Bajka o arcywilku
Owca to zwierzę krnąbrne oraz humorzaste,
słusznym jest, żeby pieczę nad nią trzymał pasterz,
bo jak taka owieczka nadto się ośmieli,
kto wie, co do durnego łba jej może strzelić.
Podjęto więc decyzję z lekkością motylka
i oddano owieczki w ręce arcywilka,
ponieważ wilki, jaką by miarą nie mierzyć,
najlepszą się opinią cieszą wśród pasterzy.
Pasał wilk, podjadając jagnięcy paprykarz,
aż go kiedyś znienacka podpatrzył dziennikarz
i narobił rabanu: to granda, to chryja,
co nam się tu o dobrym pasterzu nawija,
wszak dostrzec może nawet najgłupszy pudelek,
że owieczki ktoś drutnął, a to są daniele.
To atak bezprzykładny! – wilk na to odrzecze.
Ja wiem, że mnie kazano pilnować owieczek,
obydwaj zatem przyjąć możemy bez sprzeczki,
że to, czego pilnuję, to właśnie owieczki.
I dosyć jeszcze zębów mam na takich gości,
co wchodzą na pastwisko, by szargać świętości!
Morału z historyjki tej nie będzie wcale,
bo ona wszak traktuje o braku morale.

Dziękuję Irkowi, Mt-7 i Lajzie za Mertona, którego też bardzo cenię, a Nikt nie jest samotną wyspą i 7-piętrową górę szczególnie.
Wiersz o superwilku bardzo mnie zasmucił, szarga mojego osobistego arcypasterza.
Stanisławie, czy pocieszy Cię imieninowy toast za Twoje zdrowie? 🙂
Wszystkiego najweselszego! 😀
Wzniosłam już u siebie, ale i tu się dołączam. Także za Irka! 😀
Zazdroszczę Mar-Jo – uwielbiam Lenbachhaus (i oczywiście Lenbachową kolekcję). Tylko czy ja dobrze widzę na tym zdjęciu w lince, że do tej miłej starej willi dostawili jakieś drzewienne pudło? 😯
O wlasnie, wszystkie najweselszego i najlepszego, Stanislawie! 🙂
A o Mertonie to nie tyle Lajza, co ja, z podziekowaniami z kolei dla tych, ktorzy mnie kiedys na niego naprowadzili. 😉
Pare lat temu czytalam ladna relacje Pico Iyera, ktory Dalaj Lame zna od dziesiatek lat, o spotkaniu mlodego wowczas Dalaj Lamy i Thomasa Mertona – na podstawie wspomniem wlasnie Dalaj Lamy i notatek samego Mertona. Relacja znajduje sie w ksiazce Iyera, pt. The Open Road. A samego Iyera bardzo lubie nie tylko za ksiazki, ale i troche po kumotersku, bo ma podobne korzenie do rodziny mojego meza. Nawet jeden z kuzynow nosi identyczne nazwisko. No i zainteresowania tez czasem ida mu podobnym szlakiem, co jego, bo inne miejsca w jego zyciorysie troche pokrywaja sie z moimi.
Irku, swietnie, ze juz jestes w domu. Teraz tylko schnij intensywnie, acz szkoda, zei troche doslownie, skoro musisz po drinka wchodzic w wirtualnosc. 🙂
I znikam, bo zadzwonilam do sklepu, i skrzynka zoltych owocow juz na mnie czeka!
To nie Poeta i jego wiersz szargaja arcypasterza, Staszku. To arcypasterz nie liczac sie ze zgorszeniem szarga swoj urzad.
Nikt nie chce chyba zakazywac dzialnosci gospodarczej Kosciola. Ale jesli odbywa sie ona na drodze wielkiego oszustwa finansowego, to chyba dobrze o arcybiskupie nie swiadczy?
Tak, Pani Kierowniczko. Z bliska :
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/ff/Lehnbachhaus_%28Museum%29_-_M%C3%BCnchen.JPG
Ha! (to o skrzynce zoltych owocow).
Wasnie skonczylam jednego i – choc moglby jeszcze troche podojrzewac – byl BARDZO dobry i aromatycznny. Z E juz sie podzielilam i jej radosc byla ogromna, ze sezon sie zaczal.
Chyba jutro moge juz kupowac nastepna skrzyke!
To ja wznoszę toast niewirtualny za Stanisława i Irka, niech się Im dobrze wiedzie, życie szczerzy serdecznie same pomyślności trzymając w zanadrzu, a ludziska kochajom. 🙂
Wasze zdrowie, Chłopcy! 😀
Ja tez zycze najweselszego Staszkowi i rychlej rekonwalescencji Irkowi.
Jest wiosna, na litosc boska.
Ajjajaj… zniszczyli całą atmosferę tego miejsca. A to była taka fajna chałupa, przyznaję, że przed remontem nieco zapyziała. Ale rozumiem, że potrzebne było miejsce do dobrego eksponowania kolekcji. Tylko czemu taki krzyk w przestrzeni? Niemiec potrafi 🙁
Ale mam nadzieję, że psinka jest na swoim miejscu?
https://picasaweb.google.com/PaniDorotecka/PieseczkiKoteczki#5227831711054300466
Nie wiem, jak tamta psinka, ale ja jestem na swoim miejscu i bardzo chętnie wzniosę toast wiosenny. Za solenizantów, rekonwalescentów i bzy! 🙂
Mordko, dam sobie łapę uciąć, że Stanisław to wszystko (19.52) wie i właśnie w takim sensie pisał o zasmuceniu i szarganiu.
Ja już Stanisława ścichapęcką ironię załapuję, chociaż mordek nie robi. 😉
A gdyby tak na działce do celów sakralnych dorzucić trochę lwów 😈
http://www.galeria.malarstwa.pl/obrazy/1112933.jpg
Toast za bzy, nie trzeba dwa razy powtarzać 😀
Widzieliście Odę do radości na 10.000 głosów :
http://www.youtube.com/watch?v=xBlQZyTF_LY&feature=em-subs_digest-vrecs
Oj, nie wiem, czy wilk by się na wpuszczenie lwów zgodził. Większych od siebie to on chyba nie lubi. 🙄
Odadada dla Bobibiba z dłułuługim ogogonem
Komu pała dzięcielina,
Kogo koi bz,
Furda, ludzie. Najważniejsze,
że szczęśliwy ps.
Przejrzałem wstecz szybko i na pierwszym miejscu wybija się Wielkie Tournée Andsola po Europie. Gdyby Wrocław to realne z mojej strony. Takie dwa w jednym 🙂
To znaczy, że jeszcze jeden numer telefonu mam andsolowi podać? 🙂
Jasne, że Stanisław żartował ironicznie.
A o Warszawę andsol zawadzi? 🙂
Nie wspominał.
Ale to dziwne.
A Królowa Elżbieta poszła Helenie na rękę:
http://wyborcza.pl/1,75477,13873221,Krolowa_zapowiada__Imigrantom_w_Wielkiej_Brytanii.html
Ależ Bobiku, kontaktów nigdy nie za dużo 🙂
Do Warszawy miałbym bliżej
Idę się stabilizować, ale rano dołączę do herbaty. Jestem wszak ” na chorobie” 😉
Warszawa dwukroć, przed innym staropolskim miastem, Lwiwem czy jakoś tak… aha, Tel Awiw, oraz po powrocie z niego. Czyli koniec Maya oraz 9-12 czerwca.
Komórki, komórki, toczcie się do Bobika…
No, to może jakiś termin się znajdzie 🙂
Maile do siebie mamy 😉
To jutro jest wolne dla Frakcji? Z okazji Dnia Ojca?
Just don’t mention the war!
Podłoga zainaugurowana, tzn. meble wstawione do pokoju. A w kuchni po ich ubyciu zrobiło się tak, jakbym sprzedał kozę. 😈
Jeszcze raz:
http://www.youtube.com/watch?v=Nykn7TEuX2g
Dzień dobry 🙂
Na posterunku. Dwa wiadra kawy brazylijskiej, herbata, croissanty….
Terminy do uzgodnienia. Bobik rządzi mailami
Bobiku, czy Ty też rozśmieszyłeś arcypasterza 🙄
http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,13873858,Radni_chca_kontroli_danieli__Abp_Glodz___Prosze_mnie.html#BoxSlotII3img
Dzień dobry 🙂
Irku, nie szalej tak! Jeszcze jesteś na chorobowym. Niech zdrowi croissanty dźwigają. 😎
Z arcywilka, jak widzę, straszny wesołek. I pewnie ma powody. Vox populi tak ocenia szanse prawa i przyzwoitości w zetknięciu z arcywilczymi zębami: 🙄
Kontrola działki z danielami:
Doprowadzi do zwrotu gminie 450 tys. zł bonifikaty – 9%
Nie przyniesie żadnych skutków – 90%
Nie mam zdania – 1%
Vox populi po prostu realnie ocenia sytuację wedle przepisów prawa.
A mówią one, że abp ma 10 lat na zainstalowanie na działce funkcji sakralnych.
Minęły dwa lata, pozostaje mu jeszcze osiem i w tym czasie można mu nakukać.
Ja tylko nie mogę darować mojemu dawnemu kierownikowi Antkowi Pawlakowi, że robi sobie z tego rzewne jaja i mówi, że daniele mogą grać w szopce. Mnie tu wcale nie jest do śmiechu.
Po 10 latach też będzie można nakukać, bo abepe może sobie tam wstawić jakąś kapliczkę i już będzie sakralnie. 🙄 Czy ktoś z duchowieństwa może beknął za kultowy samochód? Nie przypominam sobie.
Nie daniele mnie w tym wszystkim wnerwiają, bo to bardzo sympatyczna zwierzyna, tylko to, że jest kasta stojąca ewidentnie ponad prawem, a przyzwoitość rzewnie olewająca – i nic. I jeszcze ta właśnie kasta za strażnika moralności się uważa. 👿
No wiem, to już bardzo nienowa śpiewka. 🙁 Ale musiałem sobie warknąć, żeby pary upuścić. 😉
Luj się skończył. Idę poszukać jakiegoś ojca, żeby wyciągnąć go na taras i poświętować. 😀
Lobby homoseksualne neka i przesladuje listami posla PiS. Juz spokojnie nie mozna pobierac pensji poselskiej. Panie, co sie w tym raju szieje!
http://wyborcza.pl/1,75248,13872676,Posel_PiS_uwaza__ze_przesladuja_go_homoseksualisci.html
Zabukowalam wlasnie doroczny 3-tygodniowy wyjazd do USA. Poczynajac od 10 czerwca.
Dziękuję wszystkim za bardzo miłe życzenia.
Rozwianie wątpliwości co do tonu mojego zasmucenia zdziwiło mnie samego, bo tylko w połowie komentarz był ironiczny. Zasmucenie jest autentyczne, ale smutek, jak słusznie zauważył Kot Mordechaj, jest spowodowany przez arcypasterza, nie przez poetę.
U nas prasa dużo o tym pisze przypominając, że gruntów sprzedanych za 1% wartości było więcej, a nabywca najczęściej przeznaczał na cele sakralne część działki, a resztę, po wydzieleniu, sprzedawał.
W tej sprawie już głos podnoszą radni Gdańska z PO, głównie Młodzi Demokraci, ale przyłączyła się do nich jedna konserwatystka, Aleksandra Dulkiewicz, córka dyrektorki wydziału w Urzędzie Miasta Gdańsk. Dulkiewiczowie to rodzina bardzo katolicka. Św. p. ojciec Aleksandry był kiedyś moim pracownikiem. Pod silnym wpływem Aleksandra Halla, wyjątkowo ideowy człowiek. Pozwalano mu pracować w biurze projektów „Transprojekt” dopóki nie zatrudnił w swoim dziale Bożeny Rybickiej, obecnie Grzywaczewskiej. SB-cja poleciła wywalić oboje, skończyło się nieprzedłużeniem okresu próbnego Bożeny. Zbyszek nie mógł pozostać kierownikiem działu, więc ja na sugestię dyrektora przyjąłem go do swojego. Ale od momentu ingerencji SB najpierw Bożena, a potem Zbyszek, zaopatrywali licznych chętnych w podziemne wydawnictwa.
O Zbyszku:
http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=Zbigniew_Dulkiewicz
Stanisławie, napisałeś szarga, więc jest to smutny żart ironiczny wg. mnie, bo właśnie nie Bobik szarga, tylko rzeczony biskup swoje i wspólnoty dobre imię.
Nie wiem z jakiego powodu duchowni dostali takie przywileje, że mogli sprowadzać pojazdy bez cła, grunty za bezcen itp., a plują na władze w państwie i bredzą o prześladowaniu, jakby im rozum odjęło.
Już nikt większej szkody od nich samych religiom nie wyrządza.
Jeżeli chce się jakieś grunty pod budowle sakralne przekazać na preferencyjnych warunkach, to pod takie, które mają już caly proces projektowo-decyzyjny zamknięty i będą slużyć wspólnocie.
Moniko, pamiętam, że Ty pisałaś o Mertonie i Siostrach Urszulankach, ale napisałem Lajza, bo się trochę lajznęłyście, na co sama zwróciłaś uwagę.
Merton w ogóle był ciekawym człowiekiem, nie tylko jako pisarz. O ile pamiętam, tez miewał kłopoty z przełożonymi.
Był bardzo zgodny z duchem Soboru Watykańskiego II w tym, że inne wyznania też mogą zawierać elementy Prawdy, bo w różny sposób i w różnych miejscach Prawda może być objawiana. Ale to akurat jest obecnie mało popularne, szczególnie w kościele polskim. Pewnie też zanadto rozśmiesza niektórych arcypasterzy.
Mt7, Bobik na pewno się nie obraził, dobrze mnie zrozumiał. Myślę, że mam prawo uważać się za Bobikowego przyjaciela i odezwać się czasem w tonie balansującym na granicy.
Pasterze niektórzy zagubili się, gdy nagle odkryli, że przestali być niepodważalnym autorytetem. Nie zauważając, że sami za to ponoszą wyłączną winę, obwiniają wszystkich dookoła. Na szczęście nie wszyscy. Mam nadzieję, że Ci księża przynoszący wstyd kościołowi należą do znacznej mniejszości. Bardzo trudno to jednak ocenić, bo brak badań w tym zakresie. Pisałem o Zbyszku Dulkiewiczu, że był pod wielkim wpływem Aleksanra Halla (30-35 lat temu). Ale drugą osobą, która wywarła ogromny wpływ na Ruch Młodej Polski, był dominikanin, Ojciec Ludwik Wiśniewski, obecnie w Lublinie.
Stanisławie, doskonale Cię rozumiem, dokładnie tak, jak Bobik i nijakiej pretensji nie zgłaszam, wręcz przeciwnie. 🙂
A jeżeli chodzi o A. Halla, niezmiernie żałuję, że zlikwidował swoich konserwartystów.
Bo ogromnie brakuje mi takiej konserwatywnej, europejskiej, otwartej partii.
Muszę powiedzieć, ze znalazłam się w Unii Demokratycznej pod jego wpływem, bo zgadzałam się z każdym jego słowem, zupełnie, jakby czytał moje myśli.
To byli w przeważającej mierze bardzo odpowiedzialni ludzie, szkoda.
Tak, Hall to byla nader cywilizowana prawica. Co sie z nim teraz dzieje?
Stanisławie miły, czuj się zrozumiany. 😆
I to całkowicie zgodnie z intencjami. Właśnie tak odebrałem, jak miało być – że zasmucenie prawdziwe, a szarganie ironiczne. 🙂
Przy okazji zastanowiłem się nad obrażaniem się jako takim i doszedłem do wniosku, że mnie się to niesłychanie rzadko zdarza. Nawet kiedy poczuję się u(nie ob-)rażony. Bo jeśli mam wrażenie (przeważnie), że nie było złej intencji, tylko nieporozumienie, to obrażać się nie mam o co i dążę do wyjaśnienia sprawy. A jak jestem przekonany (z rzadka), że złośliwa intencja była, to reaguję raczej wściekłością i odgryzieniem, albo włażę pod stół, smucę się po cichu i liżę rany.
Nie chcę przez to powiedzieć, że obrażają się tylko kucharze, bo sam kucharzem bywam. 😉 Ale chyba instynktownie unikam tej reakcji, bo jest dla mnie… jak by to powiedzieć… mało produktywna. 😈
Jak już o konserwatystach i cywilizowanej prawicy… Gawędziliśmy dziś z Panem Administratorem o partiach niemieckich i z niepomiernym zdumieniem doszedłem do wniosku, że gdybym miał tutejsze obywatelstwo, aktualnie głosowałbym na CDU, mimo że jestem właściwie „naturalnym wyborcą” SDP. 😯 Bo muszę kanclerce Merkel przyznać, że przeprowadziła Niemcy przez kryzys bardzo suchą stopą. Jak się popatrzy na przeróżne wskaźniki (a także porówna komfort życia w różnych krajach UE), to widać, że Germania była przez ostatnie lata rządzona niezwykle rozsądnie.
Oficjalnie i publicznie doceniam więc Merkel – ma łeb na karku ta kobita. 🙂
Stań i sław co zasługuje
na pochwałę jako żywo
kto chce, niech polemizuje
z tezą, która jest prawdziwą
😉
Gruess Gott! 🙂
SPD, Bobik, SPD.
Ja tez, z uwagi na Oberbuergermajstra Monachiuma, p. Ude.
Eee tam, jakie SPD. 😀
Z listu adwokatow w sprawie niejakiego Rogalskiego:
„Zasada „morda w kubeł na zawsze” to standard etosu i etyki adwokata.”
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,13880352,Mecenas_Rogalski_pomylil_adwokature_z_polityka__LIST.html#ixzz2So8yDKAQ
Ci adwokaci maja oczywiscie racje. Rogalski pogwalcic podstawowa zasade obowiazujaca miedzy klientem a jego prawnikiem – morde sie trzma w kubel skoro sie zgodzil reprezentowac Psychicznego.
Aleksander Hall jakiś czas temu ożenił się z przyszłą Minister Edukacji w poprzednim rządzie. Wycofał się z polityki, gdy członkowie własnej partii byli przeciwni jego ideom. W rezultacie sami gdzieś się roztopili. Wygląda na to, że w partii musi być silny przywódca ograniczający nieco demokrację. Gdyby Mazowiecki więcej brał pod uwagę własne zdanie, może Unia by przetrwała. A zgadzam się, że była to zdecydowanie najlepsza partia na początku
Słuszna poprawka, Mar-Jo, SPD. Z głosowaniem na SDP musiałbym się cofnąć do DDR. 😆
W sprawie Rogalskiego trudno się nie zgodzić z tym, że wyjmowanie mordy z kubła przez adwokata jest skandaliczne. Nawet jeśli bulgocze o sprawach, które są powszechnie znane, czyli żadnych tajemnic klientów nie zdradza, pozostaje obrzydliwy posmak.
Bardzo mnie dziwi krótkowzroczność tego typa. Czy on nie rozumie, że piłuje gałąź, na której siedzi? Ciekawe, kto jeszcze będzie miał odwagę wziąć sobie takiego obrońcę, który może nagle zmienić front i stanąć zadem do klienta. 🙄
Tak, świnto racja, tylko że jak bełkotał o helu na mankietach, to tez trzymał mordę poza kubłem, mam wrażenie, i powoływał się na informacje zdobyte w związku z reprezentowaniem klienta. Wtedy jakoś czcigodny samorząd nie był zgorszony, banda (piiii) patryjotów. 👿
Odpowiadam na pytanie, kto będzie miał odwagę.
