Słuszna strona
– Bycie po właściwej stronie jest jednak dość dużą przyjemnością – oznajmił po powrocie ze spaceru Bobik, sadowiąc się w fotelu i z wdziękiem przerzucając ogon przez jego oparcie.
– Nie wiedziałam, że jesteś taki stronniczy – zdziwiła się Labradorka. – Nawet mi się wręcz wydawało, że czasem czerpiesz pewną satysfakcję z prób zrozumienia wszystkich stron.
– Nie wtedy, kiedy zagraża to zdrowiu i życiu! – warknął szczeniak z niezwykłą jak na niego stanowczością. – A tak się właśnie dzieje, kiedy prawie wszyscy oprócz ciebie są po tej niewłaściwej stronie. Każdy krok może wówczas mieć tragiczny skutek.
– Może tym prawie wszystkim się wydaje, że właśnie ich strona jest prawidłowa? – zastanowiła się Labradorka.
– No, właśnie to jest najgorsze! – wykrzyknął Bobik. – Jasne, że im się tak wydaje, ale mnie to w niczym nie ułatwia sprawy. Jak ktoś jest przekonany, że jest po słusznej stronie, a na dodatek większość podziela jego zdanie, to już niczego nie można przetłumaczyć. Żadne argumenty nie docierają. Ozór sobie tylko można zedrzeć, a efekt jest i tak zerowy. I jeszcze ci kółka na czole kręcą.
– Ciężka sprawa – westchnęła Labradorka współczująco. – Ale może nie musiałbyś się tym tak przejmować? Niech sobie ta większość pozostaje przy swoim, a ty przy swoim. Komfortowe to może nie jest, bo wszyscy lubimy, żeby zgadzano się bardziej z nami, niż z innymi, ale wytrzymać się da.
Bobik był bliski rozpaczy. Do Labradorki najwyraźniej w ogóle nie docierało, jak straszne mogą być konsekwencje innostronności.
– Nie rozumiesz, że to się może skończyć tragicznie? – szczeknął rozżalony. – Jeden nieostrożny ruch i bum! Po tobie. Finito. Przechlapane. Kaniec filma.
Sąsiadka spojrzała na niego tak, jakby i ona miała ochotę pokręcić kółko na czole.
– Mój drogi, chyba jednak bierzesz różnice światopoglądowe zbyt poważnie – powiedziała z troską. – Myślałam, że pobyt w Anglii trochę ci tę przypadłość złagodzi, ale raczej wygląda to na zaostrzenie.
– Jakie różnice światopoglądowe? – zdumiał się Bobik. – Ja nie mam do Anglików żadnych pretensji o światopogląd. Tylko jeździć mogliby wreszcie zacząć po właściwej stronie.

Trzeba (…) zwiększyć swobodę twórców do samodzielnego dysponowania własnością intelektualną – mówiła dr Plucińska
Czy to nie zbyt daleko idąca propozycja?
Aj lajk takie dyskusje, jak nawet mam jakieś kompleksy, to zaraz mi przechodzi. 😎
Wielki Wódz z kompleksami? 😯
Napoleon? 😈
No przecież mówię, że przechodzi. A jak nie, to sobie kompensuję i już. 😛
Jakoś dziś od rana było wspominkowo i mnie też na wspominki się zebrało…
Przelondyniłem parę wpisów na Dywaniku i doczytując po powrocie, znalazłem w komentarzach tę oto notatkę o odnalezionym oświęcimskim portrecie Chopina:
http://www.tvp.pl/krakow/aktualnosci/kulturalne/portret-chopina-namalowany-w-auschwitz-odnaleziony/6555357
Na bardzo osobistych strunach mi ta notatka zagrała. W naszym krakowskim mieszkaniu, w jadalni, wiszą dwa małe rysunki, wykonane w Oświęcimiu przez Mieczysława Kościelniaka. Są to ostatnie portrety cioci Igi i cioci Wandy, które wkrótce potem zginęły. Przeżyła obóz dwójka ich rodzeństwa, ciocia Tola i wuj Adam, czyli wspomniany w artykule szef obozowej orkiestry.
Wuj Adam po wojnie już nie bardzo mógł kontynuować karierę pianistyczną (trochę przez długą przerwę, a trochę przez to, że w obozie nieco ręce podniszczył), ale ponieważ również dyrygował i komponował, został dyrektorem Opery Wrocławskiej. Kiedy o nim myślę, zawsze przypomina mi się rodzinna opowieść o Żelaznej Babci i jej miłosiernym sercu.
Otóż wuj przywiózł sobie z muzycznych nauk w Budapeszcie, u Bartóka, żonę Węgierkę, niezwykłej ponoć urody (jeżeli w nader nobliwym krakowskim domu usłyszałem określenie „na jej widok każde męskie serce stawało na baczność w spodniach”, to chyba coś mówi 😉 ), ale o charakterze… no, powiedzmy, dość rozrywkowym. Po aresztowaniu męża-Polaka wcale nie poczuwała się do obowiązku zerwania stosunków z Niemcami, wręcz przeciwnie, wykorzystywała swój węgierski, „sojuszniczy status” do prowadzania się po dancingach z niemieckimi oficerami i w ogóle przez całą wojnę świetnie się bawiła. Zrozumiałe więc chyba, że zaraz po wojnie to małżeństwo się rozpadło. Wuj Adam „uciekł” do Wrocławia, gdzie poznał swoją drugą żonę, śpiewaczkę. Niestety, żonę tylko cywilną, czyli w oczach swojej hiperkatolickiej matki, zwanej dalej Żelazną Babcią, po prostu nałożnicę.
Żelazna Babcia stanowczo odmówiła jakichkolwiek kontaktów ze swoją drugą, cywilną synową i zapowiedziała, że noga tej jawnogrzesznicy nigdy nie postanie w jej domu. I przez ileś lat, mimo wielokrotnych błagań syna, pozostałych dzieci, krewnych i znajomych, konsekwentnie się tego trzymała. Aż kiedyś (możliwe, że wskutek dyskretnej podpuchy kogoś z rodziny), jej własny spowiednik i przewodnik duchowy nawymyślał jej, że to nie po chrześcijańsku, że nawet największemu grzesznikowi trzeba kiedyś wybaczyć, etc. Żelazna Babcia zacukała się trochę i po heroicznej walce ze swym bogobojnym sumieniem dała wreszcie synowi znak, że zgadza się na audiencję i łaskawe podanie ręki „tej pani”. Cała rodzina uderzyła w dzwony wesela, przygotowano spotkanie na szczycie, pewnie nawet zarżnięto jakiegoś barana albo wołu, choć na ten drażliwy temat tradycja rodzinna milczy. W oznaczony dzień Żelazna Babcia udała się do kościoła, żeby przygotować się duchowo na wybaczanie grzesznikom, wyspowiadała się, przyjęła komunię, po czym, tuż po wyjściu ze świątyni, wzięła i padła trupem. 😯
Rodzinna tradycja to istota okropnie wredna. Zamiast Żelaznej Babci współczuć, ona do dziś twierdzi, że Babcia postanowiła wykolegować samego Pana B. i padła tym trupem tylko po to, żeby nakazom ojca duchowego wprawdzie się nie przeciwstawić, ale cywilnej synowej jednak ręki nie podać. 🙄
W tym przypadku chyba sam zamiar powinien być policzony. 🙂
A swoją drogą ciekawe, czy wolała jawnogrzesznicę od nałożnicy?
Adam K. to Twój wuj, Bobiku???? Ale jaja…, em, tego, siurpryza jest to zaiste ogromna (jak się grasejowanie oddaje w piśmie…).
No, w zasadzie biologicznie nie całkiem mój, tylko Pana Administratora. 🙂 Ale ponieważ ja jego rodzinę od dawna uważam za własną (i – mam nadzieję – vice versa), z jej kilkoma członkami przez długi czas razem w tym krakowskim mieszkaniu mieszkałem i do wszystkich wujów oraz ciotek tak właśnie się zwracałem, to czuję się moralnie upoważniony do pisania o wuju Adamie per wuj. 😉
Mogę jeszcze zdradzić, że był wielkim wielbicielem moich omletów. Byle na słodko, a nie z pieczarkami. 😀
W dzisiejszych czasach Zelazna Babcia nie mialaby pewnie problemow ze znalezieniem sobie zgola innego spowiednika, ktoryby zalecil ogien i siarke dla jawnogrzesznicy i utwierdzilby Babcie w poczuciu jej swietego Moralnego Oburzenia.
Dostalem wlasnie zaproszenie z londynskiego Instytutu Spraw Polsko- Zydowskich (chodzi o polskich Zydow raczej niz Zydow i Polakow) na fascynujacy wyklad publiczny, w dodatku bezplatby (co rzadkie) na temat zydowskich gansterow w Polsce. Nie, nie mowimy tu o Tusku czy Kwasniewskim, tylko o gangsterach histrorycznych: Crime and Punishment in the Shtetl (1790-1850).
Bede musial poleciec dzien po przyjezdzie z zaplanowanego pobytu w Rzymie, 23 kwietnia. Zdaje sie jakis fajny prelegent 😈
Jak już o siurpryzach wujowych mówimy, to wspomnę, że kiedyś zmailowaliśmy się z Irkiem na temat innego wuja, Mariana K. (ale nie to samo K.). Z wujem Marianem, profesorem geologii, Irek zetknął się w czasie swoich krakowskich studiów. Podobno ten wuj był jakimś wielkim autorytetem w swojej dziedzinie i jego podręcznik do dziś jest uznawany za kanoniczny, co podaję na odpowiedzialność Irka, bo ja się na geologii guzik znam.
Muszę zresztą po cichutku przyznać, że ja za wujem Marianem, w przeciwieństwie do Adama, niezbyt przepadałem, bo sam siebie okropnie celebrował. 🙄
Cichutko kwilę do rodzin z tradycją, pełnych wujów, ciotek, pociotów i wujen 🙁 , że o dziewierzu, jąrtrewce, zełwie, szurzym i paszenogu nie wspomnę…
No, to jest groza 😯 Okazuje sie, ze produktow fabrycznie pakowanych tez lepiej sie wystrzegac:
http://wyborcza.pl/1,75248,11238986,Przez_lata_sol_drogowa_wykorzystywano_do_produkcji.html
Słyszałam o takich, co żyją światłem, ale nie wiem, czy to światło jest odpowiedniej jakości i nie ma skutków ubocznych 🙄
Poza tym w dostawach światła mogą wystąpić przejściowe braki, na co uskarżał się już Goethe w swych ostatnich słowach. 🙄
Podręcznik ” Geologia dynamiczna” Twojego wuja został wydany po raz pierwszy w 1959 r. i nadal jest wznawiany. Ostatnie wydanie 2010 r. ❗ Zaiste kanon na moją odpowiedzialność 🙂
No tak, to był ze strony wuja rzeczywiście niegłupi pomysł, żeby napisać „Geologię dynamiczną”. Dynamiczne się wznawia z natury. Statyczne pewnie by trwało niewznowione. 🙂
Tak, o Wuju Geologu już była mowa. Jak tak się Krakusa poskrobie, to z tych warstw geologicznych ciekawe rzeczy wychodzą. Okazało się, że dwie krakusowe koleżanki po fachu to też są spokrewnione, a może SpoKrewnione, bardzo nobliwie etc etc.
Ba, każda rodzina ma tradycje! Trza babcie i dziadków pytać!
O Stanisławie Kocie mawiają, że za Historię wychowania mógł kupić kamienicę… ciekawe, czy „Geologia…” też taka intratna….
To oczywiście nie dąs resentymentu, jak to się im powodziło, a zawodzenie, jak nam się nie powodzi!
Przepraszam, ze jeszcze wroce do tego doniesienia o uzywaniu przez liczne wytwornie zywnosci w Polsce soli przemyslowej i do wczorajszych liczni zlinkoanych doniesien o przeterminiwanej zywnosci i myciu kielbasy z plesni w kiblu na zapleczu.
Pierwszy raz zaczalem sie zastanawiac dlaczego nieprzetrzeganie podstawowych zasad bezpieczenstwa zywnosci jest tak nagminne w Polsce, jesli sadzic z prasowych doniesien. Bo kazdy wlasciwie z tych przypadkow opisany np w prasie bryrtyjskiej odbilby sie bardzo szerokim echem w prasie i innych mediach i z pewnoscia (naprawde nie mam watpliwosci), ze sklpey takie badz zaklady przetworcze zostazyby natychmiast zamniete nakazem sluzb sanitarno-epidemiologicznych. A potem bylyby procesy oszustow.
I dochodze do wniosku, ze skoro tak sie raczej nie dzieje, to prawdopodobni kary ustanowione za narazanie zdrowia i zycia Polakow sa kompletnie nieadekwatne i nikt nie ponosi takich konsekwencji, ze te praktyki grozilyby ruina spolki czy wlascociela.
Mnie sie wydaje, ze jest to potworna granda i ze jakas gazeta, organizacja pozarzadowa czy ministerstwo zdrowia powinny podjac wielka kampanie publiczna aby kary zaostrzyc (czego rzadko jestem zwolennikiem) i aby ludzie, ktorzy sie dopuszczaja takich przestepstw, nawet po wyjsciu z wiezienia, nigdy nie mieli prawa zakladac nowej wytworni czy sklepu spozywczego.
Dlaczego ludzie sie godza aby ich handel zatruwal i narazal na powazne choroby i nawet utrate zycia (jak w przypadku zepsutej kielbasy)? DLACZEGO?
Kocie Mordechaju, a nie masz na składzie jakichś prostszych pytań? 🙁 Trochę się boję, że to może być związane z dość powszechną zgodą na kombinowanie i cwaniactwo.
Czytam od wczoraj Tajny dziennik Białoszewskiego. Rzecz ma ponad 900 stron, przeczytałam już prawie 1/3 i nadziwić się sobie nie mogę, że chce mi się to czytać. Ba, kilka godzin temu kazałam sobie książkę odłożyć i już dziś do niej nie sięgać, a ciągle ją mam gdzieś z tyłu głowy – a z przodu myśl natrętną, żeby własny nakaz zignorować. Już czytając Chamowo tak się swojemu czytaniu dziwiłam, a przecież tamten dziennik był dużo krótszy i, wydaje mi się, nieco płynniej napisany. Setki stron pełnych minionej codzienności obcych mi osób, na dodatek poplamionej dość obficie różnymi animozjami i obgadywaniami; opisanej staccato. Czym to się różni od tasiemcowych seriali i artykułów w plotkarskich gazetach? Dlaczego ich nie chcę, a Dziennik tak? Białoszewski nie wykłada, nie moralizuje, nie epatuje, nie błyszczy. Rejestruje – siebie w tym, co wokół; poprzez to, co widzi. Pokazuje, bez zadęcia, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni w swojej jednostkowości, subiektywizmie, zmienności sympatii i nastrojów. Jak, uwikłani w sytuacje, uwarunkowani przez doświadczenia, popychani przez zdarzenia, szukamy bliskości i jak zatrzaskujemy innym drzwi przed nosem. Jest – chyba – w tym wszystkim uczciwy. Dotyka mnie. Wzrusza, nie wpychając w egzaltację. Trochę rozumiem, dlaczego czytam jego dzienniki. A trochę się – jednak i wciąż – dziwię.
Hehe… maksymalizacja penalizacji (o, mam wenę! :roll:) nie prowadzi do niczego dobrego. Jak to Bobik pisze: trzeba wyedukować, by w głowie nie postało komuś, że może świństwa wtykać drugiemu.
Poza tym nie oszukujmy się: ma być tanio, jest tanio. Na czymś trzeba koszty ciąć.
Przypomniał mi się stary dowcip:
rolnik pytany o różnicę między dwoma skrzynkami pomidorów u siebie mówi: a bo te to na sprzedaż, a te dla nas do jedzenia 😆
Ago, czyli czytać? OK, czytam.
No jedno trzeba też powiedzieć: a jak to u Białoszewskiego napisane! … głupie spotkanie baby w windzie to … hehe … poezja.
„Maksymalizacja penalizacji” owszem, prowadzi do pozadanych zachowan. Dlatego nasi tu brytyjscy pijacy zazwyczaj nie wsiadaja po wyjsciu z pubu lub meczu do samochodu i nie prowadza. Wola wziac taksowke niz utracic prawo jazdy i pojsc na co najmniej dwa lata do wiezienia. Bo za male, nawet bardzo male przekroczenie scislych limtow alkholu we krwi grozi zapis w prawie jazdy i spora kara finansowa. Zas za prowadzenie w nietrzezwym widzie idzie sie wprost do wiezienia i nie ma zmiluj, nie ma zawieszenia, musisz odsiedziec .Dlatego liczba wypadkow drogowych tu systematycznie spada, a nie rosnie jak w Polsce.
Jesli chodzi o bezpieczenstwo zywnosci, to kontrole sa bardzo czeste i restauracja w ktorej kuchni znajda inspektorzy mysie odchody jest za pierwzym razem ostrzegana aby w krotkim czasie zrobila z tym porzadek. Za drugim razem jest zamykana. Sklepy sa nieustannie kontrolowane. I zamykane jesli san-epid odkryje nieprawidlowosci.
Tadeuszu, to nie jest dowcip. 🙁
W dawnych, słusznie minionych, czasach gospodarz sprzedający nam po cichu świniaka poczęstował nas obiadem, z którego zapamiętałam tylko ziemniaki. Niebo w gębie, puszyste, mniam.
Za żadne pieniądze nie chciał nam ich sprzedać, bo miał tylko dla rodziny. Inne sil wu ple, tych nie nada.
„nieustannie kontrolować” to się, logicznie, nie da 😆
Błąd: liczba wypadków drogowych w Polsce systematycznie spada. Skąd takie dane, że rośnie? Za wolno, ale jednak. Chętnym dam linka do statystyk i analizy Komendy Głównej Policji (mało nie napisałem MO…).
W ramavh „edukacji” jest wiele programow telwizyjnych (serii) na temat pracy inspektorow san-epidu oraz policjantow z drogowki wylapujacych poptencjalnych naruszycieli bardzo ostrego prawa drogowego dotyczacego spozycia alkoholu. Kierowca nie musi byc pijany, wystarczy, ze wypil dwie puszki piwa (zamiast pol pinty) , aby zostac surowo ukaranym.
Owszem, Tadeuszu, da sie. Wystarczyloby abym zadzwonika do dzelnicowego san-epidu. dowiazanego do Rady Dzielnicowej, i opowiedziala wczorajsza historie, a inspektor bylby w sklepie Pana Mleczki jak strzala w ciagu 24 godzin.
Pamiertam jak dosc histeryczna kolezanka z pracy zadzwonila do san-epidu, ze widziala myszke przebiegajaca przez stolowke naszej Korporacji, a nazajutrz byla tam kontrola. Wiem poniewaz wszyscy dostalismy maila od dyrekcji odpowiedzialnej za „Facilities”, ze kontrola w kuchni przebiegla pomyslnie, ale myszy znaleziono w piwnicy pietro nizej i beda one wyprowadzone z budynku.
