Psia choinka
Ci, którzy zdążyli prawie wszystko przygotować, są zadowoleni. Ci, którzy zdążyć nawet nie mieli zamiaru, też mają przyjemność, bo się nie napracowali. Święta są zatem tak czy owak czasem ogólnej przyjemności i zadowolenia, a przynajmniej być powinny.
I ja chciałbym zmieścić się w tym taku i owaku, więc z przyjemnością, w imieniu całego blogowiska, dziękuję za wszystkie świąteczne życzenia i wzajemnie życzę najlepszego, najzdrowszego, najsmaczniejszego, a przede wszystkim najweselszego. A teraz już możemy z zadowoleniem przejść do najprzyjemniejszej części wigilijnego dnia, czyli do prezentów.
Pierwszy prezent to wigilijna opowieść Katarzyny Weintraub o karpiu pożydowskim, która trafiła do nas, za zgodą Autorki, poprzez berlińskiego Rysia. Tę paczkę można rozpakować tutaj.
A drugi prezent… Chyba rozumiecie, że pod psią choinką nie mogło zabraknąć pasztetówki dla Wszystkich. Toteż drugie opowiadanko, a właściwie humoreska Wladimira Kaminera, którą przetłumaczyłem z niemieckiego, jest cała o pasztetówce i leży w tym miejscu.
No to rozplątujemy wstążki, przecinamy sznurki, rozrywamy papier. Wesołych Świąt! 🙂

No i wyrazy współczucia dla słabujących!
Doro, klientów, którzy płacą regularnie za wersję pro łechce się w inny sposób. A że Dywan starszy od komisariatu/baru, to wiadomo, choć jak coś jest starsze od iPada, to dla wielu taka sama starożytność… 🙄
Pewnie Politykowe blogi podpadaja pod inny algorytm (wystarczy troche porozmawiac na przyklad z iPhonowa Siri, zeby wiedziec, ze z algorytmem, nawet jesli ma przyjemny, kobiecy glos, nie ma co za wiele dyskutowac). 😉
Bardzo ladne i ciekawe zdjecia, Doro, wlasnie zajrzalam. 🙂
fomo, trzeba to oblać! http://eleclerc.home.pl/sklep/img_items/b/047/4762.jpg Czymś stosownym. 😆
Zawzięcie walczący z wirusem dziękują wszystkim za wyrażone i pomyślane serdeczności. 🙂
Pogratuluję tylko pięciolatkowi Fomie 😀 i zniknę pod kołdrą, bo mnie też jakby coś zaczęło brać. A ja nie chcę wirusów. 👿 Chcę je zaspać i jutro wstać zdrowy oraz wesolutki kieby skowronek. 🙂
Ago, a kto zwinął piąte? ;/
fomo, 😳
Bobiku, powodzenia. 🙂
Nie chcę psuć poświątecznego nastroju, ale wzrost sympatii do tych, którym się wyświadczyło przysługę (czy też random act of kindness) a wzajemność tego uczucia ze strony osób, które stały się beneficjentami tegoż act of kindness, to są niestety dwie zupełnie różnie rzeczy. Rzeczywiście, jeśli wyświadczymy komuś przysługę, z reguły nasza sympatia do tej osoby rośnie (chodzi o redukcję dysonansu poznawczego). Tego właśnie dotyczy linkowany przez Monikę artykuł – badani stwierdzają, że „the children who performed acts of kindness were much more likely to be accepting of their peers, naming more classmates as children they’d like to spend time with”. Wniosek, że acts of kindness can make people more popular w oczach beneficjentów przysług, jest już nieco na wyrost. Bo jeśli to nam zostanie wyświadczona przysługa, wtedy jest gorzej (jeśli ktoś będzie ciekaw, mogę przytoczyć konkretne eksperymenty). Im bardziej nasz dobroczyńca podobny do nas (sytuacja majątkowa, kręgi towarzyskie itp. czyli w kregu kolegów i koleżanek z jednej klasy również), tym większa niestety szansa, że go znienawidzimy.
To jest bardzo ważny aspekt, jak obdarować, czy pomóc, nie raniąc i nie obrażając.
I chyba mimo najszczerszych chęci nie da się. Obdarowany, nawet wbrew sobie, będzie odczuwał rodzaj upokorzenia, tym większego im bardziej potrzebował pomocy.
Wniosek jest tlumaczeniem z jezyka naukowego, wiec nie musi byc obwarowanymi stosownymi ograniczeniami, jak to sie dzieje w przypadku publikacji naukowych (do ktorych tez akurat mam dostep, dzieki przyjaciolce od lat sie tematem zajmujacej, i sprawy nie sa az tak proste z tym nienawidzeniem ze strony beneficjentow). Do tego podejrzewam, ze akurat Kanadyjczycy, ktorzy bardzo swiadomie staraja sie kultywowac niceness jako ceche narodowa, pewnie inaczej zinterpretuja wyniki niz osoby z kregow kulturowych nie tak swiadomie dazacych do to tego, zeby spolecznie wyrazac sobie nawzajem zyczliwosc. Moim zdaniem i w innych krajach program random acts of kindness tez by nie zaszkodzil… 😉
Moniko, zakładam, że autorzy eksperymentu pamiętali o tej dość podstawowej prawidłowości i jakaś wzmianka o tym, że wzrost pozytywnych emocji dotyczy raczej przysługodawców niż przysługobiorców tam się znalazła. Natomiast wnioskowanie autorów artykułu, rozszerzającje wnioski z badań o dziennikarskie wishful thinking, jest nie tylko bardzo bałamutne, ale wręcz szkodliwe. Wspomnę tylko, że aby uznać jakiej zjawisko za prawidłowość, musi ono dotyczyć 95% populacji, a że więszkość z tych badań została przeprowadzona w USA, to chyba nie ma wątpliwości, że doszło do wypaczenia wyników syndromem zbiorowości porozbiorowej, postkomunistcznej, posmoleńskiej czy innej niesłusznej 😉
No, uwarunkowania kulturowe maja spore znaczenie, Vesper (co tez sie zreszta bada, jak uda sie dostac odpowiedni grant). 😉 A zyczliwosc, i zachowania ja wyrazajace, juz zupelnie pozanaukowo, sa jednak raczej cecha pozadana spolecznie i tradycyjnie zaleca ja np. wiele systemow religijnych, co chyba tez mogloby byc odebrane jako balamutne, a nawet szkodliwe (ale nie przeze mnie). 😉
O czym zreszta wczoraj akurat bardzo ladnie napisala prof. Sroda (choc zdaje sobie sprawe, ze w przekaz moze byc odebrany na bardzo rozny sposob, w zaleznosci od konkretnego czytelnika). 😉
A na marginesie, rzeczywiscie bardzo lubie polnocno-amerykanska laid-back zyczliwosc. Bardzo jednak umila codzienne zycie, nawet jesli moze troche balamuci i nie daj Boze, jeszcze szkodzi. 🙂
szeleszcze przy herbacie
🙂
jak tam w WB? tez ciemno, mokro i nedznie?
brykam
Pani Kierowniczki Barcelona kusi, wzywa, ciagle jestem, odwiedz mnie, dawno nie bylo ciebie tu, przybywaj – kusi, och kusi 🙂 🙂
piatkowy program 🙂 i do tego
brykam fikam
Oczywiście, Moniko, pozanaukowo, lepiej życzliwym niż nieżyczliwym. Dobrze jest przytrzymać komuś drzwi i zrobic sąsiadowi zakupy, kiedy jest chory. Ale zanim się rzucimy pamagać koleżance przetrwać burzliwy rozwód, podczas gdy małżeństwo jest szczęśliwe, trzeba się dwa razy zastanowić, czy zależy nam na tej koleżance. A dzieci uprzedzić, że wyciąganie kolegi z klasy na lepszą ocenę z matematyki jest dobrym uczynkiem, za który z 95% prawdopodobieństwem otrzymają nie takie podziękowanie, jakiego by się spodziewały 😉
Dzień dobry 🙂
Temat wdzięczności bardzo ciekawy, ale zanim się nad nim zastanowię, muszę najpierw utopić resztę wirusów w gorącym płynie. O ile pamiętam, gdzieś tu zawsze stało wiadro z kawą. 😉
Nie wiem, co o wdzięczności mówią naukowe autorytety, ja jej nie lubię i od lat próbuję ją całkiem wymazać ze swojego emocjonalnego słownika. Wdzięczność jest obciążeniem dla obu stron, zaburza relacje. Nie życzę sobie wdzięczności i staram się jej nie okazywać. Nie chcę, żeby ktokolwiek, a zwłaszcza ludzie, na których mi zależy, robił cokolwiek dla mnie. Nurzam się w egoizmie; jeśli komuś otwieram drzwi, to dla własnej przyjemności. 😉 Gdyby ktoś chciał, dla własnej przyjemności, podarować mi dom z winnicą w jakimś miłym miejscu, to chętnie przyjmę i jeśli potem zaproszę tego kogoś na lampkę wina, to dla przyjemności wypicia z nim lampki wina, a nie z wdzięczności. (Bobiku, gdyby zaczęli zgłaszać się chętni do obdarowania mnie domem z winnicą, to bardzo proszę, nie wahaj się podać im mojego adresu.) 😆
Ryzyko, że „dobroczyńca” wywoła u „obdarowanego” niechęć, jest chyba większe, jeśli ten pierwszy wyraźnie oczekuje okazywania wdzięczności. Vesper, jeśli możesz bez większego wysiłku podrzucić linki do tych eksperymentów, o których mówiłaś, to chętnie bym zerknęła.
Bry, wyspałam się, to znaczy idzie na lepsze.
Do Andsola
umówiłam się z osobą z Więzi, że podjadę w przyszłym tygodniu i będę mogła zapoznać się z treścią listu Haliny Birenbaum.
Mają tragiczną sytuację, walczą o przeżycie pisma i własne.
Czują na sobie ciężar odpowiedzialności za ważne wydawnictwo, ale zmusić ludzi do czytania przecież nikt nie może.
Postaram się wieczorem coś podrzucić, Ago. Nie wiem, czy uda się w formie linków, ale zobaczę, co da się zrobić. Może chociaż wskazanie źródła. Teraz muszę uciekać w miasto. Zosia marzy o mikroskopie. Obiecałam, ze po świętach się tym zajmiemy, więc czas dotrzymac słowa 🙂
Żłopnąłem, teraz mogę coś doszczeknąć do kulturowych aspektów wdzięczności. 🙂 Też czytałem o tych badaniach, z których wynika, że za dobre uczynki niekoniecznie jesteśmy kochani, ale różnice kulturowe chyba nie były w nich brane pod uwagę, a szkoda, bo to interesujące. Bowiem niechęć do dobroczyńców wydaje się być przede wszystkim cechą kultury zachodniej – indywidualistycznej, zorientowanej na osobnicze osiągnięca, promującej konkurencyjność i self-made-maństwo.
Mam do czynienia z wieloma ludźmi z Kaukazu i u nich dość to inaczej wygląda. Ich odczuwanie/okazywanie wdzięczności jest dla mnie, psa Zachodu, czasem aż żenujące. Przysługa, nawet ta w jakiś sposób „odpłacona”, jest latami przypominana, podkreślana, opowiadana w szerszym gronie i kwitowana zapewnieniami „jeśli ja dla ciebie coś będę mógł zrobić…”. Wdzięczność jest dla tych ludzi sprawą honoru, ale również pozycji społecznej – niewdzięcznik narażałby się na pogardę i ostracyzm.
Podobnie jest z niektórymi Afrykanami. U nich wprawdzie nie ma tak silnej jak na Kaukazie potrzeby zrewanżowania się, ale też jest w zwyczaju wielokrotne przypominanie dobrego uczynku i opowiadanie o nim wszem i wobec.
Wyciągnąłbym z tego nienaukowy, czysto intuicyjny wniosek, że kolektywistyczne kultury lepiej „radzą sobie” z wdzięcznością. Co zresztą nie musi mieć nic wspólnego z niceness, bo to nie całkiem ta sama para kaloszy. 😉
Hu-ha! Krwawy Antek nie zawiódł. Apocalypse NOW! 😈
http://wyborcza.pl/1,75478,13113079,Oredzie_Macierewicza_w_TV_Trwam___Badzmy_pewni__ze.html
Bobiku, to jeszcze tak na szybko, dopijając łyk herbaty przed wyjściem z domu – w omawianym przypadku chodziło o Kanadę, a więc o kulturę jak najbardziej indywidualistyczną. Ja się z Twoją intuicyjną terorią co do kultur kolektywistycznych jak najbardziej zgadzam, tylko w przypadku tych kultur też trzeba pamiętać, że inne normy obowiązują w nich wobec „swoich”, a inne wobec „onych”. Inaczej więc będzie postrzegane wyświadczenie przysługi komuś z własnej grupy, inaczej komuś spoza niej. W kulturach indywidualistcznych tego rozróżnienia w zasadzie nie ma.
No i chodziło też o „acts of kindness” jako formę zarabiania na własną „popularity” (choć był to już raczej wniosek wysnuty przez dziennikarzy), co już zupełnie nie ma uzasadnienia w prawidłowościach dotyczących wdzięczności w kulturach indywidualistycznych.
Świadomie wyszedłem poza ramy artykułu, bo mnie zaciekawiło właśnie to, co się poza nimi znajduje. Ale jeśli do niego wrócić, to też możemy trochę pokomplikować. 😉 Dziecko, które zostało np. obdarowane kanapką, może odczuwać nieuświadomioną niechęć do darczyńcy, ale jego gest mogą docenić inni, którzy to zauważyli, tak więc jego popularność w grupie rzeczywiście w sumie może wzrosnąć. A to z kolei, na zasadzie tzw. dowodu społecznego, może pomóc obdarowanemu „zapomnieć” o przysłudze. „Lubię go dlatego, że wszyscy go lubią, a nie dlatego, że coś dla mnie zrobił”. 😉
W większości grup naczelnych przywódcą stada wcale nie zostaje, wbrew pozorom, osobnik najsilniejszy, jeżeli ma egoistyczny i wredny charakterek (choć trzeba przyznać, że kompletny słabeusz raczej szans nie ma). Naczelne instynktownie na przywódcę „wybierają” spośród osobników w miarę silnych tego, który obdarzony jest największymi umiejętnościami socjalnymi. A do tych umiejętności należą m.in. zachowania altruistyczne. Można w uproszczeniu założyć, że przeciętny szympans czy bonobo kombinuje tak: skoro Koko tak chętnie wyrządza przysługi innym, to z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że będzie wspaniałomyślny również wobec mnie, jak przyjdzie co do czego. Nie byłoby więc źle, żeby to właśnie Koko został samcem alfa, a nie ten złośliwy egocentryk Bubu. 😉
Wiem, że automatyczne przenoszenie reguł rządzących w grupach małpich na grupy ludzkie jest dość ryzykowne, ale jednak – znów intuicyjnie – grupy dziecięce nie wydają mi się od szympansich aż tak oddalone. 😉
Obejrzałam w nocy pierwszy odcinek „Położnych”.
Krwisty, pełen humoru, ale i grozy, w dzielnicy biednych ludzi i jeszcze biedniejszych kobiet (urodziło się 25 dziecko w rodzinie).
Byłam odpowiednio wzruszona, przerażona, wstrząśnięta, zmieszana.
Zapowiada się dobrze, mam jeszcze 4 do obejrzenia. 🙂
A jak stado przestanie zabiegać o swoją egzystencję, bo będzie liczyło, że Koko załatwi i da?
Myślę, ze dzieci nie różnią się tak bardzo od dorosłych.
Łatwo przyjdzie dziecku przyjąć kanapkę, jeżeli ma świadomość, że w każdej chwili może zrewanżować się tym samym, ale jeżeli jest to dla niego dobro niedostępne, a dodatkowo obdarowywanie odbywa się na oczach innych, to jest to nie tylko upokarzające, ale spychające to biedniejsze dziecko do niższej kasty.
Trudno wtedy spodziewać się wdzięczności, nawet jeżeli została wyartykułowana werbalnie.
Ja nie wiem, Ago, co za ludzie czytają ten blog. Jeszcze żadna oferta podarowania Ci domu z winnicą nie wpłynęła. 😯 👿
A pewnie, Siódemeczko, że komplikacji jest jeszcze skolko ugodno. 🙂 Tylko ja teraz też muszę się na jakiś czas oddalić, więc jeśli się w nie wgłębię, to dopiero po powrocie. 😉
Myślę, Bobiku, że ten blog czytają ludzie szczodrzy, którzy rozdali już wszystkie domy i winnice, jakie mieli. 😆 Nic nie szkodzi, chętnych i tak wkrótce zaproszę na lampkę wina – wirus w odwrocie. 🙂
Chyba bym oszalała na Kaukazie. 😳 Uważam, że dziękować, a także przepraszać, trzeba raz.
Wracając do przesłania Moniki, zgadzam się, że życzliwość umila codzienne życie. 🙂 Mnie, w każdym razie, życzliwość umila życie niezależnie od tego, na którym końcu się znajduję. Taka zwykła życzliwość, adekwatna do powagi sytuacji i stopnia zażyłości, a nie dobroczynność – ta ostatnia kojarzy mi się z większym kosztem i większą ingerencją w życie drugiej osoby, stąd też wymaga większej ostrożności. Choć i zwykłą życzliwością można zrobić komuś przykrość – pamiętam, że raz czy dwa starsi panowie byli wyraźnie dotknięci tym, że chciałam ustąpić im miejsca.
mt7, z doskoku, tylko sygnał życia i czytania, żeby nie wyjść na bardziej źle wychowanego niż w naturze: za obietnicę więzi z Więzią dzięki. Ciekaw jestem tej historii.
W zasadzie nie moja (że tak powiem) parafia, ale jednak boli. Mądrzy ludzie są mądrzy, niezależnie od tego czy ich rozmyślania mnie dotyczą i smuci, że ich głos zanika, a do tub dorywają się durnie. Społeczna muzyka bardzo nieciekawie brzmi ostatnio.
Spytaj czemu oni nie przyzwolą na wrzucenie całego swojego dorobku (no, powiedzmy, starszego niż 5 lat) do Sieci. Na pewno jest wielu katolicko zorientowanych informatyków, którzy chętnie podjęliby się skanowania tego… A przecież stanowią niebrzydką część pisemnej historii ostatnich kilkudziesięciu lat. I kogo nie ma w Sieci, tego nie ma, oraz coraz bardziej nie będzie.