Każdy, kogo będzie stać na Pana Mecenasa znanego z telewizji. Nie przypisuj klientom, Bobiku, zdolności posługiwania się rozumem, w każdym razie nie większości.
Sorry, Wodzu (17.55). Istotnie, zdarza mi się czasem nie wziąć pod uwagę pewnych oczywistości. 🙁 😳
Okazuje sie, ze angielskie szparagi juz sa, tylko nasi lokalni zieleniarze boja sie je sprowadzac, bo sa jeszcze troche drogie. Ale dla nas z E maja jutro byc dwa peczki. Z pewnoscia w supermarkecie sa drozsze!
Kupilam kolejna skrzynke mango, tez do podzialu. No wspaniale!
Jak Rogalski bełkotał o helu, to przynajmniej zgodnie z życzeniem klientów, którzy nie mieli do niego pretensji, a chyba nawet tego od niego oczekiwali. Mogłem sobie myśleć, że głupi palant, ale nie miałem poczucia, że coś tu śmierdzi na linii adwokat-klient. Natomiast zrobić zwrot o 180 stopni i zacząć publicznie kłapać coś, co jest ewidentnie sprzeczne z interesami i wbrew życzeniu obecnych czy byłych klientów (w sprawach, w których się ich reprezentowało), to dla mnie inna, dość cuchnąca para adwokackich kaloszy.
Stanislawie, milo zobaczyc, ze ktos inny tez lubi i czyta Mertona. 🙂 No i chyba oboje sie zgodzimy, ze jakos poreczniej rozmawia sie z kims konkretnym, tez Mertona czytajacym, niz z abstrakcyjna Lajza. 😉
A Merton jest rzeczywiscie ciekawa postacia, chocby dlatego, ze poprzez swoje ksiazki wniosl do katolicyzmu pewna wazna amerykanska tradycje intelektualna, zapoczatkowana juz polowie XIX wieku i czesto kojarzona wlasnie z nazwa mojego miasta – otwartosci i prawdziwiego zainteresowania innymi, odleglymi geograficznie tradycjami religijnymi i filozoficznymi, bez strachu przed nimi, i bez automatycznego poczucia wyzszosci (to poczucie zreszta czesto jest niestety wynikiem ignorancji). Szkoda, ze pierwsze kroki Soboru Watykanskiego II w tym samym kierunku troche dotad zmarnowano (a nawet udalo sie cofnac). I to moze rownie zasmucac, co lokalna hodowla danieli (dla mnie ta ostatnia wyglada na cos prosto z molierowskiej komedii wiec i smuci, i smieszy jednoczesnie). 😉
No a mango juz w domu, i znika w jakos podejrzanie szybkim tempie (co prawda skrzynka ma starczyc na cztery osoby)…
Nie fotografowalam Zamku Neuschwanstein w pomieszczeniach (zakaz). Zainteresowanym podrzucam linke:
http://www.neuschwanstein.de/deutsch/schloss/rundgang.htm
Rozczulił mnie szczególnie Zimmer der Dienerschaft, który wygląda trochę jak typowa niemiecka knajpa. 😈
A podłoga w zamkowej kuchni zupełnie jak u mnie w pokoju, tylko bez Tarasewicza. 😆
Moniko, Głódź jest w ogóle strasznie molierowską postacią. Może dlatego poświęcam mu tyle uwagi, na którą skądinąd by nie zasługiwał. 😉
Ale wierszykiem nie na Moliera się upozowałem, tylko na biskupa. Krasickiego. 😈
Zamek jest 1. na liscie najchetniej odwiedzanych w Niemczech miejsc.
Spotkalam tam mala grupe turystow z USA (wycieczka typu Europa w 6 dni), ktora w Niemczech ogladala tylko Schwanstein.
„Bieg” przez zamek trwa ca 35 minut, duzo schodow do pokonania. Na tablicach wyswietlane sa numery grup, czas oczekiwania na wejscie…. Piekne doswiadczenia. 🙂
Krol Ludwig II. zostawil pusty skarbiec Bawarii. Ale przyciaga teraz miliony turystow i zarabia straszna kase.
To, ze Krasicki i Ty to spolka, to wiadomo, Bobiku. 😆 Ale akurat sama jakos czesto o tych sprawach mysle wlasnie Molierem, to i z nim mi sie juz sama sytuacja – w odroznieniu od Twego Dziela – skojarzyla. 😉 (Mozna sie dalej zastanawiac, co ma do zaoferowania barok, a co oswiecenie, ale deszcz akurat pada, wiec nie bede, tylko zrobie sobie herbaty. I moze zagryze kolejnym zoltym owocem, i pomarze o zamkach…). 😉
Dołączam się do sympatyków Mertona – to z powodu lektur z tak dawnych czasów gdy zabierałem się za czytanie czegoś więcej niż było obowiązkiem bezbożnego antyklerykała. Teraz to już tylko Dawkins, ale on bywa tak monotonny, że czasami myślę, czy nie pójść by tak sobie do komunii.
Irku 🙂 🙂 🙂
Żabi maj. Sama zaczynam wyglądać coraz bardziej żabowato, wymięta i zielonkawa ze zmęczenia. Mam nadzieję, że nie będzie padać żabami przez cały miesiąc, ale jeszcze co najmniej przez następny tydzień będę zielenieć.
Takie przyniosłam. http://klasztorne.pl/a/userfiles/cke/wizual%20Kr%C3%B3wka.jpg Nie do zjedzenia, tylko z zapytaniem, czy to aby nie jest nieuczciwa reklama…
Czy Andsol nie zapomnial o czyms? 😉
http://variart.org/nowa_galeria/251/18737.jpg
Ago, te krówki są bez wasabi, mogą być niebiańskie 😉
Dzień dobry wieczór 😀
Jestem, ale niezupełnie, bo ciągle chodzę po tamtych ścieżkach i czuję tamten wiatr…
Tygodnia z hakiem nie doczytam. W sieci nie byłam. Wiadomości rzadko i tylko BBC.
Po powrocie od razu dopadł mnie Macierewicz, potem pożar, którego przyczyną była „awaria w elektryce” i morderczyni ze Stanów: „głównym powodem zbrodni była zazdrość do mężczyzny”.
W związku z powyższym jestem nieco skołowana i potrzebuję trochę czasu, żeby dojść do siebie albo i nie 🙄
Witaj, Haneczko. Siadaj i opowiadaj.
Heleno, jeszcze nie mogę się pozbierać. To był bardzo intensywny tydzień. Walia dała z siebie wszystko, co najlepsze, a jeszcze trochę zachowała na zaś 😉
Kulinarnie: zapisałam się do Klubu Miłośników Ostryg i Małży 😀
Hehe. Jeszcze beda z Ciebie ludzie. 😆
Pod warunkiem, że będę jeść tylko walijską jagnięcinę. Nowozelandzka jest absolutnie niedopuszczalna ❗
Haneczko, jak juz zdejmiesz plaszcz i buty i odsapniesz kapke to koniecznie zapodaj o waliskiej kuchni i ogolnym caloksztalcie. Jestem pelna zazdrosci do ciebie o te Walie.
Ja też chętnie posłucham, tylko niech Haneczka odpocznie. 🙂
Kiedyś lubiłam krówki.
Teraz nawet niebiańskie mnie nie kuszą. 😉
Dla mnie krowki byly za kruche. Ja lubilam twarde cukierki albo ciagnace sie jak toffee lub sugusy. Ale kto wie jakie te niebianskie? Moze wprost rajskie!
Od jutra w warszawskich kinach film dok. „Inny świat”.
W roli Danuty Szaflarskiej: Danuta Szaflarska.
Zazdraszczam Warszawie.
Dobranoc Wszystkim. 🙂
Ja te krówki robili rzeczywiście rękami w klasztorze, to ja chyba nie mam apetytu, dziękuję. 🙂
W pierwszych słowach mego listu powiadamiam, że drugich słów nie będzie bo.
A poza tym słucham wspomnień Janiny Bauman i mi bardzo smutno.
A co do powinności miesięcznych, Mar-Jo, to na tacę łoże a na łoże tacę a na tacę łoże a na łoże tacę a na niej żółw a na nim stoją te słonie, które podtrzymują świat. I to jest realna lekcja geografii.
Pisze ktoś (kogo da się odguglić): „podawanie płacy brutto jest jak podawanie długości penisa wraz z kręgosłupem” i przyznaję, że ta pani ma talenty pedagogiczne.
Dzień dobry 🙂
Kawa netto + 2 wiadra = kawa brutto
Moniko, Mt7 – w istocie miło Was czytać. Ja też żałuję, że część dorobku soborowego została zmarnowana. Ale wierzę, że wcześniej czy później KK pójdzie w tym kierunku. Właściwie wszystko sprowadza się do pokory lub jej braku.
Haneczko, Walia jest piękna. Dla mnie najpiękniejsze tereny wiejskie z szesnastowiecznymi domami i równie starymi ogrodami oraz parkami. Pamiętam pole kempingowe z trawą powyżej pasa. Cudowne plaże o niemierzalnej szerokości i wyrastające z nich kilometrowej wysokości góry od samego podnóża skaliste. Między skałami dosyć trawy, aby cała góra była pokryta żywą jeszcze jagnięciną i baraniną znaczoną jaskrawymi farbami i kolczykami. Na wsi drogi o szerokości samochodu osobowego, po obu stronach drogi wielowiekowe murki. Tylko o kuchni nie potrafię nic powiedzieć. Wystarczała nam własna.
Dzień dobry 🙂
Jak mnie wczoraj wieczorem padło, tak już nie odpadło. Wszystko przespałem. 😳 Nawet małże i ostrygi. 🙁
Ale za to dziś ze zdwojonym merdaniem mogę się rzucić do żłopania kawy. Howgh! 😎
Nie wiem, czy potrafię być w sprawie kierunku, w którym pójdzie KK, tak optymistyczny jak Stanisław. Kiedy spojrzy się na całą historię Kościoła, II Sobór Watykański wygląda w tej perspektywie nie jak „nieuchronna prawidłowość dziejowa”, a raczej jako niespodziewany wyskok, coś w rodzaju „lewackiego odchylenia”. 😉 Kościelna machina – jak każda biurokratyczna maszyneria – ciąży raczej ku samopowielaniu się i utrzymywaniu status quo wszelkimi dostępnymi środkami. Oczywiście zdarzają się „rewolucjoniści” w rodzaju Jana XXIII, którzy to widzą i próbują coś zmieniać, ale na ogół nie doceniają oni oporu tej skostniałej materii. Pojedyncze śrubki mogą na zmiany reagować entuzjastycznie, ale całość, siłą bezwładu, toczy się w raz nadanym kierunku. Tu trzeba by determinacji jakiegoś Lutra, który był gotów raczej rozwalić machinę, niż pozwolić jej się dalej tak toczyć. A współcześni „lewacy” kościelni tej determinacji nie mają. Chcieliby pewnych zmian, ale nienaruszalność maszynerii jako takiej jest dla nich celem nadrzędnym, więc szybko grzęzną w kompromisach, co prowadzi do tego, że wszystko szybko wraca w utarte koleiny i z rewolucji nic nie wychodzi.
Wolałbym być fałszywym prorokiem, bo dla światłego i otwartego Kościoła jak najbardziej widzę miejsce w świecie, ale na razie nie bardzo mam podstawy do wyśmiania moich własnych obaw i machnięcia na nie łapą. 🙁
Ewolucja jest powolna ale stała. Fakt, że SWII nosił cechy rewolucyjne. Kilkaset lat temu poganie i schizmatycy byli mordowani. Hiszpańska inkwizycja mordowała przechrzczonych Żydów podejrzewanych o przechrzczenie niedostatecznie szczere. Nie upłynęło nawet 500 lat od zakończenia Wojny 30-letniej, a na niej przecież wojny w imię religii się nie zakończyły. Jest więc pewien postęp. Można już też pochować bezbożnika, a nawet samobójcę, na poświęconej ziemi. Może to niewiele, ale zmiany będą szybsze. Bez szybszych zmian może zabraknąć owieczek. Kościół obskurancki żywił się ciemnym ludem, którego niedługo nie stanie, o ile system oświaty utrwalany przez działaczy ZNP nie potrafi napływu światła zahamować. Internet i inne łatwo dostępne media przyczyniają się do rozjaśniania umysłów nawet, jeżeli czasem robią i robotę przeciwną. Ciemny lud słuchał pasterzy bezrefleksyjnie. Myślący nie chce słuchać. Zaczyna oddzielać wiarę od kościoła. Gdy widzi, że jegomość głosi coś przeciwnego niż Ewangelie, wyciąga właściwe wnioski.
Mam, niestety, wrażenie, że ewolucja jest w KK zaledwie kosmetyczna. Coś, jak przetarcie szmatką najbardziej zakurzonych miejsc. Heretyków się nie morduje, samobójcę wolno pochować, ale w najlepsze (czy raczej najgorsze) trwa straszenie szatanem, obsesyjna kontrola seksu, czy kult świętych szczątków. IISW był próbą naoliwienia maszyny, nadania jej bardziej intelektualnych i nadążających za duchem czasu impulsów, ale dziś już widać, że nie całkiem udaną.
Rozumiem zresztą, że rewolucja to zadanie nader karkołomne w instytucji, która opiera się na nienaruszalnych prawdach objawionych i na tradycji, która też ma tendencję do wchodzenia w rolę prawdy objawionej. Dlatego piszę, że tu by trzeba luterskiej determinacji. 😉
Oczywiście, że Kościołowi niereformującemu się grozi odpadanie owieczek, ale biurokracja jest takim paradoksalnym „bytem samym dla siebie”, który wcale nie kieruje się rozsądkiem ani pragmatyzmem. Nie tylko kościelna zresztą. 🙄
herbaty wiadra dwa i moze slonca brutto jak mozna
🙂 🙂
Dzien Dobry Bardzo
😀
kolezanka napisala:
Dzisiaj 80 rocznica palenia książek. Czytam Kästnera …
Ważniejsi autorzy: Walter Benjamin, Ernst Bloch, Bertolt Brecht, Max Brod, Otto Dix, Alfred Döblin, Albert Einstein, Lion Feuchtwanger, Marieluise Fleißer, Leonhard Frank, Sigmund Freud, Iwan Goll, George Grosz, Jaroslav Hašek, Heinrich Heine, Ödön von Horvath, Heinrich Eduard Jacob, Franz Kafka, Georg Kaiser, Erich Kästner, Alfred Kerr, Egon Erwin Kisch, Siegfried Kracauer, Karl Kraus, Theodor Lessing, Alexander Lernet-Holenia, Karl Liebknecht, Georg Lukács, Rosa Luxemburg, Heinrich Mann, Klaus Mann, Ludwig Marcuse, Karl Marx, Robert Musil, Carl von Ossietzky, Erwin Piscator, Alfred Polgar, Erich Maria Remarque, Ludwig Renn, Joachim Ringelnatz, Joseph Roth, Nelly Sachs, Felix Salten, Anna Seghers, Arthur Schnitzler, Carl Sternheim, Bertha von Suttner, Ernst Toller, Kurt Tucholsky, Jakob Wassermann, Franz Werfel, Grete Weiskopf, Arnold Zweig i Stefan Zweig, André Gide, Romain Rolland, Henri Barbusse, Ernest Hemingway, Upton Sinclair, Jack London, John Dos Passo, Maxim Gorki, Isaak Babel, Vladimir Iljic Lenin, Leo Trotzki, Wladimir Majakowski, Ilja Ehrenburg.
http://de.wikipedia.org/wiki/Liste_der_verbrannten_B%C3%BCcher_1933
bywa
Z biurokracją prawda. Ale wracając do Lutra chciałem zauważyć, że nie jest już oficjalnym zdaniem Watykanu takim wytworem szatana, za jaki uchodził jeszcze 20 lat temu. Przyznanie, że sprzeciw wobec pewnych praktyk KK nie był całkiem nieuzasadniony, też ma cechy rewolucji. Ja łączę nadzieje z innym jeszcze zjawiskiem. Wraz z ubywaniem owieczek ubywa pieniążków. Przestanie się niedługo opłacać iść do seminarium dla nadziei wysokich dochodów. Jeżeli jeszcze porządnie zabiorą się za pedofilię, może zostaną tylko klerycy z powołania. Nie jestem aż tak naiwny, aby sądzić, że powołanie jest gwarancją dobrego pasterzowania przez całe życie, ale na pewno jest warunkiem niezbędnym.
Pani Halina Birenbaum:
MŁODZIEŻ
A HOLOKAUST
ROZMOWA Z HALINĄ BIRENBAUM
FORUM: Jakie były Pani pierwsze spotkania z dziećmi i młodzieżą w Izraelu, kiedy pierwszy raz zaproszono Panią żeby opowiadać o swoich przeżyciach? Jak oni reagowali, czego chcieli, jaki był klimat tego spotkania?
HALINA BIRENBAUM: Moje pierwsze spotkanie było zupełnie przypadkowe. W tym czasie nie mówiono w Izraelu na temat Holokaustu. Panowała opinia, że myśmy byli tchórzami, żeśmy się nie bronili, że te opowieści mogą zniszczyć ducha walki u naszej młodzieży. Nie poruszano więc tego tematu. Ale kiedyś, przypadkowo, nauczycielka mojego syna w trzecim oddziale szkoły powszechnej dowiedziała się, że ja przeżyłam Holokaust. I zaprosiła mnie. Powiedziała, że będzie tylko jedna klasa, ten trzeci oddział.