Koteczku, w Polsce prawo drogowe także jest bardzo surowe i policjanci też się nie patyczkują. Kierowca z alkoholem ekwiwalentnie mniej niż dwie puszki piwa w sobie popełnia wykroczenie, jeżeli pod działaniem jakiejkolwiek ilości alkoholu spowoduje wypadek, jest automatycznie przestępcą ze wszystkimi skutkami.
Tak więc te różnice w ilości wypadków najwyraźniej stąd, że w Polsce wielu ludzi uważa za normalne, że pojedzie po alkoholu, w UK najwyraźniej nie. Wracamy do edukacji i podstawowego odnoszenia się do prawa.
Koteczku, to dalej nie jest nieustanna kontrola.
Nieustanna kontrola to jest kontrola co pare miesiecy, bez uprzedzenia. Kilka razy w roku, a tak gdzie kogos juz przylapano, to odpowiednio czesciej.
Pomysł mojego znajomego na zdrową żywność:kupić wieś i przywrócić pańszczyznę.Dla ekonoma podwyżka.Dość drastyczne,być może skuteczne.Tylko najpierw trzeba skorumpować Pawlaka i całą wierchuszkę PSL.
Prywata do Agi:Czytasz pocztę?
„skorumpować Pawlaka i wierchuszkę” 😆
Nihil novi sub sole…
sytuacja we Lwowie przed 1939… ze wspomnień Hugona Steinhausa 😯
Za kilkaset złotych można tam było przygotować się do każdego egzaminu, co więcej – można było za kilkaset złotych kupić sobie pracę dyplomową, egzaminacyjną lub doktorską z dowolnej dziedziny. Gdy raz wyszła sprawa na jaw i przyłapano na Politechnice taką pracę, oburzenie profesorów bardzo szybko się uspokoiło, bo ze skrupulatnie prowadzonych notatek „rektora” tajnej „akademii wszechnauk”, wynikało niezbicie, że synowie profesorów Politechniki uzyskiwali tytuły inżynierów dzięki pracom zakupionym w tejże „akademii”.
http://www.atut.ig.pl/?611,wspomnienia-i-zapiski
I ciekawie tam o Żydach.
Prywata zwrotna: odpisałam. 🙂
A czemu musi być pańszczyzna? 🙄 W celu produkowania zdrowej żywności można wrócić do gospodarki autarkicznej. Jak każdy będzie produkował tylko dla siebie, to nie trzeba będzie nawet ekonomskiego bata, bo wytwarzanie chorej żywności w ogóle straci sens. 😎
Tylko na naszą ulubioną nadbudowę czasu nam zabraknie…
Wyprodukowana przeze mnie żywność na pewno będzie chora! Mocno powątpiewam też czy w ogóle powstanie… Na dowód mogę wysłać zdjęcie mej bazylii 😯
Moja też dogorywa.Ona o tej prze tak ma.
Porze!!
Ach, architekci… Tylko by budować chcieli. 🙄
A autarkicznemu producentowi żywności nie nadbudowa potrzebna, tylko podorywka. 😈
To czemu moja bazylia nie dogorywa, tylko się rozwija kieby jaki rozmaryn? Czy my tu w Niemczech mamy inną porę? 😯
Mam pomysł. A może Wy byście te swoje bazylie zaczęli podlewać? 😎
Kiedy przyjechałem do Mordechaja, jego bazylia też słaniała się i wydawała ostatnie tchnienia. Przez tydzień podlewałem ją codziennie i co powiecie? Jak wyjeżdżałem, mordechajowa bazylia wyglądała na najzdrowszą żywność pod słońcem. 😈
Widocznie już w Biedronce ją przytruli na dzień dobry.
Ja nie chcę być autarkicznym producentem,tylko zdrowym konsumentem.
A w Niemczech,to Wy macie nie inną porę,tylko inną epokę.My tu z pół wieku do tyłu…
Tak, Bobiku, ten pomysł z podlewaniem jest mi znany! Nawet czasem praktykowany. A rozmaryn to sobie spokojnie rośnie… ino wolno.
Podlewam ją,cholerę jedną,a jej opada..
Ja jestem zdrowym konsumentem, bo uważam co do pyska idzie 😉
A trująca sól,to pies? Sorry.Jak ją odróżnić?
Pardon,ale mom szychta na drugą zmiane.Zanurzam się!
A ja, niestety, czasem bywam chorym konsumentem. Jak się przeżrę, albo w inny sposób nadużyję. 🙁
Zaraz trująca… pisali, że zbadają, czy szkodzi. To primo. A secundo, nie używam soli. A tertio, wymienione produkty z solą też rzadko. To nie uważam?
No faktycznie pora odbić kartę blogisty…
Dbrnc.
Wiadomo, najlepsze żarcie jest ekologiczne, nie ze sklepu. Gospodyni przecedzi mleko przez całkiem dobre kalesony, co w nich gospodarz nie chodzi (chwilowo, przecież prać dwa razy nikt nie będzie) i dlatego masło jest zdrowe, nie to, co ta chemia z Biedronki.
Bardzo mnie radują takie anegdoty, że to tylko w Polsce możliwe itd. W zamian mógłbym opowiedzieć o angielskiej fabryce słodyczy, co to sama Królowa, ale co będę, może niektórzy właśnie myślą o kolacji. 😎
W Niemczech też się zdarzają afery żywnościowe, nie tak dawno temu np. mięsna – okazało się, że w sprzedaży jest sporo nadpsutego mięsa. Więc możliwe jest wszędzie, nawet tam, gdzie kontrole są ostre i częste. Ale pytanie, czy są to pojedyncze, szybko korygowane wpadki, czy notoryczne i uważane w jakimś sensie za „normalne” olewajstwo przepisów, nie wydaje mi się takie całkiem od rzeczy. 😉
A mleko przecedzone przez kalesony, choć mało apetyczne, istotnie może być mniej szkodliwe od mleka naszpikowanego antybiotykami i konserwantami. Co mnie zresztą akurat ganz egal, bo mleka przestałem używać w bardzo wczesnych latach. Próbowano stosować wobec mnie różne moralne przymusy, ale ostentacyjnie dwa razy zwróciłem i się skończyło. 😈
Dobry wieczór,
bazylia akurat ma to do siebie, że trzeba ją podlewać codziennie. No, chyba że urośnie i łodyżka trochę zdrewnieje, wtedy można czasem co drugi dzień.
Bobiczku, piękna historia o wujach i ciotkach. Czy to było w TYM mieszkaniu na Batorego? 😉
Innego mieszkania na Batorego nie mamy, Pani Kierowniczko. 😆
Tak mi sie cos wydawalo, ze ta bazylia na kuchennym oknie posmutniala po wyjezdzie Psa. Dzis mialem z nia powazna rozmowe i wziela sie w garsc.
Ostatnia afere zywnosciowa w Anglii (jesli pominiemy chorobe wscieklych krow i inne chroby rolnicze zwierzat) jaka pamietam to bylo ze dwadziescia lat temu kiedy owczesna pani minister zdrowia Edwina Currie chlapnela publicznie, ze jej zdaniem co czwarte jajko sprzedawane na brytyjskim rynku moze byc skazone salmonella. Wsazyscy hodowcy wtedy okropnie sie na nia obrazili, bardzo ja atakowali, we wszystkich mediach radzono aby w tej sytuacji nie robic domowego majonezu i nie uzywac surowych jajek, potem przeprowadzono w tej sprawie badania i hodowcom zwrocono honor. Tylko bardzo niewielki procent jaj skazony byl salmonella, a zakazeniu latwo jest zapobiec nie spozywajac jaj surowych.
Z tym medialnym szumem salmonellowym pamietam anegdote opowiadana wtedy przez kolezanke Starej z pracy. Jej szescioletni syn wrocil w towarzystwie rozwiedzionego ojca po paru godzinach nieobecnosci w domu. – Gdzie byliscie? – zapytala Ela. – Bylismy pod ambasada Poludniowej Afryki – odpowiedzial Marcinek. – A co tam robiliscie? – zdziwila sie matka. – Stalismy w tlumie i krzyczelismy: Free Salmonella! Free Salmonella! – odpowiedzial syn.
Nelson Mandela wyszedl z wiezienia pare tygodni pozniej.
Oczywiście, Bobiczku, w moim pytaniu powinien był znaleźć się przecinek przed „na Batorego”. Bo przecież wcześniej nie wspominałeś o adresie. 🙂
Kot Mordechaj 26 luty 12, 20:21
„Zas za prowadzenie w nietrzezwym widzie idzie sie wprost do wiezienia i nie ma zmiluj, nie ma zawieszenia, musisz odsiedziec …”
http://www.sport.pl/sport/1,65025,8794825,Gascoigne_uniknie_wiezienia_za_jazde_po_pijanemu.html
Kiciuś jak zwykle idealizuje swoją GB 😉
Ale trzeba przyznać, że lojalnym kotem Królowej jest: jak ma jeść bażanta, zamyka oczy i powtarza w duchu: to za Anglię….
Strasznie telewizyjny dzień dziś mam. 😳 Ale co ja na to mogę poradzić, że oprócz ciekawego poranka zdarzył się też ciekawy wieczór? Idzie właśnie „To nie jest kraj dla starych ludzi” i nie mogłem tego przepuścić. Oczywiście głównie z tego powodu, że na początku są pokazane okolice Plano i mogłem zobaczyć, w jakim otoczeniu żyje Wanda TX. 🙂
Zeen, Gascoinge wyrok dostal, zmniejszony i z zawieszeniem dokladnie dlatego, ze przebywa na leczeniu alkoholimu.
Czterokrotne przekroczenie limitu to sa trzy duze puszki piwa.
Z Gascoignem przez sciane spedzilem pare lat temu tydzien w wytwornym sanatorium, gdzie klub go schowal, po tym jak uchlal sie wracajac samolotem z Chin i zaczal rozrabiac na pokladzie. Wychodzilismy codziennie do naszego prywatnego ogrodka i czytalismy – ja ksiazke, on gazety, bardzo malo sie do siebie odzywajac.. Dopiero po paru dniach ktos mi powiedzial, ze to Gascoigne, kto to jest i co sie stalo. Wtedy nie chcial sie poddac leczeniu. Teraz jest na odwyku w szpitalu. Sedzia ma „dyskrecje” czy brac to pod uwage czy nie. Widocznie uznal, ze tym razem nalezy dac mu szanse wybrniecia z choroby.
Nie rob mi brzydkich zarzutow.
Kotku, ja takich przykładów mogę więcej, ale to nic nie zmieni, i dobrze. Najważniejsze to dobre samopoczucie, czego życzę wszystkim.
A ciekaw jestem, co stało się z projektem braci Coen, których filmy bardzo lubię, pt „The Yiddish Policemen’s Union” wg powieści Michaela Chabona – laureata nagrody Pulitzera. Ciekawie miał wyglądać :
”
Jest to wielogatunkowa opowieść rozgrywająca się w alternatywnej Ameryce. W świecie tym Izrael nie przetrwał próby czasu, za to pomysł Franklina Roosevelta, by dla uciekających z Europy Żydów wydzielić specjalne miejsce na Alasce, został wprowadzony w życie. Teraz, 60 lat po zakończeniu II Wojny Światowej, owa diaspora żydowska ma zostać rozwiązana, a jej mieszkańcy przesiedleni. Tymczasem lokalny policjant alkoholik musi zająć się sprawą zamordowanego gracza szachowego, który choć uzależniony od heroiny mógł być wyczekiwanym przez Izraelitów mesjaszem. Śledztwo zaprowadzi bohatera w sam środek mistycznego świata konserwatywnych Żydów i zorganizowanej przestępczości rządzonej przez rabbich.
„
Nie mam pojecia.
Dzień dobry,
nie ma Oscara dla Agnieszki Holland. Szkoda 🙁
Dzień dobry. 🙂
A. Holland typowała do Oscara ” Rozstanie”.
Dziś wieczór też telewizyjny. W teatrze „Skarpetki opus 124”. W internecie również można obejrzeć.
Herbata, croissanty, teren 🙂
Dlatego po raz pierwszy zależy mi na telewizorze w pokoju hotelowym 😉
W południe wyjazd.
Tadeusz,
czy wybierasz się do Poznania na kwietniową konferencję poświęconą Havlowi?
Bry! Pozimniało, uch. Szron, biel, skrobanie odchodzi.
Nie, Jotko, niestety nie wybieram się. Nie moja specjalność i to kilkakrotnie. Wybiera się kolega za to, zrobić przy okazji biurokrację. Ja się wybieram w inne krainy, ale zdecydowanie śląskie. Też biurokratycznie.
Na razie muszę z siebie wycisnąć tekst kompletnie nie z mojej specjalizacji, ale czego się dla przyjaciół nie robi. Nawet banialuki pisze. Uch kilkakrotne.
Dzień dobry 🙂
Tadeuszu, co to są te odchodzia, które musisz skrobać? Mam nadzieję, że nie to, co nazwa by sugerowała. 😈
Do braci Coenów mam stosunek niezmiennie pozytywny i po wczorajszym filmie to się nie zmieniło. 🙂 Natomiast do Oscarów i innych takich mam w zasadzie stosunek głęboko obojętny, a do gali oscarowej wręcz typu bueeee. 🙄 Potrafię sobie oczywiście wyobrazić, że dla kogoś, kto tego Oscara dostał, jest to szalona radocha i mogę czasem odczuć przyjemność z tego, że ktoś się cieszy, ale na tym moje zainteresowanie statuetkami chyba się kończy.
Mówię tak ostrożnie „chyba”, bo zawsze może się zdarzyć, że i w związku z Oscarem wypłynie jakiś temat fascynujący, a wtedy bez „chyba” musiałbym zjadać własny ozór. 😉
Szkoda 🙁 Ale rozumiem. Chwile temu byłam w Łodzi, teraz rubieże Wielkopolski, a może serce … za chwilę Warszawa …
To też nie moja specjalność, ale chyba wpadnę tam na trochę … Havel … i praktycznie w domu …
Miłego dnia, udanego tygodnia 🙂
Niestety, Bobiku, rankingomania … trochę wciąga. A chwilami, myślę o uczelni, terroryzuje 👿
Lecę się pakować. Niewiele tego, ale nie lubię 🙁
To i tak Ci dobrze, Jotko, że niewiele. 🙂 U mnie zawsze jakoś wychodzi za wiele, choćbym nie wiem jak święcie sam sobie obiecywał, że tym razem będzie inaczej. 😳 Nigdy w końcu nie umiem oprzeć się błaganiom jednego, drugiego i dziesiątego przydasia, który jęczy i zapewnia, że bez niego na pewno się nie obejdę. 🙄
Ha, niewiele powinno być … 👿
Zwykle starczyłoby dla trzech emigrantów … stąd to dzisiejsze „niewiele” 😉
Choć po poradach Królika obserwuję pewne objawy …., dzięki Króliku 🙂
Na szczęście koleżanka zabiera mnie samochodem, spod domu do hotelu … 😉
Jutro kolacja i koncert muzyki Chopina w pałacu w Antoninie. I tego się trzymam … 🙄
Z drugiej strony to chyba nieźle, że w dobie efektów specjalnych do entej potęgi, Oscara dostaje niemy film czarno-biały?
Oskary to normalna impreza marketingowa, nie ma się kompletnie co przejmować, nie mówiąc o tym (o czym się mało mówi), że jest nakierowana na film amerykański. I ten psudo-blichtr służy do wtryniania gawiedzi jakiejś kolejnej głupoty.
Filmy braci Coen mnie pozostawiają dokładnie obojętnymi. Mają też tendencję do ześlizgiwania się do płaskiej wulgarności (jak ten remake The Lavender Hill mob…, okropny). Ląd dla starych ludzi widziałem, ale takie wrażenie zrobił, że kompletnie nie pamiętam o co chodzi. Ten stylizowany na lata trzydzieste, z ładnie fotografowaną Scarlett Johansson, był nudny strasznie. Etc.
To nie moje odchodzia 😆 A i nie ja skrobię. To białe co ludzie zeskrobują z szyb. Zakładam, że to inne białe niż to na moim dachu, jak wyjadę spod drzewa. Ja sobie spacerkiem idę do prawie pustego garażu, większość ludzi najwyraźniej bardzo lubi skrobania i nie chowa aut.
O, miłe, że i Zasłużonego Artystę honorowali na scenie oskarowej
http://film.interia.pl/galerie/galeria/laureaci-oscarow-2012/zdjecie/duze,1600420,1
To ten z lewej z ogonkiem. Podkulonym…
Ale chyba nikt nie spytał jak mu się podoba. Ma najwyraźniej postawę głęboko stoicką, … do widowni.
Nieeee. Dobrej artystycznej roboty nie nalezy nagradzac, zwlaszcza aktorow… POdejrzane juz same kategoryzowanie tego jako sztuki…Niepowazne. No i te suknie, skonstruowane, wymyslone pzez innych tak zwanych artystow, ktorzy nie sa niczym innym niz krawcami. I ten blichtr, jakie to plytkie. Wrecz dla kucharek, zwlaszcza w Ameryce. Do wtryniania glupoty…
Co innego jakby nasi wygrali… Naszym zawsze sie bardziej nalezy niz innym… Fiuuuu!
To powiedz Koteczku dlaczego Oskary są tak baaaaaardzo nagłaśniane, a nagrody Cannes czy BAFTA są tak półgębkiem wspominane? Na każdym filmie amerykańskim jest napisane choćby już to, że był nominowany do Oskara (w kategorii najlepszego trzymania drążka do mikrofonu choćby), a nagrody w Cannes się pomija??
Polgebkiem? A kto Ci powiedzial czy polgebkiem? I czy to chodzi o to, ktore sa „bardziej naglosniane”?
Nie chcesz, nie ogladaj. Who cares? Robienie z tego cnoty jest podejrzane i przewidywalne do bolu.
Mnie z kolei srednio obchodza mistrzostwa swiata w pilce noznej, festiwale Szymanpowskiego czy Tour de France. Ale rozumiem, ze jest calkiem sporo ludzi, ktorymi nie gardze, ktorzy akurat sie tym podniecaja.
O, widzę, że nareszcie jest się o co pospierać niepolitycznie. 😆
Od razu się zastrzegam, że nie jestem żadnym znawcem filmów braci C., ale to, co dotąd widziałem, zawsze do mnie przemawiało. Na moje odczucie – takie z brzucha, nie z erudycji – wszystkie ważne rzeczy są w tych filmach „pod spodem”. Mam wrażenie, że bracia z góry mrugają do widza okiem i mówią „ta cała fabuła, te wszystkie ładne obrazki, to przecież tylko pretekst, żeby pogadać o absurdzie świata. Bo świat jest absurdalny, w sposób zarazem okrutny i śmieszny, i wszystkie pozory ładu czy racjonalności, które usiłujemy mu nadać, tyle samo są warte, co pierwszy z brzegu sen wariata śniony nieprzytomnie. W obliczu tego dogłębnego absurdu zagadką właściwie jest, dlaczego chce nam się żyć, dlaczego chce nam się tworzyć, kochać, dążyć do czegoś, budować domy czy ład społeczny, ale skoro tak uparcie to robimy, to może warto się temu przyjrzeć”.