Znowu mi sie czas przestawil i w nocy buszuje, przed poludniem odsypiam. 🙁
Ciesze sie, ze Siodemeczka mogla zobaczyc te akuszerki. Wypatruj szczegolnie moja ulubienice, mt7.
Antek Maciorka na coraz wiekszym odlocie, moze ktos mu jakas przysluge wyswiadczyl.
A te teorie o niszczycielskiej mocy wdziecznosci dla przyjazni, chyba, ze zle zrozumialam, albo zostaly niefortunnie podsumowane – coz za humbug 😯 🙂
Jestem prosta kobieta, trzymajta to ode mnie z daleka. 🙄
Sniadanie z panettone! Moja wdziecznosc dla Pani Dochodzacej, ktora mnie nim obdarowala, jest bezgraniczna. 🙂
Ansolu, na digitalizację potrzeba sporo marnej mamony.
Nie wiesz o tym?
Chyba źle zrozumiałaś, Heleno. 🙂 Nie chodzi o to, że zrobienie przysługi staremu przyjacielowi przekształci go w nowego wroga (choć i takie historie są znane autorom tragedii), tylko o to, że spora część ludzi skłonna jest dać większy kredyt sympatii tym, którym zrobili jakąś przysługę (ale jednak wykraczającą poza zwykłą, rutynową uprzejmość) niż tym, którzy w/w zrobili im. I łatwo da się to na chłopski rozum wyjaśnić – po pierwsze, robiąc dobry uczynek podnosimy sobie samoocenę, więc zaraz nam przyjemniej i mamy do bliźniego przyjazne nastawienie. Po drugie, żeby komuś ten dobry uczynek wyświadczyć, podświadomie próbujemy sobie uzasadnić, dlaczego akurat ta osoba na to zasługuje, czyli aktywnie szukamy jej zalet. Natomiast w przypadku przyjęcia przysługi jest się stroną pasywną, na dodatek w jakiś sposób „podległą”, co samoocenę raczej obniża i na przyjazność nastawienia dobrze nie wpływa.
Tak w każdym razie wyszło w badaniach, ale ja bym tego nie absolutyzował. Moje własne obserwacje po części te wyniki potwierdzają, ale po części jednak nie. 😉 Na mojego nosa dużo tu zależy np. od tego, jak wysoko stoi u kogoś wdzięczność w hierarchii wartości. Jeżeli bardzo wysoko, to częściej i wyraziściej będzie ją odczuwał, bo to też mu poprawia samoocenę. 😀 Na pewno też dużą rolę odgrywa to, czy osoba obdarowywana/obdarowująca jest „z natury rzeczy” sympatyczna, czy tak sobie, na ile taktowne i delikatne było zrobienie przysługi, czynniki kulturowe, jako się wyżej rzekło i różne inne. Powiedziałbym więc, że te badania raczej opisują pewien trynd, niż bezwzględną regułę. 😉
No i wyłączyłbym też z tego opisu relacje bardzo bliskie, w których wprawdzie na ogół najlepiej sprawdza się względna równowaga przysług, ale czasowa nierównowaga nie musi powodować żadnych dramatów, a wzajemna sympatia już wcześniej się ustaliła.
Zamiast robić przysługi, lepiej robić interesy.
” Moje własne obserwacje po części te wyniki potwierdzają, ale po części jednak nie”
😆 😆 😆 Czyli tego… hu..hu… huuuuuum…. 😆
Ja mam na takie sytuacje zwyczajową formułę: w zasadzie słuszne, ale… 😆
Psychologia w ogóle w sensie naukowości jest trochę biedna, bo niemal zawsze da się znaleźć jakieś wyjątki, które jej reguł nie potwierdzają. 😉 Ale to nie znaczy, że w ogóle nie istnieją żadne psychologiczne prawidłowości, sprawdzające się przynajmniej w większości przypadków. Tylko materia badań jest tutaj tak bogata, złożona i wieloczynnikowa, że właściwie zawsze trzeba się liczyć z jej oporem i niespodziewanymi wyskokami. 😉
A w tych badaniach, o których dziś była mowa, na mój rozum zbyt wielu czynników nie uwzględniono, dlatego mam do nich tyle różnych ale.
Lepiej być niewdzięcznikiem niż wdzięczącym się.
„Psychologia w ogóle w sensie naukowości jest trochę biedna…”
Podobnie astrologia, kurka wodna 🙁
Ale wróżki mają się dobrze?
Ago, to ja Ci może podeślę poźniej te artykuły mailem. Nie chcę zarzucać Koszyka humbugiem wartym niewiele więcej niż wróżenie z tarota 🙄
Podobnie, kurka wodna, jak zależne od wielu czynników i dlatego nie zawsze stuprocentowo się sprawdzające prawidła fizyki, biologii, medycyny, etc., nie mówiąc już o tej całej obrzydliwie rozczochranej humanistyce. 🙄
Słyszałem, że nawet w matematyce nie zawsze wszystko jest jednoznaczne, ale to chyba nie może być prawda. Chociaż jedna nauka powinna być naprawdę naukowa. 👿
Vesper, nie mam nic przeciwko nazywaniu psychologi sztuka, mam natmiast sporo problemow z uznaniem tej dziedzny dzialanosci za dyscypline naukowa.
Tak sie sklada, ze mam w swoim otoczeniu licznych psychologow z dyplomami – zawsze mnie do nich ciagnelo, kiedy poslugiwali sie szczegolna, ponadprzecietna intuicja i rozmieniem czym sie kieruje ludzkie serce postpujac tak czy inaczej. Dlatego zapewne wybrali studiowanie psychologii.
Problemy z nimi zaczynaly sie wtedy, kiedy brali sobie zbyt gleboko do serca jakas kolejna teorie psychoiogiczna i wszystkich chceli podciagnac pod zawarte w niej tezy. Tak skonczylo sie przyjazn z moja naprawde bliska przyjaciolka z Ameryki, Wiktoria, ktora zamiast kierowac sie wlasnym wybitnym psychlogicznym talentem, zaczela „przerabiac” teorie i bredzic od rzeczy, obrazajac nie tylko wlasna inteligencje, ale takze niektrorych wspolnych naszych przyjaciol, dopisujac im oblakane motywacje. Stawiana przez Wike na czolowym miejscu slynna teza o checi „podnoszeniu wlasnej samooceny”, wydala mi sie szczegolnie podla. Nie tylko glupia, ale podla.
Vesper, poproszę. 🙂 Kart do tarota nie dorzucaj, ja wróżę bez wspomagania ze strony rzekomo magicznych przedmiotów. 😆
no cóż pewnie się nie dowiemy, co z tą matematyką – andsol się przeprowadza -choć i z tego płynie nauka, że dziewięć i basta – jednoznacznie! Nie osiem, nie dziesięć – a tylko dziewięć! Mama zawsze mówiła, że dziewiątka jest nieszczęśliwa!
Bobiku
😉
a to tez oszustwo, zadna nauka, zadna dyscyplina, takie sobie 8)
Hans Magnus Enzensberger
Fetysz
Wciąż tylko
o tym puszku
myśli nocą
mniejszym
niż dłoń
poza tym
nie myśli
o niczym
Nie ma
nic
prócz tej kępki
której nie ma
Wyobraża sobie
ten kłębuszek
ciemny
jak się wybrzusza
jasny
Słyszy wręcz
jak chrzęści
pod naporem
ręki
Widzi
jak się kędzierzawi
w świetle
jasny ciemny
jak migocze
obłędnie
miękki i niesforny
ech szkoda gadać
z niemieckiego Sława Lisiecka
Jacques Prévert
W kwiaciarni
Człowiek wchodzi do kwiaciarni
i wybiera kwiaty
kwiaciarka zawija kwiaty
człowiek kładzie rękę do kieszeni
po pieniądze
ale równocześnie
niespodzianie
kładzie rękę na sercu
i pada
Pada a równocześnie
pieniądze się toczą po ziemi
lecą kwiaty na ziemię
równocześnie z pieniędzmi
równocześnie z człowiekiem
i kwiaciarka zostaje sama
z pieniędzmi które się toczą po ziemi
z kwiatami połamanymi
z człowiekiem który umiera
oczywiście to smutne nad wyraz
trzeba aby coś zrobiła
kwiaciarka
ale nie wie jak się do tego zabrać
nie wie
od czego zacząć
Tyle jest do zrobienia
z tym człowiekiem który umiera
z kwiatami które więdną w oczach
i z pieniędzmi
z tymi pieniędzmi które się toczą
które nie przestają się toczyć
pstryk 🙂
pstryk
Aby porzucić wszelkie płaszczyzny ewentualnych konfliktów należy się wznieść ponad nie ku Absolutowi.
Czyli ku Muzyce!
Ponad rok temu w Filharmonii podczas koncertu Orkiestry Symfonicznej Teatru Maryjskiego pod Giergievem kupiłem DVD Marinsky Label – Czajkowskiego symfonie 4,5 i 6.
Minął ponad rok i jakoś nie mogłem ich „ugryźć”.
To jest genialne nagranie!!
mt7, owszem, skanowanie kosztowało sporo, bo czasochłonne, strona po stronie, ale (wybacz, że bez linek) pojawiło się parę nowych pomysłów i proste, nieco jeszcze eksperymentalne rozwiązania (ale niepatentowane, czyli każdy może to replikować) pozwalają to bardzo usprawnić. Ponadto: weź kilkunastu wierzących w sens zachowywania treści informatyków, każdy z nich odda 3 godziny w tygodniu na skanowanie prostym skanerem – po roku mamy całość zeskanowaną. A przestrzeń wirtualna jest coraz tańsza.
Nie mam pojęcia, Heleno, jak w szczegółach zaczęła się zachowywać i co głosić Twoja była przyjaciółka psycholożka, więc trudno mi coś mówić o tym przypadku. Być może faktycznie stało się z nią coś niedobrego i ciężko było się nadal z nią przyjaźnić. Ale tak ogólnie, kiedy mówi się o psychologii czy -ach, koniecznie należy jedną rzecz wziąć pod uwagę. Większość niepsychologów odruchowo przypisuje uczuciom czy pewnym pojęciom pozytywną lub negatywną wartość. Np. radość jest uczuciem „dobrym”, a gniew „złym”, szczerość to coś „dobrego”, a mechanizmy obronne to coś „złego”, itd. Psychologia takiego wartościowania unika. Uczucia czy mechanizmy obronne po prostu dla niej są, a ich pozytywność lub negatywność wypływa co najwyżej z roli, jaką w danym momencie odgrywają dla podmiotu. Podwyższanie sobie samooceny nie jest zatem w ustach psychologa automatycznie związane z negatywną oceną. Może być wręcz przeciwnie – np. kiedy ktoś o notorycznie zaniżonej samoocenie nauczy się ją sobie podwyższać, świadczy to o jego wewnętrznym rozwoju i postępie w terapii. A może też mieć to wydźwięk całkowicie neutralny. Gdy mowa o tym, że chęć podniesienia sobie samooceny jest jedną z częstszych ludzkich motywacji, nie jest to wartościujące, ani też nie oznacza, że oprócz tego nie mogą współwystępować motywacje inne, ładniej brzmiące. Oznacza raczej tyle, że jesteśmy istotami dość skomplikowanymi i motywują nas równocześnie różne rzeczy, na różnych poziomach osobowości i na ogół nie wszystkich swoich motywów jesteśmy świadomi.
Kierowanie się sercem czy intuicją może być oczywiście bardzo pomocne zarówno psychologowi, jak i lekarzowi, nauczycielowi czy położnej. Ale samo serce, bez jakiegoś kwantum wiedzy, znajomości mechanizmów, może czasem bardziej zaszkodzić niż pomóc. Wystarczy wyobrazić sobie położną, która ogarnięta współczuciem dla pacjentki nie kazałaby jej przeć, bo to przecież tak boli. 😉 Wymaganie od psychologa, żeby przestał chrzanić o mechanizmach i zdał się na swoją intuicję, jest trochę wpychaniem go w rolę takiej właśnie położnej. Może i dobrego człowieka, ale niedobrego i w sumie szkodliwego fachowca.
Ale jeszcze raz zaznaczam, że nie pisałem tego wszystkiego konkretnie o Wiktorii, bo nie znam osoby i nie wiem, na czym tak naprawdę polegała jej przemiana.
Bobiku, psycholog – to przede wszystkim najczęściej ktoś, kto nie potrafi rozwiązać swoich własnych problemów, a usiłuje je rozwiązać komuś naiwnemu. I zaczyna gdakać jakieś zaklęcia naukowe. Moim zdaniem o tym pisała Helena.
Tylko, ze takie narzedzia poznawania ludzkiej duszy jak formylka o checi podniesienia swej samooceny absolutnie NIC nie wnosza do naszwj wiedzy o tejze duszy. Bo wtedy kazdy poryw serca czy samoposwiecenia czy odruch altruistyczny mozna objasnic tym wytrychem, ciezkim jak kilof. Siodemeczka poszla na demomstracje choc pogoda byla do d.. – chciala podniesc sobie samoocene. Pies Bobik nie godzi sie na rasistowskie wpisy na blogu, bp chce podniesc sobie samoocene. Klakier zachwycil sie koncertem Cajkoskiego i dal temu publiczny wyraz – bo chce sobie odniesc samoocene.
Jaka wartosc ma taka diagnostyke? Zero, nul, niente.
Właściwie wszystko, co chciałam napisać, napisał już Bobik 🙂 Dodam jeszcze tylko od siebie, że wymaganie od psychologa by nie tylko przestał chrzanić o mechanizmach, ale i myśleć o ludzkich zachowaniach w kategoriach mechanizmów, a zamiast tego zdał się na intuicję, pozbawia relację terapeuta-pacjent podstawy, na której ta relacja się opiera, a mianowicie zdjęcia ocen moralnych. Terapeuta, któremu nie wolno by było kwestionować „dobrych” motywacji, ani powstrzymać się od potępienia „złych”, stałby się bezużyteczny.
O! Nie! Klakier nic nie będzie odnosił, a zwłaszcza samoocenę.
Klakier tylko w naiwności swej się pochwalił, że po kilku miesięcznym odbijaniu się od nagrań tych symfonii, uchyliła mu się furtka i wszedł do środka.
I jest trochę tak, jak „Tomek i zaczarowana furtka”.
I nic więcej.
No tak, krytyk filmowy nie potrafi nakrecic dobrego filmu, a krytyk teatralny tanczyc w balecie, tak samo psycholog nie musi umiec rozwiazywac wlasnych problemow tylko idzie do innego terapeuty w takiej sprawie. Podobnie lekarz sie sam nie leczy. Dobrze ze nie ma wsrod nas za wielu psychologow, bo dowiedzieliby sie, ze to byle- nauka. Ja nie wylewalabym psychologii z kapiela. Psychologia pozwolila nam zrozumiec lepiej samych siebie, role emocji w ludzim zachowaniu i jak reagujemy na emocje innych, jakie sa mechanizmy zachowania, myslenia i uczuc. To bardzo duzo. Ze nie wspomne o neuropsychologii. Zrozumiec nie znaczy wcale uzdrowic. Ale wiedza i swiadomosc pomagaja zyc i pomagaja w leczeniu czy terapii.
Tak, Klakierze. Dentyści zaś to ludzie o wyjątkowo niezdrowych zębach, ortopedzi – o krzywych kręgosłupach oraz płaskostopiu, a fryzjerzy… Proszę, tylko bez magla, dobrze?
A maglarki śpią w niewyprasowanej pościeli.
Tylko dlaczego szewc bez butów chodzi?
Bo dentysta sam sobie nie boruje zębów, a chirurg sam nie usuwa wyrostka robaczkowego.
O tym samym pomyślałem. 😀
Ale psycholog może sam sobie grzebać w swej duszy.
Jednak wygodniej grzebać w cudzej.
Tak z ukosa sobie obserwuję, jak taka jedna pańcia, co się jej własne życie nie udało, poucza innych, jak to ma być.
Nie mowimy , Vesper o technikach terapeutycznych, tylko o psychologii jako dziedzinie naukowej.
A co do intuicji. Jest ona jednak psychologowi, ktory pragnie cos rozumiec z czlowieka dosc niezbedna. Taka fenomenalna intuicje miala wlasnie Wiktoria, ktora wszystko rozumiala w lot, ktora czytala w myslach i dyskutowala i generanie byla nieslychanie insightful. . Wszyscysmy do niej ciagnli sznurkiem. Az postanowila uczynic z tego zawod i skonczyla wydzial psychologii. I zaczely sie fomulki, przecwko ktorym bardzo sie sama przedtem buntowala i przed nimi wzbraniala.
I pamietam, ze kiedy zapytala mnie czy ja sie przyjaznie z prosta rodzina w LOndynie dlatego, ze moge odczuwac w tych stosunach swoja wyzszosc, to bylam wstrzasnieta i zdumiona, ze znajac mnie 30 lat mogla z takim pytaniem wystapic. A im wiecej probowalam tlumaczyc, ze moje motyacje sa zupelnie inne, tym bardziej ona byla przekonana, ze ja sama przed soba sie oszukuje. I o innych w podobnym duchu. I nie moglam tego zniesc.
Nie, Klakierze. Psycholog ma wiedzę o mechanizmach, więc wie, że człowiek najwięcej fałszywych sądów miewa na swój własny temat. W ocenie innych bywamy dość rzetelni. Najwięcej zgodnych z rzeczywistością sądów na nasz temat mają nasi wrogowie. Natomiast my sami o wiemy bardoz niewiele, a to co wiemy, to z reguły bzdury. Wiedząc to, psycholog idzie do innego psychologa, by z ten spojrzał na jego problemy z dystansu.
Wybacz Vesper – ale o tym chodzeniu psychologa do psychologa, to mnie ogarnia śmiech. Akurat zdarza mi się obserwować taką sytuację – nie muszą chodzić, siedzą w jednym pokoju. Najchętniej wychodzą z tego pokoju, aby skomentować się wzajemnie na różnych forach.