Ja jeszcze wtedy nie znałam dobrze hebrajskiego i jeszcze nigdy przed szerszą publicznością nie opowiadałam swoich wspomnień. Owszem opowiadałam znajomym kim byłam, kim byli moi rodzice, co przeżyłam… ale nie publicznie. A ona mnie zaprosiła i powiedziała, że mi pomoże, żebym się nie bała. Myślałam, że to ona będzie mówić, a ja na przykład dodam jakieś słowo, potem ona będzie komentować… itd. Tymczasem ona zebrała trzy klasy – trzecią, czwartą i piątą. Małe dzieci, które się tłoczyły, bo nie było miejsca i głośno krzyczały, nie miały pojęcia o co chodzi. Ja sama widząc ich takich rozbawionych, rozkrzyczanych, poczułam, że cała moja opowieść gdzieś się w tym gubi. To był przecież inny świat, nawet inne światło – promienne, pełne słońca i błękitu. A tam była szarość i ponurość nieba. Właściwie o czym ja mam opowiadać, co tam wtedy było? Nagle wszystko zniknęło mi sprzed oczu i czułam tylko lęk. Oni nie dawali mi dojść do słowa i krzyczeli. Nauczycielka mówiła, że jestem bohaterką i im więcej mnie chwaliła, tym oni więcej hałasowali. Myślałam, że w ogóle nie dojdę do słowa, aż w końcu pomyślałam sobie – nikt mi nie pomoże. Zebrałam się w sobie i… połknęłam ten lęk, później dostałam bólu brzucha. I powiedziałam sobie: w takiej klasie, w jakiej oni teraz siedzą, leżeli wygnańcy. Chorzy, spuchnięci z głodu, żywi i martwi – wszyscy razem. I to była kiedyś szkoła, a dzisiaj oni siedzą w klasie i uczą się i bawią, a tamci to była wykończalnia, to była śmierć, jeszcze przed wysiedleniem. I nagle poczułam ogrom tej grozy, tego pragnienia życia i tej niemożności życia wobec tego roześmiania i tej wesołości. I pomyślałam sobie, że tamto było takie ogromne, dlaczego mam się ich bać? Kim oni są teraz? I zaczęłam mówić do tych, którzy siedzieli w pierwszych rzędach. I powiedziałam im – ja nie jestem żadną bohaterką, byłam takim samym dzieckiem jak wy teraz, a nawet może jeszcze młodszym od was, kiedy to się zaczęło i chciałabym wam tylko opowiedzieć w jaki sposób udało mi się jednak przeżyć. I nagle coś musiało być we mnie, jakaś wzniosłość, jakieś poruszenie, coś głębokiego – bo te dzieci coś zauważyły w mojej twarzy, w moich oczach. I ten pierwszy rząd ucichł, a inne dzieci nie wiedziały, dlaczego i też ucichły… I nagle zaczęłam opowiadać im tak jak bym stała przed jednym człowiekiem… A oni mnie tak słuchali… Nieraz nie znałam słów hebrajskich i oni mi te słowa podsuwali, oni po prostu byli tam ze mną. Kiedy zadzwonił dzwonek na pauzę nikt nie chciał wstać. Nikt nie chciał wyjść.
Pierwszy raz w życiu opowiadałam moje wspomnienia dzieciom. To one mnie nauczyły opowiadać. Ich sposób słuchania, ich płonący wzrok i te pałające policzki, to bycie ze mną razem, otworzyły mnie. Opowiadałam to tak, jak chyba nigdy w życiu. Nazajutrz zawołali mnie bym mówiła dla całej szkoły i wszyscy mnie wysłuchali. Potem powiedzieli, że mogłyby tego słuchać nawet dzieci z pierwszej klasy szkoły powszechnej, bo opowiedziałam to w tak ludzki sposób. Ale były też nauczycielki, które miały do mnie pretensje : „Jak Ty to opowiadasz, w taki sposób!? Te dzieci nie będą mogły spać w nocy, będą przerażone, wpadną w kompleksy!”. I poczułam, że przecież byłam tak bardzo z nimi, że one tak weszły w moją opowieść – i to było wspaniałe. Z drugiej strony czułam się zawstydzona i upokorzona, że właściwie wyrządzam im krzywdę, że to wstyd że opowiadam, że spowoduję powstanie kompleksów u dzieci – nie mogłam sobie z tym dać rady.
A były te kompleksy? Jak one reagowały?
Żadnych kompleksów. Po latach spotkałam te dzieci, kiedy były już dorosłymi ludźmi, w wojsku.. Kiedyś, spotkani na lotnisku, mówili mi „Halina, Tyś nam wtedy opowiadała, nigdy tego nie zapomnieliśmy.” I nagle to się stało takie ludzkie, zniknął wstyd, i nagle ich pytania „Dlaczego nie broniliście się? Dlaczego czegoś nie zrobiliście?” przestały być do mnie kierowane. W gazetach ciągle pisali, że nasza młodzież nie chce o tym słuchać i nie trzeba jej tego opowiadać, a tymczasem oni nie dawali mi wyjść z klasy, tylko „Mów jeszcze i jeszcze…” I tak jest do dziś. Przed paroma dniami była w Oświęcimiu grupa sześćdziesięciu maturzystów. Opowiadałam im przez trzy godziny. Im dłużej opowiadałam tym większe było skupienie, tym większe zainteresowanie, tym głębiej wchodzili ze mną w to wszystko. I nieraz mówili mi, że czasami wydawało się im, że w Oświęcimiu zabity został człowiek, a po moim opowiadaniu zrozumieli, iż człowieka nigdy nie można zabić.
A czy nie budziła się w nich nienawiść do Niemców? Do oprawców?
Nie, pytali mnie, czy ja nie czuję nienawiści, chęci zemsty? Powiedziałam im, że nie. Mówili do mnie (i Polacy i Niemcy): „Jak to jest , że Ty mówisz o takich trudnych sprawach, o takich cierpieniach, i masz taki dobrotliwy uśmiech i tyle dobroci w sobie ? Czy nie czujesz chęci zemsty, jakiejś nienawiści?”. Ja mówię „Nie, nie czuję nienawiści. Czuję ból, że tak było. Czuję tęsknotę do tych, których mi odebrali, ale nie mogłabym patrzeć na nikogo bezbronnego, kto miałby cierpieć cokolwiek co byłoby podobne do tego, co ja wycierpiałam”. Bo zawsze utożsamiam się z tą stroną, która cierpi.
Przyjeżdża Pani z młodzieżą izraelską do Polski. Do Oświęcimia, do Muzeum i do innych miejsc… Jak oni reagują? Bo oni nieraz przyjeżdżają tacy spięci, nieraz tak dosyć dziwnie nastawieni… Co się potem dzieje? Co z tego dalej wynika? Czy mają ochotę poznawać dalej? Czy mają ochotę szukać jakiś kontaktów?
Przede wszystkim – oni w ogóle nie chciali wiedzieć o tym, co wtedy było. To, że nareszcie tutaj przyjeżdżają, jest już ogromnym postępem. To, że chcą zobaczyć, poznać… A dalsze kontakty rozwijają się jakby mimo woli. Bo jest pilot polski, jest kierowca polski i uczy jakiejś piosenki, potem zaśpiewa jakąś hebrajską piosenkę. Mimowoli nawiązują się stosunki. Grupę, z którą tu ostatnio byłam obsługiwał tak miły i serdeczny kierowca! Po drodze przeczytał moją książkę. Ja przeczytałam inną hebrajską i zdążyłam mu ją opowiedzieć. W drodze tłumaczę z hebrajskiego na polski i z polskiego na hebrajski, wyjaśniam to czego nie wiedzą. Oni bardzo dużo wiedzą o antysemityzmie, ale bardzo mało o pomocy jakiej Polacy udzielali Żydom. Pod koniec naszego pobytu nasz przewodnik, młody Żyd z Maroka, bardzo dobrze wykształcony i zainteresowany, ale nie znający tego z własnych przeżyć, powiedział: „Powiedz temu panu, temu kierowcy, że żegnamy go jako wspaniałego, cierpliwego kierowcę. Dziękujemy mu za cierpliwość, za wysłuchanie nas, i za to że jest takim wspaniałym człowiekiem”. To było po tym, kiedy ich uczą, że są pod ochroną, i że każdego z nas mogą w każdej chwili napaść, lada chwila zabić, i że jak coś się stanie to wychodzimy tędy i uciekamy tamtędy, a tu są numery telefonów itd.
A tymczasem stoimy w Zakopanem, przechodzą piękne polskie dziewczyny (a nasi chłopcy są też bardzo ładni), podchodzi do nas jedna, a potem jeszcze jedna: „No, sfotografujemy się razem”… Spływaliśmy Dunajcem. Był tam taki góral, który zaczął żartować z jedną dziewczyną, śmiali się, a ja im tłumaczyłam i było fajnie… Ale oni nie o wszystkim wiedzą. Szczególnie ta ostatnia grupa. Były takie chwile, kiedy mówili, że Oświęcim jest jak muzeum, że to na nich nie robi wrażenia, że to im nic nie mówi.. A im się mówi, że to takie straszne, takie straszne, ale oni nic takiego nie widzą. To było zanim opowiedziałam im moją historię. A potem ksiądz Piotr z Centrum Dialogu zaprosił nas wszystkich na bezpłatny obiad. I po tych opowiadaniach, że Polacy są tacy i tacy i tacy trafiają na katoliocki dom, gdzie wisi krzyż i taki wspaniały obiad, i takie serdeczne przyjęcie… A ksiądz powiedział, że kto dzieli jedzenie dzieli o wiele więcej niż tylko jedzenie. I że to co dla Haliny, czyli dla mnie, było najważniejsze i czego nauczyłam się będąc tutaj więźniem, niech dzisiaj będzie najważniejsze i dla nich, jako nasze wspólne spotkanie. I to było takie piękne, że oni tego nie zapomną. I nie zapomnieli.
Ale Oświęcim jest dla nich za bardzo muzealny. Tylko te baraki i te włosy… To jest jak muzeum. A ja pytam „Czego Wy byście chcieli? Tu były te same baraki, tylko że w tych drutach kolczastych był prąd elekryczny i paliły się lampy i były te wieżyczki, z których wyzierały karabiny maszynowe. I była ta groza. I była świadomość, że przez tę bramę już się więcej na zewnątrz nie wychodzi. I palił się ogień z komina i unosił się zapach palonego ludzkiego mięsa. Tego też chcecie? Przecież tego nie można Wam pokazać! Musicie to zrozumieć, musicie to sobie wyobrazić. A poza tym – do kogo macie pretensje? Zaraz po wojnie nikt się tym nie interesował. Przychodzili ludzie – ktoś potrzebował cegły, ktoś deski, przychodził tutaj i ją sobie brał. Aż przyszli pierwsi polscy więźniowie, tacy jak Kowalczyk, Barański czy Albin z Warszawy i oni zaczęli zbierać te wszystkie pamiątki. Zaczęli się domagać od państwa żeby tego pilnować, żeby to chronić. Oni zorganizowali tę bibliotekę. Tego się od nich dowiedziałam, czytałam też o tym książki. A wyście przez pięćdziesiąt lat nawet nie przychodzili odwiedzić tego miejsca. To jakie Wy macie pretensje, do kogo?”.
Później byliśmy w Majdanku. Wchodzimy do komory gazowej i ja im opowiadam, jak tam przyjechałam, jak tam byłam przez całą noc i jak zabrakło im gazu. To już ich rozniosło zupełnie, bo ja im to wszystko bardzo dokładnie opowiadałam. Wtedy przychodzi wicedyrektorka Muzeum, Anna Wiśniewska., całuje mnie, obejmuje. A później przychodzą jeszcze dwie nauczycielki i kilka uczennic z liceum w Lublinie, gdzie wystąpiłam w zeszłym roku. Przychodzą, całują się ze mną, fotografują mnie. Nasza młodzież izraelska wie, że jest ochrona, że trzeba się bać Polaków – a tu nagle widzi, że przychodzi delegacja ze szkoły, przynosi mi piękne kwiaty, robimy sobie zdjęcia. Widzi, że to jest coś zupełnie innego. Potem wchodzą do baraku na Majdanku i widzą moje zdjęcie kiedy miałam osiemnaście lat i słyszą mój nagrany głos i mówią: „Halina, to przecież Ty tam mówisz!”. Więc nie jestem takim wrogiem, więc mnie utrwalili na taśmie… opowiadam jak wchodzę do łaźni i nagle moja mama nie wchodzi ze mną, zostaję bez matki… Zapalamy świeczki koło tego krematorium i stoimy wszyscy w białych bluzkach. Stoimy wszyscy razem, śpiewamy po hebrajsku, śpiewamy hymn hebrajski i wszyscy się całujemy.
Potem jedziemy do Warszawy. Na cmentarzu żydowskim jest grób ojca Henryka Grynberga. Opowiadanie o Henryku Grynbergu, film, który był dwa razy pokazywany w Polsce, teraz niedawno znów, w Izraelu kilkakrotnie… Film o tym jak zabili jego ojca. Czytałam książkę Grynberga wiele lat temu, bodajże w 1967 roku, kiedy się ukazała w „Czytelniku” i miała tytuł „Wojna żydowska”. To, co najbardziej pamiętam to opowiadanie o matce, która wsiada z dzieckiem do tramwaju i jedzie tym tramwajem, jedzie, jedzie – bo nie ma dokąd wysiąść. Nadchodzi godzina policyjna i tramwaj ma iść do remizy. Ostatni pasażer zabiera ją z tym dzieckiem do domu i przechowuje u siebie. Umożliwia wyjazd na wieś, gdzie się uratowała jako nauczycielka, przeszła przez różne trudności i przeżyła. Dlaczego pokazują tylko tego zamordowanego ojca, a nie opowiadają też o tym tramwaju?. Ja to opowiedziałam. Na szczęście zapamiętałam. A oni to przyjęli. To była grupa, która chciała to przyjąć.
Jeszcze jedno. Byłam poprzednim razem z grupą bardzo religijną. To były wyłącznie dziewczęta, ponieważ w tej tradycji chłopcy i dziewczęta przebywają w odrębnych grupach. One chodziły w takich długich spódnicach, w spodniach nie wolno im chodzić, więc ja też nie chciałam się wyróżniać i nosiłam spódnicę. Ich przewodnik był nastawiony na opowiadanie o złych Polakach. I te siedemnastoletnie dziewczynki słuchają jak on mówi, że dzieci, które uczyły się razem w tej samej szkole, bawiły się razem, były koleżankami, te dzieci później, gdy przyszła wojna już ich nie znają, wydają Niemcom, nie chcą im pomóc. Ja w pierwszej chwili nic nie mówiłam (on bardzo nie chciał żebym cokolwiek mówiła). Ale wstaje dziewczyna i mówi: „Ja w to nie wierzę. Myślę, że gdybym była zaprzyjaźniona z taką polską dziewczynką, to ona by mnie nie wydała”. Okazuje się, że nie wszystko można wkręcić komuś w mózg,. Wielu można, a innym nie. Później był problem: wątpliwość w istnienie Boga, albo wielki żal: jak On mógł pozwolić na coś takiego? Ten przewodnik, bardzo religijny (był również inspektorem szkół religijnych) stwierdził, że taka wątpliwość może zaistnieć, że mają prawo do takiej dyskusji. Ale im niczego nie wytłumaczył. A ja im wytłumaczyłam. Ja jestem inna. Ja raczej wierzę w ludzi niż w to, w co oni wierzą. Powiedziałam tak: „Jeśli wy wierzycie, to Holokaust nie może wam tej wiary zachwiać, przede wszystkim dlatego, że Niemcy chcieli zabić ducha, a jeśli by to osiągnęli to byłoby to ich zwycięstwo. Jeśli macie tę wiarę to jest to wasz skarb, ona jest w waszych sercach, nikt jej nie może podważyć, bo ona jest w was. I cierpienia, i choroby, i przypadki, i wypadki – to wszystko istnieje. Jeśli o to wszystko obwiniać Boga, to nie można wierzyć. A jeśli macie tę wiarę, to ją macie w sobie. Nie dlatego, że wam za to dadzą nagrodę albo was ukarzą, ale dlatego, że po prostu wierzycie i macie o co się oprzeć. Coś was wypełnia. Jakaś głębia”. Powiedziałam im jeszcze, że się bardzo oddaliłam od wszelkich tradycji i religii, bo miałam dziesięć lat, kiedy wybuchła wojna, a trzynaście lat, kiedy byłam w Oświęcimiu. Od trzynastego do pietnastego roku życia oddychałam zapachem palonych ludzi. Widziałam tych ludzi żywych, widziałam jak się palił ten ogień, sortowałam ich odzież po zdjęciu, kiedy była jeszcze ciepła, i wtedy sobie myślałam – „Gdzie Coś jeszcze jest prócz tego całego zła, i w co moi rodzice wierzyli?”. Tym ich bardzo ujęłam.
Z tą właśnie religijną grupą byliśmy w Leżajsku. Tam jest grób pewnego cadyka, Eli Melecha, który różnił się swoją wiarą od innych. Chodziło o Żydów biednych, których wtedy właściwie nie dopuszczano do bóżnicy ponieważ nie mieli warunków, aby się uczyć Tory. A jeśli nie znali Tory to nie byli godni, aby stanąć obok niej i modlić się… A rabbi Eli Melech oświadczył, że wystarczy po prostu kochać życie, radować się życiem. Cieszyć się i śpiewać na chwałę życiu. I to wystarczy aby wejść do bóżnicy i modlić się.
W Leżajsku jest jego grób, obmurowany, właściwie domek… U Żydów nazywa się to namiot.
Dziewczyny razem ze mną weszły do środka. Miały gitary, okrążyły tę macewę, trzymały się za ręce i śpiewały, tańczyły wokół grobu, mnie wzięły między siebie. A ja zaczęłam płakać. Teraz, kiedy o tym mówię, też płaczę. Tańczyłam z nimi i dusiłam łzy. Później, w autobusie, jedna z nich podchodzi do mnie (bardzo mnie polubiły) i mówi: „Halina, dlaczego Ty płakałaś kiedy myśmy tańczyły?”, a ja na to: „Wiesz co, ja bym Ci to chciała powiedzieć, ale nie tylko Tobie, ale wszystkim”. Kiedy przewodnik zechciał wreszcie dać mi do ręki mikrofon (on się bał, że powiem coś nie po jego myśli) powiedziałam: „Słuchajcie, moi dziadkowie i moi rodzice też byli tacy jak wy, religijni, i wierzyli w te wszystkie rzeczy i zachowywali wszystkie tradycje. A ja od tego odeszłam. I ja miałam wrażenie, że ja już wszystko wiem i wszystkiego się nauczyłam przed Oświęcimiem, a zwłaszcza w Oświęcimiu – i potem. I teraz, kiedy wyście tak tańczyły, to poczułam, że ja się od czegoś oddaliłam, że wy macie coś, czego ja już nie mam. I to mnie strasznie bolało i dlatego płakałam”. I to prawda. Bo ja już tego nie mam. A to jest jakiś znak. To jednak należało do moich dziadków, do moich rodziców, ale ja już tam nie jestem. We mnie już jest Oświęcim i wtedy tamte pociągi odebrały mi to, co one mają dzisiaj.
Później byliśmy w Treblince i w końcu pojechaliśmy też do Starachowic. Ze Starachowic pochodziła rodzina jednej dziewczyny. Poszliśmy do domu gdzie mieszkali. A tam taka bieda… Wchodzimy do jakiegoś mieszkania, właśnie tam gdzie mieszkała kiedyś rodzina tej dziewczynki. Weszłam pierwsza bo mówię po polsku.. Wyszła taka zupełnie bezzębna staruszka i ja ją objęłam, serdecznie powiedziałam, że nazywam się Halina i tutaj jest dziewczyna, której rodzice się tu kiedyś urodzili. A ona sobie przypomniała jakiegoś Szymona, Żyda, który ją kiedyś bardzo kochał, ale ona była za młoda żeby wyjść za niego, że on się chciał nawet przechrzcić dla niej, ale ona nie mogła. I tak weszła w tę swoją pierwszą miłość, wzruszyła się i zaprosiła do mieszkania. Weszliśmy. Tam naprawdę była wielka bieda i siedział jej syn. Był taki pożółkły, zabiedzony, czuło się w nich obojgu wielką samotność. A ja do nich weszłam z takim ciepłem, z sercem, że on prosił: „Nie odchodź, zostań z nami”. Dzieci weszły w tę atmosferę, byliśmy naprawdę razem..
