo słońca, zdrowia i miłości 😆
Wszysstkiego najlepszego Zosiom, Zosieńkom odwiedzajacym Koszyczek 🙂
Dzień dobry 🙂
Zosiom, poza wszystkim najlepszym, również lepszego, czyli zdecydowanie lepszej pogody niż u mnie. 😉
A jeżeli przy okazji z lepszej pogody skorzystają i inni, może to pójść na dobroczynne konto Zoś. 😆
Gruess Gott! 🙂
W Monachium bardzo cieplo. Posylam nieco ciepelka do NRW.
Heleno, ja pamietam to cholewkarstwo.
I balalajke w NY. Koniecznie balalajka! 🙂
Zofiom, Zosiom – najlepszego! 🙂
U nas Zosiowa pogoda przecudna. Mogę trochę podrzucić 😆
Blogowi Artyści stanęli, jak zwykle, na wysokości zadania. Helena ma słuszne powody do dumy. Gratulacje dla Twórców i Heroini 😎
Zmoro, cały czas trzymam kciuki. I przygotowuje dom na rekonwalescencję mojej Mamy. Czeka ją niedługo operacja kręgosłupa. Ma 89 lat i jest praktycznie niewidoma. Ciężkie wyzwanie przed nią.
Poznajję wszystkie uroki rodziny czteropokoleniowej. Albo, jak kto woli, generacji sandwiczowej 😉
Na szczęście weekend będzie pełen muzyki 🙂
Wątek cholewkarski w musicalu ma oczywiście wymiar symboliczny. 😎 Obrazuje wewnętrzny rozwój heroiny, kształtowanie się jej poczucia tożsamości i świadomości lekkopółśredniopostfeministycznej. Bohaterka w obcasowy sposób rozprawia się z obciążeniami przeszłości i skutecznie unika alienacji, wchodząc dzięki kobiecej komparatystyce materiałoznawczej w dodatkowy wymiar socjalny*.
Domniemania prof. Antonio de Butona, jakoby wzrastająca wysokość obcasów miała coś wspólnego z – cytuję – …narastającym poczuciem wyższości wobec świata chłopów, są absurdalne i całkowicie pozbawione zelówek. Prof. del Buton może sobie być wybitnym liberystą, ale na musicalach ani na cholewkarstwie nie zna się ni dudu! 👿
*Por. krańcowo różne ujęcie tej problematyki w literaturze męskiej, jak np. Sklepy obuwnicze B. Szykulca, zwł. rozdział „Rozmiar i ja”.
Inna rzecz, ze heroina w chwili Buntu Choiewkarskiego miala raczej metne pojecie czym sie zajmuja cholewkarki. Znaczy sie nie przyszlo jej do glowy, ze produkuja cos innego niz cholewy.
Eee, po ostatnim poście spodziewałem się reakcji w rodzaju „Bobik, ty draniu!”, a tu nic choćby w podobie. 😆
No tak, Jagodo, w pewnym momencie niemal u wszystkich się te same problemy zaczynają. 🙁
Żałuję, że poza trzymaniem kciuków nie mam żadnego innego wpływu na ten smutny wycinek rzeczywistości. Ale przynajmniej trzymał będę bardzo wydajnie. 🙂
To prawda Bobiku, wszystkich nas życie dopada. Jak nie w ten, to w inny sposób. Drzewiej, drzewiej myślałam: jak się problemy przewalą, to sobie pożyję 😳
Teraz mogę, na tamto wspomnienie, zanucić: „oj, głupiaś, głupiaś ty” 😉
Sie nie przewalą i trzeba brać, jak leci …. W pakiecie 😉
Toteż się cieszę pierwszymi, własnoręcznie przygotowanymi ogórkami małosolnymi. Zaraz zabiorę się za przygotowanie pierwszej w tym roku botwinki. W kolejce czekają szparagi 😆
A kciuki i dobre myśli zawsze pomagają 🙂
Wiem, ze to nie dla wszystkich:
http://teatrnn.pl/ikonografia/galeria_ikon/galeria/27
Dostalam wlasnie od tego wywiadowcy z Bramy Grodzkiej i jak weszlam, tak przez godzine nie moglam wyjsc. Jeszcze strasznie duzo do zobaczenia, ale musze zrobic przerwe i ochlonac.
Jakie znowu „ergo” ? Mego mialo byc… 🙄
A ja próbowałem wyczuć, co autor chciał przez to powiedzieć i już poprawiłem na „tego”. 😆
Niech tak zostanie, jako przykład brukowania piekła. 😈
Na ogóle życzenie P.T. Publiczności do Aktu II została dopisana jeszcze jedna scena: 😎
Scena 4
(Scenografia na poziomie europejskim. Helena, uwieszona u ramienia Nowego Jorka, odjeżdża z warszawskiego dworca w stronę zachodu, dystyngowanie a grymaśnie kręcąc nosem)
Helena:
Zapłacz, kiedy odjadę,
uroń łzę pókiś młody,
różne przecież w podróży
czekają mnie niewygody.
Sracz zajęty być może,
twardy fotel gnieść w zadek,
okaż trochę współczucia
i zapłacz, kiedy odjadę.
Nowy Jork:
(pełen niezrozumienia dla typowo polskiego narzekactwa)
Well, niełatwo słowiańskiej dogodzić dziewczynie,
niby chce do mnie, ale shloha yak shonshtsh w tshinie.
Helena:
(ze znakomitym wyczuciem dramatyzmu chwili)
Bo ty mnie nie rozumiesz! Me serce kobiece
cierpi, gdy tak miotana losem jak liść lecę
przez kraje, kontynenty, obuwia rodzaje,
aż wszystko, co zostawiam, snem jeno się zdaje.
Nowy Jork
(pogubiony i z typowo amerykańskim pragmatyzmem dążący do jasnego postawienia sprawy )
Kręćka już całkiem masz od tych przeżyć.
Może ci związek ze mną nie leży?
Może byś jednak wolała z tshmielem,
Paryżem, lub tym praskim Menelem…?
Helena:
(znienacka koncyliacyjnie, już tylko odrobinę się krygując)
Skądże, związkowi szaleniem rada,
tylko mi jakoś niezbyt wypada
jechać do ciebie tak prosto z mostu…
Po drodze zrobić chcę jakiś postój,
w Rzymie zatrzymać zwłaszcza się przyda,
bo tam poprawić muszę Norwida,
żeby biedaczek miał trochę z górki
i kupić buty z wężowej skórki.
Nowy Jork:
Norwid w porządku, czuję tę sprawę,
on nie obejdzie się bez poprawek,
lecz potem zaraz pruj na Manhattan,
gdzie szkło już czeka i wolna chata.
(Helena na chwilę rozstaje się z Nowym Jorkiem, skacze do Rzymu i wpada jak burza do kaplicy św. Stanisława Kostki w kościele św. Andrzeja, gdzie oskarżycielsko wymierza palec w widniejący na ścianie cytat z Norwida)
Helena:
Czytam i nie rozumiem… Ten Norwid niecnota
znowu wszystko poplątał i strasznie namotał.
Coś pisze tu, że nogą mam wstępować bosą?
Niedoczekanie! Prędzej martwą mnie wyniosą!
Nie po tom w cholewkarstwie biegła niczym sprinter,
bym teraz miała boso… Ej, złapię za flintę!
Takie błędy w poezji to są samobóje!
Trza być w butach! Jak nie, to ja stąd występuję!
(Poprawia grubym pisakiem „wstępuje” na „występuje”, kupuje buty na ośmiocentymetrowym obcasie i bez dalszych zwłok rzuca się w fale Atlantyku)
Hahahahahahahahahahahahahaha! 😆 😆 😆
Zofiom, Zosiom i Zosieńkom pięknego słońca przez całe życie.