Inaczej mówiąc, bracia C. pod dość niedbale, wyraźnie ironicznie traktowanymi pozorami sensu konstruują (świadomie) porażający bezsens, który na dłuższą metę byłby tak nie do wytrzymania, że odruchowo zaczynamy się do niego dystansować i poszukiwać okruchów jakiegoś własnego sensu. Który być może też jest absurdalny, ale bez niego żyć już w ogóle nie byłoby po co. Czyli w sumie wychodzi na coś w rodzaju katharsis. 😉
Trochę mnie tylko dziwi, że akurat Tadeusza bracia C. pozostawiają obojętnym, bo przecież o ludzkiej naturze mają chyba bardzo podobne zdanie jak on. 😈
Mordechaju, niepodniecanie się czy obojętność wobec czegoś to nie to samo, co pogarda. Ja np. Oscarami nie gardzę, tylko nie potrafię się nimi przejąć (tak samo jak większością innych nagród). W przeciwieństwie do samych filmów, którymi przejmować się potrafię, jak akurat na moją miarę są skrojone. 😉
Jeszcze inną rzeczą od rankingu i wyróżnienia tego bądź pominięcia owego jest oscarowa gala. To jest przecież czyste targowisko próżności, na którym niekoniecznie najbardziej liczą się nagrodzone dokonania, tylko strasznie ważne zagadnienia, która pani pokazała większy kawałek pupy. Na takie imprezy psy zazwyczaj mówią buuuueee, co zresztą na zlinkowanym przez Tadeusza zdjęciu było demonstrandum. 😈
To wszystko rozumiem, nie rozumiem tego wyrywania sie do odpowiedzi i deklaracje, ze jestem ponad to.
Targowiskiem proznosci, a nawet jeszcze gorzej mozna tez nazwac igrzyska olimpijskie, ze o pokazach mody nie wspomne.
Jednak na przekor kwasnym winogronom swiat, ktory nas otacza nie jest na wielkie moje szczescie tylko mordowaniem ludnosci w miescie Hom, ani przezywaniem Szekspira, ani kryzysem euro, ani niesmiertelnymi wykwitami ludzkiego ducha. Skladaja sie na nigo takze takie barwne uroczystosci jak zebranie sie pod jednym dachem i celebrowanie ludzi, ktorzy w ciagu lat dawali mi duzo radosci z obcowania z nimi w moim domu i ze mna siestarzeli, z pieknych sukien, jakich nie ogladam na ulicach Londynu czy Nowego Jorku, nieziemsko drogiej i pieknej bizuterii wyczarowanej przez artystow i rzemieslnikow z mineralow naszej planety. Nie czuje ani moralnej wyzszosci ani zakopleksionej nizszosci ogladajac taki swiat. Jest wbrew pozorom takze moim swiatem, choc nigdy nie bede mial takich sukien.
Nie czuje tez najmniejszego rozczarowania, ze nagrody nie dostala Agnieszka Holand. Przecownie, uceszyla mnie nagroda dla iransiego filmu, niepomiernie ucieszyla. A to dlatego, ze od wielu lat bylo mi przykro, ze nigdy zadnej nagroy nie zdobyl najbardziej poruszajacy film jaki w zyciu widzialem, happens to be ze byl to tez najukochanszy film ajatollacha Chomeiniego – Krowa (Gav, the Cow – coz za meandry jezykow indoeuropejskich). Film ten z 1969 r. nigdy nie zdbyl zadnej europejskiej czy amerykanskiej nagrody, bo nigdy na zaden festiwal nie zostal zglosozony, jak i inne filmy perskie obejrzane kiedys gleboka noca w ramamch telewizyjnego festiwalu kinematografii iranskiej). Byly tam jeszcze dwa filmy, ktore pozostawily we mnie gleboki slad, jeden nazywal sie bodaj „Kto zna adres mojego przyjaciela?”, a drugi nakrecony 10 lat pozniej w tej samej gorskiej wiosce, ktora przezyla juz radziecka okupacje, a dzieci, ktore w filmie graly, staly sie doroslymi..
Film Gav opowiada troche prosta i wielce meteforyczna historie milosci wiesniaka do swej krowy, opowiada przyjazni i o zdradzie i o kruchosci naszego rozmu.
Wiec z wzgledu na te niedoceniona w swoim czasie Krowe, ucieszyla mnie nagroda dla perskich filmowcow, bo jest to kinematografia naprawde wielka i byc moze spowoduje zainteresowanie sie innymi ich filmami.
Igrzysk olimpijskich też nie oglądam, więc prawdę mówiąc nawet nie wiem, jak należałoby je nazwać. 😆
I nie bardzo rozumiem, dlaczego krytycyzm, niechęć lub obojętność wobec jakichś eventów może wynikać tylko z poczucia moralnej wyższości bądź zakompleksionej niższości. Skoro jakaś impreza śmiertelnie mnie nudzi i męczyłbym się patrząc na nią dłużej niż 3 minuty, to tak samo mogę o tym powiedzieć jak ktoś, kogo ta impreza zachwyca. A nudzić może mnie z różnych powodów. Bo wolę modę punk od glamour. Bo wolę sobie pograć w remika ze znajomymi. Bo moimi idolem jest Beckham albo Chomsky, a nie Clooney. Bo mam wrażenie, że to zgromadzenie pań i panów nie ma nic wspólnego ze mną. Bo jestem introwertykiem i nie lubię żadnych spędów. Bo, bo, bo…
No a już z wyrywaniem się do odpowiedzi to strzeliłeś, Mordko, w ogólnoblogową stopę, włącznie ze swoim własnym jej kawałkiem. 😆 Cały czas wszyscy się tu nieproszeni wyrywamy z jakimiś własnymi sądami, przekonaniami i opowieściami. Chyba nie uważasz, że należałoby to zmienić na formułę „pani pyta – dzieci odpowiadają”? 😈
Mordko, film GAV jest na Tubie:
http://www.youtube.com/watch?v=x9gthjarCho
wszystkie części, choć marnej jakości.
Bracia Coen sa jednymi z moich ulubionych braci, juz chocby tylko za Big Lebowski.
Czas zweryfikuje dzisiejsze wybory w sztuce filmowej. Citizen Kane kiedys nie wygral w swojej kategorii! Wszyscy wiemy, ze te wszystkie nagrody to wynik zakulisowych zmagan marketingowych, mody oraz gustow glosujacych. Film to rozrywka masowa i malo ktory da sie obejrzec dwa razy. Dzisiejsze filmy sa bardzo zrobione sprawnie warsztatowo. Mnie rzadko ktory sie nie podoba.
Osobiscie b. sie ciesze z wygranej Artysty, bo mi sie nadzwyczj podobal. Oscarow nie ogladam, bo sa za dlugie. Ale lubie na drugi dzien rano ogladac zdjecia aktorow i czytac niektore recenzje.
Juz w domu po podrozach. Ach jak dobrze jest wyjezdzac, a potem przyjezdzac. Ale skonczyly sie wakacje. Do pracy wychodze za pol godziny i niech to dunder.
Bo jest tak, z jak cos mnie nudzi, nuzy lub wywoluje male zainteresowanie, to raczej nie skladam deklaracji zanim ktos powiedzial, ze jego to bardzo iteresuje. A nawet wtedy raczej trzymam swoje poglady dla siebie.
Czy slyszales kiedklwiek Bobiku, aby deklarowal swoj stosunek do Chomsky’ego, zeby mowil, ze uwazam go za apologete stalinizmu i pozytecznego idiote? Nie, nie mowilem, bo wiem, ze nie wszyscy na tym blogu interesowali sie wypowiedziami Chomskyego w czasach kiedy inni ludzie szli do wiezienia za drukowanie niepozadanych ksiazek. Nie widzialem powodu aby o tym pzypomibac tym, ktorzy Chomsky’ego uwazaja za , jak to nazwales „idola”. Gdybym nie wiedzial, ze wiele wypowiedzi Chomskyego nie z dziedziny lingwistyki, ale otaczajacego mnie swiata moga mnie mierzic, ale dla innych nie sa wazne lub znane, to moze bym dal upust i powiedzial co o Chomskym naprawde mysle.
Ale jesli ktos zaraz po otwarciu slepiow deklaruje jak bardzo malo go obchodza uroczystosci oskarowe, to mysle, ze chodzi tu jednak o cos wiecej niz tylko brak zainteresowania.
I jeszcze kiedy uzywa wyswiechtanych, gotowych na podoredziu formulek nie wymagajacych samodzielnego myslenia, a jedynie knee-jerk reactions, majacych swiadczyc, nie tylko o desinteresment, ale takze o stosunku do wsystich, ktorzy gleboka noca z zapartym tchem sledza transmisje (ja akurat zapsalem, ale troche czekalem), to nie jest to juz zwykla blogowa rozmowa, tylko wyraz jakichs zmagan z wlasna samoocena.
Sorry za bezposredniosc wykladu, ale znasz mnie dostatecznie dlugo, aby wiedziec, ze nie odpuszcze tak zaraz. Dopiero jak mnie znudzi.
Kocie M. trudno nie zrozumiec o co ci chodzi, bo wyraziles to bardzo jasno. Ja tak samo jak ty mam z tym Chomskim! Zaciskam zeby za kazdym razem! Co za ulga, ze jest nas chciaz dwoje na tym swiecie!
mtSiodemeczko, pare razy probowalem obejrzec Krowe jeszcze raz – na Tubie. Ale za kazdym razem przekonywalem sie, ze jakosc kopii jest tak marna, ze nawet napisow nie da sie czytac bez bolu glowy. Wiec odpuszczalem po paru minutatch, w chwili kiedy glowny bohater prowadzi krowke do wodopoju, zbierajac po drodze i dajac jej do pyska kazda garsc napotkanej po drodze wysuszonej trawy.
Boze, jakiz to przejmujacy film. Chcialbym zobaczyc to jeszcze raz.
Kroliku, witam w domowych pieleszach.
Nie tylko Obawatel Kane nie dostal oskara, wiele innych wartociowych filmow tez. Wszystkie one sa wyliczane co roku przez dziennikarzy. Ale to tak jak z literackim noblem ( a jeszcze bardziej pokojowym). Czasami musi uplynac troche czasu zanim zorientujemy sie, ze cos nie bylo lub bylo warte nagrody wspolczesnych.
Koteczku, swoje desinteressement oskarowe zadeklarował Bobik, ja go poparłem, 😆 a mam wrażenie, że otworzyłeś ogień ze wszystkich dział pokładowych w moją stronę 🙄
Możesz sobie używać ile chcesz na Chomskym, akurat mnie on grzeje czy ziębi, z przewagą ziębienia, ale jak uważam, że ma rację, to tak napiszę. Chociaż rzadko mu się to zdarza.
Jak już bezpośrednio rzeczy nazywać po imieniu, to mało kto tu tak wyraziście daje poznać co lubi i co go mierzi jak Ty i mało kto daje temu wyraz w tak dobitnych wyrazach, że wielu z nas się czuje urażonych, bo stawiają Twe słowa Ciebie na pozycji arbitra mądrości i wiedzy wszelakiej, z postępem idącego ramię w ramię, a tego kogoś zaliczają do przygłupów, konserwy i wszelakich mierzawców.
Jak to nazwać, moralność Kalego?
To bezpośredniość bezpośredniością, ale kochamy się nadal, nie??
Mordko, po pierwsze primo jeszcze raz powtórzę, że zarzut „wyrywania się do odpowiedzi” akurat na blogu, gdzie wręcz podstawą rozmowy jest stałe wyrywanie się wszystkich, brzmi – no, sorry, ale dosyć absurdalnie. Gdyby ktoś powiedział „lubię kiełbasę krakowską”, drugi na to „nie cierpię kiełbasy krakowskiej”, a trzeci „e, moim zdaniem przereklamowana ta kiełbasa” to też by było wyrywanie się? 😆
Po drugie primo przypomnę, jak była – w streszczeniu – sekwencja wypowiedzi: szkoda, że Holland nie dostała Oscara (Jotka) – mnie te Oscary po prawdzie ani ziębią, ani grzeją (ja) – no bo to jest impreza marketingowa i nie ma co przywiązywać do niej szczególnej wagi (Tadeusz). Czyli deklaracje o braku zainteresowania imprezą nie były „zaraz po otwarciu ślepiów”, tylko w reakcji na post wyrażający zainteresowanie. „Lubię kiełbasę – nie lubię kiełbasy”.
Trzecie primo – nie przypominam sobie akurat Twojego zdania na temat Chomsky’ego (którego zresztą, tak samo jak Beckhama, rzuciłem tylko jako przykład, że niekoniecznie aktorzy muszą być obiektem zainteresowania lub uwielbienia), ale przypominam sobie mnóstwo Twoich krytycznych zdań na mnóstwo innych tematów – również takich, które innym osobom mogły sprawić, lub wręcz sprawiły przykrość. I były to często opinie wyrażone znacznie ostrzejszym tonem niż moja czy Tadeusza na temat Oscarów. Nie wpadłoby mi jednak do głowy doszukiwać się, jakich to kompleksów czy kłopotów z samooceną wyrazem były te opinie. Po prostu przyjmuję do wiadomości, że nie wszyscy muszą lubić tę samą kiełbasę – bez żadnych podtekstów.
A że nie każda wyrażona tu opinia ma uzasadnienie na poziomie racy doktorskiej? No, nie każda, a nawet mało która 😉 , ale co z tego? Nie ma ani takiego wymagania, ani takiej potrzeby, żebyśmy każdą wypowiedź obudowywali głębokimi i długaśnymi uzasadnieniami. To nie jest sympozjum naukowe, tylko rozmowa towarzyska, w której rzuca się obok rzeczy przemyślanych również błahostki i banały, „dla poddierżki rozgowora”.
I wreszcie – nie można niepochlebnych czy obojętnych opinii na temat czegoś utożsamiać z wyrazem pogardy dla kogoś (kto akurat to coś lubi czy ceni). Bo w ten sposób w ogóle odebralibyśmy sobie możliwość krytycznego wyrażenia się o czymkolwiek (zawsze może się okazać, że ktoś ceni to coś). Stąd już blisko do obrazy uczuć religijnych zdaniem w rodzaju „a mnie religia do niczego nie jest potrzebna”.
Wolno kochać gale, festiwale, czy pokazy mody, wolno ich nie znosić. Ani ich kochanie nie jest wyrazem pogardy dla zgniłej inteligencji, ani nieznoszenie wyrazem pogardy dla maluczkich. I nikt nie powinien czuć się zmuszony do twierdzenia, że go zachwyca, skoro nie zachwyca. Ani na odwrót.
Oczywiście, można przyjąć i taką opcję, że się nic nie mówi. Że się rozmawia starannie unikając wyrażania swoich upodobań. Tylko czy to jeszcze byłaby normalna rozmowa? 😉
„Racę doktorską” uznałem za literówkę tak ładną, że nie poprawię sobie, chociaż bym mógł. 😎
O, jakie trudne słowa w dużym nagromadzeniu…
Spędziwszy ostatnie kilka dni w nastroju sangwiniczno-anakreontycznym, realizując twórczo hasło Kongregacji WRAK „Tszymaj się nas, a bendziesz miau POTONT” oraz drugie – „Gdzie my – tam pięknie”; śpiewając podejrzane pieśni i co raz to rzucając się na szyję podejrzanym osobnikom – nie czuję się w sile zrozumieć, o czym piszecie w sprawie tego faceta na Ch.
Niemniej witam serdecznie z rubieży północno zachodniej.
Home, sweet home!
Facet na Ch. był tu właściwie zupełnie na marginesie sprawy (równie dobrze mogłem dać jako przykład Hawkinga czy Dawkinsa) i nie bardzo rozumiem, czemu nagle zajął tyle miejsca. 😉 Właściwym bohaterem był facet na O., którego niektórzy uznali za antybohatera albo niebohatera. Już wsio jasno? 😆
A właściwie ja teraz nie miałem zamiaru o tym, tylko chciałem powitać wszystkich powróconych w pielesze. 😀
Wyobrażam sobie, jak się domowa zwierzyna ucieszyła z powrotów i serce mi roście. 😆
Mysle, ze zadelarowanie: Oskary to normalna impreza marketingowa, nie ma się kompletnie co przejmować, nie mówiąc o tym (o czym się mało mówi), że jest nakierowana na film amerykański. I ten psudo-blichtr służy do wtryniania gawiedzi jakiejś kolejnej głupoty.
Postawiony na pozycji gawiedzi, ktorej sie wtrynia jakas kolejna glupote, to mam jednak wrazenie, ze chodzi o pogarde.
Bralem pogarde wiele razy w obrone. Nie mam nc przeciwko okazywaniu pogardy tam gdzie pogarda jest na miejscu, a wrecz zezwala na odzyskanie psychicznej higieny.
Jednak trakrtowanie nas wszystkich, widzow radosnie zasiadajacych pzed telewizorem aby polknac „kolejna glupote” uwazam za… no jakby to powiedziec… troche niskie loty. Nie przeszkadza mi to z ust, nooo… jakiegos przygodnego blogera, razi w ustatch akademickiego nauczyciela, ktoremu stwiam wyzsze wymagania, gdyz sam nie jestem nauczycuelem akademickim.
Takze takie slowa wytrychy jak „pseudo-blichtr”. To co jest „blichtrem wlasciwym?? I co jest w tym nagannego? Nie ma miejsca na blichtr w naszym zyciu? To pozbadzmy sie wszystkich tych utrzymywanych za ciezkie pieniadze podatnikow muzeow, eksponatow, ktorych jedynym raison d’etre jest oczarowanie oka i pokazanie kunsztu prawdziwych rzemieslnikow czy artystow. Czy znajdujace sie w Victoria i Albert Museum suknie Balenciagi, blyskotki Tiffany’ego czy bizuteria robiona na zamowienie bardzo bogatych ludzi jest blichrem czy pseudo-blichtrem? I kto decyduje? I jakie to ma znaczenie ?
Niejednokrotnie, co Bobik podkresla, udowodnilem tu, ze nie jestem przeciwko ostrym sporom i kontrowersyjnym wypowiedziom, jesli nie obrazaja one zadnych wybranych grup. Jak ladnie pisal Bobik w swoje Dyktaturze Psoletariatu (i Kociokracji – dodam) sa one sola blogu. Ale trzymnajmy sie jednak jakiegos poziomu przy dobieraniu argumentow za i przecow czemukolwiek. Ten blog zobowiazuje – nie zawsze do najbardziej wyszukanych i oryginalnych mysli i opinii, ale przynajmniej do unikania sztampy, rzucania slow na wiatr, tylez oklepanych co nieautentycznych ocen. Tego nie popuszcze.