Później, gdy pojechaliśmy do Zakopanego i nad Dunajec, dziewczynki weszły w trans turystyki… Ale znowu jedziemy do Treblinki. Wjeżdżamy, oglądamy, robimy, jak za każdym razem, dyskusję – znowu nie mogą się z tym utożsamić. Przeze mnie jakoś to rozumieją, odczuwają, ale to do nich dostatecznie nie przemawia. A Treblinka to był postrach mojego życia… Przecież w warszawskim gettcie to było miejsce, które czekało na nas wszystkich. Tam poszli wszyscy. Ja się wyrywałam: jeszcze dzień, jeszcze miesiąc, jeszcze tydzień i jeszcze… i teraz jestem tutaj, ta cisza i ta zieleń… i oni się nie mogą utożsamić! Czułam, że we mnie się wszystko gotuje, stanęłam na szynach i spytałam przewodnika czy pozwoli mi coś powiedzieć. Zgodził się. Powiedziałam to, co czułam, powiedziałam to z płaczem. Czułam i powiedziałam w tamtej chwili, że chciałabym, by wszystko mi zabrali, to co jest tam w domu w Izraelu, to co jest teraz, to wszystko, co mam, wszystko, co sobie zbudowałam, wszystko, co sobie tam stworzyłam i upiększyłam, żeby zabrali mi to wszystko, co pamiętam i co mnie boli i co mnie cieszy, żeby mnie zostawili w spokoju tutaj raz na zawsze z tymi prochami. I mówiąc to stałam na szynach i w ogóle na nich już nie patrzyłam. Powiedziałam im: „Nie próbujcie się włączać we mnie”, bo przecież się nie mogą włączyć, nie mogą się utożsamić, „Nie próbujcie, bo ja sama też nie jestem w siebie włączona, jestem wyłączona i wy się na pewno nie włączycie w to, co jest we mnie”. To im powiedziałam. „Jedyne, czego bym chciała, to żebyście mnie zostawili w świętym spokoju, żebyście mi zabrali to co jest teraz i co jest tam w domu w Izraelu i żebym tutaj tak została z tymi prochami i koniec”. „Tutaj są wszyscy moi, oprócz matki, która zginęła na Majdanku, brata i bratowej, którzy zginęli w Oświęcimiu. Tu jest mój ojciec i wujkowie i dziadkowie i koledzy i koleżanki, z którymi marzyliśmy, co będzie po wojnie. Nauczyciele, którzy mnie kiedyś uczyli i wszyscy najlepsi i nasławniejsi ludzie z Warszawy i wszyscy najgorsi i najpodlejsi są tutaj, to są ich prochy i tu chciałabym zostać. I tutaj nie możecie się włączyć, bo to jest moje, to jest we mnie”. Wszyscy płakali. I jeszcze powiedziałam: „Przeczytam Wam coś o moim ojcu”. Bo o ojcu najmniej opowiadam. Byłam najbardziej przywiązana do mojej matki – dziewczynka z mamusią, z ojcem jakoś nie… I mam taki długi wiersz o ojcu, nigdy tego nie przetłumaczyłam na polski. Ojciec bardzo lubił czytać wiersze, ale ja nigdy ich nie rozumiałam, byłam jeszcze mała, ale pamiętam tylko jego wzruszenie, uniesienie… To na zawsze zapamiętałam. Modlił się, nigdy nie rozumiałam tych hebrajskich modlitw, ale jego zafascynowanie, jego wzruszenie żyje we mnie. A później, kiedy już było getto i tylu ludzi na ulicy, którzy puchli z głodu i umierali na chodnikach, dostałam bilety do teatru na operetkę „Księżniczka Czardasza”, którą wystawili na Lesznie w „Feminie”, w gettcie. Mój starszy brat, który był studentem medycyny, przyniósł ze szpitala bilety na to przedstawienie! Ojciec mi nigdy nie wybaczył, że poszłam tam wtedy. „Jak można iść do teatru, kiedy ludzie umierają na ulicach?”.
Ojciec mój kochał poprzez wiersze, poprzez modlitwy. Matka kochała poprzez spokój, poprzez odwagę, poprzez pogodzenie się z losem. Oboje zginęli. Ale i żyją przeze mnie. „I będą żyć przez Was” – to już dodałam, bo tego nie napisałam w wierszu. Oni włączyli się w moje opowiadanie, dopiero teraz włączyli się w Treblinkę, w Holokaust. Już tego nigdy nie zapomną. Czułam, że zrobiłam coś potężnego. Wiedziałam, że jestem bardzo wzruszona. Mogłam ukryć to wzruszenie, mogłam odsunąć się na bok i spokojnie wypłakać, ale po prostu – może w tym wypadku jestem nie w porządku – z premedytacją chciałam im coś przekazać, żeby wreszcie to przeżyli. W tej samej chwili Ks. Piotr do mnie zadzwonił i było to tak, jakby dzwonił Anioł Stróż, katolicki ksiądz! Ja mówię do niego: „Wiesz, ja jestem teraz w Treblince, więc ja teraz w ogóle nie jestem” i później jeszcze zadzwoniłam do młodszego syna i powiedziałam do niego: „Wiesz położyłabym się tutaj i już nie chciałabym więcej wrócić. Jak bardzo bym chciała, żebyście Wy kiedyś tutaj przyjechali i byli ze mną, dopiero wtedy poczuję, że ja to przeżyłam, żebyście nic nie mówili, tylko stańcie tu ze mną w tym miejscu, gdzie to wszystko było, gdzie to wszystko mi zostało zabrane” i ten młodszy syn powiedział: „Mama, to wszystko będzie, ja Ci przyrzekam” i do męża to samo powiedziałam, a on na to: „Jeśli jeszcze raz coś takiego mi powiesz, to Ci nie pozwolę przyjechać do Polski”.
Czy po takch przeżyciach mogła się Pani spotkać z Niemcami? Czy to nie było coś najtrudniejszego?.
Tak, pierwsze spotkanie z Niemcami to była najpierew chęć zemsty – poprzez opowiedzenie tego, co przeżyłam. „Otworzę” i niech zobaczą. Niech poczują, co ja czuję. Niech powąchają przeze mnie czym to pachnie. To było moim marzeniem. Jeszcze kiedy mnie wieźli… Ja miałam cztery pociągi w moim życiu. Pierwszy to była wywózka z Warszawy na Majdanek, gdzie stałam się trzynastoletnią więźniarką, a mama nauczyła mnie mówić, że mam lat siedemnaście. Drugi to pociąg do Oświecimia, po nocy spędzonej w komorze gazowej, kiedy zabrakło im gazu; o mało co nie podusiliśmy się w drodze. Trzecim pociągiem jechałam prawie po dwóch latach spędzonych w Oświęcimiu, po marszu śmierci, kiedy nas załadowali na otwarte wagony, w mróz, kiedy powietrze cięło po prostu jak nóż, a tam otwarte wagony bez dachu. Wreszcie czwarty pociąg – z Ravensbruck do Neustadtgleiwe – pociąg osobowy, prawdziwy, ludzki, pasażerski i nawet ciepły, z ogrzewaniem. W oknach piękny niemiecki krajobraz, śliczne domki. Miałam wtedy piętnaście lat, miałam rękę przestrzeloną, sparaliżowaną i myślałam sobie: „Stąd oni przyszli i zburzyli nam wszystko, spalili nam wszystko?… Tutaj śpią ich żony i dzieci, co oni wiedzą o tym wszystkim?”, „Ach – pomyślałam – jeśli ja to przeżyję, tak bardzo bym chciała przyjść do tych domków i im to opowiedzieć”. No i to się zrealizowało w 1989 roku. Ukazała się w Niemczech moja książka „Nadzieja umiera ostatnia”, zrobiony został film w Izraelu i zostałam zaproszona do Niemiec. Jechałam do nich niosąc im duchy ich własnej przeszłości, mając zamiar opowiadać im ich własną historię, uczyć ich tej historii. Czy jej w ogóle będą chcieli słuchać? Ale chyba tak, bo zapłacili mi nawet za podróż, więc chyba chcą to usłyszeć… Ale zaraz pomyślałam: „Teraz ja im opowiem! Niech poczują! Niech poczują!”
Przyjechałam do Berlina. Pierwszy przyjął mnie młody człowiek ze stowarzyszenia ewangelickiej młodzieży pracującej, Fritz Miller. Zaprosił mnie do siebie do domu, przyniósł mi jedną czerwoną różę. Razem z nim była jeszcze dziewczyna, która mówiła po polsku. Nauczyła się polskiego. Wchodzę do mieszkania – duży obraz Korczaka. No to poczułam się trochę jak w domu. Później miałam spać u tej dziewczyny. W niemieckim domu. W niemieckim łóżku. Powiedziała mi: „Tutaj masz szafy”. Miałam powiesić moje ubranie do niemieckiej szafy, moje ubranie, które w Oświęcimiu było takie, takie… Czy mam prawo?
Później pokazali ten film, w dużym kinie „Arsenal”, w Berlinie. Oglądam go, mój dom moje dzieci, mego syna, który jest twórcą wielu tekstów piosenek, a pokoje pełne mam złotych i platynowych płyt jego autorstwa. Ja – która miałam nie być. Mój dom w Berlinie, nikt mi nie mówi „Raus!”, nikt nie każe pokazywać ausweisu, pokazywać, że mam prawo do życia. Niemcy siedzą i patrzą na mój dom. Siedzą i patrzą, słuchają piosenek mojego syna. Płakałam jak nigdy w życiu. Teraz dopiero wojna skończyła się dla mnie, w Berlinie… Zapalono światła. Pomyślałam: „cała moja zemsta jest skończona”.
Przedtem, jeszcze w kościele pod wezwaniem Marcina Lutra, a który Hitler chciał nazwać swoim imieniem, czytałam po polsku opowiadanie: „Niezwykła majowa noc”. Opisywałam jak leje deszcz w Izraelu i nagle ten deszcz przenosi mnie do Oświęcimia. Stoimy na deszczu, każą nam klęczeć w błocie i trzymać po dwie cegły. Ludzie padają w błoto, pali się komin. Później z powrotem jest majowa noc w Izraelu, pada deszcz (a w maju już nie padają deszcze w Izraelu). Czytałam to po polsku a oni płakali. Oni zrozumieli, chociaż nie rozumieli. I wtedy podchodzi do mnie pewna kobieta i mówi, że chce się przede mną wyspowiadać. Mówi: „Ja miałam ojca, którego tak kochałam, jak Ty Twoją matkę. Mój ojciec został zastrzelony przez partyzantów i zakopany we wspólnym grobie, niedawno odnaleziono ten grób a w nim jego pamiętniki, które pisał tak jak Ty”. Nic jej nie odpowiedziałam – ona szukała u mnie pocieszenia. Powróciłam do tego w kinie, kiedy zapalono światło po pokazaniu filmu o mnie. Powiedziałam wtedy: „Podeszła do mnie kobieta, która tak kochała swego ojca, jak ja moją matkę, jego zabili i ja modliłam się o to, aby jego wtedy zabili, bo gdyby go nie zabili, to by nas wszystkich zabili i w ogóle cały świat przestałby istnieć! I ja miałam ją pocieszać? To robi wojna, a przecież wszyscy jesteśmy ludźmi”. Wszyscy płakali. Mówię: „Teraz płaczemy razem, ale to już jest coś zupełnie innego”. Już nie czułam, że mam się mścić, po prostu płakaliśmy, ja ich przeprosiłam za te łzy. Takie było moje pierwsze spotkanie z Niemcami.
Co chciałaby Pani jeszcze powiedzieć młodym ludziom, zwłaszcza z Oświęcimia ?
Byłam teraz w szkole w Brzeszczach, koło Oświęcimia. To była szkoła podstawowa i gimnazjum razem. Byli wspaniali. Słuchali mnie, słuchali, później była masa pytań – na ogół nie pytają, a tu nagle tyle pytań. Jedna dziewczynka pod koniec powiedziała tak: „A co by Pani chciała nam życzyć po tym wszystkim?”. A ja powiedziałam: „Chciałabym Wam życzyć byście umieli cenić i kochać życie wtedy, kiedy będzie trudne i kiedy wiele rzeczy Wam się nie uda, gdy pragniecie, by się udały. Ja Wam życzę, by się Wam wszystko udało, ale tak zawsze nie może być, więc życzę Wam, żebyście umieli cenić i kochać także wtedy, kiedy się nie udaje i wierzyć, że kiedyś się uda”.
Dziękujemy za rozmowę – i za te życzenia.
1998-2000 Verbanet s.c.
podalem caly tekst, bo wiem ze wielu z Was nie ma dostepu do facebooka
do pozycji przegladu 🙂
brykam fikam
😀
fik
bryk
Ten plac, gdzie jest „pomnik” spalonych książek, jest ponoć obecnie zupełnie rozwalony i nie sposób się tam dostać. Siostrzenictwo było na majówkę w Berlinie.
Co do stojącej obok Staatsoper, to wiem, że rozwalona od paru lat. W zeszłym roku byłam nawet w środku – faktycznie wszystko rozbebeszyli…
Bry! 🙂
Ja nie wiem, nie jestem pewna, jak to pójdzie w KK.
Tu lud nie ma nic do powiedzenia, czasami myślę, że to może i dobra przezorność, biorąc pod uwagę, znanych mi aktywistów przyparafialnych.
Rady parafialne są fikcją, w mojej parafii, nigdy nie ogłoszono składu, jeżeli istniała, a szacowne grono starszyzny to byli raczej najbardziej majętni wierni.
Monika dziwiła się, że pewien nurt zaczął wybijać się w polskim kościele – nazwę go demonologią.
Dzieje się tak dlatego, ze wiernych to niesłychanie fascynuje, podnieca.
Jak jakiś czas temu, na wzór włoski ustanowiono w warszawskiej diecezji egzorcystę, powierzając tę funkcję bardzo oddanemu Bogu i ludziom księdzu, to przez dłuższy czas nic szczególnego z tego nie wynikało, poza faktem, że ksiądz pogłębiał swoją wiedzę w tym temacie.
Aż okazało się, że są takie tabuny chętnych, którzy ciągną z całej Polski, chwytają się różnych chytrych sposobów, żeby dostać się na wizytę, że zaczęto sposobić coraz więcej specjalistów i dzisiaj jest ich już cała armia.
Ja osobiście uważam, że to jest oddawanie czci złemu, fascynacja złem, gadanie o jego mocy, właściwie wszechmocy, specjalne nabożeństwa mające na celu uwalnianie, a faktycznie wzmacniające fascynację, to jest bardzo poważny nurt. I jeżeli ktoś myśli, że dotyczy niewykształconej rzeszy wiernych, to bardzo się myli.
Nie będę rozwijać wątku, bo jest dla mnie wyjątkowo trudny.
Piszę o tym, bo jak KK ma się zmieniać, jak brnie w takie koleiny?
Jaki lud taki KK.
Dziękuję za Halinę Birenbaum Rysiu.
Nie wiem, czy to się da czytać inaczej niż przez łzy.
Pani Kierowniczko, Staatsopere tak rozkopali ze nie wiadomo kiedy i czy uda im sie zakopac 8) mieli oddac do uzytku jesienia 2013, teraz mowi sie ze jak sie uda to moze 2015, albo razem z lotniskiem 🙄 jak juz oddadza to bedzie ladnie i akustycznie 🙂 obiecuja 😀 😀
prosze Bobiku, ja uronilem 😐
Od ludu w dużej mierze zależy działalność KK na lokalnym podwórku, co dobrze widać, kiedy się porównuje np. parafie polskie i niemieckie, a zapewne i francuskie, amerykańskie, etc. Ale instytucja jako całość, z Kurią Watykańską na czele, to jest jeszcze inna historia. Taki organizm, czy może raczej cielsko, podlega takim samym prawom jak każdy inny system biurokracji. Z zasadami wiary nie ma to wiele wspólnego.
Ja tez dziekuje Rysiowi za te piekna rozmowe.
A co do KK to owszem, przydalby sie jakis Reformator. Ja jakos nawet z nadzieja spogladam w strone Franciszka w tych jego okropnych staroswieckich okularach. Tylko niezle nawiedzony moze takie dzisiaj nosic. 🙂
Halina Birenbaum fascynująca. Zastanawiam się skąd brak nienawiści. Może być z wyjątkowej natury, a może z przekroczenia miary tragedii. Chyba rzeczywiście częściej nienawiść można spotkać u ludzi, którzy znają ze słyszenia, niż u tych, którzy sami przeszli. Zwróciła moją uwagę opinia, że muzeum już nie ma siły oddziaływania. Tylko te włosy. Ja reagowałem podobnie. Nie byłem w Oświęcimiu, ale byłem w Buchenwaldzie. Ani baraki ani piece krematoryjne nie wywarły szczególnego wrażenia. Za to tych włosów i kopca dziecięcych bucików nie zapomnę nigdy.
Opowiadanie bez nienawiści jest szczególnie cenne. Rozbudzanie nienawiści w innych nigdy do dobrego nie posłuży, natomiast opowiadania o takich przeżyciach nigdy dosyć.
Heleno, też spoglądam z nadzieją. Uważam, że najbardziej szkodzi pycha pasterzy, a Franciszek uderza pokorą. Oby potrafił ją wdrożyć u wszystkich pasterzy. Pokora pozwala dojrzeć rację u innych i nie oburzać się na tych, którzy nas nie chcą słuchać.
Siódemeczko, żeby poradzić sobie z demonologią stosowaną, wystarczyłby wist bardzo prosty: powiedzieć jasno i głośno, że to są wszystko bzdury. Że owszem, istnieje Zło, ale nie ma futra 👿 ani ogona 👿 i działa zupełnie inaczej, niż każąc ofiarom przemawiać nieznanymi językami albo uprawiać jogę.
Ja wierzę w to, że owieczki stadnie pędzą do pasterza, który ponoć ma profesjonalne, klepnięte przez Kościół sposoby na szatana. Ale przecież nie byłoby tego, gdyby stanowisko egzorcysty zwyczajnie zlikwidować. To podaż wytarza tu popyt. A kiedy pasterz na ten popyt odpowiada zwiększoną podażą, to już w ogóle nie wiadomo, kto tu kim merda – pies ogonem, czy ogon psem. 😈
Na mnie w Oświęcimiu chyba najsilniej podziałały okulary. Włosy też, ale włosy były bezkształtną masą. A do okularów zaraz zaczęły mi się dopasowywać twarze i to było tak, jakby jakby leżał przede mną ogromny stos twarzy i każda z nich była Kimś. Człowiekiem, jego osobistą historią, jego życiem, jego śmiercią. Przed tymi okularami poczułem taką Grozę, że skamieniałem i w dalszy obchód trzeba mnie było ciągnąć.
Zbieżność z okularami Franciszka była tu najzupełniej przypadkowa.
Wiekszosc ludzi, ktorzy przeszli straszne koszmary, czy to lagry nazistowskie czy stalinowskie i ktorych ja w zyciu spotkalam nie nosi w sobie nienawisci.
Bylam po raz ktorys tam w Auschwitz zaledwie pare lat temu. Ale wtedy zwiedzalam w towarzystwie milej kustoszki, pani Heleny K. miejsce, do ktorego nigdy przedtem nie doszlam, jest na samym przeciwleglym koncu od bramy glownej – Zigeunerfamilienlager . Zostalo po nim jeszcze mniej niz po reszcie obozu. Pare kominow i pustka. Byl styczen, wiatr wyrywal nam z rak parasolki, ulewa gasila swieczke ktora bezskutceznie probowalysmy z Helena zapalic. Bylysmy same, samiutenkie w tym miejscu, choc wszedzie indziej przesuwaly sie jakies liczne zbiorowe wycieczki zagraniczne z przewodnikami.