Słonecznego w każdym wymiarze i znaczeniu. 🙂
Bobiku, przerastasz samego siebie (a to juz calkiem wysoka poprzeczka)! 😆 😆 😆
A ten musical jest rzeczywiscie szczegolny, bo w swojej zwariowanej formie naprawde lapie osobowosc bohaterki – co nie takie latwe, bo postac jest wieloaspektowa, i jej historia ma tyle watkow. 😉
No i oczywiscie, ze pamietam cholewkarstwo, i wiele innych Twoich opwiesci, Heleno. Win za to moje cudowne Ciotki, ktore tez byly urodzonymi opowiadaczkami anegdot, i podgladaly zycie okiem nie gorszym niz Moliera czy Czechowa. A ja ich sluchalam od dziecinstwa, wiedzac, ze za smakowite to kaski, zeby je poten zapominac. Pamietam moja dziecinna radosc i oczekiwanie na kolejna fascynujaca opowiesc, gdy ktoras z nich pojawiala sie w domu moich Rodzicow, i juz w drzwiach mowila: „Nie uwierzycie co mnie wlasnie spotkalo!” 😉
Jagodo trzymaj sie w tej niby powszechnej, ale zawsze bardzo trudnej sytuacji. Podobnie cieple mysli posylam Zmorze.
I dziekuje bardzo za Zosiowe zyczenia. Od razu tez oczywiscie mysle szczegolnie cieplo i wiosennie-zyczeniowo o Zosi Vesper, zyczac jej zawsze zielonego, pieknego maja w sercu i w calej zyciowej okolicy (wlaczajac w to oczywiscie baklazany pod jej szczegolna ochrona, jesli jeszcze je chroni, bo dzieci ciagle przeciez maja nowe, zaskakujace fascynacje, dzieki czemu i ich dorosli tez nigdy nie stoja w miejscu….). 🙂
A teraz niestety skok w srode…
My tez z Modk skladamy blogowym Zofiom serdeczne zyczenia imieninowe – Zosi od Vesper i Zosi od Moniki (jesli obchodzi, a jak nie obchodzi to tez sie przydadza).
Nie wiem dlaczego niektore literki mi sie nie ukazuja, chyba, ze mocno walne w klawiature, ktora jest wrecz wyjatkowo czysta. Moze ta czystosc jej zaszkodzila. A nie mowilam…
No! Tak to rozumiem. 😆 😆
Ciekawość mnie zżera, co dalej? 😀
Dobra nowina:
http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/arlukowicz-to-wielki-dzien-dla-pacjentow-leczacych-sie-z-bezplodnosci,325863.html
Dodatkowy podziw już zbędny, czekam na resztę.
Bardzo dziękuję za życzenia dla Zosi. Od siebie składam Zosi Monikowej również wszystkiego najlepszego, wiosny w sercu i uśmiechu na co dzień.
Zosiom, całorocznej wiosenności 🙂
No to lecimy dalej. Jako prolog do kolejnego aktu leci wczorajszy zeenowy kawałek z 18.55, a potem następuje
Akt III
Nowy Jork
(Scenografia ruchoma – jak okiem sięgnąć drapiące chmury wieżowce)
Scena 1
(W podrzędnym manhattańskim hotelu siedzi przy świeczce Leonard Bernstein i trze czoło w twórczej męce)
Leonard Bernstein:
Trę i natarłem sobie już guza,
a wciąż całować nie chce mnie muza,
spirytus także tutaj nie lata,
podobno woli być w starych światach,
zamiast inwencji po prostu kpina,
zero, nul, granda i popelina.
(przerywa, żeby zapalić ostatnie cygaro, zachowane z lepszych czasów, po czym wolną ręką kontynuuje tarcie)
Żebyż coś z tych mąk się wzięło!
Niechbym jakieś stworzył dzieło,
choćby drobny utwór zbawczy,
choćby coś jak Krzysztof Krawczyk
albo drugi Krzysztof, Klenczon.
Inni wcale się nie męczą –
o, ten Bach, co w sposób letki
sadził znane operetki,
jakby była to rzecz zwykła…
Może wezmę z niego przykład?
Może wreszcie los swój zmienię,
gdy coś spłodzę o Helenie?
Jasne, myśl to oczywista,
gdzie jest jaki librecista?
zeen
(wskazując wymownie na swój roboczy strój)
Zara, zara, czas nie zebra.
Dajże pan się najpierw przebrać,
płodzić mogę zaś po chwilce,
jak już zzuję gumofilce.
A w ogóle o co krzyki?
O co, pytam, all that jazz?
Pisać jakieś libreciki,
to potrafi nawet pies.
Pies:
(przytakuje z wrodzoną skromnością)
Leonard Bernstein
(z radości wielkopańskim gestem zapala drugą świeczkę)
Ze szczęścia dusza fika i bryka!
Ruszyły lody! Będzie musical!
Czy skomponuję go ja, czy Kurt –
nieważne, byle grano go furt.
Rozumiem, momentów nie było, to nikt nie czyta. No to jeszcze scena z momentami. 😎
Scena 2
Nowy Jork:
(Witając Helenę, nieco chełpliwie)
Spójrz, jaki pretty mam look
i większy niż Wojski róg,
wszystko jest we mnie okay,
więc doceń to z łaski swej.
Smaczny jest śledź in Amerika,
home możesz mieć in Amerika,
wystarczy być in Amerika,
cudnie jest żyć in Amerika!
(zamiast powitalnego bukietu wręcza Helenie praktyczny prezent w postaci green card)
Helena:
(oszołomiona i zauroczona, głaszcząc nieśmiało green card)
W noc i w dzień
tyś moim snem,
inni mogą najwyżej dla ciebie być tłem,
gdy statui rzucasz cień,
kiedy śpiewasz, lub milczysz niby kleń,
tyś mój, ja wiem,
w noc i w dzień.
(Robi się tak lirycznie, że kurtyna woli zapaść, zanim dojdzie do konieczności zastosowania kodeksu Haysa)
Och, Bobik!
Ja chyba teraz juz przez reszte zycia nie musze niczego robic, nie miec zadnych przygod, gdyz moje miejsce w wiecznosci jest juz zapewnione….
POjde teraz sprzatac kuchnie, ale bede tu wpadac…
I skad sie w kuchni bierze taki balagan kiedy ja praktycznie nic nie jem?
Bobiku, jestes Wielki! 🙂
Heleno, w kuchni nie ma balaganu kiedy sie teoretycznie nic nie je.
Kiedy nie je sie praktycznie, to sama wiesz…. 🙂
To by był fatalny efekt, gdyby wskutek musicalu Helena przestała cokolwiek robić i mieć przygody. 😯 Ale mam nadzieję, że to tylko takie strachy na lachy, czyli licentia prosaica. 🙂
Czekałem na zeena, że może coś dopisze, ale on dziś chyba bardzo zajęty, to dorzucę następną scenę. 🙂
Scena 3
Uliczny Grajek:
(z wahaniem, popatrując spod oka na świeżą imigrantkę)
I don’t know how to love her…
Helena:
(przerywając mu z okrucieństwem świadomej swoich praw kobiety)
Teraz moja kwestia, proszę nie przerywać!
O, w tym mieście czuję, żem naprawdę żywa,
mimo tłoku, spalin i ulicznych korków,
już miętę poczułam do Nowego Jorku,
tu na każdym kroku nowe są podniety,
widzę nawet moje uniwersytety…
(przechodzi od niechcenia przez New York University, kłócąc się zajadle z Brodskim)
I widzę w rozważań wszelakich wyniku,
że winnam robotę wziąć w Nowym Dzienniku.