Zwierzyna moja futerkowa pozdrawia Koszyczek!
Nie polapalem sie Bobiku kim jest facet na O. Oscarem?
Nie, Kocie, nie można ustawiać poprzeczki w ten sposób, że ktoś (kto?) każdą wypowiedź będzie oceniał – czy była ona sztampowa, czy nie, autentyczna, czy nie, itd. Toż by się dopiero zrobiło piekło! 😯 Wystarczy, że komentarze nie będą obraźliwe. A co do reszty, na blogach występuje coś w rodzaju „naturalnej selekcji”. Jeżeli któryś post jest sztampowy i oklepany, to po prostu nie wzbudza żadnych emocji i przechodzi bez echa (od razu przy tym zaznaczę, że bez echa posty mogą przechodzić z różnych powodów, nie tylko dlatego, że były mało oryginalne).
Gdyby zacząć klasyfikować posty pod względem poziomu intelektualnego, ja bym był pierwszy, który by musiał z blogu wylecieć. 😥 Ileż to razy pisałem jakieś bzdurki, że ładna pogoda, albo że bym się napił. 😳 Poglądy, które można uznać za sztampowe, też nieraz prezentuję. I może nawet nie zawsze dlatego, że na inne mnie nie stać 😎 , tylko dlatego, że nie widzę powodu, żeby myśleć co innego niż myślę tylko po to, żeby było niesztampowo.
I sorry, ale w czym przypuszczalne – w żadnym miejscu nie wyrażone – postawienie na pozycji gawiedzi, której wtrynia się głupotę, jest gorsze od wyrąbanego w oczy postawienia na pozycji kogoś, kto rzuca sztampowe, oklepane i nieautentyczne słowa na wiatr, a w ogóle jest poniżej poziomu?
Jako gospodarz absolutnie nie życzyłbym sobie, żeby ktoś tutaj powstrzymywał się od napisania swojej opinii (wyjąwszy niepochlebne opinie o osobach współpiszących, bo od nich jednak lepiej się powstrzymywać) w obawie o to, że jego komentarz zostanie surowo osądzony i dostanie ocenę niedostateczną.
Mam wrażenie, Mordko, że niesiony świętym gniewem zapędziłeś się trochę dalej, niżbyś sam chciał. 😉 Może przyhamuj trochę, bo za chwilę się okaże, że tu literalnie nikt nie spełnia tak wysokich kryteriów jak te, które stawiasz i trzeba będzie zamknąć interes. 😆
Jak chodzi o kolegę Oskara to muszę zauważyć, że jest kolega lojalnym obywatelem USA i wiernie pilnuje ich interesów. Nawet nagradzając produkcje zagraniczne, daje tym wyraz swojej wyższości, bo „główny” posążek kolegi Oskara zawsze jest amerykański.
Kolega Oskar mimo swych wad posiada zalety, z których wymienię elegancję, dużą ilość gości znanych i mniej znanych, których chętnie oglądamy, łaskawość zapoznania nas z najnowszymi tryndami tak w modzie filmowej jak i ubraniowej.
Niezaprzeczalną zaletą kolegi Oskara jest jego zmysł do interesów: kogo by nie zaprosił i wyróżnił, zawsze na tym zarabia. Oskarżanie kolegi Oskara o imperializm kulturowy jest argumentem przebrzmiałym, gdyż wraz z kolegami MC Donaldem, generałem Motorsem, sierżantem Googlem, Billem Gatesem i kilkoma innymi – dawno już przewietrzyli zatęchłe strychy całego świata. Najlepszym przykładem, że nieamerykańskim systemem operacyjnym posługują się jedynie pingwiny …
Mam radosną nowinę: wrócił telefon z naprawy, wreszcie się mogę pozbyć tego badziewia z dotykowym ekranem.
Tak naraziwszy się teraz i Bobikowi i Jobsowi i Apple’owi etc etc znikam. A nie odrzucam możliwości, że i Kotu, ale trzeba mieć odwagę nie iść na łatwiznę!
Swoje zdania oskarowe — skrótowe bo skrótowe — podtrzymuję i jestem w stanie rozwinąć każde stwierdzenie, ale teraz potrzeba wzywa. Idę na siłownię.
Tu wiosna. Nawet już wypatrując jej na niebie wdepnąłem w psie…. tego… nie mojego tego. Moje te najczęściej sprzątam.
Bye!
A, miałem dopisać: argumenty ad hominem to ulubiony sposób dyskutowania poniektórych tutaj 😉
Witaj, Nisiu. 🙂 Mam nadzieję, że z zapamiętaniem Ci się szanciło. Dyskusja za poważna, żeby ją tak na chybcika półokiem w przerwie obiadowej połknąć – odkładam na później. Dla doładowania akumulatorów chapnę tylko racę doktorską na deser i wracam w wir obowiązków.
A możesz mi przypomnieć, Tadeuszu, czym mi się naraziłeś, bo jakoś zapomniałem? 😆
Nie zycze powstrzymyac nikogo od wyrazania opinii, ale rezerwuje sobie prawo oceny czy sa autentyczne czy tez wystepuja w zastepstwie jakiejkolwiek mysli. A tak jest niestety z opinia przytoczona wyzej. Wyrazenie „jest to zwyczajna impreza marletingowa”, ktora „nie warto sie przejmowac” jest mysli pozbawiona, ponad mysl taka, ze – zgaduje z tonu – marleting nie jest naprawde nikomu potrzebny, mozna go olac. .
Normalna imperza marketingowa w przypadku filmu pozwala mi dowiedziec sie co z bogatej oferty moge dla siebie wybrac. Inne zabiegi marletingowe pozwalaja mi dostrzec roznice miedzy motorola a blackberry, makiem a pc, zauwazyc w supermarkecie nowe produkty, ktore sie pojawily na polkach, a na amazonie zachecic sie do ksiazki, o ktorej nic bym nie wiedzial, gdyby na dole ekranu nie pojawil sie napis: You might also like this.
Nie wyobrazam sobie zycia bez marketingu filmow: bez nagrod zdobywanych na festiwalach, bez recenzji, bez paru slow poswieconych filmowi w gazecie z repertuarem kinowym, bez wywiadow z rezyserami czy aktorami.
Ze jest to impreza nastawiona glownie na celebrowanie filmow amerykanskich, no to co? Jest dosc innych festiwali filmowych, gdzie pojawic sie moga filmy bulgarskie czy polskie, rosyjskie i francuskie. One sa tez promowane na imprezach marketingowych.
Nie namawiam tez nikogo, co wyraznie zaznaczylem wyzej, ze oczekuje wysokiego poziomu i gravitas od kazdego komentarza wrzuconego na blog. Nie wytrzymalibysmy takiego blogu. Sam bym musial trzymac morde w kagancu i nie wypowiadac sie na tematy na ktorych sie nie znam. Ale tak, oczekuje, ze wypowiadane opinie nie beda zbitka wyswiechtanych sztamp. I ze nie beda pogardliwe kiedy sie mnie cos podoba, a inemu nie. Mnie sie podobaja urczystosci oskarowe i nie chce byc z tego powodu zaliczany do gawiedzi, ktorej sie wciska glupote. Podoba mi sie oprawa, suknie, aktorzy, bizuteria, przemowienia, ktore sa czasami nieslycanie smieszne w sposob niezamierzony, kawalki nagradzanych filmow, caly blichtr.
Nie zagalopowalem sie. Mowie cos, co dla mnie jest wazne i bede tego mojego bronil.
Dzień dobry.
Rubieże witają Nisię!!!! 😀
Czy określenie „POTONT” oznacza poziom napojów wyskokowych? 😀
Ja, jak zwykle, nie na temat.
Widywałam w niemieckiej telewizji, głównie w programach traktujących o podróżach, pana który nazywa się Andreas Altmann. Wyglądał mi na człowieka bardzo poranionego przez Życie. Kilka dni temu trafiłam na informację o promocji Jego książki :”Das Scheißleben meines Vaters, das Scheißleben meiner Mutter und meine eigene Scheißjugend”.
Weszłam na stronę internetową Autora i przeczytałam fragmenty w/w książki….
Gdzie On byłby dzisiaj, gdyby miał normalnego ojca, normalny dom, normalne dzieciństwo… 😥
Co do argumentów, szczeknę coś całkiem na serio: uważam za ogromny urok blogów to, że homo czy zwierz, każdy pojawia się na nich z gołym nickiem, bez otoczki swojej pozycji zawodowej i społecznej, bez tytułów, bez symboli statusu, czasem nawet bez płci 😉 i musi sprawdzić się tylko w tym, co pisze i jak układa sobie stosunki z innymi.
Oczywiście, z biegiem lat, z biegiem dni zaczynamy wiedzieć o sobie więcej, ale ten z gruntu demokratyczny duch, że nikt tu nie jest ważniejszy lub mniej ważny z racji tego, kim/czym jest w realu, jednak na blogach zostaje.
Ale to musi działać również w drugą stronę. Nie można od nikogo wymagać tego czy owego ze względu na to, że jest w realu tym a tym. W moim odczuciu to nie jest fair.
Albo rybki, albo pipki. 😉 Jeżeli rezygnuję z pana dyrektora, pani profesor i towarzysza sekretarza (z wyjątkiem radcy Quaka, któremu chętnie bym dalej radcował, gdyby nie znikł), to konsekwentnie, bez przywoływania ministrostwa czy sprzedawcostwa wtedy, kiedy można tym wbić komuś szpilkę.
I nie chodzi tu już o spór między dwiema konkretnymi osobami, tylko o zasadę. Bo gdybyśmy jej przestali przestrzegać, to blogosfera stałaby się w ogóle czym innym. I mnie by się to niekoniecznie podobało. 😉
Jestem gotow zgodzic sie z tym co napisales, Bobiku, na temat pojawiania sie z golym nickiem i ze nie powinno miec znaczenia kto kim jest w realu.
Ale jednak z biegiem lat, z biegiem dni nie tylko ze soba rozmawiamy, ujawniajac rozne rzeczy z zycia prawdziwego, ale w sposob jak najbardziej prawdziwy i nie wirtualny sie zaprzyjazniamy. I zaczynamy rozmawiac jak grono, ktore przebywa we wlasnym towarzystwie nieraz wiecej niz z ludzmi z najblizszego otoczenia. I moge sie mylic, ale jakos gleboko wierze, ze mozna wtedy rozmawiac na sposob dorosly. Bo maski, nawet jesli je wkladalismy na poczatku juz dawno pospadaly i myslimy o sobie nie w kategoriach Nick Nisia, Nick Bobik, Nck Zeen, ale jak o prawdziwych ludziach, psach i kotach. Ktorzy ze soba czasami rozmawiaja, a nie tylko przerzucaja sie twitterskimi komunikatami o pogodzie czy wielkiej zabie.
O Chomskym to akurat i ja myślę źle, ale nie będę rozwijać tematu.
Co do Oscarów: marketing marketingiem, ale jest to marketing bardzo wybiórczy i często omija coś naprawdę dobrego. W tym roku np. komentowano zignorowanie filmu „Wstyd”, który ponoć jest wybitny (jeszcze go nie widziałam) i w ogóle co roku są jacyś Wielcy Nieobecni, a już wybory bywają selekcją negatywną.
Dla mnie bardzo wiele o Oscarach mówi przyznanie tej nagrody panu Janowi A.P. Kaczmarkowi.
Mar-Jo, oszywiśśśśśsie
Bobik @15:40 – ale Kierowniczka pozostaje Kierowniczką 😆
Co do naszego ulubionego Pana Radcy Quake’a, to i swój własny blog opuścił jeszcze we wrześniu… Chyba go aż tak wciągnęło życie zawodowe i dojazdy.
Mordko, nie każ mi przeprowadzać ankiety, ile razy ktoś na blogu poczuł się pogardliwie potraktowany pod wpływem opinii wyrażanych przez Ciebie. Podejrzewam, że jej wynik byłby dla Ciebie dość zaskakujący.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że wszyscy mamy jakieś swoje odciski i wrażliwe punkty, których naciśnięcie powoduje żywą, a nawet bolesną reakcję. Ale kiedy nie mam podstaw sądzić, że ktoś mnie, osobiście i celowo, chciał obrazić, staram się te reakcje trzymać na wodzy. Bo i skądże wszyscy mają wiedzieć, gdzie te moje wrażliwości się mieszczą? Wyraził ktoś jakąś opinię ogólną, wcale nie przypuszczając, że akurat mnie tym dotknie – no, trudno. Dotknął, ale nie będę z tego powodu zaraz łapać za karabin maszynowy.
Na tej zasadzie i Tobie są wybaczane różne ogólne wypowiedzi bardzo pazurne, które niejednemu solidnie na odcisk wlazły. Ja też nieraz sobie w pierwszym odruchu pomyślałem hmm… to znaczy, że Mordechaj mnie też zalicza do tych kretynów, którzy…, ale w drugim odruchu uświadamiałem sobie, że Mordechaj w ogóle o mnie w tym momencie nie myślał i nie miał pojęcia, że ja też w tym worku. Po prostu poiedział, co myśli i tyle. Jak się z nim nie zgadzam, to też mogę powiedzieć swoje, ale bez armat na wróble.
Teraz o zapędzeniu się – ja bym jednak to podtrzymał. 😉 Albowiem w regulaminie o różnych rzeczach jest mowa, ale nigdzie nie ma o tym, że nie wolno wyrażać opinii sztampowych, wyświechtanych, nieprzemyślanych, od czapy, etc. Jeżeli czyjąś opinię za taką uważasz, możesz to powiedzieć, ale w formie ” ja uważam, że ta opinia jest taka a taka, z tych a tych powodów”. Za zapędzenie się natomiast uważam rozszerzanie regulaminu na własną łapę i arbitralne decydowanie o tym, jakie zdania (poza zakazanymi regulaminem) są na tym blogu dopuszczalne, a jakie nie. W końcu, kurczę, nawet ja nie korzystam w ten sposób z gospodarskich prerogatyw i kiedy chcę coś zmieniać czy wprowadzać jakieś zasady, najpierw pytam o zdanie Szanowny Ogół. 😎
Przyznam też, że ja sam bym się nie odważył wystawiać komentarzom innych blogowiczów cenzurek, bo wiem, jak obosieczna jest to broń. Natychmiast można by odszukać jakiś mój komentarz i odmierzyć mi moją własną miarką. Wolę więc przyjmować zasadę „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. 😉
Na tym na razie przerywam, bo muszę powalczyć z tygrysem, czyli zaprowadzić Pręgowaną na kontrolę do nieludzkiego. 😉
Och, o Kierowniczce zapomniałem. 😳 No jasne, że pozostaje Kierowniczką, a nawet Panią Kierowniczką. 😆
Widzę, że kolegi Oskara trzeba będzie bronić…
Kolega Oskar ma swój gust i nie jest on na każdą miarę, jednym leży bardziej, innym mniej – co jest i powinno być rzeczą oczywistą. Deprecjonowanie jego przyjaciół nie sprawi, że ktokolwiek swój gust zmieni. Kolega Oskar nie jest świętym i wszystkiego nie wie, co pozwala mu czasem oceniać wyłącznie efekt końcowy, bez wglądu w tajniki kuchni i zastosowane ingrediencje. I nie jest to głupek jakiś, tylko trochę biznesmen, trochę artysta, trochę picer i trochę integrator środowisk. Raz do roku daje nam rozrywkę, zapewnia emocje prawie sportowe, obdarowuje wybranych gotówką i splendorem i warto pamiętać, że każdy ma szansę, wystarczy spróbować.
Swięte słowa Zeenie.
A poza tym najładniejsza u kolegi Oskara jest jego d…ka. Jak twierdzila Zsa Zsa Gabor( bodajże), ponoć odwzorowana na sempiterce któregoś z jej kolejnych mężów ;-).
Sorry, Bobik, ale jesli ktos kiedykolwiek poczul sie przeze mnie potraktowany pogadliwi, to tez wolalbym, abys mowil pelnym tekstem i njajlepiej wtedy kiedy sie to dzieje, a nie trzymal to sobie na wygodna okazje, aby nagle to wyrzucic z serca.
Nie twierdze, ze nigdy nie nie moglem kogokowiek niezuawazenie dls siebie dotknac, ale wydaje mi sie, ze jest wybitnie nie fair gromadzic to przez dluzszy czas , postawic zarzut, ale na tyle niekonkretny i zawoalowany, ze nie bardzo wem co z tym zrobic.
Nie chce wprowadzac na blogu zlej krwi, skoro nie mozemy rozmawiac tak jak do tej pory wydawalo mi sie, ze rozmawiamy.
Wiec moze lepiej abym sie wycofal i pozwolil aby zapanowalo tu ekwilibrium.
Ależ Kocie, nie rób mi tego, bo ja nie wiem, co znaczy ekw.., ekwi …coś tam, i podejrzewam, że to okropieństwo jakieś jest ogromne, a ja się okropieństw okropnie boje.
@ Bobik 27 luty 12, 12:21
Chyba nie uważasz, że należałoby to zmienić na formułę “pani pyta – dzieci odpowiadają”?
Ja bym dodał tu autentyczną wypowiedź jednej „pani” – „Milcz, jak do mnie mówisz”.
No, przyjemne to ekwi… coś tam na pewno na nie jest. I spaść łatwo, narażając się na ból w tyłku i pogardę tych zwinniejszych, Kotów na przykład. 😉
Ja się nie przejmuję zaliczaniem do grup godnych lekceważenia czy pogardy, bo jestem w kilku i jest mi tam dobrze. Czasem z tu obecnymi jestem jednej grupie, a w innej przeciwnie, na przykład opinię o kol. O. mam podobną jak Tadeusz, a filmy braci Cohen bardzo cenię, i co, moje pół lewe ma wyrazić pogardę pół prawemu Tadeusza, i na abarot? Jakiś grafik bym musiał prowadzić, ale mi się nie chce i nie będę. 😎
Sierżant mi powiedział, co to jest to na e.
Mordko, ale tak z łapą na sercu, a gdybym to ja napisała o marketingu i gawiedzi, to też byś drapnął, czy uszłoby mi na sucho?
Wy jeszcze przy tym??
To może ja też pójdę szukać tej ekwiliby.
Bobiku, ja tak na wszelki wypadek, jakbyś tak polubił swoje Fale, czy jak się to Twoje nowe nazywało, żem Cię uraził do niefutrzastego!