Przezylam bardzo pustke tego miejsca, jego osamotnienie. POtem w pokoju gdzie pracowala kusztoszka, ogladalam zdjecia setek dzieci z tego Zigeunerlager. Wyszlam stamtad na miekkich nogach i cala droge powrotna pociagiem do Tarnowa przeplakalam.
Tak, Piesku, okulary i buty dzieciece – to chyba na Majdanku.
Kochani, wesprzyjcie mnie dobrymi myślami, bo inaczej nie dam rady. U mnie zazwyczaj jak się wali, to hurtem.
Jedna babcia leżąca na chirurgii szczękowej po małym zabiegu w niedzielę doznała zatoru płuc. Postawiona przez moją nieocenioną szwagierkę diagnoza telefoniczna, jak zwykle nie zyskała uznania w oczach lekarzy. Po dwóch dniach awantur przewieziono ją, jak już zaczęła schodzić, na IOM, nawiasem mówiąc nie na łóżku, tylko na wózku inwalidzkim !
Druga 90-letnia młódka postanowiła w deszczu skosić trawnik( kosiarką elektryczną), coby jej pan przychodzący regularnie pielęgnować ogród nie zarzucił zaniedbania. Poślizgnęła się i upadając złamała kosć udową. Na szczęście sąsiedzi zauważyli i wezwali pogotowie. Panowie doktorzy zamierzali babcię wsadzić w gips, i po awanturach wreszczie do nich dotarło, że w ten sposób z góry skazują ją na śmierć. Udało się ich przekonać do operacji. Babcia zoperowana, na razie jest ok.
Drugą, po zażegnaniu kryzysu,ale w kiepskim stanie i jeszcze nie po bezpiecznej stronie krawędzi, przewieziono z IOMu ciupasem na chirurgię szczękową, ale nie jestem przekonana co do kwalifikacji stomatologów do leczenia zatoru. Obydwie leżą oddalone od siebie w linii prostej o 300m, a ja jeżdżę codziennie 300km tam i zurueck.
I się awanturuję z różnym skutkiem ;-( .
Ojejku. Ojejku.
W Buchenwaldzie jeszcze jeden element robiący wielkie wrażenie – powiększone do naturalnych rozmiarów zdjęcie grupy dzieci „przyklejonych” do drutów zrobione przez żołnierza amerykańskiego w chwili wyzwalania obozu. Właściwie obóz w większej części był już wyzwolony przez samych więźniów, stąd możliwość bezpiecznego podejścia do samych drutów. Szukałem tego zdjęcia w internecie, ale nie znalazłem. Znalazłem inne, sierot buchenwaldzkich po wyzwoleniu obozu, już ubranych w mundurki na wzór amerykańskich.
Zmoro, kością udową się nie przejmuj, jakoś to będzie. W sprawie zatoru pozostaje liczyć na Opatrzność, jakkolwiek by się ją rozumiało. Niejednokrotnie pomogła, pewnie pomoże i tym razem.
Biedna Zmoro, wspieram jak mogę, tylko tak naprawdę co ja mogę? 🙁
Wiem, jak okropnie można się czuć bezradnym i wściekłym w zetknięciu z niekompetentnymi, a „wszystkowiedzącymi” lekarzami. Współczuję z całego serca. I trzymam wszystkie cztery kciuki, żeby obie Babcie wyszły z tego cało i w jak najlepszej formie. 🙂
Wspieramy i zalujemy, ze sami nie mozemy zrobic odpowiedniej awantury lekarzom.
Kością udową, złamaną w zaawansowanym wieku, niestety trzeba się przejmować. Nie tylko źle się zrasta (bo osteoporoza nawet u najzdrowszych seniorów już jest „z natury rzeczy” posunięta), ale też znacznie gorzej rehabilituje niż u młodzieży. Nieraz kończy się to całkowitym unieruchomieniem, o ile pacjent i jego bliscy nie zaprą się kopytami, żeby kończynę doprowadzić do stanu używalności.
A zanim w ogóle dojdzie do jakiejkolwiek rehabilitacji, jest wielotygodniowe leżenie i niesamodzielność, z którą musi sobie radzić wyłącznie rodzina, bo system opieki zdrowotnej ma to w nosie. Wiem, bo braliśmy to nie tak dawno temu w Krakowie. 🙁
Oczywiście nie chcę tu krakać i mam nadzieję, że u Zmory wszystko odbędzie się kosztem jak najmniejszym, ale że jakiegoś kosztu w postaci cierpienia pacjenta i wysiłku rodziny nie da się uniknąć, to jest pewne.
Och, Zmoro Kochana, trzymaj sie, i o siebie tez dbaj w krotkich przerwach w staraniu sie o dobra opieke dla najblizszych. Bo do takich staran bardzo potrzeba dlugofalowych sil, nawet w najlepszych warunkach.
Tekst Haliny Birenbaum bardzo piekny i wzruszajacy, i potwierdzajacy moc slow, ktore, w dobrych rekach, potrafia dotknac najczulszych miejsc tak samo mocno jak namacalne slady, takie jak stos okularow, butow, czy wlosow… Pewnie dlatego niektorych tak pociaga wizja palenia ksiazek, bo w nich te przekazy mieszkaja (choc na szczescie nie tylko).
A co do KK, to mysle, ze jednym z problemow, o ktorym wspomina np. znany amerykanski jezuita, James Martin, ktorego tekst kiedys rozsmieszyl Andsola (nie wiem, czy na zlosc Dawkinsowi, czy tak po prostu) 😉 – ks. Martin zreszta popelnil pare bardzo dowcipnych i inteligentnych ksiazek, w tym jedna o roli smiechu i radosci w pielegnowaniu zycia duchowego, zreszta w duchu Emersona, Thoreau czy Mertona, odnoszac sie nie tylko do tradycji katolickiej i czy szerzej protestanckiej, ale zaglebiajac sie i w religie Wschodu, i nawet – tak! – w tradycje swieckich humanistow – twierdzi, ze jednym z problemow Kosciola jest tradycja wlasciwie nieprzyznawania sie do bledow z przeszlosci, tylko podawania ewentualnie kolejnej nowej, obowiazujacej wykladni. Straszny ciezki to garb do uniesienia, dodatkowo powiekszajacy instytucjonalna inercje. No, ale rzeczywiscie nadzieja jest w mlodych, wyksztalconych katolikach, i w papiezu Franciszku.
Wiem, czym jest złamanie kości udowej, ale ja bym się tym tak nie przejmował. Mój teść stracił nogę od kolana w dół. Przejmowaliśmy się bardzo, a teściowa na wiadomość o konieczności amputacji dostała udaru i zmarła. Tymczasem teść bez nogi jakoś sobie radził i żył całkiem nieźle dopóki drugiej nie trzeba było amputować. Przejęliśmy się bardzo, ale teść i bez drugiej nogi żył radośnie. To my, opiekujący się, a przede wszystkim Ukochana, która pielęgnowała, mieliśmy przechlapane. Przez wiele lat jakoś szło, tylko wyjechać na dłużej nie mogliśmy. Zator płucny, co innego.
I jeszcze podrzuce cos Guardiana (kolejny dowod na to, ze z nas sciagaja?) 😉
http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2013/may/09/pope-francis-leader-believers-and-atheists
Choć mam olbrzymią sympatię do linii, którą obrał Franciszek, jakoś nie potrafię podzielać Waszych nadziei, że on „zrewolucjonizuje” Kościół. Na razie nie widzę u niego jakiejś wielkiej wizji, a nawet świadomości, gdzie leżą największe, zasadnicze problemy tej instytucji. Bo pycha i zachłanność pasterzy to prawdzie problem widoczny i irytujący, ale nie zasadniczy. Ograniczenie się do niego to trochę jak malowanie fasady, kiedy fundamenty trzeszczą.
Zasadnicze jest według mnie pytanie, jak pogodzić wierność objawieniu sprzed ponad 2 tysięcy lat i wielowiekowej tradycji z wymaganiami współczesności. Na mojego nosa bez odważnego wizjonera tu się nie obejdzie. Dopóki taki nie zasiądzie na papieskim tronie, będą co najwyżej kolejne remonty fasady. 🙄
Moniko, racja. Ale nie tylko do błędów z dalszej przeszłości. Do tych całkiem świeżych też. I to już zaczyna się zmieniać. Z tymi z przeszłości jest kłopot systemowy. Kościół pod wpływem Ducha Świętego nie mógł błądzić, tylko działał stosownie do zdolności poznawczych ludzi. Te się zwiększyły i można teraz podchodzić do spraw słuszniej.
Stanislawie, ks. Martin mowi w ogole o bledach – czy to z dalekiej, czy to z bliskiej przeszlosci. No i oczywiscie zdaje sobie sprawe z intelektualno-teologicznych lamancow, do jakich prowadzi takie podejscie, zeby sie nie przyznawac. Tylko, ze on w swoich ocenach z kolei wlacza amerykanski pragmatyzm (jeszcze jedna tradycja amerykanska, ktora sie czasem przydaje…).
Tymczasem doczytalam w Guardianie, ze kolo Ciebie, Bobiku, byl wlasnie operowy skandal:
http://www.guardian.co.uk/world/2013/may/09/german-nazi-opera-cancelled-wagner-tannhauser?guni=Network%20front:network-front%20main-5%20on%20the%20guardian:Network%20front%20-%20all-purpose%20editable%20trailblock:Position3
Tak naprawde nie wiemy, Bobiku, czy faktycznie nie ma Franciszek zadnej szerszej wizji.
Z pewnoscia chce reformowac Kurie, i to nie na wlasna reke, ale zgromadzil wokol siebie jej najwiekszych krytykow i sie naradzaja – tak gdzies czytalam. I to jest bardzo znamienne posuniecie. Podejrzewam, ze to wlasnie, reformsa rzadu watykanskiego, a nie jego oczekiwanie skromnosci bytowej duchowienstwa, tak wszystkim dziala na nerwy w Watykanie.
Musze sobie kupic Tableta i zobaczyc co oni tam pisza. Tablet stara sie byc bardzo uczciwym w analizach.
Zlamanie biodra w wieku 90 lat jest bardzo grozne.
A tak, skandal był, choć ja jeszcze wciąż zanadto tkwię w remontowych tematach, żeby na bieżąco i z detalami sprawę śledzić.
Sam mam tzw. uczucia mięszane. Z jednej strony nie lubię nadinterpretacji i kompletnego odbiegania od tego, co autor chciał przez to powiedzieć. Z drugiej rozumiem, dlaczego Wagner mógł się reżyserowi tak skojarzyć. A z trzeciej – nie byłem, nie widziałem, więc wszelkie moje wymądrzania się na ten temat byłyby w gruncie rzeczy z sufitu wzięte. 😉
Ja nie wiem, Heleno, czy on ma wizję, czy nie ma. Napisałem tylko, że na razie jej nie widzę. Ale jak zobaczę, zaraz dam o tym znać ukontentowanym machaniem ogona. 🙂
I pewnie jej latwo (tej wizji) nie zoczysz, Piesku, gdyz Kosciol dziala glownie za zamknietymi dzrwiami.
Ale mozna stosowac badawcze metody kremlinologiczne: patrzec kto stoi po prawej od genseka na trybunie 1-Majpwej i z tego wyciagac rozne wnisoki. Powolanie osmioosobowej rady przy sobie do zaprowadzania porzadkow w Kurii, na cos jednak wskazuje. Mogl nic z Kuria nie robic, tak jak wasz B16.
Ja bym z Wagnerem tez byla ostrozna. Nie sadze by inscenizatorom chodzilo o cos zlego. Raczej pewnie nieco przedobrzyli albo przecenili swa widownie lub niedocenili jej wrazliwosci. . Bywa. Bledow nie popelniaja tylko obledni nudziarze.
W kwestiac sztuki jestem zawsze po szczodrej i wielkodusznej stronie. Jak nie przymierzajac Marcel Duchamp.
Heleno, w tej osmioosobowej radzie jest tez po cichu – klania sie kremlinologia 😉 – proreformatorski arcybiskup Bostonu, Sean O’Malley, dzielacy z papiezem Franciszkiem podobna wizje spoleczna (np. od razu na poczatku tez sie wyprowadzil z palacu dla arcybiskupow bostonskich, ktory tak uwielbial jego poprzednik, nieslawny kardynal Law). I w ogole sa tam raczej osoby peryferii, co tez daje jakas nadzieje.
Bobiku, mnie nie ciekawila recenzja samego przedstawienia (tu mozna miec rozne zdania, i oczywiscie nie mozna sie wypowiadac na niewidzianego), a bardziej reakcje czlonkow widowni, i szersze reakcje na te reakcje. Na odleglosc wydaje mi sie, ze w stol uderzono dosc mocno. Ciekawe jest wiec, co na to, powiedzialy nozyce. No, ale widze, ze Ty byles ostatnio bardzo w Tarasewiczu, wiec tez w sumie jestes na pewna odleglosc… 😉
Ok, trochę doszłam do siebie dzięki Wam.
Przykład babci ogrodniczki znakomicie potwierdza tezę, że zakochanym bozia rozum odbiera 🙂 .
Babcia się 3 lata temu zakochała w trzydziestolatku, który był w ekipie robiącej jej remont obejścia.
Przyjeżdżam z młodym do babci, a tam ciasto na stole. Dziecko na to: ” Babciu, skad wiedziałaś, że przyjedziemy?” ” To nie dla was, to dla panów upiekłam”. I nie dala ani kawałeczka 🙂 .
Babcia, która przez ponad 80 lat przy każdej okazji podkreślała, że ona używa wyłącznie kremu nivea i wody 4117, i z wyraźnym obrzydzeniem patrzyła na moje kosmetyki, nagle zaczęła kupować kremy z kwasem hialuronowym, maseczki i perfumy różnorakie przednich marek.
Pana X tak przekabaciła, że po pracy na budowie przyjeżdża ją odwiedzać, a w weekendy pomaga w ogrodzie.
Mało tego, w jej sypialni stoi od jakiegoś czasu zdjęcie pana X obok zdjęć synów i wnuków. Bo synowe nie zasłużyły oczywiście na miejscu na ołtarzyku 😉 . ” Bo wiesz, on ma od paru lat dziewczynę, ale ślubu z nią nie bierze” rzuca babcia mimochodem 🙂 .
Wolę walki w tych okolicznosciach babcia będzie miała ogromną. Załatwiliśmy jej miejsce na rehabilitacji bezpośredno po opuszczeniu szpitala, i na późniejszy etap opiekę i rehabilitanta do domu. Mam nadzieję, że będzie dobrze.
To, co mnie do szewskiej furii dziś doprowadziło, to sytuacja z drugą babcią. Wczoraj wieczorem wywalono ją z IOMU i podrzucono ( dosłownie) na korytarz na chirurgię szczękową, bez porozumienia z personelem tejże. Dopiero wieczorem nocna zmiana raczyła zainteresowac się pacjentką, a że wolnego miejsca na sali nie mieli, to młodszą osobę wywalono na korzytarz, a babcię położono na sali. Od wieczora czuła się źle, nikt nie reagował. Zaczęłam rano domagać się powrotu na kardiologię, ale bezskutecznie. I wtedy akurat nastąpiło zatrzymanie krążenia. Zdążyliśmy, znowu jest na IOMie. W południe już było lepiej.
Szpital kliniczny w dużym mieście, gwoli jasności. Mały zabieg, stan zdrowia przyzwoity, jak na wiek, a już dwa razy witała się z lepszym światem.
Na razie wiszę na telefonach, rano jadę znowu. Tym razem z męskim wsparciem.
Gdzieś to już czytałem, że wizje po owocach się poznaje. 😆
Ale może ja jednak sprecyzuję, co mi nie pozwala na nadmierny optymizm. Przy całym zaangażowaniu w sprawy społeczne i niechęci do celebry, konserwatyzm Franciszka np. w sprawach obyczajowych (co mi jakoś dziwnie JP2 przypomina). Przy próbach zreformowania urzędu brak wyraźnej deklaracji, że wiele z prawd biblijnych można w dzisiejszym świecie traktować już tylko jako metafory, nie dosłownie (a tylko taka deklaracja pozwoliłaby Kościołowi nadążyć za współczesnością). Przy całym brataniu się z ludem i pochylaniu nad, niepodkreślenie, że to ten lud, ewangeliczna wspólnota, jest „suwerenem”, a kapłani jego – nie tylko bożymi – sługami. Takie różne rzeczy.
Nie można oczekiwać od wszystkich owieczek, a nawet niektórych pasterzy, że będą się pilnie wpatrywać w otoczenie genseka. Owieczki powiwatują na cześć, ale potem zapytają „no dobra, a konkretnie, to mogę już używać tej prezerwatywy, czy nie mogę?”. A ja się dowiedzą, że w tej sprawie nie ma żadych zmian, bo pilniejsze jest zreformowanie kurii, to mogą powiedzieć bueeeee i pójść na inne pastwisko. 🙄
Mar-Jo, w sobotę do muzeum obowiązuje drindl 😉 .
http://www.sport.pl/pilka/1,65081,13886258,Bundesliga__Bayern_szykuje_parade__jakiej_Monachium.html#BoxSportTxt
Podzielam Twój pesymizm, Bobiku, zwłaszcza w świetle uwag Franciszka o prześladowaniach wiernych i kościoła.
Zmoro, to trzeba koniecznie załatwić z obiektem uczuć, żeby odwiedzał Babcię w szpitalu, nawet gdyby mu trzeba było za to płacić. 🙂 Endorfiny to znakomity środek leczniczy, przy każdej chorobie.
Opisy zmagań z polską służbą zdrowia doprowadzają mnie do szewskiej pasji i zgrzytania zębami, bo sobie przypominam własne walki z tą kupą wiatraków. Wrrrrrrr!!! 👿
Pani Kierowniczko, dziekuje za Cohavi & Shalev, moje klimaty
🙂 🙂
(nie moglem przebic sie przez hasla u Kierowniczki 😆 )
Gruess Gott!
Dirndl kiedys mialam na sobie, szkoda, ze nie dalam sie sfotografowac. „Ludowianka” byla ze mnie!
Trzymam kciuki za obie Babcie!
Tutaj 90-letnie panie prowadza samochody, jezdza w gory, graja w brydza. Dzisiaj na parkingu pewna 92-letnia dama powiedziala mi, ze planuje kupno nowego samochodu.
Co daj Panie B. wszystkim.
Na temat KK nie bede sie wypowiadac.