(Bierze w dwa palce robotę i ogląda ją z zainteresowaniem)
Nowy Dziennik:
(Zamiatając podłogę czapką z pawim piórem)
Prosimy, prosimy nadobną dzieweczkę!
Zaraz jej tu damy krzesło tudzież teczkę,
staropolskim sercem, tego, mociumpanie,
w jednej ręce szabla, a w drugiej różaniec,
scyzoryk w kieszeni, szkaplerzyk na szyi,
hej, nie masz jak praca dla emigracyi!
Helena:
(podbrechtana przez nadmiar staropolszczyzny, prowokacyjnie)
Pobyć trochę chcę w przystani,
po życiowych przejściu burz,
ale strzeżcie się, kochani –
ja też mam w kieszeni nóż.
On czasami się otwiera,
kiedy spokój jest tuż-tuż,
zatem strzeżcie się, cholera,
bo ja mam w kieszeni nóż!
Nowy Dziennik
(spuszczając z tonu)
No dobrze, nie pójdziem tak na noże całkiem,
niech panienka sobie znajdzie jakąś działkę
i ją po swojemu skutecznie uprawia,
niewiele przejmując się piórami pawia.
Helena:
(rozgląda się po redakcji i odkrywa tam Kumę)
Świat nie jest taki zły,
gdy Kuma jest drzwi w drzwi,
wezmę zaraz, przysiądę się do niej,
krzyknę jej „hej, tam na tratwie!”
tak pracować będzie łatwiej
i drinka strzelimy na koniec.
Manna z nieba nam nie spadnie,
ale jakoś będzie ładniej,
z bratnią duszą zawsze jest raźniej.
Przeczytamy wszystkie gnioty
i weźmiemy je w obroty,
a potem sprawimy im łaźnię.
Świat nie jest taki zły,
gdy jest w nim jakieś „my”,
czoła stawiasz i nie tkwisz w ogonie,
więc pod rękę biorę Kumę
i skoczymy spić się rumem,
a ona nie powie „nie, bo nie”.
Kuma:
(Nie mówi „nie, bo nie” i bez protestu udaje się z Heleną na rum)
🙂 🙂 🙂 to do UTWORA!
🙂 🙂 🙂 to do markowej , wypasionej kurtki (Jack Wolfskin), nabytej dzisiaj za polowe wczorajszej ceny!
No jakbys tam byl Piesku i sam na zywo ogladal. Tak bylo!
Ta Columbia to, rozumiem, licencja poetycka, bo naprawde to byl calkiem inny. Who cares! Moze byc nawet Princeton wraz z Sorbona! Reszta jest prawdziwa i sluszna
Opera jest tak pyszna, ze jak jakis dobry rezyser za nia natychmiast nie chwyci i nie wystawi albo w Royal albo w Metropolitan, to po prostu nie wiem co!
A ja moge odgrywac Glowna Heroine.
Gratuluje wypasionej kurtki!
Kuchnia jeszcze nie zrobiona, ale poprzyszywane zostaly mistrzowsko takie szlufki na pasek do spodni!
A teraz moze byc kuchnia.
Właśnie sobie nie mogłem przypomnieć, co to była za uczelnia. 😳 Pamięć mam świetną, ale tylko jak coś jest do znalezienia w guglu. 😉
Wrzuciłem Columbię tak na rybkę, ale podaj, Heleno, co było naprawdę, to poprawię. To ma być całkiem prawdziwy życiorys. 😈
Jack Wilczoskór za pół ceny to naprawdę wspaniały połów. Znaczy, Mar-Jo dziś stawia. 😀
Stawiam! Piwa z klasztoru w Andechs, wszystkie siedem gatunkow. No i rum jeszcze mam. 😉
NYU
Poprawione, teraz mogę się spokojnie napić piwa z Andechs. 🙂
Odetchnęłam, posiliłam się na ciele i duchu 🙂
to mogę spokojnie czekać na ciąg dalszy 😆
Takie to są skutki grupowych prac.
A ja przegrałam licytację sandałów na allegro i odebrałam w Merlinie książkę kucharską Donny Leon Szczypta Wenecji, czyli ulubione dania komisarza Brunettiego.
Mam zamiar wszystkie wypróbować.
Siodemeczko, mialam Ci to podsunac i zapomnialam:
http://www.liiil.pl/1368627798,Adam-Szejnfeld-Wlasne-mieszkano.htm
Dzięki, Helenko.
Już mi się nie chce ust otwierać w tym temacie.
Ja też się zgapiłem na ebayu i nie kupiłem malutkiego dywanika, który ma leżeć przy wyjściu na taras, bo ludzie i zwierzęta mnóstwo błocka tamtędy wnoszą. 👿
Ale snajpera zatrudniać nie chcę, bo wtedy to już nie ta adrenalina. 😉
Nie chciałabym psuć nastroju zabawy, ale dobiorą się do X. Lemańskiego, jest zapowiedź i jednocześnie szyderstwa , przyrównywanie artykułów do ogłoszeń parafialnych itp.
http://www.idziemy.com.pl/komentarze/ksiadz-uwiedziony
Myślę, że to się źle skończy.
Nie powiem nic pocieszającego, bo też mam takie obawy. 🙁
Zresztą na każdego księdza, który choćby odrobinę wystaje ponad kant stołu, gdzieś tam czeka jakaś hiperkatolicka gilotynka. 🙄
Ten artykuł napisał redaktor naczelny tygodnika „Idziemy” wydawanego przez diecezję warszawsko-praską, czyli zwierzchność X. Wojciecha.
To jest jak ogłoszenie wyroku.
Chciałam wziąć w grudniu udział w rekolekcjach adwentowych i ze względu na daty, jak odpowiednio późną porę wybralam Archikatedrę Warszawską. Prowadzić miał ten właśnie ksiądz z „Idziemy”.
Cała pierwsza, niestety, pogadanka poświęcona była winom 'onych’, co 'oni’ mówią, robią, nie robią, jakie mają ukryte intencje i zamiary.
Zrezygnowałam z tych rekolekcji.
A czy my mamy Tytuł Tego Wiekopomnego Dzieła?
Tytuł jest, ale z pewnych względów postanowił, że ujawni się dopiero na końcu. 🙂
Ale nie na tym końcu, bo to jest dopiero koniec III Aktu, a nie ogólny: 😉
Scena 4
Helena:
Pełną gębą jestem już nowojorczanką,
wiem, gdzie buty kupić, gdzie zjeść ciepłe danko,
olśniewam fryzurą, czaruję wyglądem,
z kulturalnym całym spotykam się mondem,
z papieżem radiowe nagrywam audycje,
z Liv Ullmann czasami chadzam na policję,
Amalrik nachodzi mnie tam i z powrotem,
prosząc nieustannie, bym nie spała z Kottem,
Singer się co parę dzionków przypomina,
żebym napisała o kimś tam z Lublina…
Tutaj kalendarzyk mam – o, patrzcie, proszę:
pojutrze mam krótko widzieć się z Miłoszem,
potem Dario Fo mnie zaprasza na lanczyk,
po nim Barysznikow chce dla mnie zatańczyć,
jeszcze Basia Johnson… ale to przechera,
od niej telefonów nawet nie odbieram.
A teraz zakładam drogie, czarne dessous,
bo mam date ze znanym rekinem biznesu.
Chór Białych Rosjan
(ostrzegawczo brzdąkając na bałałajkach)
Oj, lepiej ty jedź tisze, lepiej nie kuś losu,
bo los na ciebie zawsze znajdzie jakiś sposób,
i znienacka ci taki wredny wytnie numer,
że jękniesz tylko z cicha: on gra ze mną w gumę.