Nie umiem się wypowiedzieć o casusie Wiktorii. Nie znam jej. Z mojego punktu widzenia, czyli osoby czyjącej komentarze na blogu, jest równie prawdopodobne to, że Wiktoria stała się nie do zniesienia dla Heleny, jak i to, że Helena nieczgo nie zrozumiała z tego, co mówiła Wiktoria. 🙄
Wskaż mi, proszę, Klakierze, środowisko wolne od zawiści zawodowych.
Taka diagnostyka miałaby zerową wartość, gdyby rzeczywiście w taki tępy sposób była w psychologii stosowana. 😉 Ale jednak na ogół nie jest, chyba że przez marnych psychologów. Ci dobrzy wiedzą, że motywacje czy w ogóle procesy psychologiczne są złożone i skomplikowane. Ta złożoność oznacza m.in. to, że w każdej świętości może się znaleźć trochę przyziemności i na odwrót, a świadomość tego daje chyba trochę głębszy wgląd w duszę niż przekonanie, że jest tylko w te albo tylko wewte. 😉
Poza tym dobry psycholog w celach terapeutycznych w ogóle nie będzie się zajmował sprawą samooceny, jeżeli to akurat nie jest problemem pacjenta. Sięgnie do tej kategorii tylko wtedy, kiedy zauważy, że w tym miejscu jest jakiś bolesny czy nadwrażliwy punkt i trzeba by nad tym popracować.
A rozważania teoretyczne, jakie sobie czasem prowadzimy na blogu, to inna historia. Poteoretyzować ogólnie możemy, bo to nie gorsze zajęcie niż rozwiązywanie krzyżówek, ale broń nas Panie B. przed stawianiem komuś diagnoz czy rozwiązywaniem jego psychicznych problemów. 😎
Nie domagam sie, Kroliku, zlikwidowania psychologii jako dziedziny badan. Powatpiewam jedynie czy jest to taka sama dyscyplina naukowa jak botanika czy chocby gramatyka historyczna jezyka polskiego, gdzie trzeba teorie udowadniac, jesli juz mamy siegac po dziedziny humanistyki.
Zgoda Bobik. W gruncie rzeczy pewnie nie ma miedzy nami roznicy zdan. Przeciez wiem jakim rozsadnym jestes Psem.
a po co udowadniać teorię? strata czasu. kto nie chce uwierzyć, nie uwierzy, kto chce, nie potrzebuje dowodu
Czasy Freuda się skończyły, Heleno. Na poparcie swoich teorii trzeba mieć odpowiednio udokumentowane badania. Inaczej APA artykułu nie opublikuje 🙂
to mi vesper odpowiedziała, udowadnia się dla jakiegoś redaktorzyny…
Nie, foma, nie dla redaktorzyny. Dla motywu samooceny 😉 To dla niego publikujemy swoje teorie 🙄
Jeszcze jedno, tym razem jak najbardziej a propos Wiktorii. 😉 Dobry psycholog unika głośnego diagnozowania krewnych, przyjaciół i znajomych, zwłaszcza kiedy go o to nie prosili, jak również nie próbuje ich terapeutyzować. A nawet kiedy go poproszą, powinien ich odesłać do kogo innego, bo zbyt silna więź emcjonalna z pacjentem uniemożliwia rzetelną diagnozę i terapię. Na tej samej zasadzie zresztą lekarze zazwyczaj nie leczą swoich bliskich, przynajmniej w poważniejszych przypadkach.
Z tego, co pisze Helena, można by wywnioskować, że Wiktoria z naturalnej siostry-łaty stała się niezbyt dobrą psycholożką, wykorzystującą nabytą wiedzę do traumatyzowania znajomych. To faktycznie może nieszczególnie do psychologii zachęcać. Ale bywają również inne przypadki. 😉 Są psycholodzy/psychiatrzy wspominani przez swoich pacjentów z olbrzymią wdzięcznością, są osoby, którym terapia zmieniła życie na wiele lepsze. I o to chyba biega. 😉
ja tam publikuję teorie, bo mi wiersze gorsze wychodzą niż kiedyś ;]
Wiadomo od dawna, ze Freudowi zadne szanujace sie pismo spexjalistyczne nie wydrukowaloby dzis artykulu. I slusznie. A mimo strannie prwadzonych badan tyle juz „udowodnionych” teorii od tego czasu sie przelalo i odplynelo.
Jako laik zupełny, to sobie tak myślę – są takie obszary Życia, który w zasadzie się wymykają naukowemu opisowi. Oczywiście można skończyć studia na ten temat. i nawet se pisać przed imieniem magier(a), albo i jaka doktor(a).
Jak idę do lekarza, to się zawsze zastanawiam, co też on ma za problem. Mój np lekarz POZ na przodzie biurka ma wizytówkę, że jest doktor nauk medycznych – jeszcze nigdy nie wypisał poprawnie recepty. Pilnuję go zawsze, aby było OK, bo mi się nie chce lecieć z powrotem do przychodni z najbliższej apteki (tam też taktycznie wykupuję leki).
Ale uczony jest bardzo – jak mówi do mnie to nic nie rozumiem.
Ale też i nie rozmawiamy za dużo – jak mu się uda wypisać dobrze receptę, to dzień dobry i do widzenia.
A psychopedo to mają tyle swoich problemów, że najlepiej ich w ogóle omijać.
Na przykładzie mojej bliskiej rodziny, moim własnym i moich znajomych mogę napisać, że wg. mnie najważniejsze, co człowiek otrzymuje w kontakcie z psychologiem, który poważnie traktuje swój zawód i chęć pomocy, to możliwość otwartej rozmowy o swoich problemach. To jest rzadkie dobro, a życzliwość i spokój, wskazanie różnych aspektów, na które przywalony problemem nie zwraca uwagi, ratuje często ludzi od poważnych załamań.
Pokazanie światła w tunelu, możliwości wyjścia z sytuacji, podniesienie samooceny, poprzez wskazanie takich cech i działań osoby, które są jakby oczywiste, a których ona nie widzi, to są wszystko trudne do przecenienia fakty.
Po bardzo trudnych doświadczeniach ostatnich lat moich bliskich, jestem szczęśliwa, że korzystali z pomocy psychologów. Wyraźnie widać ich lepsze funkcjonowanie.
Cudów się nie spodziewałam, bo w grę wchodzą osobowości słabsze, depresyjne, które spotkały wielkie nieszczęścia.
Widzę natomiast po osobie, która zrezygnowała z takiej pomocy i zawierzyła tylko lekom, że poszło to w złą stronę, co oczywiście nie znaczy, że z pomocą psychologa poszłoby w lepszą, ale tak mi się wydaje.
A ogólna zasada – przede wszystkim nie szkodzić – dotyczy każdej specjalności.
Foma, bo nam z latatmi ubywa komorek mozgowych, co niestety zostalo ponad wszelka watpliwosc udowodnione, nawet podliczone.
Szkielko i Oko! Bez picu na wode.
Foma, a nie ma jakiegoś terapeuty od wierszy, do którego mógłbyś się udać? 😆
Bobiku, jest. i stoi na stanowisku, że to jest znakomita okazja, żeby przestać się z nimi spoufalać ;p
Odpływanie teorii można zaobserwować w każdej, dosłownie każdej dziedzinie wiedzy. Powiedziałbym nawet, że na tym polega postęp w nauce. 🙂 Tylko w niektórych dziedzinach bardziej to widać – m.in. dlatego, że są dla laików jednak bardziej zrozumiałe niż np. fizyka kwantowa.
Klakierze, „uczoność” nie zawsze idzie w parze z umiejętnością wypełniania druczków. Ileż jest historii o wielkich uczonych, którzy nie radzili sobie z prostymi, codziennymi sprawami! Z innej beczki, to że znasz jednego, czy nawet tuzin złych lekarzy nie oznacza, że medycyna jest nic nie warta, a wszyscy lekarze, to idioci. To samo z psychologią.
Tak, Siodsemeczko. Bo psychologia jest sztuka, cos jak pisanie wierszy, malowanie obrazow. Potrzebny jest talent w pierwszym rzedzie. Talent, doswiadczenie zyciowe, intiucja, i last but not least – rozum.
W naszej prasie od wielu tygodni trwa dyskusja o pielegniarkakch, ktore sa coraz bardziej wyksztalcone i niemal moga juz zastapic lekarza. Ale, jak sie okazuje, na studiach wyzszych nikt juz nie uczy ich ani polegania na zdrowym rozsadku, ani coraz rzadszej umiejetnosci wspolcxzucia, „wchodzenia w buty” swych pacjentow.
Bobiku, ale latwiej jest udowodnic ze (3×5)-4=11 niz ze kaktus jest penisem jesli sie przysni. Tego ostatniego nie sposob udowodnic, do tego potrzebna jest Teoria.
Postęp jest czymś okropnym. 👿 Tyle lat człowiek zmarnował w szkolnej ławce, a teraz się okazuje, że prawie wszystkiego powinien się zacząć uczyć od początku. 🙄 A tu komórki mózgowe się w międzyczasie rozpierzchły. Nie jest lekko. 🙁
Heleno, tu znowu bym powiedział, że nie tylko w psychologii – w każdej dziedzinie są artyści, rzemieślnicy i pomyłki życiowe, które zdecydowanie źle wybrały zawód. I księgowość można uprawiać z polotem, przyzwoicie lub beznadziejnie. 🙂
A „technicyzacja” wielu profesji i ich bezduszne nauczanie to chyba już osobny temat, niezależny od osobowości i talentów adeptów.
Co do udowodnienia – pewnie, że jedne rzeczy łatwiej, a drugie trudniej. No striemitsia nada. 😀 Zresztą współczesna psychologia, poprzez neuropsychologię, coraz bardziej zbliża się do medycyny, a coraz bardziej oddala od kaktusa.
a tu artykul o Jakucho Setouchi, pisarce i buddyjskiej mniszce, o tym jak psychoanaliza u dobrego terapeuty bardzo jej pomogla i co uwaza za wazne w kontaktach terapeutycznych. Przypomnial mi sie ten artykul jak Monika pisala o kindness.
http://www.aeonmagazine.com/world-views/christopher-harding-psychoanalysis-buddhism/
Bardzo wzruszajacy dla mnie artykul.
Mam nadzieję, że wszyscy, którym się dziś przyśnią kaktusy, uczciwie się do tego przyznają przy jutrzejszym śniadaniu. 😎 Czy za kwitnące kaktusy będą punkty dodatkowe? 😆
Ja idę spać.
A właściwie do łóżka, bo mam Kindla mikołajowego i czytam sobie Camillę Lackberg.
Pa! 🙂
Ech, te rozpierzchające się komórki… 👿 Żeby to się je dało zamknąć w jakiejś komórce i zakazać samowolnego oddalania się… 🙄
Kaktusy, kaktusy. A jak się komuś przyśni baobab albo sekwoja? 😯
O pociągu w tunelu nawet nie wspomnę, bo przyzwoitym psom nigdy się nie śni PKP. 😳
Bobik, uczone ludzie mówią, że człowiek ma tyle niewykorzystanych komórek w rozumie, że wielu żyć nie starczyłoby na ich użycie.
Trzeba je tylko ciągle od nowa wszystkiego uczyć. Hmm. :/
Niestety, Siódemeczko. Te nieuczone od początku komórki tak się rozleniwiają, że potem nawet głupią chińszczyznę trudno w nie wtłuc. 🙁
Gratuluje kindle’a i Camilli! A co czytasz?
U mnie o 12:30 pokaza ostratia czesc trylogii Larssona: The Girl Who Kicked the Hornet’s Nest.
Nie moge sie doczekac, dwa poprzedne filmy obejrzalam juz. Lisbeth Salander swietnie dobrana, ale Mikael Blomkvist tez! Najpier sie zdziwilam, ze aktor taki dziobaty i „nieladny”, ale okazalo sie, ze jest niezwykle atrakcyjna mezczyzna – ujmujacy usmiech, myslaca wrazliwa twarz, gra na duzym wyciszeniu, tak lubie.
Dobranoc. 😎 http://pixdaus.com/unnamed-train/items/view/66225/
mt, jak dostałas i polubilaś kindla, to świat już nie będzie taki sam 😉 aż żal, że skonczyly się grudniowe promocje na książki…
Widzę, że Towarzystwo rozpierzcha się do łóżek. To nie wiem, czy mam życzyć mało kolczastych snów, czy wręcz przeciwnie? 😆
No muszę się po prostu włączyć w temat psy-chologii. Nieco lat temu ogłoszono w New York Timesie, za jakimś pismem naukowym, że psychologowie w USA, których jest jak psów (nie obrażając tych prawdziwych, które są dopiero dobrymi psychologami), w znacznym odsetku uzależniają od siebie pacjentów (oni ich nazywają „klientami”, nawet się z tym zgadzam) i przedłużają klientokurację na wszelkie możliwe sposoby, ciągnąc ją np. przez dwa-trzy lata. Biorąc pod uwagę kasę, jaką pobierają, nawet trudno się dziwić. A ich klienci, jeśli nawet mają polisę zdrowotną, która obejmuje takie usługi (wielka rzadkość!), bardzo często nie upominają się o zwrot pieniędzy z firmy ubezpieczeniowej, żeby nie być stygmatyzowani na różne sposoby. Bo coś takiego jak tajemnica lekarska w Stanach nie istnieje i ubezpieczyciele zbierają na ubezpieczonych wszelkie możliwe haki.
Psychologia jako kierunek studiów jest tam bardzo „uściślona”, zawiera takie przedmioty, jak matematyka, statystyka i in., żeby ją „unaukowić”. Ale przypominam, że psycholog nie ma prawa wypisywania recept, więc pomocy farmakologicznej się u nich nie uświadczy.
W HBO nadają polską wersję amerykańskiego serialu psychoterapeutycznego z Radziwiłłowiczem w roli głównej. Zerknęłam kilka razy, przelatując pilotem po kanałach. Nadęta nuda z pretensjami do mądrości życiowych, grana, jak się to mawia, gęsto. W Ameryce był podobno ogromnie popularny.
Nie twierdzę, że wszyscy psychologowie powinni może zająć się sobą, a nie innymi, ale bardzo powątpiewam w ich terapie. Tylko że ludzie jak ognia boją się wizyty u psychiatry, bo zostaną okrzyknięci wariatami. Tymczasem paręnaście dni temu w GW dali jakiś przedruk z prasy naukowej o ciekawej hipotezie genetycznej: chorób psychicznych będących wynikiem rozwojem inteligencji.
Ogolonego kaktusa?
Ale podobno przystojniejszy jest kaktus z jednodniowym zarostem. 😈
No pewnie, ze sie uzalezniaja.
Na szczescie dzis jest mniej tych uzaleznionch niz za (mojego) mlodu. Na swoim roku bylam bodaj jedyna co nie mialam terapeuty i wszystie kolezanki bardzo mi wspolczuly. Ale ja nie mialam bogatych rodzicow i zreszt pewnie bym sie wstydzila poprosic o pieniadze na terapie (ja, jak z ta Elena).
Dzis predzej sie idzie na porzadna operacje plastyczna, co tez potrafi uzaleznic.
Zgadzam się, Kumo, że wśród terapeutów, którzy zresztą nie zawsze są z zawodu psychologami, zdarzają się dorobkiewicze albo i zwyczajni szarlatani i że istnieje problem uzależnienia terapeutycznego (w Ameryce chyba bardziej niż w Europie). Ale dla mnie to po prostu nie jest powód, żeby wylewać dziecko z kąpielą, czyli w ogóle odmówić psychologii albo psychoterapii jakiejkolwiek przydatności. Zwłaszcza że sprawa nie ogranicza się przecież tylko do terapii. Psychologia zajmuje się przede wszystkim badaniem mechanizmów zachowań i interakcji, co jednak jakoś tam stale poszerza naszą wiedzę o nas samych i o bliźnich. A więcej wiedzący wprawdzie wylatują z raju, ale za to ciekawiej im się kłapie na blogach. 😆
Z chorobami psychicznymi jako pochodną inteligencji skojarzyło mi się to, co Kępiński twierdził o schizofrenikach – że to ludzie wrażliwsi i więcej czujący i że ich choroba jest tego skutkiem.
A sam coraz bardziej czuję siłę przyciągania legowiskowego, więc mówię dobranoc. 🙂
Powiedziałabym, że jakoś dziwnie mało mnie ciągnie do poszerzania wiedzy o sobie i o bliźnich na podstawie książek z zakresu psychologii, choć przecież nie odmawiam jej racji bytu (byle z autodystansem). To poszerzanie daje mi chyba na pierwszym miejscu wielka literatura, a na drugim – antropologia kulturalna. No i genetyka, która wprawdzie dla laika jest dziko skomplikowana, ale da się coś z niej zrozumieć dzięki paru genialnym popularyzatorom.
Wyobrażam sobie, że psycholog może okazać się pomocny w wypadku dzieci z problemami, ale – przepraszam za pychę – oni nie są dla mnie dla mnie en masse wystarczająco inteligentni do głębokiej i przenikliwej megarozmowy o życiu.
W Akcie Trzecim , scenie drugiej, Wiadomej Sztuki, to jest tak opisane:
HAMLET
I do not well understand that. Will you play upon this pipe?
GUILDENSTERN
My lord, I cannot.
HAMLET
I pray you.
GUILDENSTERN
Believe me, I cannot.
HAMLET
I do beseech you.
GUILDENSTERN
I know no touch of it, my lord.
HAMLET
It is as easy as lying. Govern these ventages with your fingers and thumb, give it breath with your mouth, and it will discourse most eloquent music. Look you, these are the stops.
GUILDENSTERN
But these cannot I command to any utterance of harmony.
I have not the skill.
HAMLET
Why, look you now, how unworthy a thing you make of me! You would play upon me. You would seem to know my stops. You would pluck out the heart of my mystery. You would sound me from my lowest note to the top of my compass. And there is much music, excellent voice, in this little organ, yet cannot you make it speak? 'Sblood, do you think I am easier to be played on than a pipe? Call me what instrument you will, though you can fret me, yet you cannot play upon me.
No właśnie. Zdaje się jednak, Heleno, że zostałyśmy same na placu blogu. Ja zresztą też się odmeldowuję. Dobranoc, księżniczki i książęta.
Dobranoc, mosci panno.