Czarno to widze. 🙂
bez kwitnie, wariacko 🙂 🙂 tylko bialego malo 🙁
Mar-Jo, Ty w Dirndl 🙂 🙂 frakcja szczecinska gora 😀 😀
Mar-Jo, gdybyś się jakoś głupio czuła w tym dirndlu, to ja też się dla towarzystwa dam powiesić: 😆
http://de.clipdealer.com/preview/image/000/196/595/previews/9–196595-Hund%20im%20Dirndl.jpg
Jakbym siebie widziala! 🙂
Nadmiernego optymizmu to i ja nie mam, Bobiku. Ale od czegos trzeba zaczac, i nikt, chocby przy takim remoncie jak Twoj, nie moze wymieniac naraz podlogi, sufitu, i paru scian, jednoczesnie przy tym w naprawianym pomieszczeniu mieszkajac. A ze Franciszek zaczyna od kwestii spolecznych, od odkrochmalenia stylu, od stalej rady doradczej, to juz kroki w dobrym kierunku. I chyba z bobiczego punktu widzenia 😉 nie chodzi o to, zeby byla to organizacja dla wszystkich, ale zeby mozna z nia bylo jakos normalnie wspolzyc i rozmawiac. A tu juz chyba sa jakies punkty zaczepienia.
Zas a propos kremlinologii, ktora wspomniala bardzo trafnie Helena, to przypomnialo mi sie, jak podczas konklawe kardynalowie amerykanscy znalezli sie w konflikcie z kardynalami wloskimi zwlaszcza, ale nie tylko. A chodzilo o to, ze oni – przywykli do lokalnych amerykanskich zwyczajow – podczas obrad przed konklawe codziennie rano organizowali konferencje prasowa, zeby wierni w Stanach mniej wiecej wiedzieli „o co sie rozchodzi” (pewnie czesciowo takze w reakcji na znane im oczekiwania tych wiernych). Po ostrej krytyce Wlochow i innych Europejczykow, niechetnie i z zastrzezeniem, ze sprawa jest do dalszej dyskusji, i ze maja inne zdaniem ustapili i zrezygnowali ze swojej polityki informacyjnej. Ciekawe co bedzie teraz, gdy Franciszek wybral sobie doradcow z peryferii wlasnie (w tym O’Malley’a wlasnie, przywyczajonego jednak do innego stylu rozmowy).
Nadzieja to z pewnoscia nie pewnosc. Ale dobre zyczenia jeszcze nikomu nie zaszkodzily. 😉
A jak gdybys Bobiku (albo inna osoba z Frakcji) jednak cos w wolnej chwili znalazl o reakcjach na to akurat przedstawienie Wagnera, to bylabym ich ogromnie ciekawa. 🙂
Moniko, tutaj Berlinska wizja:
http://www.tagesspiegel.de/kultur/eklat-in-duesseldorf-tannhaeuser-in-der-gaskammer/8185420.html#kommentare
tutaj ciekawy tekst:
http://www.morgenweb.de/nachrichten/kultur/kultur-allgemein/vergeben-konnen-nur-die-opfer-1.1020906
tutaj „konserwa”, czyli FAZ:
http://www.faz.net/aktuell/feuilleton/buehne-und-konzert/tannhaeuser-skandal-an-der-rheinoper-abendquatsch-12178300.html
tutaj „lewica”, czyli Süddeutsche:
http://www.sueddeutsche.de/kultur/wagner-oper-in-duesseldorf-juedische-gemeinde-begruesst-tannhaeuser-absetzung-1.1668904
🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂
pstryk
zmoro, takie to beznadziejnie smutne słuchać, że dla specjalistów starszy człowiek przestaje być człowiekiem. Tyle walk jest ledwie połowicznie wygranych, że należy jak ludzi zupełnie normalnych i tyle wartych co każdy inny człowiek traktować Żydów, kobiety, dzieci, Cyganów, Świadków Jehowy — a tu coraz jaśniej widać jak trudno jest przekonać czy to tłum prostych ludzi, czy to niby wykształcone jednostki, że nie traci się nic a nic ze swego człowieczeństwa po upływie tylu a tylu lat, że tu nie ma stempla: ważny do … 20..
„Das war ein Vorspiel nur, dort wo man Bücher
verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen”.
H. Heine
Och, dziekuje Ci Rysiu bardzo. Jaka niezawodna i szybka reakcja! Widac, ze na Frakcje mozna liczyc. 🙂
Ide sie zaglebiac. Zawsze mnie ciekawilo i ciekawi, jak sobie rozne spolecznosci radza z trudniejszymi tematami – nie na wynos, a wlasnie od wewnatrz. A tu wydalo mi sie, na odleglosc, ze dotknieto jakiejs ciagle bardzo wrazliwej struny, bo odwolywanie przedstawien to jednak dosc powazna decyzja. No i potrzeba pomocy medycznej dla niektorych czlonkow publicznosci. Tego sie tak czesto nie spotyka.
I przypomnialo mi sie, dzieki Mar-Jo, ze musze gdzies znalezc w szafie moj austriacki drindl (prezent od przyjaciol). 🙂
Zmoro, bardzo mocno trzymam kciuki. Płacz i zgrzytanie zębów taka „opieka” lekarska. Monika słusznie radzi, pamiętaj, żeby dbać o siebie, no i daj się wspierać. Bardzo wierzę w męskie wsparcie. 🙂
Meskie wsparcioe? 😯
A na jakiej to planecie? 😯
Wygląda na to, Heleno, że zdarza się na naszej – Zmora właśnie napisała, że tym razem pojedzie do szpitala z męskim wsparciem i ja to popieram. Mężczyzna też człowiek i uczciwość wymaga, by dać mu możliwość zmierzenia się z trudną sytuacją. Wierzę w mężczyzn. 😉
Ale numer! Że Guardian z nas ściąga, to już się przyzwyczaiłem. Ale jednak trochę mnie zaskoczyło, że Obama, dowiedziawszy się o naszym berlińskim zlocie, zaraz ogłosił, że on też wtedy chce do Berlina. 😯
Założę się, że Bo mu to podszepnął. 😎
Bo maczal w tym lapy.
Dołączam się do podziękowań dla Rysia. I dziękuję tym, którzy dziękowali przede mną, bo bez Was pewnie nie zdecydowałabym się dziś na tę lekturę, a kto wie, czy będzie jutro i jakie.
Jutro jutro jeszcze będzie. Słowo satrapy. 😎
Ale jakie, to nawet ja nie jestem w stanie powiedzieć. 🙄
Jutro będzie jutrzejsze tak, jak dziś jest dzisiejsze a wczoraj było wczorajsze.
Ciapciaki…
Czuję się sprowadzona do właściwego rozmiaru. 😆
Mysle, Bobik, ze Ci wladza mocno uderzyla do glowy i wyobraziles sobie, ze mozesz sam ustalac czy jutro bedzie dzis, wczoraj czy pojutrze. To sie zawsze zle konczy i wreszcie ktos chwyci za nozyczki do futra.
Nowe ustalenia „komisji”:
http://wyborcza.pl/1,75478,13890014,Zespol_Macierewicza__Byl__caly_szereg_wybuchow__na.html
I zdjece choru wujow jest bardzo ladne.
Wujów jest siedmioro, a flag tylko 5. ❓ I czy ten wzór na podłodze nie przywodzi Wam na myśl różnych podejrzanych symboli?
Dla wujenek sa na podlodze odbicia trzech flag. 🙂
Wzor na podlodze wyglada dokladnie jak blat mego stolu obiadowego – mozaika bardzo podobna z tych samych wloskich kamieni. Moze znajde. zaraz ppszukam.
O, tu troche widac, ale srodek zastawiony jakimis smieciami jest niemal identyczny:
http://www.flickr.com/photos/77841418@N02/7007138706/in/photostream
Świetny stół!
Zmoro, sily ci zycze w opiece nad babciami. Z meskim towarzystwem czy bez (choc im wiecej tym lepiej), ale strasznie wazna jest demonstrowanie zaiteresowania i dociekliwosc w stanie szpitalnej opieki i leczenia obu babc.
Oby sie jakos z tych przypadlosci obie wykaraskaly!
Ja, choc weekend sie zaczal jestem w marnym nastroju. Rozmowa z pania Halina bardzo niezwykla. Coz to za nadzwyczajna osoba!
Bobiczkowi tak pieknie w drindlu! Plec niewazna, liczy sie, ze mu w tym drindlu tak bardzo do twarzy!
Pan Jaroslaw jest najnizszy w calym Chorze Wujow!I to zdecydowanie. Nie ma w tym nic zlego. Brad Pitt tez jest niski. Ale nie wiedzialam. Szereg wybuchow! Nieslychane!Juz wybuchlo, a jeszcze wybycha i wybucha dalej!
Tak, on jest w zasadzie ogrodowy, ale bardzo nam sie nadal jak obiadowy, a ja na nim czesto ucinam drzemke kiedy Stara wychoidzi z domu. W lecie jest przyjemnie chlodzacy.
Pan Jaroslaw ladniejszy od Brada. Jakas ta twarz bardziej uduchowiona.
Stol jest ogrodowy tylko wtedy, jesli stoi w ogrodzie.
A w sprawie KK, to z Kuria rzymska bedzie nielatwa przeprawa. Na pewno Franciszek jest sympatyczniejszy i jakos bardziej empatyczny, ale nie wiem czy wystarczajaco wojowniczy. Tymczasem Benedykt podobno skurczyl sie o polowe i obawiam sie, ze to zdrowie zmusilo go do rezygnacji.
O, tu jest o coraz slabszym Benedykcie:
http://life.nationalpost.com/2013/05/10/pope-emeritus-benedict-appears-half-his-previous-size-he-has-lost-so-much-weight-in-past-weeks/
Ten artykul jest z naszej najbardziej konserwatywnej gazety. Co szokujace, to bardzo niezyczliwe i zlosliwe komentarze pod artykulem. Same anty-watykanskie trolle.
Co się czepiasz, Morda. 👿 Nie mam władzy nad dziś, to niech sobie pomam chociaż nad jutro. Ona i tak się kończy w tym momencie, jak z jutra się robi dziś.
Tej odrobiny władzy mi, kurka wodna, żałuje. 👿
sobota! i to czy z Bobika „wladzy” czy tylko kalendarza,
sobota jest i juz 🙂
herbata, herbata, kawa bynajmniej tez
brykam 😀
Tereny Ogromnie Zielone S-Bahn swietna ksiazka
pstryk
🙂 🙂 🙂
brykam fikam
ciekawostka dla Frakcji:
http://www.tagesspiegel.de/berlin/traditionsverband-nationale-volksarmee-wenn-die-stasi-garde-in-berlin-trainiert/8189802.html
😀 8)
Dzień dobry 🙂
Oczywiście, Rysiu, że dzisiejsza sobota to moja zasługa. 😎
I niech mi ktoś spróbuje udowodnić, że jest inaczej. 😈 Powodzenia. To mniej więcej tak łatwe zadanie, jak udowodnienie, że Pan B. jest, bądź go nie ma. 😆
W berlińskich newsach wyczytałem, że z okazji naszego zlotu jakieś straszne środki ostrożności będą podejmowane. Czy oni pogłupieli? 😯 Przecież na co dzień wszyscy chodzimy bez obstawy i jakoś jest. 🙄
Piesku, a wy się z Obamą zlatujecie? 🙂
Gruess Gott. 🙂
Mam nadzieje, ze Wiadoma Osoba podobnie przemowi do Uczestnikow Zlotu:
http://www.youtube.com/watch?v=fTYMqVe-MMM
PS. Przed Lenbachhaus stoja tlumy, wpuszczane sa 5-osobowe grupki z kolejki. Trwa to strasznie dlugo!
Odwaliłem poranną prasówkę. Nic specjalnego się nie działo i może dlatego zwróciłem uwagę na trzy wiadomości, które kiedy indziej pewnie bym pominął. Z całkiem innych bajek one są, ale jednak coś je łączy. Jedna to ta, o facecie, który otworzył firmę utylizującą odpady medyczne i zakopywał kończyny po prostu u siebie w ogródku, póki miejsca starczyło:
http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,13883150,Mielil_i_zakopywal_w_ogorku_fragmenty_ludzkich_cial_.html
Druga o celebrytce, na chama domagającej się specjalnego traktowania z racji swojej „nietuzinkowości”
http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,13888036,Hotelowe_rewolucje_Magdy_Gessler.html
A trzecia o pośle, do którego jeszcze nie dotarło, że na wyłączenie mikrofonu nigdy nie można liczyć w stu procentach:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114875,13890275,Posel_Rynasiewicz___Ten_Borowiak_ku___s_podniesie.html
Elementem łączącym jest tu straszliwa bylejakość, czy chodzi o przedsiębiorcę, czy o polityka, czy prominentkę. Jakąś Chandrą Unyńską z tego wieje, smutkiem prowincji, choć celebrytka najwyraźniej uważa, że do Europy już dawno doszła. A może nawet ją minęła i poszła dalej? 🙄
Piszę o tym, bo czasem mi się – ze smutkiem – wydaje, że my z naszym książkami, wystawami, operami i przekonaniami o tym, jak powinno być, żyjemy w jakiejś enklawie, bańce mydlanej, a samo życie wygląda właśnie tak, jak w tych newsach.
Co nie znaczy, że od dziś mam się zamiar zajmować wyłącznie bezdenną głupotą i trzeciorzędnymi manierami. Tak mi się tylko westchnęło. 😉
Kierowniczko, to nie my z nim się zlatujemy. To on, jak się dowiedział o zlocie, zaraz się zaczął napraszać, że też by chciał. 😆
Pewnych rzeczy się nie robi. Nie dlatego, że gdyby ktoś się dowiedział, oznaczałoby to kłopoty; nie dlatego, że nie jest się nikim ważnym i nie dlatego, że gdyby wyborcy usłyszeli, byłoby niezręcznie. Po prostu się nie robi i już. Tylko nie wszyscy o tym wiedzą. 🙄
Przeczytalem cala Bobikowa prasowke i gotowa jestem zgodzic sie, ze wieje z tych doniesien jakims straszliwym zapupiem. Pani Gessler jakos mnie szczegolnie boli, bo kiedys robilam z nia wywiad i sprawiala wrazenie przyjemnej kobiety. A tu zachowuje sie, jakby powiedziala E. jak jakas fishwife, przekupa na targu. . Sama nie bylabym zadowolona gdyby w wytworneym i drigim hotelu podano mi nedzne wino czy byle jak przyrzadzonego i wysuszonego kurczaka, ale mozna to bylo zalatwic z szefem kuchni czy kierownikiem sali. .
Gordon Ramsey slynie z niewyparzonego jezyka i mnogosci slow na F, ale on nie upokarza sluzby publicznie. Jesli rzuca miesem to na zapleczu.
Hej! 😀
Mar-Jo 😆
Heleno, z wywiadującym rozmawia się inaczej niż z jakimś byle jakim personelem.
Pani Gesler powinna się lepiej przyjrzeć swojemu personelowi, bo obsługiwali wesele skandalicznie.
Bobiku, dzięki za sobotę. 🙂
Zostawiłam w windzie moje kije do maszerowania i zniknęły. 🙁
Jakoś jestem tym wyjątkowo dotknięta.
No, prawda, Siodemeczko.
Wot przykrość. 🙁
Okropny jest ten odruch „ukraść na wszelki wypadek”, nawet gdyby się potem miało wyrzucić, bo do niczego nieprzydatne.
Nas już doświadczenie nauczyło, że podczas pobytów w Krakowie na noc trzeba wynosić z auta dosłownie wszystko. Nie tylko bagaże czy tak łakomą rzecz jak radio, ale również złachane koce, służące do przykrywania się podczas drzemki w drodze, skrzynkę z mineralką, psi pas bezpieczeństwa, dużą paczkę chusteczek higienicznych, itepe, itede. Zachętą dla złodzieja może być dosłownie cokolwiek.
Kiedyś Pan Administrator zostawił (w bagażniku, nie na widoku) poobijaną, niewielką skrzynkę z narzędziami, dość steranymi wieloletnią służbą, wychodząc z założenia, że na takie badziewie to już nikt się nie złakomi. A gdzie tam. Ukradli i jeszcze przy tym zamek w bagażniku zepsuli. 👿
Czy myslicie, ze do poniedzialku 13 maja (poludnie) udaloby mi sie zrzucic tak z 10 kilo wagi? Znaczy – idealbie byloby zrzucic ze 20 kg, ale OK, niech bedzie 10.
Napisałam w ogłoszeniu, że są mi potrzebne ze względów zdrowotnych, ale odpowiedziało mi echo.
A czytaliście artykuł Hartmana o szkołach:
http://wyborcza.pl/magazyn/1,126715,13887453,Umarla_klasa.html?utm_source=HP&utm_medium=AutopromoHP&utm_content=cukierek1&utm_campaign=wyborcza#Cuk
Bobik, w kwestii tego przypadku z zakopywaniem medycznych odpadow w czyims ogrpdku, znalazlam w Psychiatryku24 znakomita analize politologiczna. Uwage ma przyioagnal juz tytul: „Mielił i zakopywał ludzkie tkanki- czyli tryumf liberalizmu”.
Po krotkim wstepie wyjasniajacym zdarzenie, Autor przchodzi do diagnozy:
„Taka jest polityka naszego państwa, przy aplauzie mediów i społeczeństwa, zwłaszcza jego “światłej części”. Pośród polityków najbardziej się ceni tych, którzy ”mają szajbę na liberalizację”.
Well said.
No oczywiście, diagnoza jest niewątpliwie słuszna. Przecież nawet GW pisze, że największy entuzjazm dla twórczych idei biznesowych Marka M. okazały zwierzęta powszechnie znane ze swojego skrajnego liberalizmu – prawdopodobnie nikt by się nie dowiedział o sprawie, gdyby nie to, że okoliczne psy wyczuły mięso i całymi stadami krążyły wokół magazynów. 😈
Mt7 🙁
Heleno, mam nadzieję, że Ci się nie uda – miej litość dla swojego organizmu! Co się szykuje trzynastego?
Przychodza na wywiad 🙁 Z kamera 🙁
Wczoraj wstapilam na chwile do sklepu z ubrankami. Poszlam do przymierzalni, spojrzalam w lustro i sie tak przestraszylam, ze o malo nie zemdlalam. W lustrze przygladalo mi sie jakies babsko, tluste, smetne, przestraszone i niezbyt, trzeba to powiedziec bez ogrodek, mlode. Z pewnoscia nie ja. Sprobowalam metody Pickwicka gdy w lustrze spotykal go jakis nieznajomy kot: zajrzalam za lustro, gdzie jednak nikogo nie bylo.
Nic z tego nie rozumiem. Nie jest przeciez mozliwe, aby nedzne cwierc kilo krowek zjedzonych poprzedniego wieczoru przed telewizorem, tak mi zaszkodzilo.
Nic nie kupilam z ubran, tylko poszlam i w stanie kompletnego zalamania nabylam sobie sztuczne rzesy.
Od wczoraj jestem jedynie na kawie, gumkach nicorette, mango i arbuzie.
Na wieczor mam bardzo skromny filecik z soli i ew. szparagi (bez masla).
Z odpowiednio wysokiego piętra nawet wszystkie kilogramy można zrzucić, co do jednego. 😈
Nie muszą być zresztą swoje. W niektóre dni sam miałbym ochotę zrzucić te – na oko – 80 kilogramów Macierewicza albo 70 Prezesa. 🙄
Heleno, poinformuj wywiadowców, że mówić będziesz Ty, a pozować Mordechaj. 🙂 I nie głódź się tak, bo wygłodzona będziesz zła i nie do końca przytomna. I będzie Ci burczeć w brzuchu. 😉 Też mam na kolację filecik. 🙂
Wlasnie przetrzasam cala szafe i pare kufrow w poszukiwaniu wychudzajaco-odmladzajacych ubram. Nie wyglada to jednak dobrze, a wrecz beznadziejnie.