Helena:
(moknąc przeraźliwie na zadeszczonej ulicy)
Umówiłam się dzisiaj z rekinem,
cocktail w planie był, szał ciał,
a tu sterczę samotna pod kinem,
bo nie raczył przyjść ten wał.
(stepuje dla rozgrzewki)
Drżąc z zimna śpiewam w deszcz,
bo olał mnie ten leszcz,
bo może z sekretarką się właśnie zakleszcz-
ył, gdy moknę tu,
w mym czarnym dessous,
i tańczę bezradnie w taki deszcz.
Rekin z Wall Street:
(z zachłannym błyskiem w nieczułym oku)
Co mi tam kobiece czary,
randki i miłosne sny,
dla mnie liczą się dolary,
dolce vita dają mi.
Jam najdrapieżniejsza z ryb,
do mnie, doluś, cip, cip, cip.
Helena:
(urażona do głębi)
Naruszono moje ideały,
moją świętą wiarę w uczuć moc,
Taki wieczór miał dziś być wspaniały
i kto go tak schrzanił? Zwykły poc!
Naruszono mi człowieka prawa,
konstytucję, wolność, itede.
Tutaj dla mnie kończy się zabawa –
Nowy Jorku, już nie kocham cię!
Londek:
(podstępnie wkrada się zza kulis, wietrząc swoją szansę)
Po cóż będziesz oczy wypłakiwać tu?
Ja ci raj otworzę, z obuwiem od Choo.
Helena:
(z niebywałą dystynkcją balansując popołudniową cup of tea)
I’m coming, my dear.
(Na wszelki wypadek nabywa u Blahnika szpilki na dziesięciocentymetrowym obcasie i chwiejąc się seksownie podąża za Londkiem na lotnisko)
Tak, artykul jest przygnebiajacy, znamienny i nie wrozacy nic dobrego ks. Lemanskiemu. . Tam w ogole nie chodzi o jakakolwiek polemike z ks. Lemanskim, lecz o to, ze wyszedl on poza „media katolickie”. Nie przeszladza ksiedzu redaktorowi, ze Kosciola wszedzie jest pelno w przestrzeni swieckiej, ale przeszladza, ze ks. Lemanski jest w swieckich gazetach czy telewzji.
I to insynuowanie, ze chodzi mu wylacznie o „parcie na szklo”, ze sie upaja pokazywaniem sie na widoku! Obrzydliwosc, odbrzydliwosc.
Ojjjjj, Bobiiiik! 😆 😆 😆 😆
Złe intencje można każdemu przypisać.
Z tego powodu część potomków Sprawiedliwych nie chce, żeby nazwiska ich rodziców były upublicznione, żeby nie wycierano nóg w ich pamięć.
A całość listy trzeba zweryfikować, jak mówiła Barbara Engelking, bo doszło do uzurpacji, wykorzystujących brak świadków. Podawano podobno nazwiska, jakiś nieistniejących ludzi.
A człowiek na FB zapytał mnie na privie, czemu jestem taka pełna pesymizmu.
I tłumacz mu!
Czekaj, Siodemeczko. Ks/ Lemanski wlasnie sie odwinal:
http://wyborcza.pl/1,75478,13917499,Ostry_spor_miedzy_duchownymi__Ksiadz_Lemanski_do_Zielinskiego_.html
Robi się niebezpiecznie. Bobik wlazł na wyżyny, a potem wspiął się na szczyty. Trwam w podziwie. Także dla Zeena, że aktywnie uczestniczył (i oby nie zaprzestał 🙂 ) i dla Heleny, że jest w stanie udźwignąć taką nobilitację 😯
A naczelny „Idziemy” bardzo śmieszny, bardzo.
Takie?
http://3.bp.blogspot.com/-UhKze14qFLw/T2Y641VpE3I/AAAAAAAADg4/g3gEKlcMtwU/s1600/27.3.12.jpg
😆
Ech, ta Helena!
Naczelny „Na Temat” broni swojego blogera:
http://tomaszmachala.natemat.pl/61441,lemanski-jak-kamien-w-bucie
W tekście jest też link do wypowiedzi ks. Sowy.
X. Wojciech nie ma szans na wygranie tej wojny.
Jak dobrze, że to nie koncert – można klaskać między częściami! 😀 😀 😀 😀 😀 Bobik, Ty jesteś pies nad piesy! A to jest libretto żywcem zdjęte z Heleny! 😛
Spóźnione, ale serdeczne uśmiechy dla Zoś – można włożyć do pudełka czy słoiczka, a nawet luzem ciepnąć do szuflady i tym sposobem przechować na później. 🙂
Myślę, że on to wie – i dlatego nie żałuje sobie, jak np. tutaj:
http://wojciechlemanski.natemat.pl/61185,odwagi-ksieze-biskupie
E, nie przesadzajcie. 😳 Ja tylko robie, co mogie. 😆
Szkoda, że zeen dziś nie mógł, ani Kierownictwo się nie włączyło. 🙁
Ja myślę, że ks. Lemański, nawet jak wszystko wie i rozumie, musi jednak te ataki ciężko przeżywać. Siódemeczko, czy byłoby to dla niego chociaż maleńką pociechą, gdybyś mu doniosła, że my go tutaj bardzo duchowo wspieramy i jesteśmy po jego stronie?
Bobiku, robisz więcej, niż możesz 🙂
Ks. Lemański da radę. Nawet jak Go zakneblują i tak będzie obecny i słyszalny.
Mysle, ze takie rzeczy zawsze warto ludziom mowic.
Jak czesto mozemy komus pwoeidziec: podziwiam Cie i darze glebokim szacunkiem. Niewiele ci moge pomoc, nie moge cie oslonic przed pociskami zawistnego losu, ale jestem z Toba sercem i duchem. Jestes dla mnie i zapewne dla wielu innych ludzi przykladem odwagoi, niezawoislosci ducha, ogromnej uczciwosci i wiernbosci swemu wyborowi pastrza dusz. Twoja postawa jest swiatlem w ciemnym tunelu.
No jak czesto mozemy to komus powiedziec? Ks. Lemanskiemu trzeba to powtarzac codziennie.
Napiszę.
On mi nigdy nie odpowiada na maile. Twierdzi że to w ramach retorsji za to, że nie dzwonię do Niego.
No trudno, skoro oczekuję wyrozumiałości dla mojej słabości (fobii), to muszę ją okazać dla Jego.
Ale wie, że myślimy podobnie.
Ja jestem bardziej radykalna, ale mnie to nic nie kosztuje.
Siódemeczko, bardzo Cię kosztuje.
Napisałam.
Mało senne, ale konieczne dobranoc 🙂
A tam, Haneczko. 🙂
Bobik-bej, jak dobrze, że Ty tak dużo mogiesz! 🙂
Nie dlatego wspieramy, że jesteśmy jaczejka, a on xięży buntownik, ale dlatego, że… ech, do licha, myśli mi się już nie chcą lepić. 🙁 Dlatego, że ma rację. Dlatego, że choroba Kościoła dotyka ludzi, tak wierzących, jak i niewierzących i nie jest to łagodny dotyk, a on się stara z tą chorobą walczyć. Dlatego, że ludzie, którzy myślą, mówią to, co myślą i robią to, co mówią, to jest skarb – skarb całego osiedla, a nie tylko parafii. Jakoś tak. Spać.
Ja też, bo rano budują, koszą, ryją…
Nie ma szans na pospanie.
Muszę sobie tonę woskowych zatyczek kupić.
Jestem nieprzytomna.