Tylko, hyhy, żeby Wam się ekwilibrium z ekwilibrystyką nie pomyliło 😈
Dlatego sprawdzałam, Pani Kierowniczko 😉
Ależ Mordko, ja nie jestem w stanie przytoczyć żadnych konkretów właśnie dlatego, że drzazg w sercu nie trzymam, tylko wyrywam, wyrzucam i więcej o nich nie myślę. Co nie oznacza kompletnej utraty pamięci o tym, że czasem coś mnie zakłuło. 😉
Na upartego mógłbym i z dzisiaj przytaczać momenty, w których ja z kolei miałbym podstawy czuć się pogardliwie potraktowany (choćby np. to, że nielubienie gali oskarowej musi być wyrazem kompleksów i trudności z samooceną), albo zacząć szukać w przeszłości przykładów, kiedy tak potraktowani poczuli się inni, ale przecież, na Boga, rzecz nie w wyciąganiu, co kto komu (brrr, jak ja tego nie cierpię!), tylko w uświadomieniu sobie, że sami bardzo często nieświadomie robimy innym to, co nam niemiłe, więc nie ma co stawiać różnych spraw na ostrzu noża, bo wtedy i inni mogą postawić. I jakość rozmowy wcale na tym nie zyskuje.
Bardzo mi pasuje to, co powiedział Wielki Wódz – z jedną i tą samą osobą w jednych rzeczach się zgadzamy, w innych nie zgadzamy i najlepiej brać to easy, żeby nie musieć nikogo ćwiartować i wybierać z niego tylko tej przyjemnej ćwiartki. 😆
I ja na tym już absolutnie mogę sprawę zamknąć, bo na razie nic nie mam w niej więcej do powiedzenia. 🙂
A do braci Coenów też mam słabość. Nie wszystkie ich filmy lubię jednakowo. Z różnych powodów nie mogłam wysiedzieć (przed telewizorem) na „To nie jest kraj dla starych ludzi” – po prostu za dużo przemocy. Ale w pamiętnym, jednym z ulubionych – „Fargo” też przemoc była, a jednak tego tak nie odczuwałam. Może z powodu egzotyczności krainy, w której rzecz się rozgrywała.
Te filmy lubię nie tylko dlatego, że naprawdę dają wiele do myślenia, ale też dlatego, że widać, jak wielką przyjemnością dla aktorów jest granie u nich. Już nie mówię o pysznej Frances McDormand, która jest żoną jednego z braci (Joela), ale choćby jaki koncert dał Brad Pitt czy George Clooney w jednym z błahszych ich filmów – „Tajne przez poufne”. Taka gra sprawia przyjemność także publiczności – jak w przypadku owego cudnego kwartetu z „Rzezi” Polańskiego (jeszcze jeden niesłusznie pominięty w oscarowej rozgrywce film).
A Oscary mi się ostatecznie naraziły przez tę historię:
http://tvp.info/informacje/polska/ludowe-oskary-kontra-amerykanie/6569790
Ahoj Nisiu, wita Cię goły nick. Seeeeerdeeecznie zresztą. 🙂
Chiczkum kiczkum
Mnie tych „Starych ludzi” też chwilami trudno było wytrzymać, bo okrucieństwo było tu jakieś bardziej na serio niż w „Fargo”, ale równocześnie za Chiny nie odszedłbym od telewizora. Dla mnie to był przede wszystkim film pytań o ludzkie motywacje. Dlaczego ktoś robi to, co robi? Dlaczego brnie w coś, co w sposób coraz bardziej oczywisty staje się sprawą przegraną? Dlaczego tak trudno mu zrobić realny, nie samozakłamany rachunek strat i zysków? Dlaczego ludzie często wolą raczej stracić wszystko, niż ustąpić choćby o krok? Itede, itepe.
No, z łapą na sercu – kogo te pytania w ogóle i nigdy życiu nie dotyczyły? 😉
O, to lubię – Irek goło, ale wesoło. 😆
Tak, Bobiku, przez Twoje ślipia to jakoś się bardziej robią interesujące filmy Coenów niż przez moje 🙄
Ja co prawda nie widziałem tych wczesnych, jak Fargo, a podobno ciekawe. Ale chyba mi ten bezsens doskwierał, o którym tak frapująco powiedziałeś wcześniej. Bo i tak wiem, że bezsens, upewnianie się to już chyba przesada… No coś nie pasuje. Jak te opery….
Tadeuszu, poszukaj lepiej ekwiwalentu – to masz szansę znaleźć. 😉 Z wyrazów na ekwi podoba mi się też ekwinokcjum – ale to jeszcze trochę. A Irek goło chyba już niedługo – bo za chwilę, ani chybi, w skarpetkach. 😆 Ciekawe, czy do pary. 🙄
Ago, ale ekwiwalent czego? Ja chyba chętnie znalazłbym ekwiwalent pieniężny, np. siedzenia na fotelu. Jeszcze dużo bym dostał za szukanie dziury w całym.
W oczekiwaniu na dobór skarpetek jakiś tam opus
http://www.youtube.com/watch?v=vILQ3_Tz1XE 🙂
Tak naprawdę to chyba większość z tego, o czym opowiadają artyści, w gruncie rzeczy jakoś tam już wiemy. 😉 Tylko jedni opowiadają tak, że zaczynamy z nimi współbrzmieć, współprzeżywać, współmyśleć i coś nam z tego wynika, a inni tak, że mówimy eee, tam. Ale wic oczywiście w tym, że nie dla każdego to są ci sami artyści. 🙂
Aliści zdarza się – mnie przynajmniej – że właśnie wskutek rozmów o jakiejś takiej artyście niewspółbrzmiącej, nagle następuje coś w rodzaju otwarcia klapki. Nagle wiem, z której strony trzeba to ugryźć. Sięgam jeszcze raz po książkę, film, nagranie i okazuje się, że to zupełnie inna książka, inny film. A ile mi się takich klapek na Dywaniku pootwierało, to już nawet liczył nie będę, bo tylu palców u łap nie mam. 😆
Ciekawa jestem, do pary to one raczej będą. Idę się nastawić 🙂
Kto się ośmielił puścić Irka w skarpetkach?! 👿
Nie, nie, nie – Irek sam wskoczy w skarpetki. Ekwilibrystycznie. Tadeuszu, ekwiwalent, który byś chętnie znalazł, to jest, moim zdaniem, dobry cel poszukiwań.
My się tu zbiorowo puszczamy. Wysłałam Ci linkę, żebyś też mógł, jeśli te skarpetki do Ciebie dochodzą 🙂
Haneczko… 😳
Haneczka nazwała rzeczy po imieniu, tylko patrzę od góry i od dołu i hetta i wiśta na jej zdanie i ciągle nie wiem czy wiem o jakiej płci mówi się…
Przetarłem okulary. Wiem!
Tadeuszu, z tych wcześniejszych braci C. bym polecił taki jeden mniej znany film, tylko tytuł mi wyleciał całkiem. Czarno-biały film, o takim bezpłciowym gościu, fryzjerze z przypadku, wszystko z przypadku, bezmyślne, za co się wziął, to spieprzył, a jak się nie brał, to samo się spieprzyło. Ktoś pamięta może tytuł?
Czy nie można by się popuszczać w parach? Bo jak zbiorowo, to zawsze jest ryzyko, że ktoś zostanie pominięty. 😈
Dziękuję, Wodzu. Chyba czytałem recenzję tego filmu.
To co, my we dwóch?? 😯
Co to się z yntelekualnego bloga zrobiło… ale jak mus to mus.
Teraz się narażę na słuszną krytykę i pogardę, jednakowoż zawsze lepiej się dogadywałem z dziewczynkami. Wybaczcie choremu. 😎
Nie taki stary ten film, człowiek, którego nie było
O, właśnie. Ale z 10 lat chyba ma.
Dziękuję, Wodzu. Nie chciałem Ci przykrości sprawiać, ale ja też!
Dziękuję, Haneczko, ale transmisja jest dostępna wyłącznie na terytorium RP. 🙁
Chyba się pójdę pocieszyć kolacją. 🙄
Irku, dzięki, ahoj! Prywatnego chiczkum kiczkum nie było tym razem, ale uroczyście przyjmowaliśmy nowych Kongregantów, a podczas koncertu finałowego stanęli sobie we fuaje Siurawa z koncertiną i Korycki z gitarą na skrzynkach po pepsi – i urządzili improwizowany koncercik „na odnowę biologiczną Starych Dzwonnic”. Datki leciały do kapelusza, brokatowego zresztą i różowego, z poprzedniego koncertu. Dużo nie nazbierali, ale zawsze na jakąś butelkę wody mineralnej. Też odnawia biologicznie.
Nisiu, widocznie obecni na koncercie uznali, że żadna odnowa biologiczna nie jest Wam potrzebna, co najwyżej odrobina nawilżenia. Bajako. 😀
Jak to dobrze, ze przespalam blogo i nieswiadomie dyskusje o dyskusji. Chyba nic nie dala jak mniemam. Kazdy pozostal przy swoim. 🙂
A Chomsky’emu zawdzieczam fascynacje gramatyka i tego nie dam sobie odebrac 🙂
No tak, Młode mi doniosły, że puszczać się można tylko Krajowo. Kurcze, myślałam, że nie ma granic ni kordonów 🙁
Nisiu, jak dobrze, że jesteś 😀
Czy zalapie sie jeszcze na jakas pare, czy bede musiala solo? 🙂
Zwierzaku, możesz się załapać po piracku, znaczy na lewo 😉 Jakie to jednak dziwne, że żeby mieć prawo, trzeba przedzierać się przez lewe furtki 🙄
Aaaaa, na lewo to ja chetnie 😉
Haneczko, rozczulasz mnie!!!
Zwierzaku, mnie z gramatyki fascynują imiesłowy.
No, bardzo je lubię.
Nisiu, pokaż mi się ponownie na oczy, dopiero pokażę, co potrafię 😉
Agnieszka Holland robi za rozdartą sosnę:
„Jestem w lepszej sytuacji niż Martin Scorsese. Przegrałam z naprawdę dobrym filmem, a nie jakąś idiotyczną wydmuszką (filmem „Artysta”). Akademia popełniła dziś harakiri, bo następny show będzie miał o 20 procent mniejszą oglądalność – dodała. ”
Ale również rozdarła się tak:
” Mieliśmy troszkę pecha, że taki dobry film jak „Rozstanie” był naszym konkurentem. Dawno uważałam, że może się zdarzyć, iż przegramy z tym bardzo dobrym filmem. Nie jest to wstyd. (Reżyser nagrodzonego irańskiego filmu Asghar) Farhadi to bardzo utalentowany artysta, a jego film mówi coś bardzo głębokiego o sytuacji człowieka dziś, Akademia to doceniła”
To musi nasze zwycięstwo, bo Akademia też się rodarła.
Kolejność musi była jedna: najpierw doceniła, zaraz potem popełniła harakiri…
zeen, ktoś jej dużo obiecał, a ona uwierzyła. A powinna już być zaprawiona w bojach i znać reguły od podszewki. Teraz półkwaśne winogrona. W znacznie drobniejszej, acz podobnej sytuacji, miałam naoczną okazję obserwować kogoś, kto też nie dostał. Bardzo żałosne widowisko.
Banalne dobranoc 🙂
No, chwałaż Panu, że nie wyciął Holland wrednego numeru i nie postawił na jej drodze jakiejś wydmuszki, z którą by przegrała. 🙄
Ładne przegrywanie też jest pewną sztuką, a deprecjonowanie po przegranej innych biorących udział w zawodach ładnie raczej nigdy nie wygląda. Pomyśleć na pewno niejeden tak sobie pomyśli, ale jak ma olej gdzie trzeba, to nie mówi tego głośno. 😎
Ladne przegrywanie… Jako dzieci gralysmy z Rodzicami w karciana gre zwana „Wyscig Pokoju”. Mama czasem dawala mi wygrac, zeby uniknac mojej rozpaczy z przegranej. Na usprawiedliwienie dodam, ze mialam wtedy 5 lat, ale do dzis pamietam jak nie umialam ladnie przegrywac!
Po przegranej nawet dzisiaj mam sie ochote zastrzelic, ale to przechodzi po dniu czy dwoch.
A filmy Holland, szczegolnie te starsze, bardzo lubie. Ale na ten ostatni bede sie musiala jakos szczegolnie nastroic.
Witam. – 8 🙁
Ale słonecznie 🙂
Skarpetki do pary i niedziurawe 😉
Herbata
Croissanty dla Heleny i Kota 🙂
Uczciwi sa 🙂
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/usa-nie-chca-zwrocic-wypozyczonego-z-polski-baraku,1,5039277,wiadomosc.html
Witam porannie.
Bry!
Sprawozdanie meteo: skisło, chmurno, ponurno. Śnieg 😯 ok. zera.
Prognoza na dzisiaj: zbieram na ekwiwalent pieniężny drzemiąc w fotelu.
Mleko dla Kota, mój croissant dla Heleny 😉
Nie umiałam przegrywać w Człowieku nie irytuj się 😳 Desperowałam na cały dom, ale przecież nie na cały świat 🙄
Dzień dobry mi wyparowało. Pewnie dlatego, że śnieżyste, dżdżyste, zimne i bure 🙁
My to nazywalismy Chinczykiem i byla to najbardziej pasjonujaca gra jaka znam. 🙂
Dzień dobry 🙂
Dla mnie też Chińczyk i też w pewnym okresie był pasjonujący. 🙂 Potem warcaby, a potem szachy. Ale w te ostatnie rzadko mogłem sobie pograć, bo w szkolnej świetlicy był oprócz mnie jeszcze tylko jeden szczeniak, który umiał grać w szachy i jak on akurat wolał pograć w warcaby albo pobawić się w policjantów i złodziei, to miałem przechlapane. 😉
Szczeknąłbym, że u mnie 10 na plusie i już zapach mokrych dżdżownic w powietrzu się unosi, ale nie chcę, żeby przez cały kraj, od Wrocławia i Szczecina aż po Lublin i Białystok, przebiegło zazdrosne zgrzytanie zębów. 😉
Eeee tam, zaraz zgrzytanie 🙄 Równowaga w przyrodzie – ktoś moknie, żeby schnąć mógł ktoś 😉
W Chinczyka to ja moge zawsze, tylko nikt ze mna grac nie chce, bo strasznie halasuje 🙂
Rano wita mgła i plucha
tracisz wnet od tego werwę
nie udawaj wcale zucha
zgrzytnij śmiało sobie zębem
Na śniadanie szynki brakło
został jedynie camembert
musisz jeść znów to barachło
ostro zgrzytnij sobie zębem
Korki w mieście denerwują
aż masz w życiorysie przerwę
pokaż tym kierowcom-szujom
jak przepięknie zgrzytasz zębem
Gdy już dotrzesz do dentysty
już nie zgrzytaj tam kolego
zadbaj, by twój ząb był czysty
zwłaszcza, …że masz go jednego…
E tam, zgrzytanie zębów. Chryyyyy…. taka to pogoda.
Zgrzyt przez sen.
A mnie biurokracja ostrogą spina do działania…
Nie gram w nic. Głupi komputer ogrywa mnie we wszystko od najniższego poziomu zaczynając. Szybkość z jaką mi dał szacha mata była głęboko frustrująca. Za karę wyłączyłem go z gniazdka na 3 godziny. I wyziębiłem pokój!
Rozmyślam o tym baraku, którego waszyngtońskie muzeum nie chce zwrócić i pojąć nie mogę, po co to komu. „Wyższego sensu” nie ma w tym za grosz – przecież gdyby nawet zgodzić się z tym, że Polska „nie zasługuje” na przechowywanie pamiątek po Żydach, to i tak Auschwitz wraz z pozostałymi barakami nie przeniesie się cudem w inne miejsce i czy kto chce, czy nie chce, najważniejsze pamiątki tam zostaną. Po diabła więc komu taka demonstracja, która może uruchomić wiadome resentymenty i różnym antysemitom dać pożywkę?
Ech, smutek czasem psa ogarnia, jak patrzy na ludzkie zagrania. 🙁
Z komputerami ja też w nic nie gram. To są przechery. 👿
I tak dobrze, że jeszcze żaden nie chciał grać ze mną o forsę. 🙄
Zapach mokrych dżdżownic 🙁 Do pozazdroszczenia
Ale naciąłem bazi i posłuchałem miłosnych treli – moreli sikora 🙂
Z zapomnianych jeszcze w bierki i pchełki, ale bez awantur 🙂
W szkole namiętnie w cymbergaja. Wszystkie ławki były ponacinane 🙂
A z jeszcze bardziej przedpotopowych, haneczko, to gralo sie w pikuty i cymbergaja (grzebien i monety?), przynajmniej z chlopakami w moim sasiedztwie.
Lajza tez w cymbergaja, obviously.
Czasem gram w scrabble – chciałabym częściej. Najśmieszniej było, kiedy sobie kupiłam angielską wersję, a potem się okazało, że gra w scrabble po angielsku zdecydowanie przerasta moje możliwości. A taka byłam pewna siebie. 😆 Przy scrabblach używa się języka od tej drugiej, architektonicznej ? strony – nie mogłam się przestawić. W którymś momencie, po ułożeniu z dumą (po półgodzinnym namyśle) kolejnego trzyliterowego angielskiego słowa, wybuchłyśmy z siostrą nieopanowanym śmiechem i dałyśmy sobie spokój. Scrabble są grą dla mnie, jeśli trafię na kogoś, kto też gra w nie dla grania, a nie dla wygrywania. Szachy i brydża szybko zarzuciłam – nawet nie dlatego, że regularnie przegrywałam z młodszym o 6 lat bratem, ale dlatego, że on patrzył na mnie przy tym ze źle skrywanym politowaniem i zniecierpliwieniem (dziesięciolatki tak mają). Gier komputerowych unikałam, bo widziałam, jak wciągają moich rówieśników – mnie wciągały książki i uznałam, że jak wpadnę w kolejny nałóg, to już nie bedę miała czasu na nic innego. Raz się złamałam, kiedy rodzeństwo się ze mnie śmiało, że nie podchodzę do komputera, bom ciaptak. Zawzięłam się, naumiałam, ograłam ich w ich ulubioną grę i więcej się do niej nie dotknełam. Ale jeszcze przez kilka tygodni zasypiając widziałam pod powiekami wędrujące ludziki – wpadające do dołów, albo je kopiące, skaczące, spadające… brrr.
Tadeuszu, Ty ogrzewasz mieszkanie komputerem???
Pierwsza gra, jaką pamiętam, a miałam z sześć lat – planszowe Grzybobranie. Potem warcaby, chińczyk, bierki, a potem długie lata rodzinne granie w inteligenta.
Pamiętacie inteligenta? Pisało się obrany wyraz z góry na dół i obok odwrotnie i znajdowało wyrazy zaczynające się od liter z góry na dół a kończące na te z dołu do góry. Potem trzeba je było określać, a kto odgadł, dostawał punkt. Jeśli nikt nie zgadł, punkt dostawał ten, co wyraz wymyślił, chyba że określenie było nieprawidłowe, wtedy dostawał minus. Cudna zabawa, taka koleżanka skrabla bez planszy i żetonów – wystarczał papier i ołówek.
A mnie przeszkadza w tej calej historii z barakiem również to, że polska strona nie wykorzystała wszelkich dostępnych prawem środków ( a ograniczyła się tylko do wysyłania pism, na które nie dostała odpowiedzi) i poniekąd jest współwinna tego, że sytuacja się nakręciła do aktualnego poziomu.