Elzbeth Salander na wizji.
sniadanie
tluste maslo, slodki dzem, biale pieczywo
szeleszcze
🙂 🙂 🙂
brykam
sobotni przeglad pozycji
ostatnia sobota tego roku 😯
bywa
brykam fikam 🙂 😀 🙂 😀
Och, tyle tematow, a u mnie dzisiaj akurat nie bylo pradu. 😉
Kroliku, swietny ten artykul, bardzo miedzykulturowy, poruszajacy wiele spraw, ktore na codzien osobom zanurzonym wylacznie w kulturze judeo-chrzescijanskiej nie przychodza do glowy. A imie bohaterki artykulu, zanim jeszcze zostala buddyjska mniszka, jest takie samo, jak mojej japonskiej przyjaciolki, wiec dodatkowo sie usmiechnelam, czytajac artykul. Harumi – „beautiful spring”. 🙂
Vesper, to przestrzeganie dziecka, zeby nie pomagalo koledze czy kolezance w matematyce (full disclosure, ja zawsze pomagalam i jakos niezle mimo to przezylam lata szkolne), to jednak tez chyba nie taka dobra rzecz, zwlaszcza, ze przeprowadzono takze badania, ktore wskazuja, ze owszem, wiele osob jednak po otrzymaniu jakiejs przyslugi czy okazaniu im zainteresowania wcale nie nienawidzilo dobroczyncy, a wrecz po prostu czulo sie lepiej, jakby ktos je obdarowal. No a scenariusz z pomaganiem kolezance przy rozwodzie to juz zupelnie inna para kaloszy (tak na oko wyglada bardziej na wscibianie nosa w nieswoje sprawy).
A poza tym, przeiez psychologia to taka szeroka i w sumie calkiem mloda dziedzina, ze zawsze mozna znalezc w niej przerozne absurdy, i teorie, ktore sie szybko starzeja, i to z umiarkowanym wdziekiem. Mozna psychologom wiele zarzucic: na przyklad ich dlugotrwala role w uznawaniu homoseksualizmu za dewiacje, wymagajaca leczenia, albo ich role w fali oskarzen o molestowanie w dziecinstwie, opirajacych sie na nagle „odzyskanej” podczas terapii pamieci (retrieved memory). Szkody wyrzadzone przez psychologow, szukajacych modeli dla ludzkich zachowan, i szybko rozpowszechniajacych te modele jako podstawy do podejmowania bardzo wazkich decyzji, dotyczacych innych ludzi, sa rzeczywiscie spore. Ale tez na przyklad ci sami psychologowie zdjeli odium z wielu problemow psychologicznych doswiadczanych przez weteranow przeroznych wojen, od shell shock po rozne formy PTSD, i ciagle staraja sie szukac nowych form pomocy dla osob cierpiacych na te dolegliwosci. Na temat homoseksualizmu jako przypadlosci wymagajacej leczenia tez zmienili zdanie. Zas rozne wersje talk therapy, niekoniecznie freudowskie, wielu osobom jednak pomogly na przeroznych zyciowych zakretach, jak chocby tej buddyjskiej mniszce z artykulu zlinkowanego przez Krolika.
No i gwoli sprawiedliwosci, dobrze tez pamietac, ze i kolejne podejscia terapeutyczne w medycynie dotyczacej juz tylko i wylacznie ciala tez czesto jednak podlegaja przedawnieniu, od pijawek i upuszczania krwi, po antybiotyk na kazde kichniecie i prewencyjne wycinanie zdrowych migdalkow i wyrostkow robaczkowych. Psychologia to tak naprawde bardzo mloda dziedzina, wiec tez i troche w niej blizej w czasie do wlasnych odpowiednikow tych niegdys szanowanych terapii. (Przy okazji, lekarze medycyny takze dopuszczaja sie naduzyc, o czym sie szeroko pisuje w NYT i innych amerykanskich publikacjach, takich jak np. JAMA. Pare lat temu glosno bylo na przyklad o tysiacach niepotrzebnych operacji w kalifornijskich szpitalach, ktorym poddano tylko ubezpieczonych pacjentow, bo tylko ich warto bylo naciagac. Caly czas tez sie tu dyskutuje na temat tego, co zrobic, zeby lekarze nie wpadali w konflikt interesow, gdy sa kuszeni finansowo przez firmy farmaceutyczne – i niestety bardzo latwo ulegaja takim pokusom. Mechanizm dotyczacy akurat tego zjawiska zbadal i szeroko opisal znany psycholog, Dan Ariely.)
A juz zupelnie najszerzej, to po tym wszystkim, co napisalam powyzej, i tak sie zgadzam z Helena i Kuma, ze najlepiej sie studiuje psychologie przez czytanie dobrej literatury (nie chce Cie Heleno, denerwowac, ale tak na przyklad w wywiadach czesto twierdzi Chomsky). 😉 Bo modele i opisy mechanizmow sa bardzo ciekawe, i pomocne w diagnozie i terapii, choc czasem jednak bardziej ulotne, niz sie to na pierwszy rzut oka wydaje (do nastepnego eksperymentu, ktory podwazy rezultaty poprzednich), a pisarze i poeci chwytaja rzeczywistosc w jej calej fascynujacej zlozonosci, niedookreslonosci i glebi. No ale z wielu powodow nie kazdy moze leczyc wlasna jakos tam zraniona psyche przez czytanie dobrej literatury czy chodzenie do teatru (choc bardzo wielu pewnie by to najzupelniej wystarczylo). A swoja droga, pisanie literatury tez dziwnie przyciagalo wielu „garbatych” (jak ich okreslal Milosz). Z tym, ze byli to garbaci myslacy bardziej prawa polkula, ta intuicyjna, odpowiedzialna za poezje, za widzenia calosci, a nie tylko po kawalku. A z kolei studiowanie mechanizmow i zjawisk czesto przyciaga tych, ktorzy o wiele bardziej polegaja na lewej, i lubia dzielic na czesci. Nie zawsze i nie wszystkim udaje sie potem te kawalki zlozyc w calosc, ktora nie przypominalaby potwora Frankensteina. Ale czasem sie jednak tacy zdarzaja. Tacy jak np. prof. Richard Davidson z University of Wisconsin-Madison, ktry zajmuje sie wlasnie kindness i pozytywnymi emocjami (nie, nie w splaszczonym rozumieniu przeroznych self-help books).
Szczesliwej ostaniej soboty roku, Rysiu! 🙂 Ja tez na sniadanie planuje bulke z maslem (ale pelnoziarnista, bo mnie na takich wychowano) i jajko en cocotte (specjalnosc sniadaniowa mojego meza). I mnostwo zielonej herbaty z pomarancza. Ale jeszcze troche poczekam z tym sniadaniem. 😉
Dzień dobry, ostatnia soboto i Ty, Blogowisko, w ostatnią sobotę 🙂
Korzystam z przerwy w luju, żeby pobiegać za różnymi sprawami, ale podczas najbliższej przerwy w bieganiu wrócę do wczorajszego tematu, bo mi się widzi, że ostatnie słowo wcale jeszcze nie zostało powiedziane. 😉
A na razie szybka herbata, szybkie obwąchanie kota i – znowu w miasto, czy raczej „miasto”.
Dzien dobry, Bobiczku.
W ten week-end Syn sie przeprowadza do swojego mieszkania(jego lokator sie dzisiaj wyprowadza) i juz dzisiaj rano nasz dom wydaje mi sie bardzo pusty.
W gazetach rozne podsumowania roku.
Przede mna dluuugi dzien. Chyba go zaczne od kawyherbaty i rozmowy z Mama. A na sniadanie jajko na miekko z nieodlacznym szczypiorkiem. Jedno jajko to jest za malo, a dwa za duzo, zawsze ten sam dylemat.
Czy jajko en cocotte to jest jajko od koguta (kokota)???
Przyjemnie sobie podyskutowaliście o psychologii, a ja odpoczywałam po gościach.
Uważam, że z psychologiem bardzo fajnie jest się napić (praktykowałam), podobnie zresztą jak z ortopedą, kardiologiem, chirurgiem miętkim a nawet internistą.
Mam mięszane uczucia co do psychologów – znam bardzo rozsądnych i użytecznych, znam też wręcz przeciwnie.
Poznałam kiedyś panią doktor psychologii, szalenie sugestywnie dowodzącą, że każdy może być szczęśliwym supermanem, jeśli tylko pochodzi do niej na zajęcia (m. in. z chodzenia po gorących węglach, zeby udowodnić sobie, że niemożliwe jest możliwe). Promieniała szczęściem, najchętniej w różnych mediach. Założyła sobie instytut doskonalenia umysłu czy coś w tym rodzaju. Ludzie pchali się do niej drzwiami i oknami, miała piękny dom w bogatej dzielnicy.
Poza tym była samotną, niezrównoważoną alkoholiczką. Popełniła samobójstwo.
Co, oczywiście, o niczym nie świadczy.
ja śnia
ko?
ja
niec nie
śniątek
(Na kolację był Białoszewskawy.) (Chyba wezmę przykład z fomy. Albo pójdę jeszcze dalej…)
Klakierze, rozumiem, co masz na myśli, pisząc o furtce. Mnie takowa się otworzyła po osiemnastu latach niezłej znajomości pewnego utworu. Wtedy dyrygował Skrowaczewski.
Giergiewa jakoś nie pokochałam (byłam na tym samym koncercie, co Ty). Furtkę do Czajkowskiego otworzył mi sto lat temu Semkow.
Moi ukochani wędliniarze wzięli sobie urlop i nie pojawili się dziś na targu. 😥 Z żalu i rozczarowania zagryzłem i pożarłem całkowicie wegetariańskiego croissanta, a teraz mogę doszczekać coś do wczorajszego topiku, bo z pełnym pyskiem mi nie wypadało. 😎
Dla mnie dość niezrozumiałe jest przeciwstawianie psychologii literaturze, albo np. lęk, że psychologia może coś w sztuce (lub w życiu) zniszczyć. To nie są dziedziny „z natury” zwalczające czy wykluczające się; mogą jak najbardziej być komplementarne. Jak zauważyła Monika, nieco innych obszarów mózgu używa się do pisania wierszy lub dramatów, a innych do wgłębiania się w British Journal of Mathematical and Statistical Psychology, więc nie ma wielkiej obawy, że te obszary na bieżąco, w trakcie roboty, pobiją się ciupagami 😉 (a gdyby jednak to zrobiły, mógłby nawet z tego wyniknąć niezwykle twórczy koncept). Inaczej mówiąc, znajomość anatomii motyla w żaden sposób nie musi przeszkadzać podziwianiu piękna jego skrzydeł. I odwrotnie – zachwyt motylimi skrzydłami może być wręcz napędem do poznania motylej anatomii, a miłość do jamniczka powodem do zadania sobie pytania, jak właściwie działa jamniczek.
Przy każdej działalności intelektualnej korzystamy z czegoś, co z grubsza nazwę włsanym, inywidualnym obrazem świata. Składa się nań to, czego zdołaliśmy się w życiu dowiedzieć, przepuścić przez filtry (słuszne/niesłuszne, potrzebne/niepotrzebne, itd.) i wpasować w osobistego puzzla. Im więcej kawałków puzzla, tym obraz świata bogatszy, ciekawszy i prawdopodobnie bardziej realistyczny, nie ma więc co z góry zakładać, że chce się go wzbogacać wyłącznie o literaturę, genetykę i antropologię (nawiasem mówiąc, w niektórych klasyfikacjach psychologię właśnie do nauk antropologicznych się zalicza), a – powiedzmy – psychologię i badanie owadzich nogów odrzuca. Ba, nawet odpowiednio potraktowana astrologia może wzbogacić, choć nie w sensie wiedzy o ciałach niebieskich, a raczej o ludzkich potrzebach i pragnieniach. 😉
Romantycy, przy całej urodzie ich spuścizny, narobili nam szkód nie tylko patriomartyrologicznych, ale i wbili do głów tę nieszczesną walkę czucia i wiary ze szkiełkiem i okiem. To wcale nie musi tak być. Można w swojego puzzla wpasować i to, co o człowieku mówi sztuka, i to, co mówi o niej psychologia, antropologia, biologia molekularna, etc.
Nie ma co domagać się zamknięcia wydziałów kompozycji, czy w ogóle Akademii Muzycznych tylko dlatego, że Mozart sobie i bez szczególnych szkołów poradził. 😉 Tak samo bez sensu byłoby wyrzucanie na śmietnik psychologii, bo Szekspir i bez niej wielkim psychologiem był. Najlepiej to Szekspira z Mozartem w jedną rękę, psychologię z kompozycją w drugą i – układamy puzzla. 😆
Króliku, czy żaden z Dobrych Piesów nie zgodzi się zjeść pół jajka? To by rozwiązywało problem. 🙂
Bez Młodego w domu pewnikiem będzie trochę smutno, ale na upartego można znaleźć w sytuacji i pewne aspekty pozytywne. Zwłaszcza dla Młodego. 😉
Mój Dobry Pies zgodziłby się zjeść całe jajko, nawet kogucie i ze skorupką.
Nisiu, to jest tzw. jedyne słuszne podejście – znam takiego a takiego psychologa (stomatologa, dyrygenta, konsumenta, genetyka, hydraulika…), ale to o niczym nie świadczy. 😆
Sam zresztą znam paru psychologów (dendrologów, kulturoznawców, latawców…) i przyznaję, że gdybym pojęcie o ich dziedzinie chciał sobie wyrabiać na podstawie tych znajomości, miałbym nader niekompletny lub zgoła fałszywy obraz. Toteż w razie czego wolę sięgnąć do sensownych publikacji i zaraz obrazek zyskuje na realizmie tudzież ostrości. 😉
Masz racje Bobiku, masz racje i z jajkiem, i z Mlodym, i z psychologia. Ze tez nauki nie rozwijaja sie rownomiernie! Zawsze jakas jest z przodu a jakas zostaje z tylu. Bylam kiedys na wykladzie o historii nauk scislych i to bylo bardzo interesujace jak sie rozne bledne teorie dlugo utrzywywaly, czy nawet cale galezie jak np alchemia (badanie soku zycia czy wyrabianie zlota). Dzisiaj wydaje mi sie, ze genetyka czy ogolnie biologia zostaly z tylu, dzieki czemu i psychologia troche zacofana, bo wiecej jest biologii w psychologii niz myslelismy np. za Junga czy Fruenda.
Przy czym racja z jajkiem jest najracniejsza. ❗
Ależ Bobiku, pisząc o piciu z fachowcami nie miałam na myśli zgłębiania tą drogą tajników ich profesji!
Drugie dno mojej wypowiedzi (zauważ, proszę, że wymieniłam tylko lekarzy) było następujace: lepiej z nimi pić niż być zmuszonym do korzystania z ich usług…
Jedno z najlepszych pić bywało u pewnego psychiatry, świeć Panie nad jego duszą, który był przy okazji znawcą sztuk wszelakich i zbierali się u niego rozmaici artysci, głównie malarze i aktorzy. Nie mogłam tam bywać tak często jakbym chciała, bo prawie wszyscy – z gospodarzami na czele – strasznie palili. Moja dość wtedy świeża astma bardzo się uaktywniała.
Dodam, że psychiatrzy miewają szalenie barwne wspominki z zawodu – bezosobowe, oczywiście, ale atrakcyjne.
Winno byc Freud rzecz jasna.
Sadze, ze przyszlosc nalezy do takich ludzi jak np ten lekarz w Toronto, ktory ukonczyl medycyne, specjalizacje w geriatrii, oraz jest magistrem historii medycyny i doktorem socjologii. Co tu sie dziwic, ze ma cala mase dobrych pomyslow.
http://www.thestar.com/news/gta/article/1307619–people-to-watch-dr-samir-sinha
Tez Bobiku zgadzam sie z toba zeby nie zamykac szkol. Co za poranek, tylko sie zgadzam i zgadzam, a wiadomo, ze z samego zgadzania nic tworczego sie nie wykluje.
A propos rozwoju nauki, zapraszam Was na krótki spacer po wyjątkowym muzeum. Trzeba kliknąć na „introductory video” w prawej części ekranu. Będąc w Amsterdamie warto wyskoczyć do Haarlemu choćby tylko po to, żeby odwiedzić właśnie to miejsce. Bardzo warto. 🙂 http://www.teylersmuseum.eu/teylersuniversum/index.php?m=intro&lang=en
Nie bój nic, Króliku. Na razie możemy się pozgadzać dla przyjemności, a jak nam się zachce, to w akcie twórczego szału wykombinujemy taki konflikt, że ino drzazgi polecą. 😈
Dzień dobry,
jak to dobrze Nisiu, przeczytać, że ktoś jeszcze doświadcza podobnego świata zaczarowanych furtek, za którymi w codziennym otwieraniu, podwórko podobne do mojego, równie zagracone, co zwyczajne. A tu raptem któregoś dnia furtka prowadzi do zaczarowanego świata.
Na kanwie Nisi wpisu ukluła mi się taka myśl, że psychologia, medycyna – a raczej ich „wyznawcy” – dochtory i profesory (w przekonaniu, czy oczekiwaniu „profana”) posiedli ową tajemną możliwość przekraczania granicy świata zaczarowanego z racji posiadania kluczy od tej furtki.
I boleśnie i buntowniczo doświadczamy konstatacji, że do żadnego zaczarowanego świata nie wkraczają, wręcz mają kłopoty z otworzeniem, a nie rzadko zamek zardzewiał i nie puszcza.
A jeszcze, Nisiu, a propos koncertu Gergieva, na którym byliśmy. Jakaś taka polityczna atmosferka towarzyszyła tym występom gościnnym, odczuwalna w salach koncertowych i foyer, że o publicznych wypowiedziach nie wspomnę.
Jakoś to się przekładało na muzykę.
Może najlepiej posłuchać ich w Salle Pleyel w Paryżu 😥
A teraz idę lepić pierogi – nomen omen – ruskie.
Pan Administrator już się załapał na to muzeum zlinkowane przez Agę i sprawdza, ile to kilometrów od nas. 😆
220 wyszło.
Klakierze, to nie wina medycyny ani psychologii, że ktoś od nich czarów oczekuje. 🙄
A poza tym nie od dziś wiadomo, że jak się pacjent zaprze, to nawet święty Boże mu nie pomoże, a co dopiero medycyna z psychologią i hydrauliką do kupy. 😎
Bardzo piekne muzeum, Ago. Mam ogromny niedosyt Holandii. Musze tam jeszcze kiedys wrocic.