Oczywiście, że wspieramy nie z pozycji antykatolickich (bo przecież i praktykujący katolicy są na blogu), tylko dlatego, że gdyby wszyscy księża byli tacy lub podobni, nie musielibyśmy być żadną jaczejką. 😉
Dzięki za przekaz, Siódemeczko. 🙂
Chyba już też się obalę na posłanko, bo jutro czeka mnie przecież opisanie romansu Heleny z Londkiem. 😉
Dobranoc. 🙂
Oczywiscie, Bobiku. Martwie sie jednak o ks. Lemanskiego, bo mimo wszystko spory jest ciezar bycia dysydentem..
A poza tym, wlasnie skonczylam napawanie sie kolejnymi odcinkami dziela, wiec jednak nie moge sie jednak nie usmiechac. 😆 😆 😆 No i watek obuwniczy objal juz i zeena. 😀 Podoba mi sie, ze poeci tez sa postaciami (choc Bobik jak na razie nieobuty, i chyba raczej tak zostanie, o ile nie zmieni poglady na psie buty). 😉
A u mnie dzis byly imieninowe Devonshire creams (moj najbardziej ekspresowy deser, ktory mozna zrobic nawet w bardzo zajeta srode, w sam raz pasujacy do do tej herbaty, co ja Helena z Londynem pije), 🙂
Dzień dobry,
Kierownictwo się nie włączyło, bo albo lata, albo robi głupiego robotę, albo zagląda i zanim się nieśmiało zastanowi, jak tu się włączyć, już Bobiczy talent tryska kolejnym odcinkiem… 😉
A jak potem przyjdzie do recenzowania dziela, to Kierownictwo bedzie pierwsze…
Dzień dobry 🙂
Być zrecenzowanym przez Kierownictwo to zaszczyt. 🙂
Zimna Zośka powinna była już sobie pójść, ale siedzi dalej, kawę popija i wcale się nie zbiera do wyjścia. 👿
Marznę, ale w kozie nie zapalę, bo jakoś tak głupio świeżo pomalowane ściany od razu zakopcić. 🙄
No to na rozgrzewkę: 😉
Akt IV
Londek
(Scenografia prosta – jak okiem sięgnąć Londek z przyległościami)
Scena 1
(Helena w charakterze groupie twardo wystaje pod oknem domu Dickensa, nie zważając na mgłę gęstą jak angielska flegma)
Helena:
Już w dzieciństwie mym byłeś ze mną wciąż,
i choć w duszy grało mi „do niego dąż”,
nie myślałam, że
stanę, kurza twarz,
na ulicy, gdzie okno swe masz.
Ten z ogórkiem chleb był na twoją cześć,
ja go jadłam, choć nikt inny nie chciał jeść.
Będę stała tu,
aż znak jakiś dasz,
na ulicy, gdzie okno swe masz.
Dickens
(Wskutek wieku już trochę zdziecinniały, wychyla się przez okno i domaga się namolnie)
Czy przywiozłaś mi yellow submarine,
yellow submarine,
yellow submarine?
Jak nie, to wracaj sobie do Chin,
lub zrób dobry czyn,
daj mi chociaż gin.
Helena:
(z niegasnącym uczuciem)
Biedny staruszek, wszystko mu się plącze,
lecz ja uwielbiać go nigdy nie skończę.
Przetańczyć mogłabym
pół nocy nawet z nim,
bym za nim poszła w dym.
Bym mu oddała ząb,
i Bartka (to jest dąb),
i mych poglądów zrąb.
Czytałabym go od czerwca do maja,
wołałabym głośno Heep, Heep, Uriah!
I choćby dał mi w dziób,
ja piekłabym mu drób,
szepcząc: ach, rób mi dobrze, rób!
Dickens
(przypominając sobie nagle, że jest Wielkim Pisarzem)
It’s been a hard day’s night,
pisząc zmachałem się jak pies,
przyjdź jutro znów, all right?
Może ci wtedy powiem yes.
Cóż, wielbicielek mam moc,
a taka krótka jest noc,
więc idź już, miej ten gest, okey?
Helena
(z nietypową dla niej uległością)
No jasne, Mistrzu, nie musi być dzisiaj.
To ja na razie skoczę do Bibisia.
Aaaa, to Zimna Zośka w Germanii tym razem bawiła, gdy u nas gościła Całkiem Ciepła.
Jeszcze raz dziękuję w imieniu Zosi za życzenia. Wczoraj miałam podwójnie zabieganą środę, bo nie dość, że w uścisku standardowej środowej szczęki, to jeszcze Zosiowe imieniny… Planów przyjęciowych żadnych nie mieliśmy, bo w naszych stronach obchodzi się właściwie urodziny. Imieniny to raczej rodzinna okazja, bez znajomych. Większość chyba w ogóle nie obchodzi swoich imienin. Poza tym Zosia ma do idei imienin bardzo ambiwalentny stosunek. Nie podoba jej się, że jest to święto wszystkich kobiet o imieniu Zofia, ponieważ naraża ją to na życzenia ze strony wielu osób w najmniej oczekiwanych momentach. Postanowiła wymyślić sobie supertajne imię, ustanowić dla tego imienia supertajną datę imienin i wtajemniczyć tylko najbardziej zaufanych bliskich i przyjaciół. Ale tak się jakoś złożyło, że ze spokojnej kawy i ciasteczka dla dwóch cioć, wyszedł kinderbal na dziewięcioro dzieci w wieku od lat dwóch do 13 wraz z rodzicami. Wyobrażacie sobie zapewne, co się mogło dziać, kiedy całe towarzystwo rozbrykało się w ogrodzie, a Ta która Nie Uznaje Swoich Imienin stanęła na czele szturmu na ukrywających się w bukszpanie Niewidzialnych Wrogów Magicznego Świata. Tak więc już nie bakłażany, a magiczne istoty podlegają teraz ochronie. A skoro mają tu schronienie, to sporo ich u nas zamieszkało. Ma to ten plus, że mogę spokojnie piec i gotować, bez obawy, że wysyłam kogoś do oberżynowego nieba oraz ten minus, że nigdy nie wiem, kiedy siadam na niewidzialnym druidzie.
😆
Gdybym sam nie był szczeniakiem, chyba bym się zapłakał, że nie mam dzieci w tym wieku. To jednak zupełnie inna jakość niż świat dorosłych. 🙂
To prawda, Bobiku, zupełnie inna jakość. Zosia sama zresztą to podkreśla i za każdym razem, kiedy słyszy, że ma odrobić lekcje, założyć skarpety (stópki przecież cenią sobie wolność), trzymać się tematu, kiedy odpowiada na pytanie, burczy pod nosem „nuuudni, nuuuudni dorośli” 😉
A opera o Helenie bardzo piękna 😆
Opera, indeed, przepiekna, i tylko zastanawia mnie cz pojawi sie w niej jej Najukochanszy Przyjaciel, ktory bez te wszystkie lata gotow byl ostatniego bazanta od pyska odstawic, byle ona byla szczesliwa i zadowolona. O anielskiej cierpliwosci do niej juz nie wspomne.
Tajne imiona, o ktorych wie tylko matka lub nosiciel wystepuja w roznych kulturach, np w Kociej (patrz Imiona Kotow TS Eliota*).
Tajne imie ma kazdy Rom, a chodzi mi cos po glowie, ze i u Zydow byl jakis zwyczaj nadawania tajnego imienia po ciezkiej chorobie, by oszukac Aniola Smierci. Nie pamietam dokladnie jak to bylo, ale kiedys to slyszalem.
————————
…. W najdalszej gdzies dali
TRZECIE imie majaczy: my bladzi
Ze znuzenia sto lat bedziemy pytali,
Gdyz Kot tylko je zna – i nie zdradzi!
Totez, ilekroc ujrzysz, ze twoj kot na tapczanie
W cos w rodzaju sfinksa sie przemienia,
Powod jest zawsze jeden: blogie kontemplowanie
Wlasneg sekretnego trzeciego kociego
Upojnie tajemnego,
Utopiotajnionego,
Nie upodobnionego do niczego innego
I upodobanego najbardziej imienia.