Nie jestem dyrektorem muzeum, ale jeżeli cokolwiek komukolwiek użyczam, to przed upływem terminu użyczenia pisemnie staram się ustalić czas i formę zwrotu mojej własności. Brak odpowiedzi ze strony muzeum w Waszyngtonie, najpóżniej tydzień po wygaśnięciu umowy skłoniłby mnie do zwrócenia się o wsparcie do polskich służb dyplomatycznych.
Jeżeli i one niczego by nie wskórały, to następnym krokiem są działania usankcjonowane prawem. Zawiadomienie lokalnej policji o zagrabieniu mojego mienia. Upłynęły już ponad 2 lata i z informacji zamieszczonej powyżej nie wynika, że cokolwiek zrobiliśmy w tej sprawie. A zatem sami jesteśmy winni grzechu zaniechania.
Z powodu lęku przed medialnym nagłośnieniem?
I tak zostało to nagłośnione w Stanach – brak zdecydowanej reakcji jest poniekąd milczącą zgodą.
Oczywiście są to tylko dywagacje, bo tak naprawdę to niczego nie wiemy.
W coooooo się bawić, w co się bawić?
Tych wątpliwości nie rozstrzygnie żadna wróżka.
Kopciuszek dawno przestał grać w inteligencję,
inteligencja już nie bawi się w Kopciuszka.
No popatrz, Nisiu, czy TO nie potrafi ogrzać hali gimnastycznej!
http://www.google.com/imgres?imgurl=http://astrahosting.co.uk/wp-content/uploads/2010/04/Serverfarm1.jpg&imgrefurl=http://astrahosting.co.uk/%3Fpage_id%3D8&h=1024&w=1280&sz=268&tbnid=SgGEAZOlMcttbM:&tbnh=96&tbnw=120&prev=/search%3Fq%3Dserver%2Bfarm%26tbm%3Disch%26tbo%3Du&zoom=1&q=server+farm&docid=b5k7AuOsez7NCM&sa=X&ei=PLBMT7v2LsbNswa1ytWnDw&ved=0CEoQ9QEwBA&dur=4425
A ja nie znam inteligenta…
Swojego czasu grałam w brydża, ale tak jak pisze Aga: nie dla wygrywania, ale dla przyjemności. Tylko to trzeba całe towarzystwo takie mieć, bo jak się trafi prawdziwy brydżysta-sportowiec, to strasznie cierpi i wszystkich przywołuje do porządku.
Najbardziej uwielbiam brydżowe powiedzonka typu „figur na figur, powiedział święty Igór” albo to o trzeciej rączce…
… co płacze i siada 😆
A mój brat ma w brydża tytuł Arcymistrza Międzynarodowego. 😀 I jest w wikipedii.
Też nie znałam. W Grzybobranie tak i jeszcze w Beczki, i w kamyki, i okręty. Sporo tego było 🙂
Na lunch polecam nalesniki z porem i grzybami:
http://www.cuisine-campagne.com/index.php?post/2012/02/16/Gratin-de-cr%C3%AApes-fourr%C3%A9es-aux-poireaux-et-aux-shiitak%C3%A9s
Gralam nie w inteligenta, ale w inteligencje, czyli na kartce pisalo sie: panstwo, miasto, slawny czlowiek, rzeka, roslina, zwierz, pieniadz; na dana litere alfabetu.
Inteligenta nie znałam. A teraz prawie znam Arcymistrza 😀
I jeszcze w ciupy!
Tadeusz, przypomniałeś mi pierwszy komputer w Szczecinie, firmy ZETO, nazywał się bodaj Odra i zajmował cały spory barak na Podzamczu.
Inteligent jest uroczą grą towarzyską, jakbyś kiedy zebrał parę osób po kolacji, to spróbujcie. Reguły w zasadzie już podałam, tylko tu odwrotnie niż w skrablu muszą być rzeczowniki w mianowniku, dowolnej liczby, mogą być nazwy geograficzne, słynne nazwiska, cokolwiek, byle ten rzeczownik w mianowniku. Pyszna zabawa przy określeniach, bo należy określić prawidłowo, ale starać się zamącić, żeby nikt nie zgadł, o co chodzi. Do rodzinnej legendy weszło u mnie w doku określenie, przy którym zapierał się jeden uroczy wujek: „zapłakała i poszła”, przy literach A-E. Nikt nie zgadł, a wujek z dumą oświadczył: ALKIERZE. Zapłakała i poszła w alkierze. Myśmy też zapłakali, ze śmiechu – i uznaliśmy wujciowi punkt, bo tu wiele polega na dogadaniu się (w ramach reguł).
Kamyki i okręty, oczywiście, też. To, co Królik określa jako inteligencję, nazywało się u nas po prostu „Państwa, Miasta”. Ago, trzecia rączka u nas robiła zupełnie co innego. W złagodzonej wersji: trzecia rączka płacze, a bije. Poza tym: tylko gra w piki daje wyniki, mówiła matula – nie wychodź spod króla, każdy as bierze raz, kto nie zbiera atutów ten chodzi bez butów, trefelki kolorek niewielki i jeszcze różne inne, których chwilowo nie pamiętam.
W domu, nie w doku. Co to ja, fregata w budowie?…
No nie będę dochodzić, co dokładnie robiła Twoja trzecia ręka Nisiu, 😉 ale nagromadzenie rzekomego absurdu w jednym krótkim zdaniu: Trzecia ręka płacze i siada. wyjątkowo mi się podoba. 😉 Tam tylko i brzmi rozsądnie. 😆
Ago, no to nasze domowe alkierze też powinny Ci się podobać.
Może by znowu udało się rozpowszechnić inteligenta? Taka sympatyczna i rozwijająca gra…
Nisiu, takie zawołania karciane znałem z tysiąca. Jak żeśmy grali na wojnie z moimi towarzyszami pancernymi :evil:, w tysiąca, bo ich intelekt na te wyżyny się jeszcze wspinał, to oni mieli dużo takich fajnych. Pozwolicie, że tych najfajnistszych nie zacytuję…
No żesz… Ja też nie miałem pojęcia o istnieniu inteligencji. 😯 I to nie na innych planetach, a tu, na Ziemi… 😯
Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział? 👿
Ale to, o czym pisał Królik, to ja też znam jako państwa-miasta.
Aaa… i klasy dawno już nie grają w ślepą babkę. W jedno i drugie grałem. 🙂
I w zechcyka. 😆
Wyraznie brakuje Kota przy tym sciadaniu.
sciadanie=sniadanie
Śniadaniu??? a tu lunch już…
To ja idę poszukać ekwiliby. Może się Kot tam znajdzie 😉
No właśnie… Tadeusz pokojowo mleczko dla Kotka wystawił, a Kotek nic. 😉
Nie bądź taki, Kotku, chodź pośniadać. Jak mleczka nie lubisz, możemy Ci zrobić kawkę. 🙂
Jaki będzie odpowiednik pośniadania dla lunchu? Polanczyć? 😆
Tadeuszu przestań, proszę, z tą ekwilibą. 😈 Co to ma być, równo stojący szałas? Aż prawie uwierzyłam, że taki wyraz istnieje, 😳 sprawdziłam we wszystkich posiadanych słownikach 😳 😳 – oczywiście nie znalazłam. Za to teraz kołacze mi się po głowie ekwilina – hormon występujący u ciężarnych klaczy – i nie może mi się zapomnieć. 🙁
Sciadanie – dawanie ujścia. 😆 Alkierze mi się rzeczywiście podobają. 🙂 Do pracy. 🙁
Ach co widzę, tu lanczenie! Pasuje 😀
Ekwilina lanczona w ekwilibie… Jakiż jednak piękny jest ten nasz polski język. 😆
Dzień dobry. 😀
Od 5 lat mamy w domu grę „Samotnik”. Po wyjeździe Młodszej zaczęłam (po dłuższej przerwie) grać i wczoraj udało mi się po raz pierwszy wygrać!!! Ale nie zapamiętałam kolejności ruchów. Następny sukces za 5 kolejnych lat? 😀
Będą mnie tu męczyć, inteligenczyć…
A w dupniaka grali?
W dupniaka nie. Ale grałam w piłkę nożną – na odpowiedzialnej pozycji bramkarza.
Znaczy się w selekcji robiłaś: jedne piłki wpuszczałaś, innych nie wpuszczałaś…
Ja też w dupniaka nie, ale w dupę biskupa owszem. 😎
Broniłam jak lew! 👿
Fakt, ekwiliba to równo stojąca koliba 😆
Ja muszę mieć nadmiar ekwiliny, objawy są zupełnie wyraźne. Ten brzuch…. etc.
No tak, pora lanczu przechodzi płynnie w porę dynerowania.
Dynerowanie to jest wtedy, jak się podśpiewuje „oj, dyna, dyna”?
Ja bym nawet chętnie podśpiewał, bo lanczowanie jakoś mi w końcu przeszło bokiem. 🙁
He, he. W piłkę kopaną to ja nawet napastnikiem bywałem. 😎
Ale tylko wtedy, kiedy graliśmy we dwóch z młodszym bratem. 😈
Bobiku, zapraszam na ratatuję! Ach jak pachnie… tzn. na razie moje palce.
A… jakaś wkładka do tego ratatuja? Kiełbasa? Wurst? Sausage? Salsiccia? Chorizo?
Mój ozór giętki z wkładką w dowolnym języku sobie poradzi. 😎
Uch… moje palce na razie 👿 ale chyba jeszcze mi się przydadzą!
Wyczytałem właśnie (u Borowitza), że ponoć oskarowi akademicy zaliczyli „Artystę” do fantastyki, ze względu na to, że w tym filmie Francuzi nic nie mówią. 😈
Skoro dziś dzień wspominania gier (ach to pasjonujące Grzybobranie), to ja tylko wspomnę grę z lekcji szkolnych i wykładów akademickich.
Do tego potrzebny był papier w kratkę (pod dostatkiem) i długopis (vel ołówek).
Wyścigi samochodowe: wyrysowany pozakręcany tor wyścigowy. 1 bieg jeden węzełek kratki od epicentrum (na wprost i po przekątnej, 2 bieg dwa węzełki itd. Kogo wyrzuciło za bandę – zaczynał od jedynki.
Ale któż w coś takiego grywa teraz?
Wyciąga komórę i gra. Sam, samotnie. Aspołecznie.
W wyścigi samochodowe namiętnie grywały ekipy filmowe, kiedy pracowałam w bazie filmowej jako dysponentka. Czasami nie można ich było wypchnąć na zdjęcia.
Ach, wspomnienia…
Najbardziej nie mogłam wypchnąć ekipy na zdjęcia na pewnej inauguracji Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku. Ja byłam pani redakturka wtedy, a w telewizji szły pierwsze odcinki Muppetów. Tam już Waldorff inaugurował, a moje chłopy stali jak przymurowani w hotelowym holu i ani rusz…
Ma się klasę
http://deser.pl/deser/51,111858,11242600.html?i=2 🙂
http://deser.pl/deser/51,111858,11242600.html?i=5
Ale tylko na tym zdjęciu tak szczerze szczerzy ząbki w prawdziwie męskim uśmiechu…
Ciekawa rasa. I mówić o braku altruizmu….
Około 10-letni Jack Russell terrier o imieniu George pochodzący z Taranaki w Nowej Zelandii otrzymał wysokie międzynarodowe odznaczenie po tym jak stanął w obronie grupy piątki dzieci odnosząc ciężkie rany w walce z dwoma pit bull terrierami, która miała miejsce 29 kwietnia 2007. Obrażenia były tak poważne, iż podjęto decyzję o uśpieniu psa.
A to taki mały piesek…
Oj, muszę wreszcie zdokumentować fotograficznie podrośniętego Rumika. Mały, ale zabawny, kochany, nieustraszony (chyba że strzelają… pies myśliwski!), psotny straszliwie, pełen wdzięku, rozrabiaka, gryzoń, złośnik, perszing kieszonkowy, całuśnik, przytulak, pocieszka…
W russelu jest po prostu wszystko.
Oprócz gabarytów, ale po co komu gabaryty? Wnętrze bogate – ot, co się liczy.
Święta racja! Też uważam, że o gabaryty mniejsza. W duszy to ja jestem dziki pies dingo! 😎
Utkwiłem w szponach roboty i jak mi się wreszcie udało z nich wyrwać, to się już pora do spania raczej zrobiła, nie do kłapania. 🙁 To ja może pójdę za podszeptem rozsądku i udam się na posłanko, żebym jutro miał więcej sił do kłapania. 😉
Dobranoc 🙂
Witam 🙂 Z porannego przeglądu
http://wyborcza.pl/1,75248,11253413,Sobecka_zaplaci_dwa_razy_.html
Z pewnością miejsce prac społecznych Ojca Dyrektora byłoby kolejnym miejscem uświęconym martyrologią Narodu 😈
Bry!
A tu pozytywniej o księżulach. I ukłon w stronę Dzikiego Psa Dingo: małymi kroczkami…. (wklejam, bo może nie zechcecie całoście czytać!)
„Wazy ze szczytu kościoła uniwersyteckiego odpadną lada moment, święta Dorota nie ma już kominów, elewacja Ossolineum straszy liszajami, a kaplicę Hochberga zalega gruz z czasów Festung Breslau” – napisałam w 2001 roku, gdy miasto postanowiło, że będzie rozdawać dotacje na remonty zabytków instytucjom pożytku publicznego, czyli fundacjom, stowarzyszeniom, związkom wyznaniowym. Pula wynosiła zaledwie 2 mln 260 tys. zł, potrzeby były ogromne, więc uznałam, że to zawracanie Odry kijem. Co zrobi za 50-100 tys. zł proboszcz, który musi zrobić nowy dach o powierzchni połowy placu Solnego. I czy w ogóle będzie umiał rozpocząć inwestycję prowadzoną pod ścisłym nadzorem konserwatorskim, wymagającą drobiazgowych rozliczeń i produkcji stosów papierów.
Optymizm konserwatora miejskiego, że za 10 lat, to ho, ho… zobaczymy kościoły w stanie idealnym, budził we mnie mieszane uczucia. Owszem, 10 lat w historii Wrocławia to milionowa część sekundy, ale w życiu jego mieszkańców epoka! Będziemy oglądać co najwyżej wieczny remont, a nie zabytek w stanie idealnym. Tym bardziej że już takie doświadczenie mieliśmy. Remont kościoła św. Elżbiety po pożarze w 1976 roku trwał dłużej niż budowa świątyni w czasach średniowiecza (brzoza przy kamieniczce Małgosia wysiała się sama przy baraku konserwatorów i przez ćwierć wieku pięknie rozrosła), a zamkniętej w połowie, zrujnowanej ulicy Kiełbaśniczej nie oglądało całe pokolenie wrocławian.
Myliłam się. Konserwator Katarzyna Hawrylak-Brzezowska zrobiła ranking obiektów, którym trzeba było pomóc w pierwszej kolejności, a potem zaczęła rozdzielać ziarnka dotacji. Do miejskich pieniędzy właściciele obiektów dokładali dotacje od marszałka, z ministerstwa kultury czy z międzynarodowych fundacji (bardzo często pieniądze miejskie były traktowane jako wkład własny) i uzbierawszy z ziarenek miarkę, wykonywali kawał roboty.
Remont bryły kościoła św. Doroty (największa konstrukcja dachu gotyckiego w Polsce) trwał 11 lat, ale świątynia rzuca na kolana przed progiem. Kaplica Hochberga restaurowana jest dekadę, finał za dwa lata, jednak już widać, że to będzie wielka atrakcja turystyczna. Św. Maciej wraz z Maciejówką odzyskiwał urodę niewiele krócej, kilka lat trwały też roboty przy kościele św. Anny i plebani na Praczach Odrzańskich, ale efekt przerósł oczekiwania
Przez 11 lat wydano 67 mln zł. To była mozolna dłubanina, ale okazała się ona bardzo pożyteczna. Nie tylko dlatego, że Wrocław odzyskał zabytki najwyższej klasy, naprawdę znakomicie odrestaurowane. Ale także dlatego, że w lokalnych społecznościach pojawił się impuls do organizowania się.
Wędka została przemyślnie skonstruowana. „Nie możemy dać wszystkiego, ale jesteśmy wierni i jeśli rozpoczniecie inwestycję, co roku możecie liczyć na naszą pomoc. Musicie jednak też coś dać” – wabił konserwator miejski. I dawali. Ks. Andrzej Brodawka, proboszcz parafii św. Doroty, co drugi dzień jeździł do Warszawy, pukając do wszystkich urzędów, ks. Mirosław Maliński, rektor kościoła św. Macieja i uduchowiony duszpasterz akademicki, nauczył się prowadzić twarde negocjacje handlowe, a ks. bp Włodzimierz Juszczak podjął się remontu kaplicy Hochberga, choć dla celów jest mu ona zupełnie niepotrzebna. Ma 500 wiernych, ogromny kościół na utrzymaniu, więc kaplica Hochberga to tylko kłopot. Ale miastu jest potrzebna, więc bp Juszczak siwiejąc ze stresu, remont ciągnie.
Żaden z duchownych na prowadzeniu inwestycji się nie znał, ale potrafili zbudować społeczne zaplecze. Prawnicy piszą za darmo ekspertyzy prawne i wypełniają wnioski, a elektrycy w czynie społecznym montują instalacje. Wszystko, co można zrobić siłami lokalnej społeczności, oszczędzając koszty, jest zrobione. Ludzie się sami zgłaszają z propozycjami, radzą, do których drzwi zapukać, dokładają się do inwestycji.
Wazy ze szczytu kościoła Uniwersyteckiego przyciągają oko eleganckim kształtem, św. Dorota ma najwspanialszy dach w Polsce, elewacja Ossolineum błyszczy czerwienią i bielą jak praskie zabytki baroku, a w kaplicy Hochberga konserwatorzy pokrywają złotem pióra gipsowych aniołów. Warto było poczekać.
Ops, ża dużo wkleiłem. Ach te tabletki rano… Sorrrrrry.
Udało mi się wczoraj zeskrobać z tarczy zegara – i wykorzystać – odrobinę międzyczasu. Wiem, że niektórym to się codziennie udaje i nie widzą w tym niczego nadzwyczajnego, ale w moim wykonaniu jest to nie lada osiągnięcie, niniejszym więc udzielam sobie pochwały przed frontem. 😉 Ubiorę się może trochę jaskrawiej – w zeszłym tygodniu środowa szczęka minęła mnie o włos. 🙄 A i bez ciosu szczęką zapowiada się dziś sądny dzień. 👿
Tadeuszu,ubiegłeś mnie, też miałam się tym pochwalić na forumie 🙂 Znikają kompromitujące ślady naszego obchodzenia się z tym,co tu zastaliśmy. Kaplica Hochberga bolała mnie przez całe lata,jak wrastający paznokieć – taki obiekt w środku miasta nikomu nie był potrzebny- po wojnie,w czasie odbudowy kościoła zamurowano dziurę po bombie i … wejście do kaplicy,zapominając o problemie na ponad pół wieku. Myślałam,że już do końca będzie magazynem połamanych kamieni i gołębiego guana,żeby to najdelikatniej określić.