220? Toz to zaledwie poltorej godziny waszym autobahnem, Bobiku. Na okolacje bedziecie juz w domu.
Przypomniało mi się, że już kiedyś opisałem, jakie to okropne stworzenie taki pacjent. 👿
Wchodzi pacjent, wchodzi,
już od progu kłamie,
anginę pectoris
wsadzi sobie w ramię
i udaje, dziad namolny,
że do pracy jest niezdolny,
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Potrafi się nażreć
helicobactera,
byle go wsadzili
do helikoptera.
A to przecież transport drogi,
od czego ma pacjent nogi?
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Jak się nie da złapać
gronkowiec złocisty,
wykorzysta pacjent
najzwyklejsze glisty,
lub zabarwi krwią swe siki,
byle pogorszyć wyniki,
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Bakteriami coli
wystrzeli w lekarza,
atak gonokokiem
także mu się zdarza.
Biedny doktor nie potrafi
odmówić mu tomografii,
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Domaga się pacjent
wstawienia bypassa,
żeby jeszcze długo
mógł sobie pohasać.
Jasna rzecz, że symuluje –
lekarz pismo nosem czuje!
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Umarł pacjent, umarł,
a jeszcze coś gada,
ciągle kombinuje,
jak się tu dać zbadać,
bo w pacjencie wredna dusza,
brak funduszy go nie wzrusza,
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Trzeba by tę stworę
wytępić do szczętu,
lepiej medycynie
będzie bez pacjentów.
Po co komu są te zbóje,
medyk sam się wykuruje,
oj dana dana, dana,
dana, dana.
Okolacja to chyba freundowska pomyłka, Króliku. 😆 Jako mój Freund musisz wiedzieć, że właśnie tak to najczęściej wymawiam – o, kolacja! 😎
Przyspiewka o namolnym pacjencie swietna, Bobiku.
A moim ulubionym wpisem roku 2012 byla Mowa Nienawisci.
Zrobilam te jajka. Dwa.
Nisiu, a propos picia z… przypomniał mi się jeden z naszych przyjaciół, który pracował jako psycholog w krakowskim kiciu vel pierdlu na Montelupich. Po paru baniach opowiadał o swej pracy niezwykle barwnie i soczyście, że koloryt lokalny aż uszami tryskał. A potem napisał na ten temat książkę, prawdopodobnie na trzeźwo i cała soczystość gdzieś znikła, jak suszarką wysuszona. 🙁
Czytajac wypowiedz Moniki, przypomniala mi sie ksiazka czytana przed laty, ktora byla w tym kraju ogromnym glosnym bestsellerem. Tytul jej byl „The Myth of Neurosis”, zas autorem wybitny psychiatra, nie psycholog, Garth Wood. A w tej ksiazce dowodzil on z wielka polemiczna swada, ale tez na podstawie sporej wiedzy i zebranych danych, ale i sporego wlasnego doswiadczenia z psychoterapeutami, ze jakis tam ale calkiem spory procent ludzi z problemami lub BEZ problemow doznalo powaznego uszczerbku na zdrowiu psychicznym bo uwierzyli i dostali sie w lapska szarlatanow, krorych to szralatanow jest wybitnie wysoki procent wsrod tych, ktorzy sie nazywaja psychotrapeutami lub psychologami. Pisal miedzy innymi: „”We must be protected from the siren voices of pseudo-scientists who will take our money, encourage dependence and take away our self-respect by dispensing a treatment that does not work and does us harm.”
Pamietam ogromna ulge jaka poczulo wielu recenzentow i cztelnikow ” Mitu nerwicy” ponieaz zorientowali sie, jak dalece nagi jest krol i ktos wreszcie wyartykulowal pelnym tekstem to, czego sie od dawna domyslali: ze mianowicie psycholog ma duze pole do psucia i szkodzenia i bardzo czesto, zdecydowanie za czesto psychologia prezentuje sie jako dyscyplina naukowa a nia najczesciej nie jest.
A wkrotce potem ogloszono wyniki badan, ktrore tez byly bardzo glosne, w ktorych uczestniczyly osoby cierpiace na depresje. Podzielono te osoby na dwie grupy kontrolne: jedna dostawala staranna terapie behawiorystyczna, ponoc cieszaa sie najlepszymi wynikami w wypadku deoresji, druga zas grupa nie miala opieki psychologicznej, ale pozostawala pod opieka milego uwaznego lekarza domowego, gotowego w kazdej chwili powiedziec: There, there, do not worry, this too will pass…” albo wydawac z siebie inne pocieszajace pomruki.
Nikt w obu grupach nie dostawal prozaka na depresje.
No i obserwowano, w ktorej grupie objawy depresji zaczna ustepowac szybciej.
I okazalo sie otoz, ze DOKLADNIE w tym samym czasie obie grupy wychodzily z zapasci. Statystycznie nie bylo sladu roznicy.
Co jest ciekawe.
Powiem tak. Sama przelecialam w czasie depresji przez calkiem spore grono terapeutow, ktorzy pomogli mi kak miortwomu priparka – jak sie to mowilo w moim domu. Procz jednej pani-studentki, w dojrzalym wieku (40+) , ktora przypadkowo znalazla sie na mojej sesji i kiedy sie poskarzylam kretynowi, ktory siedzial naprzeciowko, ze ze zgroza mysle o tygodniowym wyjezdzie do sanatorium, od bardzo dwana obecanemu mojej E, ta pani-studentka, slyszac, ze nie jestem w stanie skupic sie nawet na przeczytaniu artykulu w gazecie, nagle sie wtracila i powiedziala: nie czytaj wiec zadnych dluzszych tekstow. Wez ze soba jakis album ze sztuka i ogladaj obrazki.
Co bylo wrecz genialna rada zwyczajnej madrej kobiety. Tak wlasnie zrobilam. Przez caly tygodniowy pobyt ogladalam sobie gruby album z Rembrandtem i czytalam krotkie opisy pod reprodukcjami. Bardzo milo ten pobyt w sanatorium wspominam . Po powrocie chcialam koniecznie zmienic terapeute i dostac te niedouczona terapeutke -studentke. Ale powiedziano mi, ze „nie ma ona prawa wykonywania zawodu, bp jeszzce nie dostala dyplomu” i odmowiono podania nie tylko telefonu do niej, ale nawet imienia, abym mogla jej podziekowac.
Zaloze sie, ze juz dostala ten dyplom i teraz czesciej stosuje rozliczne „teorie” zamiast wlasnego rozumu, zyciowego doswiadczenia i intuicji. .
A Garth Wood popelnil pare lat temu samobojstwo, bo od lat cierpial na depresje.
Nie wiem, przepraszam, nie czytałam dzisiejszej dyskusji, wydaje mi się, że psycholog nie jest od tego, żeby kierować czyimś życiem, ma tylko pomóc człowiekowi w pozbieraniu się do kupy, żeby mógł egzystować.
Nie jest cudotwórcą i nikomu życia nie wyprostuje.
Psychiatria i psychologia to są tak delikatne dziedziny i jednocześnie tak przerażające.
Ludzie cierpią i nie wiadomo dlaczego, przecież obiektywnie nie ma powodów do cierpienia.
A z cierpiącymi cierpią ich rodziny często bez żadnego wsparcia.
Przepraszam, że tak wpadłam.
Zajrzę później.
Social Darwinism with buzz words, pisal ktos Woodsie i jego radach typu, przestan sie mazgaic i pull up your socks jako odpowiedz na emocjonalna kruchosc.
Neuropsychologia od czasow Woodsa (co za tragiczny koniec zycia u kogos kto radzil zeby po prostu wszystko brac na klate) miala sporo osiagniec w ostatniej dekadzie, juz po smierci Woodsa. Na pewno wiara w sama terapie jako jedyne leczenie chorob psychiatrycznych byla przestarzala i wydawala sie naciagana za czasow Woodsa. Jest to jego zasluga, ze efektywnosc samej terapii jako panaceum na wszystie problemy psychologiczne krytykowac.
Bede musial porosic mego kumpla S.P. aby wkleil Bobikowa ballade o namolnym pacjencie przy pierwszej nadarzajacej sie okazji pod artykulem w GW o sluzbie zdrowia.
Szkoda, ze nie po angielsku, bo i naszym by sie tu przydalo, oj przydalo.
Heleno, mam wrażenie, że się trochę rozmijamy. Można bez trudu wykazać, że błędne teorie psychologiczne komuś zaszkodziły albo przynajmniej nie pomogły, można również przypomnieć, ile osób uśmierciły błędne teorie w medycynie, tylko w tej chwili nie bardzo wiem, po co. Jako dowód, że psychologia i medycyna to jedna wielka szarlataneria i lepiej robią ci, którzy z nich nie korzystają? No, nie wiem, czy tak łatwo dałbym się przekonać do niekorzystania. 😉
Jeszcze raz szczeknę, że we wszystkich dziedzinach wiedzy popełnia się błędy, kolejne teorie są konstruowane i obalane, kolejne doświadczenia zmieniają punkty widzenia i w ten kręty sposób sprawy jakoś posuwają się do przodu. 😉 I ja się wcale nie domagam od nauki boskości, czyli absolutnie pewnej wszechwiedzy. Zgadzam się na jej niedoskonałość i wszelkie ograniczenia ukrywające się w wyrażeniu „aktualny stan wiedzy”. Domagam się tylko dalszego, rzetelnego metodycznie szukania i rzetelności w prezentowaniu wyników poszukiwań. Nawet jeśli te wyniki wzajemnie się wykluczają (wcale nie taki rzadki przypadek), w przyszłości może się z tego wykluć jakaś teoria wyjaśniająca powód sprzeczności i proponująca nowe rozwiązania. A z wersji, że tak zekstremizuję, „iii, to wszystko oszustwo i dajcie mi z tym święty spokój” raczej nic się nie wykluje.
Czytalam Wooda bardzo dawno temu, ale nie pamietam aby on radzil ludziom aby sie wziac w garsc w przypadku powaznych chorob PSYCHIATRYCZNYCH, a do takich zaliczal depresje kliniczna, odbierajaca pacjentom zdolnosc normalnego funkconowania. Natmiast ostrzegal przed wmawianiem ludziom zwyczajnie zagubionym w skomplikowanym swiecie (worried well – to on ukul to wyrazenie, ktore juz funkcjonuje w jezyku) ze cierpia na jakies powazne a wydumane nerwice i ze terapia im pomoze pozobyc sie bolu egzystencjalnego, bolu zycia.
Z czym bardzo dokladnie sie zgadzam.
Nie sadze, Bobik, bysmy sie nie rozumieli, natomiast mysle, ze Ty mi odmawiasz zrozumienia tego co ja mowie.
NIgdze nie twierdzilam, ze nauka nie popelnia bledow, twierdze natomaist i doprawdy nie jestem w tym odosobniona, ze pyschologia nie jest nauka w tym samym znaczeniu w jakim jest medycyna, botanika czy nawet logika, tylko ze za wszlka cene pragnie nia byc, a w tym celu konstruuje dosc oblakane teorie, ktore sa nie do zwertyfikowania narzedziami naukowymi. I niestety te teorie wyprobowuje nieraz na zywych duszach pacjentow, ktorych jakze slusze nazywa klientami.
Wiec nie wmawiaj mi szczeniaka w brzuch, pliz.
Może miałem wyjątkowe szczęście 😉 , ale w życiu nie trafiłem na psychologa, który obiecywałby mi pozbycie się bólu egzystencjalnego. Inna rzecz, że nigdy nie wpadłoby mi do łba, żeby z bólem egzystencjalnym zgłosić się na terapię. 😈
Uczciwy psychoterapeuta (bo psycholog-naukowiec to jeszcze insza para kaloszy) zdaje sobie sprawę z tego, że nie może nikomu obiecywać raju na Ziemi, bo to w ogóle nie jego rola. Może tylko powiedzieć „spróbujemy sobie poradzić z tym i tym problemem”, np. ze zbyt niską samooceną 😎 albo z trudnościami w komunikacji z partnerem, a niewykluczone, że przy okazji dowie się pan/-i o sobie czegoś takiego, co ogólnie podniesie panu/-i komfort życia. Tak samo lekarz nie może zapewnić „zrobimy z pana/-i okaz zdrowia, tak że dożyje pan/-i 150 lat”, a jedynie spróbować wyleczyć konkretną chorobę lub zaproponować zmiany trybu życia, które ogólny stan zdrowia poprawią.
Nie wiem, co to jest wydumana nerwica. Jeżeli ktoś cierpi lub boi się życia na tyle, że decyduje się pójść do psychologa, to tenże nie powinien mu mówić „durny z pana symulant”, tylko potraktować jego cierpienie poważnie i z szacunkiem. Ale oczywiście i w drugą stronę – jeśli ktoś ma poczucie, że radzi sobie z życiem świetnie, to nie jest zadaniem psychologa pokazywanie mu, że to guzik prawda, choćby był o tym święcie przekonany. Pacjent czy klient musi sam rozstrzygać, co jest dla niego problemem i czy chce w tym momencie z tym problemem się zmierzyć.
Jest takie zdanie, nie pamiętam już czyje, że dobry terapeuta powinien iść krok z tyłu za pacjentem i oświetlać mu drogę latarką. Bardzo piękne zdanie, bo zawiera w sobie i świadomość ograniczeń psychologa, i jego służebną rolę, i wiedzę o tym, że psychoterapia nie ma być żadnym włażeniem z butami do duszy i ręcznym przestawianiem mechanizmów. Ma być odpowiedzią na prośbę o pomoc, w takim zakresie, w jakim ktoś tej pomocy sobie życzy i tyle.
dziekuje Moniko, krotki (6 godzin) dzien pracy i do tego sobota,
mam mila SOBOTE 🙂 🙂 🙂
Bobik switem: wrócę do wczorajszego tematu, bo mi się widzi, że ostatnie słowo wcale jeszcze nie zostało powiedziane
🙂 🙂 🙂
jak na ostatnie slowo to duzo ich
😀 😀 😀
p.s. tluste-ja
Heleno, współczesna psychologia jest dziedziną na pograniczu humanistyki i nauk biologicznych, toteż pewne rzeczy da się w niej zweryfikować, a innych się tak łatwo nie da. Ale nawet samych tych rzeczy empirycznie weryfikowalnych (zwłaszcza w neuropsychologii, kognitywistyce, etc.) jest wystarczająco dużo, żeby dziedzina jako taka była warta świeczki oraz zainteresowania. 😉
Wmawianie nieistniejacych nerwic jest niestety zjawiskiem bardzo czestym w tej dziedzinie dzialalnosc gospodsarczej. MNie tez usilowal wmowic jeden kretyn liczacy po £50 za 45-minutowa sesje. Byl bardzo rozczarowany, ze nie bylam w dziecinstwie molestowana przez ojca, a kiedy odpowiedzialam mu opryskliwie, aby przestal tedy drazyc, bo nic tam nie ma do drazenia, to zribil sie podjerzliwy jak diabli. I uznal, ze cos ukrywam. Caly jego demneanor mowil, ze mi nie wierzy, sukinsyn.
Musialam go wreszcie rzucic, powolujac sie tchorzliwie na nawal pracy, bo nie chcialam urazic jego uczuc i dumy zawodowej.
Bo ty, Bobik, nieustannie skrecasz na NEUROpsychologie, ktora jak podejrzewam niewiele ma wspolnego z teoriami o wdziecznosci i podnoszeniu wlasnej samooceny.
Porownywanie NEUROpsychologii z pyschologia jest, podejrzewam, jak slynne porownywanie krzesla z krzeslem elektrycznym.
Sorry, że będę czepliwie dokładny, ale to nie było wmawianie nieistniejącej nerwicy, tylko co najwyżej wmawianie bądź sugerowanie nieistniejącego powodu nerwicy. Bo skoro czułaś się nieszczęśliwa, niepozbierana, pod psem i szukałaś pomocy, to prawdopodobnie jednak nie byłaś okazem zdrowia psychicznego.
Bardzo mi przykro, że nie trafiłaś na dobrego terapeutę, ale jeszcze raz powtórzę, że to dla mnie nie jest powód do wylewania wszystkich dzieci z kąpielą.
dawno temu, w miescie szczecinie w znanym kosciele za „co laska” przyjmowal chorych i potrzebujacych pan z Anglii chyba
(Harris – Harrison?) dotykal dlonmi i „uzdrowic” staral sie, moj
kolega lekarz medycyny z dyplomem, wyjatkowy pragmatyk,
zapisal sie, odstal swoje w kilometrowej kolejce i zaznal przylozenia rak na znerwicowany zoladek.
Pytalismy czy pomoglo, chyba nie, powiedzial, fizycznie nic ale to
nic, ale duszy lzej……
bywa 8)
Heleno, toż cały czas usiłuję powiedzieć (a i Vesper próbowała), że współczesna psychologia bardzo już daleko odeszła od kozetki i kaktusa. Neropsychologia jest jej częścią, wpływającą na inne części, a nie całkiem odrębną dziedziną. Ja nigdzie nie skręcam, ja tylko nie widzę przyczyny, żeby mówiąc o psychologii cały czas tkwić w wiedeńskim pokoju wujaszka Sigmunda, bo świat jednak co nieco poszedł naprzód. 😉 Nawet jeżeli część samych psychologów wciąż jeszcze uparcie odgniata kozetkę. 😈
Totez dzieci z kapiela nie wylewam i przyznaje, ze pomoc psychologiczna czasami jest bardzo potrzebna, zwlaszcza dzieciom, ktore nie maja narzedzi pojeciowych aby walczyc z rodzicami, z kolegami, podszczypujacym wujkiem czy dojmujacm poczuciem osamotnienia i niesprawiedliwosci.
Ale chcialabym widziec wsrod ludzi zajmujacych sie zawodowo taka pomoca nieco wiecej pokory i nie nadymania sie, ze sa naukowcami, korzystania czesciej z zasobow wlasnego serca i nie wypelnianie tegoz serca bullshitem i humbugoem.
Bobiku, jak tam u Ciebie, strzelaja juz?