TS Eliot
Też pytanie, Mordko. Chyba jasne, że musical o Helenie bez Ciebie w ogóle nie miałby prawa istnieć. 😎
Nawet już z grubsza mogę przewidzieć, że pojawisz się w 3 scenie IV aktu. Uspokojony? 😉
Ok.
Takich księży nie brakuje. Niewielu jednak decyduje się na wypowiedzi publiczne. Jest ich jednak coraz więcej.
Gdzie opera zostanie wystawiona?
Gdzieś daleko zostawiłam swoje dobre strony
i w marzeniach wracam do nich dziś
w Peerelu człowiek był tak dobrze ułożony
czemuż na obczyźnie stał się złym
Oh girl,
Girl..
Może w Tower mnie nie zamkną, chociaż trochę szkoda
bo to powód by do sławy był
co z człowiekiem robi wredna angielska pogoda
najpiękniejszy owoc by w niej zgnił
Oh girl,
Girl…
Wiem już, wstąpię do klasztoru
by przepędzić swoje zmory
wszystkie!
Już nie przyjdzie mi do głowy
wstyd swój ukryć za figowym
listkiem!
Oh girl,
Girl…
Jestem pilną uczennicą siostry przełożonej
krzyżem przez dzień cały leżę i
słucham nauk a powoli mam już dosyć onych
słów skąpanych w bezsensownej krwi
Oh girl,
Girl…
Lepiej wróce już do domu, gdzie w siebie zwątpiłam
tam już wszystko będę mogła znieść
by świat lżej miał ze mną, będę teraz się głodziła
mój Mordechaj może za mnie jeść
Oh girl,
Girl…
Siódme słonko się już skryło
i na wadze mnie ubyło
wreszcie!
Jeszcze miesiąc jeden cały
i wypadną wszystkim gały
w mieście!
Świat pięknieje kiedy nagle zdajesz sobie sprawę
co naprawdę w życiu ważne jest
wiarę w siebie trzeba stawiać ponad miskę strawy
widać był potrzebny mi ten test
Oh girl,
Oh, boy, zeen! 😈 😈 😈
Gruess Gott! 🙂
Za czeste zagladanie na Blog z roboty mnie wyrzuca, jak nie dzis to 3. czerwca. 🙂
Opera jest …. slow brak! 🙂
😀 Bry!
U nas też była bardzo przyjemna, ciepła Zosia.
Aż kaktusy poprosiły o wystawienie na dwór.
O, przyszły posiłki. 😀
Znaczy, jeden posiłek, ale zeen zawsze twierdzi, że w pasie za trzech starczy. 😆
Patrzę w program MET –
tam opery niet.
Zerkam do La Scali –
chyba też olali.
W Bayreuth – ni cholery,
tam same Wagnery.
Czyżby takie dzieło
tak bez śladu wcięło? 😯
Nie, jest! Chwała Bogu!
W spektaklu na blogu. 😈
Trochę w związku z szykanami wobec ks. Lemańskiego – to doniesienie prasowe daje bardzo dobry obraz tego, czym jest tzw. specyfika polskiego Kościoła:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13914046,Parafianie_w_Austrii_do_polskiego_proboszcza__Wynocha_.html
Wprawdzie wymyślania od Polacken nie pochwalam, ale świetnie rozumiem, na czym polega istota konfliktu. Nie tyle, jak piszą w notce, na osobowości księdza, co na „niekompatybilności specyfik”. Na zderzeniu Kościoła otwartego z Kościołem zamkniętym, wspólnotowego z hierarchicznym, dopuszczającego myślenie z niedopuszczającym.
I nic dziwnego, że w jednym z tych Kościołów rarogiem jest ks. Lemański, a w drugim ks. Sobczyszyn.
A może by się zamienili parafiami? 😉
Bry!
To ja pięknym Paniom kwiatki zebrane na łące
https://plus.google.com/photos/108707595081697190513/albums/5878588487624292017?authkey=CNrp8aq0stS_XA
Bobikowi ostatecznie też!
Słusznie. Pies też człowiek, a nawet Pani. 😆
Chyba najbardziej „nosowe” z tych kwiatków są mlecze. Bo stokrotki i niezapominajki tylko patrzalne, nie wąchalne, czyli bardziej dla Pań niż dla psów. 😉
Zmokłem podczas przebieżki przez teren jak, nie przymierzając, kura. 🙄 Brrrr! Nie radzę dziś wychodzić z domu, jeżeli się mieszka w NRW. 🙄
W Muenchen + 23 stopnie, sucho choc oko wykol….
Wszędzie ciepło i sucho, tylko u mnie zimno i mokro? 😯
Ani chybi arcywilk pogadał z Głównym Szefem, żeby ukarał tego cholernego kundla, co śmie Osobistości targać za nogawki. 🙄
Nie uwierzycie. Bedzie interview Nr 3 – w poniedzialek. Hehe.
U nas w Lublinie Teatr Muzyczny i Filharmonia w remoncie. To wystawienie operowo- musicalowe w samą porę zaspokoi głód kultury 😀
Jako dyżurny przyrodnik donoszę, że to nie niezapominajki, ale przetacznik zwany też veronica 😉
Będzie uzupełnienie zjazdu berlińskiego w wersji warszawsko- lubelskiej 😀
Faktycznie, Irku, przyjrzałem się baczniej i teraz widzę, że veronica. Też nie pachnie. 🙂
A co to za zjazd? Przyznaj no się.
Idę przyrządzać, a przede wszystkim konsumować kolację, więc Wam też wrzucam coś na kolację. 🙂
Scena 2
(W redakcji Bibisia. Helena z wściekłością i rozpaczą wali w mikrofon, który nie daje żadnych oznak życia)
Helena:
Ja muszę! Tam na mnie czekają,
mych słów jak szampana spragnieni,
a technik znów zwiał niczym zając
i pewnie się gzi gdzieś tam w sieni.
O, znam ja rzemiosło tutejsze,
nie zamknę na jego stan oczek,
pochwały mu nie dam najmniejszej…
Cholera, już lampka migocze!
Już pora na dźwięki Big Bena,
komentarz… Nie mogę dać ciała,
za duża to byłaby cena,
bo słuchać mnie chce Polska cała.
Na myśl o komuny wybrykach
gwałtowny przechodzi dreszcz aż mię,
a przecież bez mego dziennika
na wieki kraj będzie tkwił w jarzmie.
Bibiś
(spokojnie i z nienaganną logiką)
Gdy moc słów tak wielka, to – do stu pieronów –
usłyszą cię w Polsce i bez mikrofonu.
Helena
(z wyrzutem)
Tobie się wydaje, że wszystko tak gładko…
Zawsze może zdarzyć się wpadka za wpadką.
Czego się napatrzę w radiowej redakcji!
To jest czasem lepsze niźli kino akcji,
siedzisz sobie tutaj, tonąc w marzeń toni,
i nie wiesz, że jesteś od dawna na fonii,
albo nagle dorwie cię kulszowa tu rwa
i z wielkiego bólu rykniesz sobie „kurrrr….
Technik:
Mikrofon już działa.
(Helena zaczyna się dławić z przerażenia. Bibiś z rozmachem wali ją w plecy włoszczyzną, podśpiewując przy tym dziarsko)
Bibiś:
La donna è mobile,
znaczy – się rusza,
od noska buta,
do kapelusza.
A jak tak skika
od stóp po szyję,
znaczy – podwiiiiiiika
na pewno żyje!