Oczywiście pod artykułem już sporo zjadliwych komentarzy, najbardziej bawią mnie ci,którzy wysyłają autorkę np. do Pragi,coby sobie tam obejrzała prawdziwe zabytki 🙁
Nie dość,że nie byli na tej lekcji,to jeszcze publicznie się tym chwalą, eeech…
@Aga 7:24
Mimo wszystko,dobrego dnia 🙂
Jeśli Cię to pocieszy,u mnie też zapowiada się sądny 😉
Miejmy nadzieję, że najsądniejszy będzie miał nasz Śnieżka. 😉
Dzień dobry 🙂
Przywlokłem woreczek medali i mogę dziś rozdzielać. Najpierw Aga dostaje medal Za Międzyczas. 😀 Klapa, rąsia, buźka, goździk. Teraz Wrocław Za Dobre Kroki. Klapa, rąsia, etc. Jak komuś jeszcze się należy, proszę o szybkie zgłaszanie, bo nie zawsze jest dzień medalowy.
Tylko środa nic nie dostanie, za karę, za wygrażanie szczęką. O, proszę – mnie też wygraża! 👿
Na sądne dni jest bardzo dobra metoda, jeżeli zamierza się sobie samemu taki dzień zafundować. Wpada się do ludowej gospody, woła do kelnera „dzień sądny roz!” i ten prosty sposób z sądnego robi się dzień rozsądny. 😎
Niestety, nie znalazłem jeszcze metody na sądne dni fundowane przez innych. 🙁
Wrocław w ogóle w ostatnich latach stał się ciekawym zjawiskiem i gdyby nie ta grożąca szczęka zastanowiłbym się nad tym rozlewniej. W każdym razie chodzi mi o tę dużą – nie tylko w sprawie Kaplicy Hochberga – energię społeczną, większą chyba niż w większości polskich miast, jak również o fascynujący proces dochodzenia do identyfikacji z przeszłością miasta, która przecież długo była dla mieszkańców jakaś taka nieswoja.
Pewnie, w innych miastach na Ziemiach Odzyskanych też to się działo, ale we Wrocławiu najbardziej to widać, nawet z pewnej odległości. 🙂
Bobiku, Wrocław zawsze był ciekawym zjawiskiem 🙂 . Nigdy nie był zaściankiem w przeciwieństwie do innych miast podobnej wielkosci. Zawsze była w nim świeżość, oddech, europejskość, mimo powszechnego jeszcze do lat 60. poczucia tymczasowości, no , bo przecież przyjdą Niemcy i odbiorą.
Mimo że ( a może właśnie dlatego) rdzennych wrocławian została po wojnie garstka.
Ostatnie zdanie może zostać zle odczytane. Nie brak rdzennych wrocławian stanowi o jego wielkości, a to, że siłą rzeczy było miastem otwartym dla wszystkich, takie pierwsze duże rodzime multikulti. Z dużym procentem rodaków ze wschodnich rubieży. I ono właśnie zadaje kłam teorii, że podział wschód- zachód w Polsce
jest podziałem nieodwracalnym.
Bo we Wroclawiu żywi, w sposób zupełnie nieprawdopodobny, utożsamili się z całą przeszłością. Całą. Równie nas złości to, że Warszawa nie chce oddać pawęży straży miejskiej, bo to „zaszczyt dla Wrocławia, że coś cennego w Warszawie pokazują, a przecież pawęże nic wspólnego z dzisiejszymi Wrocławiakami nie mają” (tak prawie dosłownie dyrektor odpisał), jak i to, że IPN ogłosił, że cmentarz oficerów radzieckich z 1945 roku niesłusznie jest umieszczony w mieście i wszystkich szlag trafił, że nam chcą przeszłość zabrać, napisać po swojemu, jak to od 1945 było.
A według badań socjologicznych ludność ziem zachodnich odróżnia się poglądami i postawami od ludności skąd indziej, co jest przedziwne, bo to w większości mieszkańcy małych miasteczek i wsi gdzie indziej. Skądinąd najbardziej dynamiczny zapewne element.
Wierzę, Zmoro, tylko ja po prostu wcześniej nie bardzo miałem szansę o tej zjawiskowości Wrocławia się przekonać. 😉 Nie miałem tam krewnych czy znajomych, do których bym jeździł, a w interesie ludowych władców szerokie propagowanie specyficzności Wrocławia raczej nie leżało. Może dlatego te ostatnie lata wydają mi się takie spektakularne. 🙂
Ten duży procent wschodniaków jest mityczny. Nie ma tak naprawdę dokładnych danych, ale szacuje się na ok. 25%.
Właściwie nie tak trudno sobie uzmysłowić, że wykorzenienie, jakkolwiek bolesnym by nie było procesem, daje równocześnie szansę na uwolnienie się od różnych „domowych złogów”, na zobaczenie świata po swojemu, bez oglądania się na to, co ciotka, co wujek, co sąsiedzi i ksiądz dobrodziej. I właśnie ta „słodka i straszna wolność” może być jednym z wyjaśnień specyfiki zachodniej Polski.
Dzień dobry 🙂
Na ziemiach, po wojnie, wszyscy byli Innymi i każdy był Skądinąd. To wymuszało szybkie, wzajemne oswajanie. Tygiel dobrze robi 😉
Mógłbym wprawdzie zataić tego sensacyjnego newsa, ale nie będę świnia. Trzeba oddać psu, co pieskie, a kotu, co kocie. 😆
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,11253594,Republikanin_i_demokrata_maja_problem__Do_walki_o.html
Tadeuszu, co czwarty mieszkaniec to dla mnie duży procent ;-).
Ale dzięki temu przy naszej polnistce nie było szans, aby popełnić jakikolwiek błąd w dyktandzie. Wszystko było doskonale „słyszalne” 🙂 .
No tak, „słyszalność” chyba już coraz bardziej odchodzi do lamusa. Niektórzy nawet ją już zdecydowanie do niego odesłali. 😉
http://ortografia4.appspot.com/wiki/Strona_główna
Wstydzę się za Warszawę. 😳
Ja niniejszym protestuję przeciwko nieobecności Kota!
Boże, coś Polskę….
tu: łopot białoczerwonej
Kota Mordechaja racz nam zwrócić, Panie!
I Helenę! Przyłączam się do protestu!
Mordka nie wraca ranki i wieczory 🙁 .
Heleno, apeluje do Ciebie, wróć na łono i użyj całej swojej siły perswazji( a wszak ona wielka u Cię) i niewieścich wdzięków wobec nastroszonego Kocura. On nikogo tak jak Ciebie nie darzy estymą, a zatem jest szansa, że się ugnie 😉 .
Mickiewicz już był, to teraz czas na Kochanowskiego 😉 .
Heleno – wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim 🙂 .
@Aga 12:32
Ojejku, chodzi o tego jegomościa z Muzeum Wojska ?
A skąd wiadomo, czy to warszawiak ? ( Swoją drogą sprawa uruchomiła pospolite ruszenie i omal nie skończyło się marszem protestacyjnym na stolicę 🙂 )
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35762,929347.html )
Czy może rumienisz się za pewnego inteligenta z Żoliborza,co to publicznie zganił prezydenta Wrocławia zarzucając brak wyrobienia narodowego, tzn. chwalenie się Halą Stulecia, czasowo zwaną Ludową ? Trzeba było wyjaśniać temu sympatycznemu panu, że w naszym mieście prawie wszystko co starsze wybudował albo Czech albo Niemiec – tak tutaj mamy 😉
Wstydzę się za wszystkich, którzy z wysokości warszawskiego stołka (phi!) plotą jakieś androny. 🙁
Mili moi, jakbyśmy Bobika chcieli do czegoś przekonać, to już by się tu kilogramy pasztetówki piętrzyły. Kotu Mordechajowi też trzeba coś zaproponować. Mleko i kawa to było, okazuje się, za mało, to może bażanta? kawior? albo odrobinę rozrywki? http://folkhome.pl/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/m/y/mysie_schody_1_.jpg
Wystawiam na pokuszenie wstrząśniętego Goldwassera – i wypić można i złotka spróbować połapać łapką.
Stoi zastawa srebrna niewzruszenie
bażanta resztki w niej już dosychają
chce zaspokajać znów kocie pragnienie
a tylko muchy używanie mają
Smutek na blogu panuje okrutny
temat się przewija z wolna byle jaki
wracaj z powrotem, zrzuć worek pokutny,
bo powyrywam Kotu wszystkie kłaki !!!!
Środowa szczęka. W takim pędzie wybiegłem w teren, że nawet zawiadomić nie zdążyłem. 😯
Przyłączam się, rzecz jasna, do żądań wobec Pana B. i również stanowczo domagam się od niego zwrotu Mordechaja! W końcu drobne niezgodności zdań nie są wystarczającym powodem, żeby nas tak okrutnie karać zabraniem Kota na całe 2 dni, w tym jeden taki, który się zdarza tylko raz na 4 lata. 😥
Wiem, że Mordka na strofy niemal tak łasy, jak na bażanta. Może upartym wierszykowaniem go zwabimy? 😉
Smutno mi, Boże – co tam nieba lazur,
co zaklepane miejsce na kanapie,
gdy nie pojawi się tu koci pazur
i nie podrapie.
Więc choć mi nową sprawiono obrożę,
smutno mi, Boże. 🙁
Zdaniem się trzeba różnić wciąż na nowo,
w różnicy bowiem jest uroda bytu
i nie urazy źródłem ma być słowo,
jeno zachwytu.
Że nie ma buźki wzajemnej po sporze,
smutno mi, Boże. 🙁
Ach, jakbyśmy tu ostro pobrykali,
jakie by były tu radości piski,
gdyby Mordechaj ze swej chmurnej dali
podszedł do miski,
w którą łososia kawał zaraz włożę –
gdzież Mordka, Boże? 🙁
Gdzieś tam, biedaczek, w Londku zabłąkany
za myszą pewnie lata szybkim biegiem,
a tu zarżnięte dlań leżą barany
długim szeregiem.
Kot nie wywęszył ich, więc tkwię w stuporze,
smutno mi, Boże. 🙁
Wierszy pisanie idzie jak po grudzie,
nawet kuwety zmienić nie ma komu,
co mi tam książki, płyty, żarcie, ludzie –
bez Kota w domu
źle, że już chyba być nie może gorzej,
smutno mi, Boże. 🙁
Nie cieszy boczek, nie radują kości,
ogon obwisły nie merda wesoło:
kiedy Mordechaj długo tu nie gości
i marszczy czoło,
dusza się czuje jak w pokutnym worze,
smutno mi, Boże. 🙁
Dałbym już w zęby niewinnej dziecinie,
na pamięć uczył się, co jest w gazecie,
tylko niech Mordka zza rogu wychynie,
niech tu przyleci.
No, chyba wkrótce się pochlastam nożem…
smutno mi, Boże. 🙁
Przyjdźże już, Mordko, do nas. Przyjdźże do mnie.
Chyba nie będziem wiecznie kotów darli,
dostarczyć tłustych kur chcę Ci ogromnie
i synogarlic.
O… coś skrzypnęło. To Mordechaj może?
Ach, daj to, Boże. 🙂
A to tylko ja.
Chciałam Wam poddać coś pod namysł i dyskusję, jeżeli uznacie, że warto.
Tu zacytuję fragment artykułu z Polityki, do którego na końcu podam link:
„czy praca jest błogosławieństwem, czy przekleństwem ludzkości. Socjolog z uniwersytetu w Uppsali dr Roland Paulsen (który już wcześniej włożył kij w mrowisko wydając książkę „Społeczeństwo pracy”) pyta, jaki jest cel pracy przez 8 godzin, dzień po dniu, do późnej starości? Od lat 30. minionego wieku produktywność wzrosła pięciokrotnie, pojawiły się rewolucyjne technologie, a zapotrzebowanie na pracę nie zmalało.
Pracujemy na dobra, których naprawdę nie potrzebujemy. I to jest stosunkowo nowe zjawisko w rozwoju ludzkości. Dawniej człowiek przestawał pracować, kiedy zaspokajał swoje potrzeby. Moralność pracy zrodziła się wraz z Lutrem i rewolucją przemysłową. Praca stała się swego rodzaju religią. Paulsen powołuje się na Arystotelesa i Platona, którzy uważali, że praca ogłupia, i cytuje młodego Karola Marksa, który obiecywał, że w przyszłości będziemy jedynie łowili ryby, kochali się i czytali książki. Są bowiem w życiu inne wartości niż tylko praca, podkreśla. Nawołujących do wydłużenia okresu pracy nazywa demagogami.
Praca, według Paulsena, powoduje jedynie utrwalenie obecnych struktur władzy. Na szczycie pełno jest niepotrzebnych, lecz dobrze opłacanych stanowisk, w tym zwłaszcza w polityce. Gdyby w amerykańskim Kongresie było tylu deputowanych co w szwedzkim Riksdagu, licząc proporcjonalnie do liczby ludności obu państw, to musiałoby ich być kilkanaście tysięcy. Ci, którzy zarabiają najwięcej, najmniej przyczyniają się do wzrostu dobrobytu. Socjolog z Uppsali proponuje rozgonić to towarzystwo, w tym także socjologów, którzy za pieniędze podatników prowadzą niepotrzebne badania.”
Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/rynek/1524485,2,szwedzka-awantura-o-emerytury.read#ixzz1nnPGyZEU
A ja z dedykacją dla Wszystkich
http://www.youtube.com/watch?v=XGKT95q2ttU&feature=related
A to dedykacja dla Heleny i Jej Kota
http://www.youtube.com/watch?v=Xc_91F0lSwI&feature=related
Chyba nie wzniosłem się na odpowiednie poetyckie wyżyny. 🙁 Trudno, trzeba próbować do skutku. 😉
Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie, ino gazem,
do zachęt, błagań, pacierzy,
jakąś stosowną skombinujcie frazę,
żeby Kot przestał się jeżyć.
Mordka nie wraca ranki i wieczory,
czekam go z drżeniem ogona,
jak się nie zjawi wkrótce, będę chory,
westchnę, zapłaczę i skonam.
Słysząc to dziatki lecą jak najęte,
w dyrdy i do upadłego,
na Mordechaja czekać chcą z prezentem
i dobrym słowem do tego.
Słychać stąpanie, chyba ktoś nadchodzi,
radości bucha więc raca,
krzyczą „hosanna!” starzy oraz młodzi,
„Mordka, ach, Mordka nasz wraca!”
Widzi to Mordka, łza mu z oka leci,
z drugiego iskry zaś miota:
„Ha, jak się macie, co nowego, dzieci?
Czyście tęskniły do Kota?
Prezenty widzę… Słusznie, moi mili.
Hmm… tu wątróbka, tu płucka…
Mniam, mniam”… wtem zbójcy wszystkich obskoczyli,
a zbójców było… no, ducka.
Brody ich dzikie i plugawe futra,
pokrętny wzrok jęty szałem –
bodajbym padł i nie doczekał jutra,
jeśli choć słowo skłamałem.
Krzyknęły dziatki, pobladły troszeczkę:
„kurczę, toż mózg w poprzek staje!
Chyba ci zbójcy mają w głowach sieczkę,
chcąc mierzyć się z Mordechajem.”
Mordechaj pazur wystawił niedbale
(nawet nie wszystkie pazury)
i miauknął: „zbójców się nie boję wcale,
niech no podskoczy mi który!”
Tu starszy zbójca wyrwał się jak dureń,
wołając „drodzy bandyci!
Przetrzepmy szybko temu Kotu skórę,
nim w swoje łapy nas chwyci.”
Mordechaj na to aż ze śmiechu załka
i powie: „ty z czym do gości?
Pierwszy bym trzaskę na tej głowie spałkał,
lecz ze mnie wzór łagodności.
Czniaj się, szmondaku, bo ja na blog muszę,
razem z mym wiernym orszakiem,
spadaj, łachudro, lekko jak okruszek
i schowaj się gdzieś za krzakiem.”
Zbójcy rąbnęła szczęka o poszycie,
uszami puścił posokę,
„spadam! – oświadczył – tylko daruj życie
i nie patrz na mnie tym wzrokiem.”
„No, miałeś szczęście – Kot mu rzekł łaskawie –
żeś z mojej drogi zszedł w porę”,
po czym tam ruszył, gdzie od dwóch dni prawie
już go czekano z kawiorem. 😈
podano do stołu
Temat pracy bardzo ciekawy, nie tylko w kontekście emerytur. Tak z pierwszej piłki (bo już nie zdążę przed kolacją porządnie się zastanowić) – ja już od dawna nie rozumiem tej fiksacji na sztywnych (i koniecznie ośmiu) godzinach pracy, sztywnym wieku emerytalnym, etc. A co by się stało, gdyby pracę „rozmnożyć” w ten sposób, że pełny etat to by było, powiedzmy, 6 godzin? Zamiast płacenia z podatków zasiłku dla bezrobotnych, można by podatki zmniejszyć, a dochody rozłożyć bardziej po równo. W sumie nikt by nie musiał być stratny. Płynny wiek emerytalny też by wcale nie musiał być katastrofą – jedni by pracowali krócej, ale drudzy za to dłużej, a i młodzież może by miała większe szanse.
Sztywność struktur na rynku pracy wydaje mi się jakoś idiotycznie niedopasowana do płynnej rzeczywistości. I raczej nie bierze się z konieczności, tylko z przyzwyczajeń i braku wyobraźni.
Ale to tylko takie uwagi merdnięte na szybkiego, bo wiadomo – kolacja należy w życiu psa do najważniejszych rzeczy. 😉
– Bobiku, jesteś genialny!
– Cicho, wiem.
A Rysio wypatruje wciąż kluczy gęsi wiosennych, że milczy 🙁
Mnie w sumie nie chodziło o dostępność pracy, czy jej wymiar, tylko o samą pracę. O to, że stała się swego rodzaju religią, miernikiem wartości człowieka.
A przecież, gdyby człowiek był stworzony do pracy, to praca by go nie męczyła. 😀
A poważniej, w sobotę dobry znajomy zapytał mnie
– a co ty właściwie robisz, czym się zajmujesz?
Szczęka mi opadła, nie wiedziałam, co powiedzieć.
Mój znajomy uważał, że tylko robienie czegoś nadaje życiu sens.
Wybąkałam coś o społecznych zaangażowaniach, bo nie miałam ochoty rozwijać tematu, ale dlaczego moje życie miałoby być gorsze, gdybym oddawała się tylko podziwianiu świata w różnych jego przejawach.
Z trzeciej strony, jeżeli jestem taka mądra, to dlaczego mam za złe starym trzydziestoparoletnim chłopakom w rodzinie, którzy nigdy nie splamili się pracą.