Na marginesie tej dyskusji, bo w jej sedno nie zamierzam już brnąć, chciałabym dodać, że wielu pacjentów zdziwiłoby się, ile miejsca jest w klinicznej medycynie dla poglądów klinicysty.
Strzelają. 🙁 👿 🙁 👿
I jeszcze dodam, jesl chodzi o moje wlasne poszukiwanie (bezskuteczne) psychoterapeuty. Zaden mi nie zdolal pomoc ani na jotee (poza tym przypadkiem studentki, ktorej zawdzieczam w miare bezstresowy pobyt w sanatorium).
Z depresji wyciagnal mnie zapisany przez lekarza prozak, ktory zaczal dzialac juz po siedmiu dniach od momentu rozpoczecia kuracji. Nie, nie zlikwidowal problemow egzystencjalnych, z ktorymi sie wtedy zmagalam, ale z pewnoscia dal na nie dystans i pozwolil normalnie finkcjonowac, dbac o hiegiene osobista, smiac sie z dowcipow i sluchac innych ludzi, ktorzy przezywali gorsze rzeczy niz ja – wspomniana wczoraj przyaciolka Wiktoria zadzwonila siodmego dnia mej terapii prozakowej aby powiedziec, ze jej maz, a moj przyjaciel, zastrzelil sie w parku tydzien wczesniej. Nie zastanawiajac sie ani przez momemnt kazalam jej natychmiast wykupic bilet na samolot i stawic sie w Londynie tak jak stoi. Co ona uczylila i 48 godzin pozniej odboieralam ja z Victorii.
u mnie wala od ulicy i od balkonu, zeby jeszcze kolorowo, ale nie
tylko glosno 🙂 🙂
A z poplątanych dzieci wyrastaja poplątani dorośli. Części z nich udaje się odplątać samodzielnie (choć tę samodzielność osiągają często z pomocą książek, o zgrozo, psychologicznych). Część potrzebuje pomocy terapeuty. A z terapeutami jak z lekarzami – trafiają się dobrzy, średni i całkiem do niczego.
To też możemy spokojnie odnieść do każdej dziedziny, Heleno. 🙂 Mniej nadymania się i „robienia naukowca”, więcej pokory i serca. Bo wbrew pozorom serce w nauce wcale nie musi być przeszkodą. 😉
Wiem, Bobik. . Mialam w najblizszej rodzinie naukowca z sercem. Ktory mnie w dodatku nie molestowal i zamordowalby kazdego ktoby sie powazyl.
A z terapeutami nie jest jak z lekarzami. Niestety, wiekszosc ludzi ktora znalazla sobie dobrego terapeute, musiala nacalowac bardzo duzo zab. A niektorzy nigdy nie znalezli.
Dobrego lekarza duzo latwiej sotkac.
Gwoli uczciwości muszę zauważyć, że źli terapeuci są w sumie szkodliwsi od złych lekarzy czy hydraulików. 🙁 Albowiem kontakt z marnym lekarzem czy hydraulikiem praktycznie nigdy nie powoduje całkowitej rezygnacji z usług medycyny bądź wod-can-gaz-CO. Ludzie będą dalej szukać lepszego fachowca, aż do skutku. A marny psycholog potrafi, niestety, skutecznie od terapii odstraszyć i całej psychologii przyprawić paskudną gębę.
Medycy kilka wieków wcześniej zaczęli, Heleno. Psychologom też trzeba dać szansę, żeby się wyrobili. 🙂
Niech sie wyrabiaja, ale nie licza £50 za 45 minut siedzenia jak mumia albo pieprzenia bez sensu. 🙄
Bobiku, co to znaczy marny (zly) psycholog, kto jest miara, co jest miara, czy istnieja OBIKTYWNE mozliwosci pomiaru, jednym
szkodzi innym pomaga, chorzy (Helena napisala ze
odwiedzila wielu) szukaja do skutku
dla frakcji (chyba chwilowo to tylko Ty Bobiku 🙁 )
http://www.welt.de/debatte/henryk-m-broder/article111852281/Brief-an-meinen-Lieblings-Antisemiten-Augstein.html
Jeszcze jedno spostrzezenie co do tego kretyna, ktory liczyl £50 dwadziescia lat temu. Nazywal sie Jacek O., byl Polakiem swietnie mowiacym po polsku – o czym wiem nie od niego, bo mnie oznajmil, ze polskiego nie zna. Dlaczego? Bo, jak sadze, po polsku nie znal wszystkich tych formulek, ktorymi sypal z rekawa.
Teraz już rzeczywiście trochę skręcę, ale nie za bardzo. 😉 Zostawiając na boku terapię, warto pomyśleć o tym, na ile rozwój psychologii (i psychiatrii) zmienił nawet to potoczne, nienaukowe widzenie ludzkiej psyche, pojęcie normy psychicznej, podejście do zaburzeń czy chorób psychicznych, etc. Szczególnie dobrze to widać w zderzeniu z kulturami, które w tej dziedzinie wciąż jeszcze tkwią gdzieś daleko w czasach przedfreudowskich, a ich vox populi wszelkie zaburzenia psychiczne przypisuje opętaniu, złym duchom, albo – w najlepszym razie – niechęci do roboty. W tym zderzeniu pożytki z traktowania psychologii jako nauki widać jak na dłoni. 😉
Heleno, jaki byl ostatni odcinek z Lisbeth Salander?
Dzień dobry
sprawy psyche zostały omówione dokumentnie, jak rozumiem
Zajmuję się intensywnie somą. Zamówiłam właśnie ten fotel:
http://nedo24.pl/product-pol-11-Fotel-masujacy-Focus-Medical.html
dostarczą mi do domu za dwa tygodnie i będę sobie poprawiała samopoczucie
W ramach prezentu dostałam od sprzedawcy to cóś:
http://nedo24.pl/pol_m_Masazery-133.html
fajne 😆
nigdy nie bylem u terapeuty, ale lekarzy normalnych „wybralem” sobie – za klakierem 🙂 – jak otworzyla sie furtka 😀
to dostałam 😆
http://nedo24.pl/product-pol-10-Masazer-wibracyjny-NEDO-vibeTouch.html
Nie potrafię korzystać z cudzej maszyny 😉
Taki fotel wyprobowalam w amerykanskim sklepie ze sprzetem ortopedycznym. Wepchnal mnie na niego sprzedawca i wlaczyl te bajery. Usnelam jak dziecie po paru minutach. Wtedy moja mama tez chciala go wyprobowac. I tez zadrzemala w blogosci.
Musi byc dobry.
Rysiu, psychoterapeutów pacjenci właśnie najczęściej nie szukają do skutku. Jedni spróbują raz, inni trzy razy, ale bardzo często po którymś tam razie odpadają i mówią sobie „to nie dla mnie”, albo „całą tę psychologię należy o kant de potłuc”. A jak Ci tryska krew z rany albo woda z pękniętej rury, to rzeczywiście z poszukiwań nie zrezygnujesz, póki fachowiec nie zatamuje. 😉
a juz myslalem ze dostalas ten Pas wibracyjny 🙂
Zanim zdążyłem wpuścić Jagogę, już Jagoda napisała to samo. 😆
wala i wala, ile to piniedzy na te strzelanie idzie
Masa żeru? To jest coś, co każdy pies popiera z głębi serca i przełyku. 😎
Takie fotele mozna tez spotkac w Ameryce w niektorych fabrykach manikiuru-pedikiuru. To sa ogromne hale ze stanowiskami na manikiur lub pedi. Obslugowane przez armie orientalnych dziewczat/mlodych kobiet lub mezczyzn, glownie z Wietnamu lub Chin. Wszyscy pracowicie obslugija klientele obojga pci. Wszystko jest blyskawiczne i no-nonsense ( wiec np bez masowania dloni, chyba, ze poprosisz). Zalatw sprawe i zegnaj. Ci, ktorzy poddaja sie pedikiurowi najczesciej siedza w tych takich wlasnie fotelach – spiac lub czytajac kindle’a. W tych fabrykach z obiektywnych powodow nieznajomosci jezyka wietnamskiego nikt nie musi prowadzic konwersacji, co jest bardzo wyzwalajace.
Jest to genialny wynalazek, te fabryki, zakladajac, ze wszystie narzedzia tortur sa sterylizowane po kazdym kliencie. No i za darmo masz masaz plecow.
Fotel jest boski. Mój będzie w kolorze ecru 😆
Zachorowałam na to cudeńko blisko cztery lata temu. Dzisiaj sama siebie wyleczyłam 😉
Bobiku,
ballada o pacjencie równie cudna, jak mój fotel 😆
Do muzeum zlinkowanego przez Agę też się chętnie wybierzemy.
Rysiu,
jest tylko jeden sposób sprawdzenia czy psychoterapeuta był dobry. Po rozwiazaniu problemu i zakończeniu terapii.
Kiedy klient myśli: przecież ja całą robotę odwaliłem sam. To za co płaciłem temu sukinkotowi? 👿
Gwarantowane, że terapeuta był pierwszej klasy 😆
Bobik, oczywiscie, ze rozwoj psychologii zmienil podejscie do ludzkiej duszy. Jeszcze w latach siedemdziesiatych nasza Jasiunia organizujac pogrzeb ukrywala przed kosciolem ( i wszystkimi znajomymi) , ze jej najblizsza przyjaciolka popelnika samobojstwo, bo inaczej nie bylaby pochowana w gruntach poswieconych . Dzis nawet Kosciol katolicki inaczej traktuje samobojcow uznajac, ze nikt raczej nie popelnia tego czynu na zlosc Panu B. tylko musi byc chory.
I chwala Bogu, ze tak sie dzieje i ze w sumie to ten Wiedenczyk przekonal swiat co do lepszego, uwazniejszego traktowania „histerii” wsrod kobiet.
Still, it does not make it a science. 🙂 A depresja zajmuje sie dzis na szczescie psychiatria a nie psychologia.
O! Tu sa klasyczne sytuacje zyciowe ludzi, ktorym dobry, uwazny, madry psycholog moglby naprawde wiele pomoc:
http://wyborcza.pl/magazyn/1,126715,13117371,Czego_sie_wstydzi_Polak_.html
Łoj, ile popisali!
Wróciłam z miasta, potem doczytam.
Na razie tylko tak:
Bobiku, jak mogą być soczyste anegdoty niepodlane??? To jest właśnie problem wielu ludzi – uważają, ze zycie ich jest tak fascynujace, że samo w sobie nadaje się na powieść. Bo są pracownikami więzień. Bo poszli w pielgrzymce do Santiago da Compostela. Bo zmywali w Irlandii. Bo pojechali na wywczasy do Szarmelszejcha.
No i oni, proszę ja Was, piszą te książki i posyłają wydawnictwom. I nie daj Boże im powiedzieć prawdę, bo zagryzą.
Wiem coś o tym!
Rysiu, Harris to był. Filmowałam ten ogonek…
Klakierze – ja do filharmonii wpadam kompletnie nieprzygotowana politycznie – jako prowincjuszka cała w skowronkach, że ją uczta duchowa czeka. Nie mam bladego pojęcia o atmosferze wokół koncertu. Wpadam, siadam, słucham, klaszczę i wypadam – i albo mi się podoba, albo nie. Giergiew jest z jakiejś innej bajki, kurza twarz. No, nie moja grupa krwi.
A za takiego Semkowa albo Krenza dam się porąbać w razie potrzeby.
Co do furtek – można by na ich temat stworzyć osobny blog. Gdyby ich zabrakło, świat stałby się nie do zniesienia. NIE???
Georgiew musi byc teraz „polityczny” jesli chce doprowadzic do planowanej gigantycznej rozbudowy teatru Maryjskiego – dziela swego zycia. Musi zebrac astronomiczne sumy aby ta wizja sie ziscila. Juz w tej chwili w S.Petersburgu jest najwieksza w swiecie liczba muzykow na metr kwadratowy, co zreszta opowiadaja wszyscy powracajacy znad Newy – jakie to rozmuzykowane i rozspiewane miasto, co widac i slychac podobno na ulicach.
Zszokowało mnie zupełnie. Chyba nauka w służbie ludu smoleńskiego 😯 😯
http://www.aon.edu.pl/pl/dzialalnosc-naukowa/konferencje-i-seminaria/jan-pawe-ii-a-problemy-bezpieczestwa-kwiecie-2013
Mysle, ze temat seminarium zostal niepotrzebnie zawezony przez organizatorow. Osobiscie proponowalabytm go nieco poszerzyc:
Jan Pawel II a zagadnienia bezpieczenstwa i wybrane apekty astrofizyki: Efekty cisnienia promieniowania, jasnosc Eddingtona, przyspieszenie promieniste, rownowaga jonizacyjna w materii rozrzedzonej, obszary HII, strefy Stroemgrena.
Jestem przekonana, ze nauczanie Jana Pawla II w tej materii bylo wazne dla kazdego polskiego katolika, za innych nie odpowiadam.
Ludzie by walili drzwiami i oknami.
Duchowne (sic!) podstawy bezpieczeństwa narodowego? To znaczy, ilu duchownych na kilometr kwadratowy potrzebuje naród, by czuć się bezpiecznie? 😆 Grochówka, a nie nauka. 😉 Bezpieczeństwo cywilizacji zachodniej… ech, czytać hadko.
Nie krec nosem, Ago.
A oczami mogę? 😆 Od razu zaznaczam, że uszami, niestety, nie potrafię. 🙁
To kręć czym tam potrafisz, śmiało. 😎
Jak ktoś liczył na mnie w sprawie utrzymania niezmiennie wysokiego poziomu rozmowy, to właśnie się zawiódł.
Co jednak było do przewidzenia i chyba nikt nie liczył. Więc nikogo nie rozczarowałem.
I jeszcze zaczynam zdania od więc. 🙄
I od i. [załamana morda]
Pokręciłem się trochę po ogrodzie 🙂
https://picasaweb.google.com/111628522190938769684/StoOwka#slideshow/5827438876685099106
WW, wpadłeś w dół wykopany dla kogo innego! Wyłaź! 😉 Jak się ma dzidę, to nie wolno mieć depresji – to by było groźne dla bezpieczeństwa, tej tam, cywilizacji. Idę kręcić kogel-mogel.
Wiec witaj WW. Dyskusja plonela, tlila sie i zarzyla az nareszcie wygasla tz przed twoim przyjsciem. Przespiewaj sobie Bobikowa przyspiewke o namolnym pacjencie dla poniesienia nastroju. Oj, dana dana dana, dana dana!
Śpiewałem. Paskuda spojrzała z czymś w rodzaju politowania. Czy może to zgroza była, kto ich tam wie, bydląt. 🙁
Nic nie ma w przyśpiewce o pacjęcie psychiatrycznym.
Sluszna obserwacja, ci (psychiatryczni) tez potrafia zawracac gitare zamiast po prostu wziac sie w garsc. Moze autor cos dopisze…
Ad Nisia 29 grudzień 12, 18:46
Gergiev to car, trudno go polubić. Można tylko podziwiać.
Ale lubię słuchać jego nagrań.
Otwierają mi się wtedy różne furtki. 😀
Można go też podziwiać za rozmach organizacyjny Marinki.
Za jego dyrekcji wybudowano Konciertnyj zał. Wizja, o której pisze Helena, jest już na ukończeniu Marinka II ma otworzyć swoje podwoje dla widzów i słuchaczy w maju 2013 roku.
Kilka dni temu odbyły się testy nowej sceny.
http://www.baltinfo.ru/2012/12/24/Mariinka-protestirovala-vtoruyu-stcenu-teatra-325914
Pozdrawiam koszyczkowe towarzystwo już warszawsko, a nieustająco. W kwestii zaś poruszanych ostatnio tematów wyrażę swoją solidarność z WW. Pewnie też mam jakąś dzidę, ani chybi, bo jakoś nie mam nic do powiedzenia na zbliżone tematy. I wyznam, że nie płaczę z tego powodu 😛 🙂
Do tematu klakiera/Nisi również się nie włączę, albowiem Czajkowskiego nie lubię, a co do Gergieva to już się dosyć wypowiadałam i chyba wyczerpałam temat ze swej strony 🙂
Z tego co slyszalam w brytyjskiej tv, ta wizja bynajmniej nie konczy sie na drugiejs scenie. Maja byc jeszcze nowe liczne facilities oswiatowe, muzealne etc. To jest zaplanowane na wiele lat. I dyrektor artystyczny puka do wszystkixch drzwi o pieniadze.
Witaj, Kierowniczko.
Pacjęt psychiatryczny
to straszna ohyda,
nic go nie poskromi,
kaftan ani dzida,
pigułkami się nie przejmie,
tylko leci pleść coś w Sejmie,
oj dana, dana, dana,
dana, dana. 🙄
Wow! W ramach dosiegorocznych podsumowan, przyspiewka o pacjencie (teraz juz kompletna) przebila Wedlinobranie jako moj ulubiony utwor Bobika roku 2012!
Taki właśnie numer
z naszego pacjęta,
że ze swym fijołem
wciąż się w Sejmie pęta
i nikogo się nie boi,
więc Sejm ciągle cyrkiem stoi,
oj dana, dana, dana,
dana, dana. 😈
To tak na dobranoc. Idę popodróżnie zwinąć się w kłębek. 🙂
Dobrej, choć w porównaniu z Barceloną pewnie chłodnej, nocy Kierownictwu życzę. 🙂
Oglądałem niedawno program o Marinskim w tutejszej TV i miałem wrażenie, że nawet u Niemców słyszę pewną nutę zazdrości, choć oni akurat od muzycznej strony wstydzić się nie muszą. 😉
O to, to, Króliku, wziąć się w garść.
Wstawać skoro świt, przebieżki robić, co tydzień na Giewont wpaść, zdrowo się odżywiać, no i tym podobne.
Też Kierownictwo witam na ojczyzny łonie, choć pewnie długo miejsca nie zagrzeje. 🙂
Czytam, Heleno „Księżniczkę z lodu”.
Zostało mi jeszcze 50 stron, więc znikam.