Helena
(uspokojona pewnością Bibisia szybko wraca do siebie i do aktualnego tematu)
Drodzy państwo, przedstawiam dzisiejszego gościa,
jest to Kot o niezwykłych doprawdy zdolnościach:
gdy dziennikarz audycję zanadto partaczy,
on przemyślnie odwraca uwagę słuchaczy
(do Kota)
No, pokaż kotku, pokaż którąś ze swych sztuczek,
może ja się jej także od ciebie nauczę.
Kot
(włazi na karnisz i balansuje na nim, odwracając na chwilę uwagę słuchaczy)
Helena
(zachwycona, bijąc brawo)
Wspaniale, bravissimo, co za wielki talent!
Gdybyż hydraulicy mieli to morale
pracy, gdybyż im chciało się jak temu Kotu,
nie zwałabym ich mianem diabelskiego miotu.
Nawiasem mówiąc, błędnie twierdzi pewien lewak,
że się w Zagłębiu Ruhry ludziom nie przelewa,
bowiem doznałam tego na swej własnej skórze,
że literalnie zawsze coś tam chlupie w Ruhrze.
A teraz przechodzimy do kwestii kultury:
w Paryżu są podobno kolorowe rury,
artystycznie wygięte i pomalowane,
tymczasem u nas rury… Wiadomo – zatkane.
I jeszcze coś z historii, tylko niech policzę…
ile to lat trzymali się Rurykowicze?
Chór Białych Rosjan
(złowróżbnie)
Z bólem obwieszczamy światu:
nad Heleną wisi Fatum
z rur nie wyjdzie, jak się zdaje,
mimo naszych bałałajek.
Helena
(nadludzkim wysiłkiem wydostaje się z rur i pokazuje Fatum gest Kozakiewicza)
Słuchacze:
(euforycznie)
Mamma mia!
Program tak ciekawy,
tak, tak,
żywi nas i broni.
Mamma mia!
W smak są nam te sprawy,
w smak, w smak,
mówże jeszcze o nich!
Wal zawsze z rury grubej,
miej nieugiętą tubę,
tak, tak!
Wszak jest nudne życie bez drak.
(Odstawiają szybki numerek baletowy, korzystając z tego, że w Bibisiu nie ma cenzury)
So we say:
Dzięki za tak duży
tematów zasób,
za ten szyk i stuk obcasów.
Czas nam się nie dłuży,
gdy mówi Helena Sz.,
nie średni też,
bo ogień jest w słowach jej, że ho-ho,
so we say –
nawet głupi mużyk
powinien wyczuć to.
Kot:
(widząc, że tym razem sztuczka mu nie wyszła, zawiedziony złazi z karnisza)
Przyznałem się na poczcie 🙂
Dziękuję, Irku. 🙂
Czy u Was w lodówkach też jest od przedwczoraj Angelina Jolie? 👿
Kocie, oczywiście, że wierzymy! Bez wysiłku. Opera palce lizać! U mnie w lodówce wszystko w porządku – światło się świeci i jest bardzo dobrze widoczne – ale po reszcie mieszkania hasało chyba czterdziestu rozbójników.
Ago, to może zamienimy lodówki? 😎
Ale mieszkania to już lepiej nie. W moim ostatnio było tylko szesnastu chłopców na umrzyka skrzyni. 😈
Pani mniej piękna też bardzo dziękuje Tadeuszowi, bo rozumiem, że brzydszych Pan nie wykluczył z obdarowania.
Teraz nastąpi niezbędny w ambitnym utforze odcinek zorientowany psychoanalitycznie. Jeżeli ktoś zechce go nazwać monologiem wewnętrznym, nie będę nadmiernie protestował. 😈
Scena 3
(W mieszkaniu Heleny. Kot Mordechaj leży rozwalony na mozaikowym stole i coraz bardziej ostentacyjnie okazuje zniecierpliwienie)
Kot Mordechaj:
Kiedym kocięciem drobnym był,
włożył ktoś marchew do miski mej.
Efekt był straszny – opadłem z sił,
zacząłem wąchać klej.
Dziś całkiem spory ze mnie Kot,
znam życie, wiem już, jak trzeba grać –
personel myśl mą łapać ma w lot
i żer uczciwy dać.
Chcę sera, sera,
zjem także bażanty dwa,
bo w brzuchu coś marsza gra,
chcę sera, sera!
Helena:
(równie zniecierpliwiona)
Nie męcz, kotku, bo jestem zajęta nad miarę,
usiłuję dojść właśnie do ładu z zegarem.
Ten oszust opowiada niestworzone baje
i sprawia, że czas leci szybciej, niż się zdaje.
Kot Mordechaj:
(nie zamierza ustąpić, ale próbuje wziąć Helenę pod narodowy włos)
Szumi jodła gdzieś podniebna,
szumi sobie w tle,
mnie włoszczyzna niepotrzebna,
ja kiełbasy chcę.
Nie zjem pora ni kapusty,
marzy mi się boczek tłusty,
oj Helena, kup go w mieście,
ruszże się, nie stój!
Oj Helena, daj żreć wreszcie,
personelu mój!
Helena:
(rzucając w Mordechaja popielniczką)
Podczas gdy ja świat zbawiam, ty tylko o żarciu!
No, naprawdę, potworny jest z ciebie uparciuch,
chwilami kochać ciebie nie mogę, nie mogę!
Odczep się, bo postraszę kocim psychologiem.
Kot Mordechaj:
(wywraca oczami z miną co-ja-z-nią-mam)
Jak nie żrę, to się strasznie nudzę, moja droga.
Helena:
To zajmij się czymś słusznym. Idź, popisz na blogach,
porozstawiaj po kątach towarzystwo liczne,
a potem dla odmiany daj wstawki liryczne,
płomiennym rzuć apelem, przytocz anegdotę,
by na kolana wszyscy padali przed Kotem.
Ja ci mówię, to niesie przyjemności spore
i chwilami jest lepsze niż miska z kawiorem.
Kot Mordechaj:
(ignorując dobre rady zaczyna tańczyć na stole kankana)
Ach spójrz, jak mi sterczą żebra,
jak mnie trzęsie febra,
nie, nie z chłodu, tylko z głodu.
Patrz, jakie chude nóżki,
brzuszek jak u muszki,
gdzie ten bażant, gdzie?
Helena:
(na stronie)
Już dawno rozprawiłabym się z tym lebiegą,
gdyby nie był, paskudnik, moim alter ego,
bo z innymi wygrywać to żadne mecyje,
lecz z sobą… nie udało się, jak długo żyję.
Kot Mordechaj:
(ignorując strumień świadomości Heleny)
Chyba weszliśmy w klincz,
jej lub mnie grozi lincz
i nieważne, jaka jest przyczyna.
By dramatu się nić
przędła, musi tu być
coś w rodzaju deus ex machina.
X. Wojciech napisał – Dzięki za dobre słowa.
🙂
Wspaniale, Mistrzu, wspaniale!. Wlasnie sie obudzilem i konstatuje z satysfakcja, ze sie nie obijales gdy wypoczywalem. . Staram sie spiewac wszusytkioe partie na biezaco.
No dobra, pora już na finał, żeby teraz reżyser zabrał się do roboty. 😛 Zresztą, zgodnie z jego sugestią, na końcu wszystko okazuje się grą wywiadów i kontrwywiadów. 😈
Scena 4
(Rozlega się walenie w drzwi i okrzyk „otwierać, Brama Grodzka!”. Helena otwiera drzwi, przez które wpada uzbrojony w sprzęt do nagrywania Wywiadowca)
Wywiadowca:
(Bez zbędnych ceregieli przystępując do rzeczy)
Helka, Helka, pamiętasz
życiorys swój?
Chcę go nagrać, by nie poszedł w las.
Dawniej miałbym nożyczki i taśmy zwój,
ale dziś digitalny jest czas.