Może dlatego, że żyją jak pasożyty na swoich rodzicach.
Dobranoc

http://www.youtube.com/watch?v=4ycsYqT43Ew&feature=related
Mnie praca męczy
Szczególnie 5:30 am
Jednak zapadło sprawiedliwe orzeczenie w sprawie, która nas bardzo bulwersowała!!
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,11260068,Nie_wpuscila_do_klubu_Roma__Teraz_musi_przeprosic.html?lokale=szczecin
Zupełnie nie rozumiem tego stwierdzenia: „Pracujemy na dobra, których naprawdę nie potrzebujemy. I to jest stosunkowo nowe zjawisko w rozwoju ludzkości. Dawniej człowiek przestawał pracować, kiedy zaspokajał swoje potrzeby.”
A kiedyż to było tak pięknie? W Raju? Co to znaczy „nie potrzebujemy” i „zaspokajał swoje potrzeby”? To nic nie znaczy. Chyba, że ktoś określał mu poziom potrzeb, ale to zupełnie inna bajka. Nie przestawał, bo nie ma granic dla potrzeb. One są różne i, do licha, to my sami decydujemy, co dla nas ważne i na co warto tyrać.
Praca nie jest religią. Jest potrzebą wyszarpania z siebie tego, czym chcemy się podzielić z innymi.
Mnie praca jest niezbędnie potrzebna do życia. Z chwilą, gdy poczuję się niepotrzebna sobie i innym, już mnie nie będzie, niezależnie od fizycznych oznak tzw. życia.
Haneczko, tu się od razu zaczynają schody. Bo co to znaczy „potrzebna sobie i innym”? I co w ogóle rozumiemy jako pracę? Czy chodzi nam o wykonywanie czyności prowadzącej do jakiegoś celu (w odróżnieniu od np. zabawy, która jest celem samym w sobie), czy pracę zawodową, tzn. taką, za którą dostajemy forsę?
Weźmy i porównajmy, powiedzmy, stróża nocnego na jakiejś zapyziałej budowie i tzw. „niepracującą” matkę trójki dzieci. Kto jest bardziej potrzebny sobie i innym? Kto z tego, co robi, czerpie więcej satysfakcji? A kto jest opłacany i zarabia na emeryturę?
Jest na świecie sporo ludzi, którzy wykonuję pracę nielubianą i byliby szczęśliwi, gdyby jej wykonywać nie musieli (a na inną szans nie mają). Gdyby taki ktoś wygrał parę milionów w totka, zapewne by tę pracę rzucił w diabły i zajął się np. hodowaniem dalii. Czyli w powszechnym odczuciu nie pracowałby, choć robiłby coś celowego i się z tym, co robi, identyfikował.
Ja się mogę przyznać, że choć lubię swoją pracę, jeszcze bardziej lubię to, co robię nie za pieniądze – choćby prowadzenie blogu. Gdyby dawało mi to niewielki, ale wystarczający do przeżycia dochód, zająłbym się wyłącznie tym, bo potrzeby materialne mam takie sobie. 😉 Czyli robiłbym to samo, co teraz, ale nazywałoby się to, że pracuję. A ponieważ teraz nie zarabiam na blogu pieniędzy, to mógłbym mu poświęcać nawet 20 godzin na dobę i żyły sobie wypruwać, ale i tak nikt by nie uznał tego za pracę.
Co mnie bardziej i lepiej określa – to, co robię zawodowo, za forsę, czy to, co piszę? Co lepiej określa zamiłowanego ogrodnika-hobbystę, który zawodowo pracuje przy taśmie? Co jest dla niego pasją i dobrodziejstwem, a co przekleństwem? A co określa rencistę lub emeryta? Eks-praca? Czy może to, co im wypełnia życie w okresie „popracowym”?
Wcale mi się to wszystko nie wydaje takie proste. 🙄
Linka od Mar-Jo mi przypomniała, że dziś powinno było zapaść orzeczenie również w innej interesującej nas sprawie. Nie ma ktoś jakichś przecieków z Komisji Etyki? 😉
Na sejmowej stronie komisji widzę ostatnią uchwałę z 8.06.2011, też suską zresztą. Przez osiem miesięcy najwyraźniej nic się nie działo 👿
Popatrzcie sobie http://orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/pracekom6?OpenAgent&EPS Posiadali się dzisiaj w zamknięciu.
Dobranoc łamane przez, prawie, dzień dobry 🙂
Posiadanie się w otwarciu bije po oczach wartościom chrześcijańskim
No, ja nie wiem, czy posiadanie aby nie jest w ogóle sprzeczne z wartościami. Albowiem łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niźli posiadaczowi (w komisji)… etc. 😈
Aaależ, oczywista oczywistość – jest. Tylko ja mam spaczenie takie, że ilekroć słyszę o posiadaniu, to natychmiast mi się kojarzy z cudną sejmową nowomową: „posiadłem informację” (w poprzednim zdaniu musowo wybrzmiewa wdzięcznie „moja osoba”) i w letką panaroję wpadam. Nie to, rzecz jasna, żebym Haneczkę o sejmową nowomowę oskarżała, broń Bóg; zadziałał raczej odruch nieszczęsnego psa Pawłowa (sorry, Bobiku).
Dobrej nocki, Bobiku, partamy, jak widzę. Popartam jeszcze ociupinę i lulu 🙂
Kontroluję stronę komisji na bieżąco. 😉 Internet posłał Haneczkę na manowce – ostatnia uchwała dostępna na stronie jest z lutego tego roku. http://www.sejm.gov.pl/SQL2.nsf/uchwaly7?OpenAgent&EPS Jeśli coś wczoraj uchwalono, to za 1-3 dni ta uchwała powinna się znaleźć na stronie. Liczyłam na to, że może coś 'na gorąco’ przekażą prasie, ale sierżant nic nie znalazł był. Ciągle śpię na raty. 🙁
Dzień dobry 🙂
Dziś 75- lecie największej filharmonii czyli radiowej Dwójki.
O pośle Suskim cisza wszędzie 🙁
Herbata …. 🙂
Jakim cudem komuś udaje się ukryć coś takiego przez dekadę?!
– No właśnie. To było pierwsze pytanie, które sobie zadaliśmy. Odpowiedź brzmi: dzięki polskiej bylejakości. Służby sanitarne nie przeprowadzały do tej pory pełnych kontroli.
O aferze solnej coraz głośniej 🙁
Więcej tu
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,11260674,Sanepid_nie_tknal_worka_z_sola__patrzyl_w_papiery_.html?lokale=lublin
W teren
To moj szwagier nowomowe rozwinaltwiorczo i od jakiegos czasu wszyscy mowimy: posiadam zabezpieczona (tu dodac co) 🙂
Ja uwazam, ze pan Paulsen ma duzo racji w tym co mowi. Z praca zrobilo sie takie bledne kolo jak z przestepczoscia. Bo zobaczcie ilu zywi sie na jednym i na drugim?
Dzień dobry,
pytanie: czy praca musi być tożsama z zarabianiem na życie?
Jeżeli tak i jeżeli trzeba na to życie zarabiać wykonując zadania nudne, upokarzające, czy ponad siły, to taka praca może być udręką. I chce się od niej jak najszybciej uciec. Jeżeli praca jest formą samorealizacji, pasją, etc… to się ją kocha. Nawet wtedy kiedy jest to tylko tak zwane „przesuwanie kwitów na biurku”.
O jakiej pracy mówimy?
Wróciłam z kolejnego sympozjum/forum liderów UTW w Wielkopolsce. Z założenia sami emeryci. Ale ile oni pracują. I jak! Oczywiście na zasadzie wolontariatu. Często, gęsto dopłacając do tego „interesu”. Ile w nich pasji, radości życia z tej pracy nie pracy.
Ten rok poświęcony jest na terenia człej UE Aktywności Osób Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej. W Polsce jest to rok dedykowany UTW.
Ludzie aż kipią pomysłami. Dzieje się bardzo dużo. W którym miejscu kończy się praca a zaczyna zabawa? I znowu: co to jest zabawa? W rozwoju dziecka zabawa jest aktywnością bardzo serio i wręcz niezbędną dla tegoż rozwoju.
Nie wyobrażam sobie życia bez pracy. Ale nie musi być to praca na etacie. Nie miałabym nic przeciwko takiemu dopływowi gotówki, który pozwoliłby mi pracować tylko tak, jak lubię. Teraz mam pół na pół. Lubię uczyć, ale nie cierpię, ciągle zwiększajacej się, biurokracji. A może faktycznie „nie ma róży bez kolców”.
Jestem, od lat, admiratorką myśli Fromma. Pisze on, między innymi, o orientacjach nieproduktywnych i produktywnej. Orientację można porównać do charakteru. „Produktywność” rozumiana jest dzisiaj jako rodzaj kreatywności. Jest to coś, co służy wykorzystaniu własnego potencjału. Jego zdaniem, głównymi składnikami, podstawą orientacji produktywnej są: produktywna miłość i produktywna praca.
A nakręcanie potrzeb, to zupełnie inna bajka. Na kreowaniu sztucznych/nowych potrzeb opiera się globalny rynek i cała rozbuchana konsumpcja.
Haneczko,
to Twoje dobre prawo tak myśleć: Z chwilą, gdy poczuję się niepotrzebna sobie i innym, już mnie nie będzie, niezależnie od fizycznych oznak tzw. życia.
Tylko czy to „poczucie” musi koniecznie oznaczać „bycie niepotrzebnym”?
W moim życiu tak się układało, że ludzie, którzy odegrali w nim znaczącą rolę, w ogóle sobie z tego nie zdawali sprawy. Wpłynęli na bieg mojego życia samym faktem, że byli tacy a nie inni. Nie robili czegoś specjalnie dla mnie.
Byli. Byli właśnie tacy a nie inni. I wiele im zawdzięczam.
Czy ktoś mi może pomóc? Próbuję zlokalizować, w czasie i przestrzeni, gdzie i kiedy rozpoczęło się protestowanie przez skakanie … kto nie skacze ten …. hop, hop, hop …
Na pewno tak protestowali kibice przeciw Tuskowi, Wszechpolacy przeciw gejom, przeciwnicy ACTA. I nawet ostatnio obrońcy telewizji Trwam, przeważnie ludzie starsi. Ale kto i gdzie to rozpoczął?
Moniko,
jesteś tam? Czy Oburzeni w Stanach też skakali?
To już Marzec, gdyby ktoś nie zauważył 😉
Jeszcze gwoli kronikarskiej rzetelności: Narodowy rozdziewiczony, wreszcie 🙄
Niestety, jakoś tak bezjajecznie, znaczy się, pardon, bezbramkowo 😉
Bry!
Z zapałem zabrałem się do pracy, ale szybko zwiądł 🙄 I za wcześnie na podlewanie, a ile tej herbaty można wypić??
Bobiku, chyba nie jest tak źle! Chociaż tu cały kłąb puszek z Pandorą 🙂
Raz, jak Jotka zauważyła, najwyraźniej myślisz o pracy instytucjonalnej. Dwa, przecież nikt nikomu nie broni w kapitalizmie robić co chce, byle ktoś zechciał za to zapłacić. Czy też, albo oraz, zwyczajowo płaci. Bo chyba powinien wystąpić związek między jednym a drugim. Jak np. treść gazet była za darmo w Internecie jako reklamówka, a okazało się, że więcej teraz czyta w Internecie niż na papierze, a próby wprowadzenia opłat spotykają się z… niedowierzaniem? oburzeniem?? Murdoch zdaje się przez dwa lata nic nie zarobił, a dużo stracił, na wprowadzeniu opłat za swoje czasopisma w UK.
No i tu chyba Hund leży. Monetaryzacja. Skłonni jesteśmy uważać za pożyteczną pracę to, co jest zwyczajowo szacowane w pieniądzu, a skądinąd bardzo pożyteczna, ba, niezbędna, praca wielu ludzi nie jest uważana za pracę, bo zwyczajowo ich się nie oszacowuje monetarnie, jak praca matek zajmujących się dziećmi poza pewien ich wiek (bo ostrożny byłbym w mówieniu, że można zamienić/zmienić tradycyjne role społeczne wtedy, gdy się nakładają na biologiczne, ale może nie dyskutujmy co biologiczne a co kulturowo-społeczne teraz…).
To się zresztą zmienia, czytałem szacowania monetarne tradycyjnej pracy kobiet w rodzinie.
Jednak prawdą jest, że jest wielu ludzi, którzy nie mają odwagi, sprytu, niezależności, przedsiębiorczości, etc., by pracować na własną odpowiedzialność, a pracy instytucjonalnej po prostu dla nich nie ma. Maszyny będą wypierały coraz większą ilość ludzi z wykonywania prostych, albo i nieprostych, ale dających się łatwo algorytmizować, czynności. A system pracy jest nadal w większości taki jak w XIX wieku.
A utkwiło mi w pamięci też stwierdzenie, i sądzę, że jest głęboko słuszne, że armia bezrobotnych to nie jest uboczny skutek działania kapitalizmu, ale jego sprężyna rozwojowa, bo mobilność siły roboczej i możliwość jej szybkiej aktywacji jest dzięki temu bardzo duża. Tak więc chyba wiele zmian społecznych to jest po prostu wypadkowa rozwoju kultury, technologii i zmiana ich jest cholernie skomplikowana. Ale truizm…
Szacowania monetarne sa czysto teoretyczne w praktyce funkcjonuje nadal „niepracujaca zona”.
Dzień dobry 🙂 Nawet gdybym wiedział, skąd się wzięło skakanie, prawdopodobnie teraz jeszcze nie byłbym stanie tej wiedzy przekazać. Za wcześnie. 🙁 Mózg jeszcze nie dostał odpowiedniego kopa, a jeszcze lepiej kilku i w ogóle mu się draniowi, pracować nie chce. 👿
Spróbuję wobec niego zastosować jakieś środki przymusu pośredniego i bezpośredniego, ale nawet jeśli poskutkują i tak nic nie powiem o skakaniu, bo nie wiem. 😉
Mówi się, że wobec nieuchronnego zdominowania społeczeństw przez staruszków, znaczna ilość osób z części nazywanej produkcyjną, znajdzie zatrudnienie w usługach na rzecz seniorów.
Powiem szczerze, że włos mi się jeży.
Ja nie myślałem wyłącznie o pracy instytucjonalnej bądź wyłącznie nieinstytucjonalnej, tylko właśnie się zapytywowałem, o jakiej pracy mowa. 🙂 Wskazując przy okazji na to, że nie ma prostego przełożenia instytucjonalności czy też zmonetaryzowania pracy na jej użyteczność społeczną. Z różnych powodów niektóre niezwykle użyteczne prac w obieg monetarny nie weszły, a inne, których użyteczność jest nader wątpliwa, są opłacane bardzo wysoko, na co Paulsen zresztą zwrócił uwagę. Już choćby samo to sprawia, że rozmowa o pracy wymaga porozdzielania różnych włosów na czworo, a przecież z tej puszki z Pandorą jeszcze dużo innych rzeczy wyłazi. 😉
Pojęcie pracy kojarzy mi się z wyrobnictwem.
Jak kobieta mówi, ze zajmuje się domem, prowadzi dom, to ma to ludzki wymiar, jak powie, ze pracuje w domu, to przybiera niewolniczego zabarwienia.
Rozróżniłabym pracę od zajęć.
Pora na śniadanko.
Dzień dobry. 😀
„Nach Ansicht des Bundespräsidialamts steht Christian Wulff der Ehrensold für Bundespräsidenten zu, weil er „aus politischen Gründen aus seinem Amt ausgeschieden“ ist”. 😯
To jest dopiero puszka z Pandorą!
Wczoraj mnie zadziwił fragment taki:
„Hork!
Pedwar pempć fiufi trzy (to musi być) twelf.
Niska stola nad spokojem uderzeń śpiących serc.
Nadciąga biała mgłęcza. Nad łuk blank. Markowe kapsuły. Nos człowieka który nie przypomina nosych. Pomarszczony, o rudawej tynkturze”.
Pan Krzysztof Bartnicki pracował nad tłumaczeniem 10 lat. .„Finnegans Wake” James’a Joyca ukazał się w całości po polsku jako „Finneganów tren”.
Dzień dobry,
mnie jakoś skakanie kojarzy się przede wszystkim z krakowskimi demonstracjami antygejowskimi. Tam to chyba było po raz pierwszy, ale nie dam głowy.
Ale to ciekawe, że i starsi zaczęli skakać. Odrobina gimnastyki nie zaszkodzi 😛
Mtsiódemeczko, ja to widzę wręcz przeciwnie. 😉 Nieprzyznawanie zajęciom domowym statusu pracy prowadzi do ich deprecjacji i do takich absurdów, że zamiatanie podłogi w magazynie GS-u jest wyżej cenione niż wychowywanie przyszłych pokoleń. No bo niby to pierwsze praca, a to drugie niepraca. 🙄
Podział na pracę i zajęcia nie wydaje mi się trafny, bo przecież smarowanie się olejkiem na plaży albo picie gorzały do lustra to też są jakieś zajęcia. 😉 Bardziej już do mnie przemawia definicja klasyczna, na którą gdzieś tam się powołałem (ta, że praca to wysiłek celowy, prowadzący do osiągnięcia określonego efektu), ale ona z kolei prowadzi do tej monetarystycznej pułapki.
Na mojego czuja mętlik w definicjach wskazuje na to, że mamy – w sensie społecznym – również ogólny mętlik w myśleniu o pracy, bo ponoć język nami myśli. 🙂 I właściwie już w przedbiegach zgodziłem się z tym, że myślimy o pracy XIX-wiecznie, a tu nowe puka i chyba wypadałoby się przestawić. 😉
Bobiku, Ty mówisz o społecznych aspektach pozostawania kobiet w domach i zajmowania się wychowaniem dzieci.
A ja o samych czynnościach.
Zajmuję się: sobą, tobą, czytaniem, podglądaniem sąsiadów lub ptaków, podróżowaniem, leniuchowaniem.
Pracuję: doradzam, kopię, sprawdzam prace innych, sprzedaję i mnogo, mnogo innych.
Zajmowanie się jest czynnością dobrowolną i bardziej 'ludzką’.
Maszyny pracują. Nie powiemy, że się czymś zajmują.
Próbuję sobie to jakoś w głowie uporządkować.
Znam wielu mężczyzn, którzy po przejściu w stan spoczynku tracą motywację do życia. Żyję po to, żeby pracować?
A ile tych prac jest rutynowych i bez większego sensu.
Kobiety chyba lepiej dają sobie radę, bo ciągle spoczywają na nich obowiązki domowe.
Akurat trafiłem na artykuł poniekąd „w tym temacie”, więc linkuję: 🙂
http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1524475,1,stare-metody-tuska-zawiodly-czas-na-nowa-polityke.read
Tym nie mniej, na pytanie znajomego, czym się teraz zajmuję, nie umiałam odpowiedzieć – sobą, bo bardzo bym go rozczarowała. 😀