Dopierosmy o tym mowili, nauka i jej niektore watpliwe zdobycze, a tu New Yorker juz leci ze swoimi trzema groszami w tej sprawie:
http://www.newyorker.com/online/blogs/newsdesk/2012/12/cleaning-up-science.html
Zamiast czas tracić na niepewnych psychoterapeutów, wziąć się trzeba w garść i zastosować sprawdzone metody oberarzta Grünsteina: dwa razy dziennie płukanie żołądka i raz dziennie lewatywa…
Skutek gwarantowany i opisany w literaturze 🙂
A u mnie dzisiaj kolejna sniezyca, wiec tez mozna sie zwijac w klebek i patrzec na platki sniegu za oknem. Te sniezycd zapowiedzieli znienacka, dopiero dzisiaj rano, no i wszyscy biegali, niekoniecznie pieszo, zeby sie na wszelki wypadek zaopatrzyc we wszystko, co potrzeba. W sklepach byla atmosfera przedsnieznego podniecenia, polaczona juz z noworoczna. Ludzie mieli w wozkach butelki z czyms musujacym, rozne smakolyki, i opakowania srodka ekologicznego do posypywania oblodzonych nawierzchni. Moje dzieci wyrazily nadzieje, ze moze komus sie jednak te produkty interesujaco pomyla, i co wtedy. 😉
Przyspiewka o pacjecie sliczna, Bobiku. 🙂
A przy porannych jajkach kokocich wyjasniono mi, na szybko zaimprowizowanych przykladach, podstawowe roznice miedzy „stand-up tragedy” i „revenge comedy” (copyright Matylda). To mozna rownie dobrze ogladac z dzida i bez dzidy. 🙂
Fajny artykul, Kroliku. I tu jest oczywoscie wazne rozroznienie miedzy nauka i pseudonauka. Nauka sensu stricto ma wbyudowany mechanizm autokorekty, podczas kiedy pseudonauka ma jedynie zmieniajace sie regularnie mody.
Mam nadzieję, Moniko, że jednak nikomu nie pomyli się napój musujący z lewatywą, choć to niby też mogłoby być interesujące. 😎
Ciekawe, że ja już o śnieżycy czytam jako o czymś bardziej egzotycznym niż upały. Globalne ocieplenie, czy ki diabeł? 😯
Heleno, ale w tym artykule cały czas jest mowa o psychologii jako o nauce. Czekam na Twój ostry protest na łamach New Yorkera. 😆
Zeby tak sie pomylilo, jak piszesz, Bobiku, to trzeba byloby robic zakupy jednak w innym sklepie. 😆
A New Yorker znowu sie niby spisal, ale sie nie spisal. 😉 Watpie, zeby wielu osobom tam piszacym przychodzilo do glowy, zeby podwazac psychologie jako rozwijajaca sie dziedzine wiedzy (jesli juz sie upierac, ze termin „nauka” odnosi sie wylacznie do nauk scislych).
A od egzotycznych zjawisk meteorologicznych (snieg, mroz w zimie, huragan, jakies przypadkowe tornado, you name it) masz przynajmniej Bobiku stalych korespondentow na Drugiej Polkuli. 🙂
No faktycznie, jak ma nazywac psychologie pismo pod tytulem Perspectives on Psychological Science? Moze Perspectives on Psychological Pseudo-Science? Bo artykul w New Yorkerze poza wlasnym bla-bla wstepem przytacza wlasnie propozycje tego periodyku! Zreszta absolutnie sluszne.
A wogole , Bobik, o co chodzi? Przeciez przyznalam jeszcze boddaj wczoraj, ze psychologia SAMA uznaje sie za bona fide nauke i oczekuje ze tak bedzie traktowana przez academie. To tylko ja i moze pare milionow innych ludzi zywimy wredne watpliwosci. Ale ze mna nikt sie nie liczy. Wiec sobie dalej moze spokojnie udawac nauke. 🙂
Co tam psychologia. Muszę pilnie ostrzec Agę i wszystkich, którzy może jeszcze nie wpadli w szpony czekolady z wasabi. Ona ma potworne właściwości uzależniające. 😯 A konieczność zwiększania dawki następuje w zastraszającym tempie, nawet u tych, którzy teoretycznie czekolady prawie nie jedzą. 🙄
Na „dziedzine wiedzy” absolutnie sie zgadzam i nie mam z tym najmniejszych trudnosci.
A nazwe „nauka” zostawmy fizjologii, chemii, matematyce.
To nie takie proste, Heleno, ale jesli Ci to sprawe ulatwia, to czemu nie? 😉 (Nie takie proste, bo psychologia eksperymentalna na ten przyklad sie jak najbardziej kwalifikuje. A szerzej w ogole mozna sie zastanawiac, czy wylacznie cenimy to, co sprawdzilismy tylko szkielkiem i okiem (Szekspir, Homer, i pozostali raczej by szybko odpadli a tego, jak podejrzewam, jednak bus nie chciala).
Doro, my w zasadzie nie dyskutujemy z Klakierem o Giergiewie, wymieniamy sobie tylko luźne uwagi.
Klakierze, mnie nie przeszkadza, ze on jest car. Car może być sexy, jak to się teraz mówi. Na estradzie on jest dyrygent i jako taki mnie nie kręci. I żadnej furtki mi, skubany, jak dotąd nie otworzył.
Bobiku, w zwrotce o pacjęcie psychicznym powinno być coś o zastrzyku w oko. Jedna psychiatra jak jej się dany pacjęt wzbudzał i robił agresywny, robiła groźną minę i tubalnie wołała pielęgniarkę, rzekomo w tym właśnie celu. Skutkowało stuprocentowo.
Homera stosownego nie pamiętam, ale może taki Horacy jako małe memento na nowy rok:
Nie pytaj nigdy, bo nikt się nie dowie,
jaki nam koniec gotują bogowie
i czy z rozkazu Zeusa ta zima,
która wichrami wełny morskie wzdyma
bedzie ostatnia, czy też nam przysporzy
lat jeszcze kilku tajny wyrok boży –
nie troszcz się o to i KLARUJ SWE WINA.
Mknie rok za rokiem jak jedna godzina,
więc ŁAP DZIEŃ KAŻDY i nie wierz ni trochę
w złudnej przyszłości obietnice płoche.
Tak mnie naszło. Lubię ten wierszyk.
Dobranoc.
O Matko Bosko! Zastrzyk w oko i we mnie budzi taki popłoch, że w jednej chwili wszystkie rymy mi ze łba wyparowały. 😯
A tu jak fizyk widzi biologa przez pryzmat zajec stricte naukowych i juz sie do kategorii naukowosci nie zaliczajacy, czyli co Higgs (ten od Higg’s boson mysli o dzialalnosci Dawkinsa).
http://www.guardian.co.uk/science/2012/dec/26/peter-higgs-richard-dawkins-fundamentalism
Wina to ja ostatnio głównie we śnie, więc pójdę się położyć i klarować, nie myśląc o żadnych wyrokach, z zawieszką czy bez. 😉
Melduje meteorologicznie, ze mamy wlasnie Bajkowa Zime: poduchy sniegu na drzewach, domach i plotach, wciaz lyskaja swiateczne swiatelka, nie ma wiatru, w dzien snieg skrzyl i skrzypial troche pod butami. Ja jednak stracilam serce do zimy po wypadku narciarskim 4 lata temu i przygnebia mnie, ze to jeszcze 3 miesiace przynajmniej, bo i w kwietniu mamy zwykle conajmniej jeden duzy sztorm zimowy. No ale moglo byc gorzej: w Montrealu zajmie im ok tygodnia, zeby sie odkopac ze sniegu, a w Nowej Funlandii wieja na dodatek wiatry 140 km na godzine.
W Miedonii nad Odra…
U mnie dosc podobnie, Kroliku, tylko jeszcze wlaczyli maszyne do sniegu ze starych, czarno- bialych filmow…
Nie chodzi o to „co bardziej cenimy”, tylko co czyim imieniem nazywamy. Wprawdzie to co zowiem roza pod inna nazwa rownie by pachnialo, ale skoro umowilismy sie nazywac TO roza, to nie bedziemy nazywac kotletem. A wtedy i oczekiwania mamy inne – jedne od rozy, inne od kotleta. Niech sie kotlet pod roze nie podszywa, i wice wersa. Zapewne sa rozne formy psychologii (neuro czu „eksperymentalna”) ktore uzywaja naukowych narzedzi do badan, a badania te sa weryfikowalne, ale my przeciez wiemy o czym mowimy. O tej psychologii, ktora do opisu zachowan i reakcji czlowieka uzywa wytrychow takich jak formulki o „podnoszeniu samooceny”, albo oblakane teorie na temat skutkow odczuwania wdziecznosci, ktore sa w 95% (!) przebadanych przypadkow sa zdecydowanie negatywne i wywoluja negatywne emocje. Moze w „naukowym” opisaniu takich teorii uzyto innego jezyka, ale tak one zostaly tu przedstawione. I na tej podstawie ja uwazam je za humbug.
Gdyby ktos mnie (albo moim bliskim) oddal w razie potrzeby nerke to zapewniam, ze autentyczna dozgonna wdziecznosc bez negatywnych emocji bede odczuwac do grobowej deski. Obiecuje. Rozumiem o czym mowisz, Heleno. Jest jednak w naszych emocjach, wizerunku wlasnym i swiata cos bardzo skomplikowanego co warto badac. I odczuwanie czegos nie znaczy, ze sie bedzie dzialac na tym uczuciu. Np mozna sie rozzloscic na wlasne dziecko czy rodzica, i mozna chciec ich udusic wlasnymi rekami w emocjonalnym momencie wielkiej zlosci. Ale to jest naturalne i minie, i nikt nikogo nie udusi, ale emocja jest zarejestrowana. Podobnie moze byc naturalne ze unikamy zachowan, ktore nam zaburza nasz wlasny obraz i nie ma w tym nic nagannego. Ja osobiscie rowniez mala wage przywiazuje czy ktos sie zachowuje przyzwoicie wobec mnie i swiata niejako wbrew swojej naturze czy zgodnie z nia. Natury sobie nie wybieramy, ale czyny zawsze swiadcza o nas.
Jakby foma robil roczna statystyke to wyjdzie na to ze gadam jak najeta ostatnimi miesiacami. Czas sie opamietac, bo bede uznana za blogowa gadule, co nie podniesie mojej samooceny. Dobranoc zatem…
Ale zapewniam Cie, Kroliku, ze ja nie musze byc zapewwniana co minute, ze czlowiek (swiat etc) jest skomplikowany i niejednoznaczny. Ja jedynie nie chce aby naszych zachowan i reakcji sprowadzac do prosciutkich rownan, ktore naprawde niczego nie wnosza do wiedzy o innym czy o sobie. Jaka wartosc ma stwierdzenie, ze Pani X idzie na demonstracje aby podniesc sie we wlasnych oczach? Jaka wartosc ma inne stwierdzenie, ze dziecko ma sie zastanowic czy komus pomoc z matmy, bo ta osoba z calym pradopodobienstwem go znienawidzi? I nawet jesli ktos tak uwaza, to czy musi, czy naprawde musi budowac z tego konstrukcje ktora nazywa „naukowa” i obdarza nia swiat? Nie lepiej poczytac jakis zupelnie nienaukwoy wiersz – madrzejszy, elegantszy w konstrukcji, ktory powie nam czym jest odczuwanie wdziecznosci albo jakis gest na rzecz wspolnego dobra?
Bo jedyne argumenty ktore ja co chwila slusze, to ze wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane niz mi sie wydaje. OK, moze jestem nieskomplikowanym prostakiem, ale ja prostak uwazam, ze sa rzeczy skomplikowane i sa calkiem nieskomplikowane, ale mozna je pokomplikowac tak, ze rodzona mamusia nie rozpozna. Do nieskomplikowanych nalezy pojscie na demonstracje bo tak ci dyktuje serce, ze musisz sie stawic and be counted. I nie ma w tym nic skomplikoanego, co wymaga teorii psychologicznej, zwlaszcza jak osoba zainteresowana, zdiagnozowana o nie sie nie upomniala.
I jesli ktos mi powie: ja uwazam, ze pojscie na demonstracje jest podnoszeniem wlasnej samooceny. Albo: ja uwazam ze nie nalezy nikogo narazac na uczucie wdziecznosci, to to sie moze zle skonczyc – to ja to rozumiem i przyjmuje do wiadomosci: osoba tak mowiaca tak wlasnie uwaza. Moze to nie jest myslenie zbyt madre czy mi bliskie , ale tak uwaza, trudno.
Ale jesli ktos mi te same stwierdzenia przedstawia jako prawidlowosc w naturze czlowieka, to moja odpowiedz brzmi: Na drzewo!
Widze co cie rozdraznilo, Heleno. Ja tez mam nadzieje ze natura ludzka nie jest amoralna.
Na moich studiach wybralam specjalizacje socjologiczna, ale ci co wybrali psychologiczna musieli poddac sie polrocznej grupowej psychoterapii, na ktorej im udowodniono, ze wybrali ten zawod zeby pomagac innym z powodu wlasnej slabosci charakteru i z egoistycznej potrzeby podniesienia sobie samooceny. Moja przyjaciolka byla zdruzgotana. Nastepny etap to miala byc re-konstrukcja na wyzszym poziomie, ale do niej juz nie doszlo. Moja przyjaciolka przeniosla sie na specjalizacje prawna. Ale to bylo juz tyle lat temu, ze ja sadzilam ze te numery Brunner juz mamy za soba. Mozemy tylko dziekowac Bogu, ze sa tacy ludzie, co zamiast spieszyc sie z analiza motywacji innych, zaloza plaszcz i buty i pojda na demonstracje. Szapobasy, jak najbardziej!
Ach, Heleno, chodzi chyba i o to, jak co nazywamy i o to, co bardziej cenimy. To nie kwestia „either/or”, a bardziej „not only/but also”. 😉
A tu podrzucam co mowi o emocjach wspomniany przez mnie wczoraj psycholog (wywiad dla Slate, niezbyt dlugi i niezbyt techniczny, w imie przystepnosci, ale podparty solidnymi badaniami). 😉
http://www.salon.com/2012/02/25/the_scientific_argument_for_being_emotional/singleton/
Sorry, Salon…
Lza sie w oku kreci, salon.com, pierwszy internetowy magazyn, 15 lat temu, Garrison Keillor prowadzil cotygodniowe porady dla zakochanych i dla poczatkujacych pisarzy, Mr. Blue, najlepszy! Wydawalo sie, ze to bylo takie rewolucyjne pismo… Ech!
Dzien Dobry Bardzo
🙂
brykamy?
niedziela to tez dzien jak kazdy inny
brykam 🙂 🙂
Nisiu, filmowalas te kolejke i to przykladanie? bylo w naszej
szczecinskiej? super historia to przykladanie, w kosciele (dobrze
pamietam?) w komunistycznym kraju 😀 😀
krolik obawia sie listy fomy , ja to dopiero mam podstawy do obawy, brykam, fikam, dopisuje, linkuje, panosze sie 😳 pora na zmiany 😯
Bry!
Knął już Rysiu. I jeszcze ma noworoczne postanowienia. Ciekawe co by psychologia o tym mówiła, a przynajmniej psycholodzy….A czemu nie socjologia?
Przy okazji: żaden to ja polonista 😆 Bardzo lubię z błędami mówić — dwa 😆
Bobiku, a może chrzan z wasabi? Bo widziałem. A czekolady nie. I ubolewam nad tym.
Dzień dobry,
chodzi Ci Nisiu, że Maestro jest zbyt mało maestoso?
Ale ma w sobie taką diaboliczność.
Co do furtek – Requiem Verdiego było dla mnie taką.
http://www.youtube.com/watch?v=jS2U5w303X8
A teraz do pracy – dobrodziejstwa internetu – w weekend szefowa lubi sobie wpstryknąć do skrzynki e-mail jakieś swoje remanenty myślowe.
Recenzja czekolady z wasabi
http://www.facetikuchnia.com.pl/index.php/lindt-excellence-gorzka-z-wasabi/
A w liście z boku (Kategorie) jest link do recenzji 100 najlepszych czekolad świata – najlepsza ponoć estońska Tallin.
A tu jeszcze wspaniały głos
http://www.youtube.com/watch?v=yhA_TTKetyM&NR=1&feature=endscreen
To z klikania według linka Bobika u Pani Kierowniczki. 🙂
Dzień dobry,
Gergiev jest chałturnik i to mnie w nim najbardziej wkurza 👿 Choć ma przebłyski i sama to nieraz widziałam.
Bobiczku, co do nocy chłodniejszej niże barcelońska, to było akurat odwrotnie. Bo w barcelońskiej kwaterze było zimno i ogrzewaliśmy się elektrycznymi dmuchawami, które jednakowóż się na noc wyłączało. Spanie miałam też bardzo niewygodne, więc już marzyłam o moim cieplutkim łóżeczku z nowym wypasionym materacem. Ale coś za coś, czyli za parę drobnych niewygód mieszkanie za psi grosz w jednym z najpiękniejszych miast świata. Kilka dni można znieść 😉
Co zaś do demonstracji, to akurat nader aktualny tutaj temat. Czemu służą demonstracje pisowskie, różne miesiączki czy marsze tzw. niepodległości, to akurat gołym okiem widać. Jeżeli wyznawcy religii smoleńscy piszą na transparentach „żądamy prawdy” (jakiej prawdy ❓ ), jeśli autorytetem jest dla nich pacjęt w Sejmie, jeśli nadają sobie sztafaż „niepokornych” itp. – to czemu innemu te demonstracje mogą demonstrantom służyć, jak nie podniesieniu samooceny?
Wyznawcy religii smoleńskiej oczywiście miało być.
Rysiu, nie strasz!
Dzień dobry 🙂
Trochę wczoraj zazdrościłem Irkowi mnogości podżerającego ptactwa, ale dziś przestałem. Obserwując, z jaką piekielną zręcznością Pręgowana przemieszcza się po drzewach, krzakach i słupach pergoli, doszedłem do smutnego wniosku, że żadnego karmnika nie dałoby się już przed nią uchronić.
Drogie Ptaki, dla własnego dobra zmiatajcie w dalsze sąsiedztwo. 😉
Oświadczam, że autor wasabistycznej recenzji ma wprawdzie prawo do swoich gustów i swojego zdania, ale tak w ogóle nadęty ważniak jest, niewrażliwe kubki smakowe ma i ni dudu się nie zna. 😈
Ale przynajmniej Tadeusz może zobaczyć czekoladę z wasabi, jak kliknie na tę linkę z recenzją, bo tam jest jej fotka. Choć ja osobiście wolę wpakować do paszczy niż zobaczyć. 😉
Ale Lindta to i w Breslał miewają 😆 Trochę podejrzana ta lista 100 najlepszych czekolad… znaczy się, WSZYSTKIE na świecie próbował>
Może nie próbował, ale spróbuje, o!