Niech się wnuk cieszy późny,
niech sprawę zna,
za detalem niech nie goni sam,
ja mu wszystko podsunę,
ułatwię do cna
i do netu mu wstawię ten kram.
Dany mu będzie
materiał zacny,
co nie wyczerpie
się i za sto lat.
Helka, Helka, nawijaj,
jak było mów,
się nie spinaj, wrzuć na pełny luz.
Wschodził będzie nad Londkiem księżyca nów,
a ja będę utrwalał i szlus.
Helena:
(Chwilowo w złagodniałym nastroju)
Dawnych zdarzeń czar
tchnie ze wszystkich szpar
tu motylek, tu ćma,
jak to wszystko na język się pcha.
Gdyby jeszcze raz
ktoś na wywiad wlazł,
kielich wspomnień mych
będzie pił do dna,
bo Szeherezada… no, to ja.
Wyjmuje parasolkę i puszcza ją w ruch wirowy)
Byłam już w Cherbourgu,
w Tokio oraz w Liège
i w ogóle w tylu
miejscach, że o żesz,
gdzie pustyni piaski,
gdzie spękana kra –
i tam jestem wciąż,
bo pamięć trwa.
Wywiadowca:
Ale mi się trafiła wywiadowcza gratka,
jak pokażę szefowi, to go chyba zatka.
Jedno jeszcze pytanie po głowie mi chodzi:
skąd relacji tych strumień tak hojny nad podziw?
Helena:
(zamyśla się i próbuje udzielić uczciwej odpowiedzi)
Kiedyś byłam w starym młynie,
trzeszczał, skrzypiał… nagle myśl
mnie dopadła, którą mogę
się podzielić z wami dziś:
kiedyś każde z naszych wcieleń,
całość zysków, całość strat,
bezlitosny wiatrak zmiele
i spróbuje zatrzeć ślad.
Życie minie, każdy wie,
opowiedzieć trzeba je.
Kot Mordechaj:
(uznając, że atmosfera zrobiła się zbyt sieriozna i zirytowany tym, że już zbyt długo nikt na niego nie zwraca uwagi)
Zabiłem byka, cóż to dla mnie byk.
Teraz pobrykam –
bryku, bryku, bryk.
Zabiłem słonia, chociaż był na schwał.
Już każdy poniał,
com powiedzieć chciał?
Miau!
Helena:
(Macha na wszystko ręką, nalewa sobie whisky, zdejmije stilettos od Choo na dwunastocentymetrowych obcasach i wykłada się na sofie w pozie wypoczynkowej)
Londek:
(na marginesie, z dużym zadowoleniem)
Chyba się jej znudziło po świecie ganianie,
mam wrażenie, że ze mną na dobre zostanie,
obejść się nie potrafi już bez moich sconesów.
Wygrałem! Z tej okazji zanucę coś Stonesów.
(siada w kącie, w fotelu typu chesterfield z zielonej skóry i nuci pod nosem Satisfaction)
Chór Białych Rosjan:
(z proroczym zaśpiewem)
Przewidując, że wkrótce będzie kaniec bajki,
na drzewach zawiesimy nasze bałałajki.
(Wieszają bałałajki na drzewach, wyciągają ogórki małosolne i niespiesznie zakanszają. Wchodzi Pani Dochodząca i łapie się za głowę na widok krajobrazu po bitwie)
Pani Dochodząca:
(groźnie wywijając miotłą)
Chyba rzucę miotłę, złapię za jatagan,
ależ, rozbójniki, zrobili bałagan!
Rozrzucili wszystko bez ładu i składu –
proszę się tym zająć, proszę kontrwywiadu!
Wywiadowca:
Wywiad czy kontrwywiad,
MI czy razwiedka,
Szekspir, czy kryminał, czy kuzynka Mietka –
kiedy się Heleny słucha opowieści,
w nich się jakoś składnie ten bałagan mieści.
Helena:
(Zrywa się z sofy i wpycha się przed Wywiadowcę, żeby bezwzględnie mieć ostatnie słowo)
Przez życie prowadziła mnie rozumna ręka
maksymy na kłopoty najlepszej: nie pękaj!
Dziś, przez musicalowe dzieje moich grzechów,
jednak nie wytrzymałam i pękłam ze śmiechu,
lecz choć pęknięta, śpiewam: cóż damie maksyma,
grunt, żem jest w musicalu, nawet jak mnie ni ma.
KONIEC
I teraz już wiadomo, skąd tytuł musicalu – „Pękła Helena”. 😀
AUTOR! AUTOR! AUTOR!!!!! 🙂
BRAWO! Au-tor! Au-tor! O-pe-ra-tor! 😀
Przepraszam, było chwilowe zakłócenie techniczne i finał znikł, ale już wszystko działa. Możemy iść się zwyczajowo upić po premierze. 🙂
Ach, dzieło to winno być wydane w najpiękniejszej z możliwych edycji.
Już ją widzę ucz moich szarością.
PS.
Nie wiem co by to znaczyć miało, ale w pierwszej redakcji zamiast 'winno być’ , napisałam 'winno wyć’ 😀
Na imprezie premierowej nie może zabraknąć… https://img.e-piotripawel.pl/4000145666501.jpg
Siódemeczko, zwykła freudowska pomyłka i wiadomo, skąd się wzięła. Przecież Mordka pisał, że się udzielał wokalnie. 😈
Winno wyc z zachwytu! Co i ma miejsce. 🙂
Bobi, Bobik….. Pan B. jakos nierowno talentami poobdzielal.
Az mi glupio.
Ide dalej wyc (z zachwytu)…
Oczywiście. Pasztetówka i wytrawny szampan. Ma się te arystokratyczne nawyki. 😎
Sierżant to jest dopiero zwiad, wywiad i kontrwywiad w jednym. 😉 http://blog-bobika.eu/wp-content/uploads/jubilat.jpg
To było wprawdzie czerwone, nie szampan, ale za to nalewał Rotszyld osobiście. 😎
Zacząłem się zastanawiać nad dodaniem podtytułu. „Pękła Helena czyli wiatraki jej wspomnień”. Co o tym myślicie?
Brawo, Mistrzu, brawo! Cymes, nie opera! Mysle ze Stara moze teraz spokojnie udac sie do grobu, wiedzac , ze zycie jej i wspaniale przygody nie zostana zapomniane i sluzyc beda przyszlym pokoleniom za drogowskaz. 😈 😈 😈 😈 😈 😈 😈 😈 😈 😈 😈
EPILOG
Pani Doch. (biorąc się pod boki i upuszczając rurę od odkurzacza):
Musical o pani Helence!
Czy można tu dodać coś więcej?
I czy może prawdą też jest,
Że czarny napisał go Pies,
Co talent ma z bożej łaski,
Nie to co ten… hm… Lutosłaski?… 😛
Faktycznie! 😀
Niniejszym chciałem za wszystkie przeszłe i przyszłe dobre słowa podziękować zbiorczo. 🙂 Nie chcę tego robić za każdym razem (choć każdą pochwałę od Was wielce sobie cenię), bo wtedy to tak wychodzi, jabym się domagał jeszcze i jeszcze. Bardzo dziękuję i się nie domagam. 😀
Faktycznie to było do fot Bobika u Sierżanta.
Ach, Bobiku… 😆 😆 😆
Tylko szkoda, ze juz sie skonczylo. I mam nadzieje, ze wstawisz to jako calosc do dzialu dziel. 🙂
A ten polski ksiadz w Austrii to jednak zderzenie dwoch swiatow…
U mnie dzis pogoda sorbetowa.
Dora 😆
Bobiku, a jak się ma glicynia?
Właśnie zerknęłam do Sierżanta.
Bardzo życiowy epilog, Kierowniczko. 😆