Jak ktoś kupuje patelnię za 360 zł, chwali się tym przez internet i mimochodem wspomina, że jest też wersja dla biednych (320, drewniany uchwyt), to poznawanie innych jego opinii na dowolny temat wydaje mi się mało ekscytujące. 🙄
Nie bardzo chce mi się wracać do dyskusji o psychologii, bo chyba dla większości jej napęd już wczoraj zaczął się wyczerpywać, a poza tym kto czytał, może sam wyciągnąć wnioski. Ale jeszcze jedno pytanie muszę zadać. Jak byś się poczuła, Helenko, gdybym jako „podsumowanie” dyskusji napisał coś np. takiego – ale jeśli ktoś, mimo wszystkich podanych argumentów (bynajmniej nie jednego), nadal nie chce dostrzec, o co właściwie w tej całej psychologii biega, to moja odpowiedź brzmi: na drzewo!”? 😯
Nie, oczywiście, ja czegoś takiego na serio nie napiszę, bo byłoby to przykre dla wszystkich rozmówców, którzy akurat ze stroną przeciwną psychologii (czy też pewnym jej aspektom) się identyfikują. Prawdopodobnie kierowałbym się przy tym nienapisaniu motywami niezbyt szlachetnymi, tylko skrajnie egoistycznymi – nie robiłbym innym tego, co mnie niemiłe, żeby i mnie nie zrobiono. Ale tak czy owak efektem byłoby okiełznanie mojego polemicznego temperamentu i powstrzymanie się przed zbyt ostrymi sformułowaniami, które choćby rykoszetem mogą współdyskutantom zrobić dziurę w żołądku. I byłbym bardzo zadowolony, że się powstrzymałem. Albowiem natura naturą, motywy motywami, a – jak powiada nie psychologia, tylko jedna z Wielkich Ksiąg Ludzkości – po owocach ich poznacie je. 😉
Heleno, czynisz psychologii zarzut za to samo, za co chwalisz nauki medyczne. Dla nich człowiek jest organizmem o określonej budowie, fizjologii i behawiorze. Dla psychologii również. Gdy biolog bada behawior termitów, to Ci się podoba. Gdy psycholog robi to samo w odniesieniu do ludzi, krzyczysz, że humbug.
Badania nad wpływem społecznym, zaczęły się na dobre po wojnie, kiedy właściwie nie było człowieka, który nie zadawałby sobie pytania, jak to możliwe, by miliony ludzi uwierzyło w obłąkańczą, zbrodniczą ideologię, by tysiące były gotowe w jej imieniu zabijać nie tylko bez wyrzutów sumienia, ale w głębokim przekonaniu o słuszności tego, co robią. Pytania zaczęła zadawać literatura, dostarczyła również bardzo rzetelnego, anatomicznego wręcz opisu aparatu zbrodni. Ale literatura nie jest w stanie pójść dalej, bo choć pisarze en masse mogą mieć wyższe IQ od IQ psychologów (również en masse, of course), to jednak nie dysponują wspólnym zestawem narzędzi badawczych. Psychologom społecznym nie można wiele zarzucić, jeśli chodzi o metodologię badań. Zwłaszcza, jeśli łączą metody laboratoryjne z badaniami na grupach. Do kilku ciekawych wniosków doszli i potrafili teorii tych dowieść. Teorii o związku samooceny z publiczną deklaracją wartości również. Jak i tej, która mówi o niejednowymiarowym aspekcie wdzięczności. Ta ostatnia akurat nie próbuje zniechęcać do altruizmu, a raczej wyjaśnia, skąd się altruizm bierze i jak jest odbierany, przy uwzględnieniu pewnych warunków.
W całości nie odbiega to od badania zachowań społecznych mrówek. Skąd więc ten opór?
Właściwie to ja znam te numer, Kierowniczko. 🙂 Nigdzie tak nie marzłem jak w Paryżu, choć kudy tam galijskim zimom do naszych. Ale ogrzewanie marne, okna pojedyncze i kołderki takie raczej pseudo. Brrrr 🙄
Przepraszam, Bobiku. Łajznęło się i dopiero teraz widzę, że chcesz zamknąć tę dyskusję. Z mojej strony to wszystko.
Bobiku
(nie na temat)
Mam skromne pytanie. Czy komentowałaś dziś u mnie?
Z kliku adresów nadeszła korespondencja podpisana „Bobik” zawiesiłem ją, ale jeżeli to ty, to przywrócę.
Nie, ja nawet nie tyle chciałem zamknąć dyskusję, co sam już nie bardzo miałem energię, żeby ją prowadzić. 😉 Bo po pierwsze jednak nie opuszczało mnie wrażenie mijania się, a po drugie, chcąc rozmawiać dalej, musiałbym szukać przedwczorajszych postów, żeby pokazać Helenie, że nieściśle pamięta i cytuje wypowiedzi oponentów (nikt np. nie pisał o negatywnych skutkach odczuwania wdzięczności, tylko o tym, że wdzięczność wcale nie jest oczywistą i „rutynową” reakcją na dobre uczynki), co na wnioski niekoniecznie dobrze wpływa. 😉 Poza tym teraz i tak się z wszelkich dyskusji wycofam, bo zaświtała mi perspektywa spaceru. 😀
Ale tak na szybkiego jak najbardziej zgodzę się z tym, że próby „beznamiętnego” wnikania w ludzką naturę mają sens, nawet jeśli wychodzą przy tym rzeczy niezbyt dla ludzkości przyjemne. A opór (tu już nie Heleny, a ogólny) przed „włażeniem w duszę”, albo przed traktowaniem jej jak każdego innego obiektu badań, wydaje mi się nieco analogiczny do dawniejszych oporów przed sekcją ciała. Jest to zarówno naruszenie pewnego tabu, jak i wyobrażeń czy przekonań na własny temat. To zawsze potrzebuje czasu, żeby w końcu przeszło. 😉
Trochę mnie wystraszyłeś, Romskeyu. 🙁 Nie komentowałem i nie posyłałem żadnych maili.
Obawiam się, że to dalszy ciąg akcji hackerskiej, która dotknęła blog już kilka dni temu. Prawdopodobnie jakiś… no, pohamuję grube słowo, włamał się do skrzynki adresowej kogoś z blogu.
Jeżeli masz jakieś aktualne, rzekomo moje komentarze, to wykasuj, proszę, bo ja nie mam z nimi nic wspólnego.
Dzięki wielkie
(jest czysto)
Pozdrawiam:)
To ja dziękuję. I pozdrawiam jak również. 🙂
Przyłączę się do Agi i stanowczo zaprotestuję przeciwko straszeniu Rysia.
Noworoczne postanowienie powinno brzmieć:
Więcej Rysia!
Jeszcze więcej Rysia!
Najwyższa pora na więcej Rysia!
Wcale nie żartuję.
Mam nadzieję, że nikt z Was nie spędza dziś czasu przed komputerem. 😎 Biskupi mówią, że to jest zaprzeczenie świętowania i w ogóle nie od tego jest niedziela. 👿
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13120344,Biskupi__Chrzescijanska_rodzina_nie_powinna_spedzac.html
Przepraszam za „Na drzewo!”. Na moje usprawiedliwienie moge jedynie dodac, ze bylam juz zanadto wkurzona technika polemiczna w obronie „naukowosci psychologii” polegajaca na przypominanie mi ze swiat jest skomplikowany i niejednoznaczny , a ja do tego skomplikowanego swiata podchodze z siekiera, bo najwyrazniej nie stac mnie na finezyjne myslenie o swiecie.
Faktycznie nie stac, kiedy owych badan uzywa sie jak siekiery. Ale tez faktycznie nie powinnam byla uzyc grubego slowa.
Nie, nie mysle, ze dusze mozna badac jak fizjologie. Czy jak zachowanie termitow, ktore nie maja duszy, literatury, teologii, filozofii i zachowuja sie tak, jak im fizjologia dyktuje. . Dusze sa znacznie bardziej skomplikowane i finzyjne niz termity.
Ja tez zamykam dyskusje, ale nie dlatego, ze nie chce rozmawiac , tylko dlatego, ze musze niestety leciec do Richmond, gdzie cos zostalo dostarczone i zdeponowane u Bogu ducha winnych sasiadow pod numerem 12. A przedtem musze sie wykapac i umalowac. Gdybym byla termitem nie zalezaloby mi na tym by ladnie wygladac przy odbieraniu dostawy. Ladne wygladanie z pewnoscia podnosi moja samoocene, zwlaszcza gdy udaje sie do milionerskiego domu i nie chce wygladac jak czyjas Pani Dochodzaca. .
Oj, Bobiku, biskupi sa czesto zrodlem niezamierzonego humoru, ale nie wiem, czy zauwazyles slowko „nadmiernie” (duzo czasu)? Wiec jest i escape clause, jak sie dokladniej przyjrzec… 😆 No i nic nie ma o smartfonach i tabletach. 😉
A juz powazniej, to niestety poziom komunikatow bislupich jest wyjatkowo slabiutki, co tak naprawde nie powinno cieszyc nawet tych, ktorzy z biskupami nie maja nic wspolnego, bo to jednak wplywa na ogolny poziom debaty publicznej.
Wlasnie odkopalismy sie spod stopy sniegu (ok. 30cm, ale „stopa” brzmi dramatyczniej). 😉 Uff. 😀
A tu jeszcze ladnie o debacie polskiej, i jej przesuwaniu sie na radykalne prawo, Jaroslaw Makowski (na podstawie Lakoffa, neurokognitywisty i psychologa, ktorego tu od poczatku blogu wspominam, wiec ciesze sie, zw wiecej osob o nim sie po polsku dowiaduje).
http://makowski.blog.polityka.pl/2012/12/28/leming-najwiekszy-sukces-prawicy/
Fathom* zawsze mi się podobał, ale odkopywać się spod niego to chyba nieszczególnie. 🙂
* pół tuzina stóp, proste, nie?
U Pani Kierowniczki wystąpił dziś przyczynek do dyskusji o psychologii i powiem wam, że nauka to może i nie jest, ale prawidła działają, i to jak! 😆
Hyhy. Siedzę przy komputerze, byłam dziś w hipermarkecie, żeby zakupić cavę na sylwestra, pracowałam wykonując pyszną egzotyczną zupkę z batatów. Ale cóż, nie jestem chrześcijanką, więc sumienie mnie nie gryzie 😉
O, a tu Wódz tymczasem zdał sprawę z Dywanika 🙂
Ja, powiem szczerze, traktuję tego typu rozmowy (klakier wcześniej suponował mi, że chyba je lubię) jako ćwiczenie na własną tolerancję 😉
Przeprosiny wdzięcznym sercem przyjęte, Heleno i nawet już nie będę pisał, co mnie wkurzało. 😆
Makowskiego miałem wczoraj zlinkować, bo podczas jego czytania zaraz pomyślałem o Monice, ale jakoś zbałaganiłem i nie zlinkowałem, a teraz nie mam już jak udowodnić, że naprawdę myślałem o Monice, a nie o słoniu. 😳 😉
Jarek Makowski, mój dawny kolega, dawno nie napisał czegoś tak sensownego. Tak, tamta strona zawłaszczyła język, od tego się zaczęło.
Ktoś tam w komentarzach żałuje, że prof. Głowiński nie napisał nic o dzisiejszej nowomowie. Też żałuję, ale prawdą jest, że raz to zrobił za tzw. III RP.
No to mogę zdać sprawę, jak mnie na Dywaniku zadziałały prawidła psychologii. 😎 Strasznie mnie korciło, żeby posłać pod adresem wielbiciela Franco jakieś ironiczne warknięcie, choćby maciupkie, ale z komentarza Kierowniczki wyraźnie wynikało, że wolałaby wszelkich mordobić uniknąć, więc po długiej, szlachetnej walce z sobą samym, w końcu nie dowarknąłem. Kiedy zobaczyłem, że jednak Dywan poszedł w psychologię 😛 , znowu się zastanawiałem, czy warczeć swoje, ale okazało się, że teraz to ja nie mam ochoty na żadne mordobicia i apiać nie powarczałem. Znaczy, podstawowe prawidło jest takie, że cokolwiek by się nie działo, Bobik zawsze stratny. 😈
Mam to do siebie, że chcę zrozumieć jakieś egzotyczne zjawisko, wiedzieć, skąd się ono wzięło, dlaczego ktoś myśli tak zupełnie inaczej ode mnie. Jeżeli ktoś jest wielbicielem Franco, co dla mnie jest zupełnie niepojęte, chcę wiedzieć, czemu nim został. No, ciekawość po prostu 🙂
Bobiczku, co się tam w tej Kolonii dzieje? 😯
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13121380,_Die_Welt___Awantura_o_polski_konsulat_w_Kolonii_.html?lokale=warszawa
Panią Kozłowską poniekąd znam, więc tym bardziej mnie to ciekawi.
MSZ faktycznie chce oszczędzać, już panie z Brukseli mi wspominały, że Sikorski chce się pozbyć eleganckich tamtejszych kamienic należących do ambasady (w jednej z nich miałam przyjemność mieszkać).
Kryzys, Kierowniczko 🙁 Ciekawe, co jest rozwiązaniem na dłuższą metę bardziej opłacalnym – dobrowolne ograniczanie się w ekspansji, czy raczej strategia kościoła katolickiego, czyli gromadzenie nieruchomości i gruntów. Historia pokazuje, że raczej to drugie, ale czy przyszłość pokaże to samo, to się okaże.
Bobik 16:43.
Wyreczylem Cie na Dywaniku.
A teraz naprawde musimy ze Stara leciec. Pomalowala mi pazury na niebiesko.
To jeszcze zależy, jakie nieruchomości się zgromadzi. 🙂
A z drugiej strony historia już nam pokazał, że co min. Sikorski wymyśli, to jak łysy o parapet.
A skąd ja mam wiedzieć, Pani Kierowniczko, o co drą koty dyplomaci? To nie moje sfery. 😆
Nie wiem, czy jest tam jeszcze jakieś drugie dno poza oszczędnościami. Do takiej wiedzy trzeba mieć wtyki. 😉 A sam jestem po stronie tych, którzy uważają, że strata wizerunkowa rzeczywiście może być duża, oszczędność natomiast taka sobie. Biurowce w centrum Kolonii są -ewsko drogie, a taki konsulat potrzebuje przecież przyzwoitego metrażu. Jak to policzyć nie w miesiącach kadencji Sikorskiego, tylko w dziesiątkach kolejnych lat użytkowania, może się okazać, że zamienił stryjek. 🙄
Rozumieć ja też lubię, ale są czasem takie chwile, że gardło jakoś samo rwie mi się do warczenia i gdyby nie moja pieska szlachetność, pewnie by wygrało. 😎
Może trzeba by ministra Sikorskiego potraktować jako genarator złych pomysłów, których realizować nie warto. czasem mogłoby to uprościć procesy decyzyjne. Może nawet udałoby się opracować i skomercjalizować komputerowy model myślenia ministra Sikorskiego. Stojąc przed trudną decyzją wrzucałoby się do programu „Co by zrobił Radek” dane, program generowałby różne rozwiązania i wiadomo by było, czego nie robić. A to już coś 🙄
Polska od czasu PRL ma konsulaty z przyleglosciami o niebo drozsze i elegantsze niz taka jakas Japonia, nie dbajaca o wizerunek i gniezdzaca sie nieraz w dwoch duzych pokojach w wiezowcu na czterdzestym siodmym pietrze (taki pamietam dziadowski konsulat Japonii w Nowym Jorku. Moze od tego czasu kupili sobie palac co najmniej taki, jakim rozpoprzadzal wowczas konsulat PRL i ktory nadal pelni te funkcje, jesli dobrze rozumiem)
Ad Dora 30 grudzień 12, 16:26
No niech mnie kule biją, jeśli w tej supozycji nie pętały się ziarenka prawdy.
A nad określeniem „Gergiev chałturnik” boleję dziś cały dzień. 😀
Ale litości, jeśli ktoś robi z orkiestrą jedną próbę przed koncertem, to kim jest ❓
Miłośnikiem jam sessions? 🙄
😆
A taką ma na oko rozsądną żonę. Ten od grzywki łysego o parapet. 😆
już wiem, ponieważ aspirujemy do miana drugiej Japonii, wyprzedajemy dobra rodowe, żeby wynajmować dwa pokoje na mansardzie. 😀
Jestem za, lubię poddasza.
Moniko,
apogeum popularności Lakoffa w Polsce miało miejsce ponad dziesięć lat temu. Między innymi za sprawą dynamicznie rozwijającej się psychoterapii 😉 I roli metafory w terapii.
Potem na fali wznoszącej znalazła się narracja. O metaforze nie tyle zapomniano, ile wkomponowano ją w narrację.
Narrację wykorzystują, z dużym powodzeniem, zarówno politolodzy jak i handlowcy.
Toteż nie wróżę szczególnego renesansu zainteresowania samym Lakoffem.
Ale wierzę, że za sprawą, między innymi takich ludzi jak profesor Jerzy Vetulani, rola słowa będzie bardziej doceniana. Nawet, a może szczególnie, w kulturze obrazkowej. Jak na razie do słowa zbyt często podchodzi się niepoważnie. A tych, którzy próbują temu zaradzić traktuje się jako napuszonych nudziarzy. Stygmatyzować niewybrednymi eykietami.
Wpis Makowskiego znakomity. Jak większość jego tekstów.
jutro maly przeglad pozycji i pociagiem do Sz. 🙂 🙂
czy wolno w pociagu szampanowac? i to juz w polodnie?
chyba tak, jezeli jest to ostatni dzien roku 😀 😀 😀
mysle sobie
ostatnia polecana ksiazka:
https://www.youtube.com/watch?v=IC0KSZgYeLc
Remigiusz Grzela
„Wolne”
fajnie mowi Pan Grzela o nas, chlopcach 🙂
bywa
600!!!! 🙂 🙂 🙂