W tej sytuacji pojde i cos poszukam w handlu detalicznym.
When in doubt… sklepoterapia.
Dziendobry,
Siodemeczko, moze ktos wzial te kije, zeby je oddac wlascicielowi? Jeszcze pare dni mozna miec nadzieje…
moze krolik ma racje, do czego bowiem obcemu kijki do maszerowania?
pamietam jak wracajac (brat i ja) z imprezy alkoholowej w naszej windzie (naszego rodzinnego wiezowca 🙄 ) spotkalismy slonia, rozowego z ruchoma glowa, lekko ukrecona. Napisalismy kartke, drukowanymi literami tresci
nastepujacej (z pamieci glebi wyciagam) „czekam na wlasciciela. zostalem zapomniany w windzie i znaleziony przed switem przez braci B. Rozowy plastykowy slon” Niestety nikt nie zglosil sie, po klatce poszla tylko plotka, ze bracia od tego picia zwidy juz maja……….
dla frakcji:
http://www.zeit.de/politik/deutschland/2013-05/katharina-nocun-piraten-gastbeitrag
jestem ciekaw czy „piraci” wbrew temu co mowia „badana opinia publiczna” jesienia wyskocza ponad 5% ?
Magdalena Tulli w Tygodniku Powszechnym (17-18, 28IV-5V 2012)
Godnosc, prosze Panstwa, odwrotnie niz probujemy to zrobic, osiaga sie w pojedynke, nigdy jako cialo zbiorowe. Dopiero suma godnosci osobistej przyniesie godnosc zbiorowa. Jezeli chodzi o godnosc zbiorowa, jak dotad zadna droga na skroty sie nie sprawdzila.
(…) stwierdził też, że widzi w mieście społeczny problem ze zmową milczenia, a czasem wręcz akceptacją dla ksenofobicznych ataków.
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75248,13891803,Minister_spraw_wewnetrznych_wypowiada_wojne_bialostockim.html#ixzz2SzoWHxbn
Przed chwilą, zadzwoniła sąsiadka, której lekarz nakazał maszerowanie po schodach, że znalazła moje kije, jeden na czwartym, a drugi na szóstym piętrze na schodach.
Schody powyżej 1-2 pietra nie są używane.
Nie będę już tego roztrząsać, ważne, że mam, bo nie są zbyt tanie. 🙂
Brawo Bartek S. To jeszcze Wrocław i Lublin stoją w kolejce. Autentycznie nie chce mi się do tych miast jeździć, póki się nie uporają z tą plagą. Tylko co mają mieszkańcy robić?
Tu dobrze wszystko tłumaczą o sochodzi i dlaczego te kije są takie ważne.
Potwierdzam i zachęcam 🙂
http://www.scout-fitness.pl/images/stories/nordic%20walking.jpg
Wrocław to jakaś choroba nabyta, w Białostockiem to przez pokolenia chyba hodowane, zważywszy na ilość pogromów, w Lublinie nie wiem, wydaje mi się, że robią wiele dla zmiany.
Stawiam Chablis z okazji szczęśliwego odzyskania kijków. 🙂 No dobrze – także dlatego stawiam, że jak je sama wypiję, to to się dobrze nie skończy…
Cudowne odnalezienie kijków! Cudowne chablis! Chyba skorzystam z tego, że dziś Dzień Cudów i poszukam befsztyka za kanapą. 😆
Dziękuję, chętnie się przyłączę. 🙂
A dlaczego dobrze się nie skończy, zamierzasz opróżnić większą ilość butelek?
Brawo dla sasiadki Siodemeczki, stosowanie sie do zalecen lekarza polaca!
Trudny dylemat Heleny, w co sie ubrac szanowny Panie Rumian, zeby wygladac szczuplej i mlodziej… niejeden/na polamal na tym zeby. Mysle, ze fryzjer przede wszystkim i nie dac sobie zdjec robic na siedzaco. Tylko na stojaco, pieknie wyprostowana i z lepszego profilu. Inspiracja: Gloria Steinem, Helen Mirren, Anjelica Huston, Jane Goodall. Heleno, ja mysle, ze bardzo cie pieknie w bezach, pomaranczach, czerwieniach. Ale najwazniejsze, zebys ty sie czula w tym dobrze, wiec jak trzeba na zakupy to trzeba. Jako fascynujaca rozmowczyni bedziesz nadzwyczajna gratka dla robiacego wywiad.
Mt7, dla mnie nawet ta jedna to dużo za dużo. 😉
Tylko nie beże! 😎 Pomarańcze i mandarynki. Czerwienie też mogą być. 🙂
Z fryzjerami ja wprawdzie mam na pieńku, ale kto wie, czy do wywiadu z kamerą sam bym się nie dał uczesać. 😈
Fryzjerka juz byla. W srode. Brwi wynitkowane wczoraj. Pod zlewem nadzwyczajny porzadek jakby chcial zagladac . Nie zdazylam na manikiur przed wyjazdem manikiurzystki do Egiptu.
Chudne w oczach.
W sklepie, ukochanym butiku w zachodnim LOndynie wsyztskie panie sprzedajace byly zaangazowane w poszukiwanie stroju. Alert byl na szesc gwiazdek, gdy jedna zapytala: How are you TODAY? (to taka nowa moda, ze sie nie pyta jak sie masz w ogolnym porzdaku rzeczy tylko dzis) Odpowiedzialam polskim zwyczajem, ze sie mam okropnie i poszukuje czegos w czym bede wygladala 20 lat mlodziej i 20 kilo chudziej. Stanely na wysokosci zadania. Kazaly mi przymierzac ze 30 roznych strojow, glownie sukienki. Nie byl to dobry pomysl, bo w sukienkach wygladalam jak beczka. Wiec stanelo na tym, ze jednak poszukam w domu czegos co juz mam i czuje sie dobrze.
POtem w innym zupelnie sklepie jakas pani podeszla do mnie i zapytala gdzie kupilam te przesliczna spodniczke co ja mialam na sobie. Spodniczka jest sprzed dwoch lat ale w tym momencie zapadla decyzja. Bedzie ta wlasnie sponiczka i miekki lniany zakiecik, ktory mi oddala Kuma z Gdyni gdu bylysmy w Rzymie. Nie bede wygladala ani mlodziej ani chudziej, ale bede sie dobrze w tym czula.
Dzis do tej pory zjedzone: 1 kubek kawy, i mango,cienki filecik rybny i i peczek szparagow z sola, pieprzem i cytryna (BEZ MASLA!!!) . Kilka listkow zielonej salaty.
Man oh man, W punktach Weightwatchers liczy sie tylko ryba, owoce i warzywa maja zero punktow. Zjadlas dzisiaj Heleno zaledwie jakies 5 punktow, a mozna ok 27 dziennie.
Ja kupilam trzy peczki szparagow na targu. Po co tyle nie wiem, chyba dlatego, ze trzy peczki byly niewiele drozej niz dwa. Bede pewnie gotowac zupe szparagowa w poniedzialek.
Bobiku, ja kocham beze, szarosci i oliwki, kolory skal, piasku i kamieni… Kazdy w nich dobrze wyglada
Monachium zwariowalo. Druzyna FC Bayern w drodze na Marien-Platz. Sie zabarykaduje!
Heleny dieta bardzo mi pasuje. 🙂
Ile punktow WW ma cwierc kilo krowek?
Zgadzam sie z Harrym:
http://www.telegraph.co.uk/news/uknews/prince-harry/10050953/Prince-Harrys-concern-over-visual-impact-of-wind-farms.html
Pamietam moja jazde samochodem z synem z Bremy do Bydgoszczy 6 lat temu. Cala jazda przez Niemcy to byl piekny krajobraz oszpecony gigantycznymi wiatrakami. Musi byc jakis lepszy lepszy sposob niz to, mowilismy.
A u mnie dzis byly francuskie sery, bagietka, winogrona, i miska zielonej salaty z winegretem. Baaardzo leniwy lunch, choc obawiam sie, ze nie dietetyczny (no chyba, ze ktos stawia na the French paradox diet). 😉 Na obiad zgrillujemy kurczaka, ktory sie wlasnie w kawalkach marynuje w lodowce.
A i tak od samych zakupow mozna przeciez schudnac, a w kazdym razie – poczuc sie chudziej (samemu lub w portfelu)… 😉 Za to osobowosci sie nie znajdzie w handlu detalicznym, wiec nie masz sie czym martwic, Heleno – bo te juz masz, tak jak juz mialas te ladna spodniczke i lniany zakiet.
No i dobrze, ze Siodemeczki kijki cudownie sie znalazly!
I dobrze, ze ktos sie wreszcie zabral za to, co sie dzieje w Bialymstoku.
cwierc kilo krowek = ok 3000 punktow.
Taka gmina nie nowina
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,13893003,Pierwsza_Komunia_bez_chorego_Pawelka___Bo_zaburzy.html#BoxSlotII3img
Dietę Heleny kupuję na pniu + chablis 🙂
Heleno, zważ się choć raz bez Kota na rękach, a będziesz miała swoją wagę netto 😉
Trzy TYSIACE punktow nedzne cwierc kilo cukierkow?!!!!!
A co do parafii, ktora „ma klopot” z niepelnosprawnym dzieckiem, to msci sie wlasnie osobliwy polski katolicyzm. Sukienka na komunie jest wazna, drogie prezenty sa wazne, przyjecie jest wazne, tylko nie elementarne czlowieczenstwo w traktowaniu innego czlowieka.
W artykule prasapwym uzyte zostalo co najmniej szesc razy sformulowanie „chory chlopiec”. To tez osobvliwosc. Skoro nawet dziennikarz nie wie, ze dziecko z porazeniem mozgowym nie jest „chore”, chyba, ze faktycznie jest na cos chore. Ale porazenie choroba nie jest. Niepelnosprawnosc umyslowa to nie to samo co choroba. Tak jak nie jest choroba jak ktos nie ma reki, nogi czy jest gluchy czy niewidomy.
Moze nalezaloby zaczac od wyjasniania, ze niepelnosprawnosc umyslowa tak jak ruchowa nie jest choroba. Wtedy mozna przejsc do pytan co my, spoleczenstwo, z ta niepelnosprawnoscia robimy. Jakie wznosimy bariery. Jak dalexce zezwalamy niepelnosprawnej osobie funkcjonowac wsrod nas, pelnosprawnych.
Ad. Helen: może byś odebrała telefon, bo za 2 dni wyjeżdżam do Krakowa, a chciałam złożyć życzenia przedurodzinowe.
Do kamery odradzałabym sztuczne rzęsy, bo będą one jeszcze bardziej sztuczne w bezlitosnej technice cyfrowej. W ogóle to nie ma zmiłuj, ja ujęć ze swoim udziałem nie oglądam. Niestety, spotka mnie to właśnie w Krakowie. Może zbiegnę? Jest tam ciekawska wystawa pn „Praca kobiety nigdy się nie kończy” (wg „Polityki” to stare angielskie przysłowie – pierwsze słyszę, ale takich przysłów to nawet nie chcę znać),gdzie zebrano grafiki i rysunki od XVI do XIX wieku, w tym ryciny Durera, Rembrandta, Hogartha. Już czuję, jak mi się spodoba „Wzór cnotliwej żony” z XVI wieku z kluczem do nakręcania w głowie. I pewnie cnotą z byczej skóry.
Chlorofilowa zieleń by mnie upajała, gdyby nie zryto mi mieszkania na strzępy z powodu wymiany rur do kaloryferów. Siedzę na rumowisku i w takim stanie mam podobno wytrwać do początku czerwca. Toteż z ulgą rzucam to wszystko i lecę na 6 dni, podstępnie namówiwszy znajomą z Warszawy, żeby przyjechała tu odpocząć i zająć się Panem Milasem. Sprzątaniem jej nie obarczyłam, zresztą nie ma sensu, gdyż pyłu tu jak we młynie.
No jest, Kumo, takie przyslowie, a raczej wyrazenie idomatyczne: A woman’s work is never done.
Zadzwonie niebawem, jak sie skonczy ( juz niedlugo) jeden ukochany prpgram, nie powiem jaki, bo wszyscy sie beda ze mnie smiac. 😳
Sztuczne rzesy: to daczego za przeproszeniem Joan Collins (duzo starsza) moze nosic przed kamera, a ja nie moge?
kilka krowek – 3000!!!! wolno – jak zrozumialem – 27 dziennie, to moja ulubiona czekolada, a zjadlem dzisiaj cala, wtrzepujac okruszki niewidzialne prosto do paszczy, pozbawia mnie jedzenia do konca miesiaca!!!!!!!!!!!!!!!!!! tylko woda i powietrze!!!!!!!!!
a tu pokazuja, jak robia, gdzie robia (oczywiscie w berlinie 8) ),
i gdzie kupic te do konca miesiaca o wodzie i powietrzu
http://www.stilinberlin.de/2012/02/food-in-berlin-erich-hamann-schokoladen.html
🙄 🙄
p.s. Obama w Mitte, my do czekolady w czerwcu? 🙂 😆
i jeszcze raz Pani Halina Birenbaum:
Bo ojczyzną książek, sztuki to wszakże ludzie nie akurat kraj i język.
Nad osamotnionym książkami
Piszę `przeważnie tylko po polsku. Tak mi jest wciąż łatwiej. Z dziećmi i wnukami natomiast mówię tylko po hebrajsku – gazety czytam także w tym języku jedynie. Z mężem mówimy po polsku, z przyjaciółmi również, choć w chwilach szczególnych wzruszeń nagle przechodzimy na jidysz i hebrajski, mieszając te wszystkie języki na przemian, w miarę potrzeb i ntensywności uczuć…
Ale mówiących po polsku w Izraelu wciąż ubywa u nas z biegiem lat, odchodzą z tego świata. Książki, które kochali i gromadzili w ciągu swego życia zostają po nich osierocone, bo dla ich dzieci i wnuków są one przeważnie obce i niezrozumiałe. Smutny to obraz.
Właśnie zaprosił nas znajony do domu swej zmarłej matki, abyśmy wybrali sobie interesujące nas książki z pozostałej po niej, bogatej biblioteki. Chorowała długo i dom od dawna stał pusty. Na półkach dzieła znanych twórców polskich i wybitne tłumaczenia literatury światowej. Gdzeżby to dziś kupić tutaj?!
Nasz młody znajomy pragnął nam sprawić radość tym niespodziewanym darem. Zna dobrze nasze zainteresowania i gusty, wie, czym są dla nas polskie książki, na których rośliśmy i wychowali się. W tej prozie i poezji pozostał na zawsze smak naszego dzieciństwa. Wiążą się z nim drogie wspomnienia, ślady bliskich – nas samych z owych szczęśliwych, dawno minionych lat.
Wybraliśmy aż kilka kartonów! Jednak wróciłam z tym skarbem do domu zgnębiona do głębi. Zetknęłam się nagle twarzą w twarz z losem tych osamotnionych książek – jak z moim własnym. Z zaczajoną drwiąco śmiercią. Jakby się śmiała z naszych dążeń, wysiłków, walk: ot, taki będzie ich koniec, patrz…
Zakurzone, pozżerane przez mole, żółknące kartki, umierające wraz z tymi, którzy je kochali, uczyli się z nich – wlekli je ze sobą wszędzie w swych wędrówkach po świecie, w drodze do nowej ojczyzny… I ja – te moje próby usilne i zmagania wydobycia czegoś z siebie, stworzyć coś po polsku z dala od kraju, w którym ten język jest w użyciu, żyje. Moje dzieci i wnuki nie znają go, nie będę tego czytać.
Ogarnął mnie niesamowity smutek, rezygnacja. Jakby wszystko straciło sens. Mój mąż co raz odczytywał na głos entuzjastycznie, z uznaniem ważnjesze tytuły, przerzucał gorączkowo stronice i zagadywał zachwycony do znajomego. Ja zaniemówiłam. Wszystko stało się dalekie ode mnie, bez znaczenia – bez życia, daremne. Grzęzłam w tym samopoczuciu bezwolnie.
Ale wreszcie otrząsnęłam się. Przecież nasze dzieci patrzą z zainteresowaniem i sentymentem na nasze polskie książki. Od maleństwa czytałam im ulubione opowiadania, wiersze, i tak właściwie nauczyłam się tłumaczyć…
Pragnęłam za wszelką cenę przekazać im ich ducha i treść, wprowadzić w świat naszych najwcześniejszych i najgłębszych doznań. Te utwory stały się jedynymi świadkami i dowodem po zagładzie wszystkich w Shoah. Dowodem, że tamten świat i ludzie istnieli, byli, że my nie powstaliśmy z kamienia.
Nasze wnuki dziś czytając moje hebrajskie książki, pytają wciąż o te, które opublikowano mi w Polsce, w języku i kraju znanym im z opowieści i dźwięku mowy, którą posługują się ich rodzice oraz przyjaciele rodziców polskiego pochodzenia. Wzięliśmy do siebie książki zmarłej. My żyjemy, więc są nam konieczne. A potem znajdą się inni, którym one będę służyć i będę im drogie.
Słowo ludzkie wszak zawsze znajduje drogę do ludzi, w każdym języku. A pisząc w Izraelu po polsku i hebrajsku jest się poniekąd pomostem między tymi krajami i ich kulturą. Bo ojczyzną książek, sztuki to wszakże ludzie nie akurat kraj i język.
🙂
od teraz do………..jutra, tylko powietrze
mozna schudnac przez sen?
zobaczymy 🙂
pstryk
na sen 🙂 ciasto mjej kolezanki
https://fbcdn-sphotos-b-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn1/601676_165841736916340_1290874579_n.jpg
mysle ze 10 000!!!!!!!!! 😆
Zrobiłam użytek z kijków.
Nie powiem, że mi lekko.
Rysiu,
Pani Halina jest niesłychanie żywotną osobą, ona ciągle jest obecna na tym FB, nie jestem w stanie temu towarzyszyc, ale też uderzył mnie Jej zasadniczy rys charakteru – wielka radość życia pomimo tak przerażających doświadczeń, życzliwość dla ludzi i brak nienawiści, czy chęci zemsty.
Niezwykła osoba.
Niestety, nie wszystkimi książkami zajmą się dzieci, wnuki czy znajomi. Wiele emigracyjnych polskich księgozbiorów umrze śmiercią naturalną wraz ze śmiercią właścicieli. Potomkowie nie będą zainteresowani, przyjaciele już także na tamtym świecie, żadnej polskiej biblioteki pod ręką… Wylądują w śmieciach i nawet żadna łza się w oku nie zakręci. 🙁
Wylowione z sieci:
W dwujęzycznym polsko-angielskim menu danie: „Szyjki rakowe podawane na carpaccio z buraka z dipem musztardowo-ziołowym” w wersji angielskiej pojawiło się jako „Cervical Cancer served on beetroot carpaccio with mustard-honey dip” czyli „rak szyjki macicy na carpaccio z buraka z dipem musztardowo-ziołowym”.
Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, by urząd do spraw kontaktów z Polonią rozpoczął kampanię informacyjną wśród środowisk emigranckich, że polskie biblioteki chętnie zaopiekują się niechcianymi księgozbiorami. O ile oczywiście polskie biblioteki rzeczywiście taką chęć mają. No trzeba by przemyśleć, w jaki sposób miałyby książki od spadkobierców odebrać. Nie jest to zapewne problem na wielką skalę, więc koszty przedsięwzięcia też nie byłyby wysokie. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli i świadomość, że problem jest.
To niezupelnie tak, Vesper. Ksiazek nikt nie chce. Jest ich za duzo.
Od wielu lat polskie sklepy nalezace do roznych organizacji dobroczynnych nie przyjmuja ksiazek. Nie przyjmuja ksiazek biblioteki, bo nie maja kim robic selekcji i gdzie ich przechowywac (zrobiwszy najierw caa ewodencje etc).
Moj przyjaciel z ulicy, wydawca Aneksu i biblioteki Aneksu wszyzstkie swoje nadwyzki przechowywal w moim niezbyt suchym garazu. Jak upadla komuna, postanowil wszystko to przelazac polskim bibliotekom i szkolom, zlatwil nawet na wlasny koszt transport ciezarowka. Nawet wtedy malo kto chcial to brac, choc chodzilo o ksiazki wowczas w Polsce niedopstepne.
Bylam nieraz swiadkiem rozpaczliwego wciskania ksiazek komukolwiek.
Sama sie bronie przed braniem jak diabel przed swiecona woda. Bo ksiazki potrzebuja MIEJSCA. A MIEJSCE kosztuje. W przeliczeniu na metr kwadratowy powierzchni mojego domu przechowywanie ksiazek kosztuje tysoace funtow.
Osoboscie nikomu juz ksiazek nie wciskam, tylko wyrzucam jak leci. Wczoraj jak bylam u E. zobaczylam ogromny stos ksiazek na stole obiadowym, a kiedy zapytalam co tu robia, okazalo sie, ze wraz z Pania Doch postanowily zrobic troche miejsca na polkach. Zdaje sie, ze namowila kolezanke aby sie zaopiekowala ogromnymi slownikami, juz dzis malo komu potrzebnymi. Ja sama z tego stosu wyciagnelam dla siebie jedna – monografie o Katarzynie Wielkiej z pieknymi ilustracjami i ladnie wydana przez Folio. E. okropnie sie ucieszyla, ze stosik do pozbycia sie zmalal choc o jeden tom.
Sama tez chetnie przekazalabym z grubsza polowe ksiazek stojacych na mych polkach, choc mam duza dorosla biblioteke na ksiazki. . Ale nie ma komu. Nikt nie ma miejsca.
Ja coś nie bardzo wierzę w to zainteresowanie bibliotek. Może się mylę (oby), ale tak mi cosik podpowiada psia intuicja. Chyba zresztą ma ona jakieś podstawy do tych podpowiedzi, ale już jest nieco śpiąca i nie chce jej się grzebać w swej intuicyjnej pamięci. 😉
O, Helena z pomocą Łajzy dopisała uzasadnienia do mojej intuicji. 😉
Ja wesprę Vesper 🙂
W Izraelu jest jeszcze dużo Polonii, ludzi znających polski, ja spróbowałabym ogłosić na różnych forach, że mam książki do oddania.
Sama skorzystałam kiedyś z takiego ogłoszenia, najwyraźniej syn rozdawał bibliotekę rodziców.
W książkach są rożne uwagi pisane ołówkiem na marginesie, bardzo wzruszające.
Gdyby ktos po mojej smierci lub przeniesienia sie do domu starcow chcial zrobic ewidencje ksiegozbioru, zabraloby to zapewne pare tygodni – zroboenie samej kartpteki. Zadna biblioteka nie ma takich zasobow ludzkich, ani tyle miejsca by brac jak leci.
Ksiazki mozna i nalezy wyrzucac, tak jak stare sprzety i ubrania. To boli, ale mie ma innej rady. . Gdybym nie wyrzucala, nie mialabym gdze zyc.
Ale ja nie mówię o bibliotece, tylko o ewentualnie chętnych ludziach.
Siodemeczko, wysylanie ksiazek jest bardzo drogie. Kiedys pare lat temu oglosilam na kulinarnym, ze musze niestety sporo wyrzucic, staraac sie ograniczyc wyrzucanie do ksiazek niekochanych lub takich, po ktore juz wiem ze nie siegne. Wspomnialam o wybitnie przeze mnie niekochanych dziennikach M. Dabrowskiej. Alicja wyrazila wielka ochote przeczytania tych dzienikow. Wiec zapakowalam piec tomow w idealnym stanie i zanioslam na poczte. Okazalo sie, ze przesylka mialaby kosztowac £75. Obie z Alocja uznalysmy, ze nie warto – gdyby to jeszcze byl Szekspir czy Norwid, ale olowiana proza Dabrowskiej, ktora nie miala za wiele do pwooedzenia, procz swych zajobow i obrzydliwych sadow o ludziach? Won!
No tak, za kałużę to są mordercze koszty, ale na terenie kraju, gdzie można jeszcze zaznaczyć, ze odbiór we własnym zakresie.
Ja bym spróbowała, jeżeli pozycje warte zachodu.
Jak dostalam sie na Univ. Warszawski to musialam przjsc przez tzw praktyki robotnicze przed rozpoczeciem roku akademickiego. Bylam przypisana do BUW-u (wtedy jeszcze na Krakowskim Przedmiesciu). Wywalalismy ksiazki z biblioteki, ktorych nikt nie czytal od lat. Naukowe, polityczne, spoleczne, dziela zebrane… Czesto byly to ksiazki jakiejs epoki, juz bez znaczenia. Tak juz jest. Biblioteki tez musza wywalac.
My tez mamy troche polskich ksiazek w domu, ktorych nie bedzie komu zostawic. Ale moja siostra w Warszawie tez nawywalala sporo. Moj maz ma szachowa biblioteczke i to moze sie przyda jakiemus klubowi szachowemu, bo te ksiazki sa wcale nie tanie i czesto poszukiwane przez graczy. Sa one w roznych jezykach. Polowa po rosyjsku.
E. ma taka boblioteke brydzowa (jest mistrzem) . I wsrod tych wylozonych do pozbycia sie widzialam tez brydzowe.
Biblioteki wywalaja, oczywiscie. Sama zakupilam pare ksiazek w ten sposob, kiedy nowojorska biblioteka Polskiego Instytutu Naukowego pozbywala sie zlogow.
Ciekawe z tymi ksiazkami. Moje dzieci czytaja po polsku, wiec poki co osobiscie o tym problemie nie mysle. Czy ksiazka to niepotrzebny juz nikomu przedmiot, czy cos wiecej chyba zalezy i od ksiazki, i od tego, kto ma decydowac o jej dalszym losie. Sama bym pewnie przed wyrzuceniem sprobowala dac jej drugie zycie u kogos innego, bo w ogole jakos tak mam, ze z pozbywaniem sie rzeczy z domu nie mam problemu, ale mam problem z tym, ze teraz tyle przedmiotow produkujemy tylko po to, zeby je bardzo szybko wyrzucic. Nie bardzo juz za nami nadazaja wysypiska smieci. Choc z ksiazek mozna przynajmniej zrobic papier toaletowy albo papierowe torby na zakupy (o ile sie je przesortuje do makulatury).
A to angielskie przyslowie ma tez druga, troche rzadziej wspominana polowke, i w pelnej wersji brzmi: „A man’s work is from sun to sun, but a woman’s work is never done.” Taki wczesniejszy odpowiednik mowienia, ze kobieta jakze czesto pracuje na dwa etaty.
slonce 🙂 ogromne slonce 😀
Niedzielne Dzien Dobry Bardzo
🙂 🙂 🙂
plany?
jesc, czytac, brykac, sporo jak na niedziele 🙂
brykam
brakam fikam
bryyyyykam 😆
brykam fikam
Wszyscy mamy problemy z wyrzucaniem ksiazek, bo oczywiscie wyrzucanie czegos co nas jakos uksztaltowalo i z czym zwiazane sa rozne przezycia jest trudniejsze niz wyrzucanie za ciasnych spodni czy zepsutego telewizora. Wiem, ze nigdy nie siegne po Chlopow czy Malowanego ptaka, ale reka mi zawsze zadrzy kiedy juz jestem tuz tuz gotowa zwolnic miejsce – niech jeszcze postpi, jeszcze nie dzis, moze za rok.. Ale wiem tez, ze biblioteka przeladowana ksiazkami nie otwieranymi od 40 lat i o ktorych czesto nie pamietam nawet ze je mam, to fatalne feng shui.
Kiedys w domu mej warszewaskiej przyjaciolki, gdzie pokoj syna (wowczas bodaj 7-letniego) zawalony byl ksiazkami jej niezyjacych rodzicow, jej samej i jej rozwiedzionego meza, niezykacych rodzicow meza oraz jej dwojki dzieci, tak, ze biedny Jasiek nie mial gdzie wcisnac zadnego pudelka leggo, wiec trzymal je na srodku pokoju, zaproponowalam, ze zrobimy troche miejsca na polkach okrazajacych caly pokoj.. Ona dlugo sie opierala, ale syn blagal i w koncu jemu i mnie ulegla. No i sie zaczelo!
Kazda ksiazke wyrywala sobie spod serca. „Czy napewno chcesz zatrzymac Kapital Marksa?” – pytam i widze na czole walke mysli: a moze dzieciom kaza czytac na studiach?
„Moze kaza, a moze nie kaza. Moze pozycza sobie z biblioteki?” -mowie. . Pod koniec dnia na podlodze bylo kilka grubych plastikowych workow do wyniesienia.
W tym momencie przyszedl do domu rozwiedziony maz na spotkanie z dziecmi. I dowiedziawszy sie ze te wszystkie worki sa przygotowane do wyrzucenia ( a czesc juz zostala wyrzucona) dostal regularnego ataku histerii. Nigdy jeszcze nir widzialam doroslego mezczyzny, ktory byl bliski placzu i walenia peisciai w sciany ze zlosci, frustracji i bezsilnosci.
Przyjaciolka zaproponowala mu, by wszystkie te niechciane ksiazki zabral do siebie, do swej nowej zony, do swego nieduzego nowego meiszkania, podczas kiedy ja w zameiszaniu wynosilam na podworko worek po worku z klasykami marksizmu.
Nie zgodzil sie. Nie chcial zagracac wlasnej chalupy zakurzonymi tomami Lenina. Wyszedl trzasnawszy drzwiami i zabierajac ze soba w celach pedagogicznych (wzgledem bylej zony) pare ksiazeczek. Po reszte nigdy sie nie zglosil.
Ale Jasiek odzyskal pokoj, gdzie wciaz bylo bardzo wiele ksiazek, ale tez troche miejsca na pudelka leggo i modele dinozaurow.
W tym mieszkaniu jest jeszcze caly korytarz zabudowany polkami i pol salonu. Kiedy bylam tam ostatni raz, to odnotoalam z zadowoleniem, ze odzyskany spod ksiazek zostsal takze maly pokj „sluzbowy” przy kuchni, do ktorego kiedys nie mozna bylo wejsc. Teraz sta sie on czescia kuchni, po wywaleniu papierow, usunieciu sciany i stoi w ni duzy kuchenny stol i na scianach wisza obrazy cieszace wzrok.
Dzień dobry 🙂
W Lublinie od kilku lat można przekazywać książki / literatura piękna, książki dla dzieci/ w ramach akcji „Polacy – Rodakom”. Książki te następnie jadą do skupisk polonijnych na Ukrainie i Białorusi. Akcja cieszy się dużą popularnością.
Dzień dobry 🙂
Luj, grad, szaroburochmurze – nie bardzo chce się z wyrka wychodzić. Ranek na leżenie i czytanie książek, których się jeszcze nie wyrzuciło. 😉
Że też słońca nie może wystarczyć i dla Berlina, i dla tutaj. 👿
Dla pocieszenia u nas luj u bram. Ale to dobrze, bo nie mam sił na podlewanie
Irku, z pewnoscia u mnie taka akcja tez by sie cieszyla wielka popularnoscia. Gdybym mofgla ze spokojnym sumieniem odddawac. Nie mam jednak pewnosci jak wielu ludzi po drugiej stronie chce wypelniac swe domy naszymu odrzutami.
Kolo mnie jest sklep organizacji charutatywnej Merdical Aid for POland. I chociaz sklep nie przyjmuje ksiazek, ludzie czasami pod oslona nocy zostawiaja cale pudla literatury przed drzwiami. Wtedy sklep wystawioa to na zewnatrz z karteczka, ze kazdy moze sobie brac. Po paru godzinach ladnie poukladane w tekturowym pudle ksiazki zaczynaja sie klebic – ktos je wyraznie przejrzal, niektore laduja na chodniku. Potem gdzies znikaja, czesto w naszym smietniku przy domu, z czym walczymy. To sklep nie majac co z nimi robic wywala je gdzie popadnie, bo wywiezienie ich przez wladze dzielnicowe kosztuje.
W naszy domu mieszka teraz mnostwo POlakow. Wiec nieraz wykladam na murku smietnikowym ksiazki zarowno po polsku jak i angielsku. Ale znikaja zazwyczaj wylacznie stare numery House and Gardens. Ksiazki leza az sa ciezkie od deszxzu. Wtedy ktos litosciwie (aktywista Glen!) wrzuca je do pojemnikow na smiecie.
Oddawanie ksiazek poprawia nam znaczaco samopoczucie, to fakt.
Kiedyś starałam się oddać wszystkie książki, z którymi postanowiłam się rozstać. Teraz te, co do których jestem przekonana, że są marne, wynoszę na makulaturę. Dostałam np. powieść kostiumową, w której nawet momenty są nudne, a tło historyczne… szkoda gadać. Nie będę przykładać ręki do zwiększania grona jej czytelników. 😈
A jak powiada moja E. – wiekszosc ludzi woli zlote zegarki.
Akurat ladna kostiumowa powiesc z romansem, intryga i slubem na koncu ma znacznie wieksza szanse na znalezienie dobrego domu niz Malowany Ptak. Sama nie wzgardzw. Giimme Georgette Heyer anytime. 🙂
Z makulaturą dobry pomysł. Wczorajsza lubelska impreza ekologiczna „Drzewko za makulaturę” zakończyła się sukcesem. Zebrano 24 tony makulatury i przekazano mieszkańcom 5,5 tys. sadzonek drzewek.
Heleno, dobrą kostiumową powieść też chętnie od czasu do czasu przeczytam, choć chętniej jednak kryminał – i raczej po prostu „dawny”, niż kostiumowy 😛 – ale ta jest nudna i napisana językiem, od którego zęby bolą.
Dla Moniki nowe atrakcje się szykują 😈
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114885,13894158.html#BoxSlotII3img
My chyba wszyscy mamy mentalność jeszcze po troszę z peerelowskiego rynku niedoborów, kiedy to jakakolwiek książka była dobrem cennym, a dobra książka dostępnym spod lady. 😉 Ale musimy się przestawić na inne myślenie, bo inaczej utoniemy w papierze. Przecież paperbacki są właśnie po to, żeby można coś przeczytać w pociągu lub samolocie, wyrzucić po wyjściu z niego i zapomnieć. Nie warto gromadzić wszystkiego, zwłaszcza odkąd są inne, niepapierowe, miejscooszczędne nośniki słowa.
Tak mi mówi rozsądek. 😉 A serce oczywiście swoją drogą, ale na szczęście czasem udaje mi się go nie posłuchać, dzięki czemu mogę się po chałupie poruszać swobodnie, bez przeciskania się między zwałami makulatury. 😈
Jasne, że najchętniej bym oddawał, nie wyrzucał. Ale naprawdę często nie da się znaleźć amatorów. Udało mi się parę razy coś wcisnąć Misji Polskiej w sąsiednim mieście, ale tam jest taki kłopot, że oni nie bardzo lubią… hmm… książki bezbożne (definiowane według niezbyt dla mnie jasnych kryteriów), a ja, jak się okazuje, często takowe posiadam. 😉
Wyobrażam sobie, że na Wschodzie mogą być ludzie bardzo polskiej książki spragnieni, ale – jak pisała Helena – tu odległość kładzie tamę wszelkim rozdawniczym porywom. To trochę tak, jak z niezbyt już świeżym chlebem: zawsze mam wyrzuty sumienia, wyrzucając go, bo myślę przy tym o głodnych dzieciach z Somalii czy Etipopii, które dużo by za ten kawałek chleba dały, ale nie mam fizycznej możliwości przekazania mojego nadmiaru tam, gdzie on by się przydał. Niestety, tak już świat jest urządzony i wyżej ogona nie podskoczę. 🙁
To bedziesz, Ago, lubila Georgette Heyer, ktora jest bardzo historycznie staranna (ogromnt research przed napisaniem kazdej ksiazki) i bardzo zabawna, i zawsze jest wspaniala intryga, nieraz wlasnie kryminalna:
http://en.wikipedia.org/wiki/Georgette_Heyer
Poznalam dzieki niej wiele slow i wyrazen – co na szczescie zawsze tlumaczy. Bardzo w stylu Jane Austen.
Very satisfying read. W samolocie, na plazy, w lozku z grypa. Nie masz lepszej.
Zosi i Matyldzie tez polecam, jesli im Mama zezwoli. 😆
Helena dostaje nagrodę – nawet nie im. Heleny, tylko Order Ogona, za Merdical Aid for Poland. 😆
Może bym taki podgłówek dał na blogu? Blog Bobika, Merdical Aid for Poland. Przyznajcie, że brzmi to dumnie. 😈
Wlasnie tak specjalnie napisalam!!! 😳
Dziękuję, Heleno, już wpisałam na listę zakupów. 🙂
Heleno, jak się będziesz upierać przy specjalnie, to będę Ci musiał odebrać Order. Specjalnie się nie liczy. 😎
Litościwie udam, że postu o 12.14 nie zauważyłem. 😈
Przy okazji rozmowy o książkach odkryłem, że tylko złe uczynki potrafią mnie prześladować latami i nie mam jak ich wymazać z pamięci. Dobre zapominam na ament. 😈 Pan Administrator właśnie mi przypomniał, że to, co z naszego księgozbioru było warte zachowania, już dawno temu poszło do Jagiellonki.
To chyba mogę się poczuć chociaż częściowo rozgrzeszony z wywalania kryminałów, reportaży, trzeciorzędnych powieści psychologicznych i temu podobnych etceter? 😆
Bobiczku, gdybyś dał taki podtytuł, to naraziłbyś się patryjotysom po raz kolejny, bo z całą pewnością uznaliby, że to nie z powodu merdania ogonem, ale czegoś całkiem innego… 🙄
Wasze rozważania o książkach rozgrzeszyły mnie, bo już od dawna zastanawiam się, co zrobić z różnej maści czytadłami. Teraz już jestem spokojna: wyrzucić! 😀 Może tylko w śmietniku odłożyć osobno w siatce, jeśli ktoś się połakomi, to OK, ale jak nie, to nie.
Wyrzucak, Kierowniczko, wyrzucaj na zdrowie psychiczne!
Mowiac zas o zdrowiu psychicznym a raczej nawet moralnym. Ustronskie bociany pokradly chyba jakies przescieradla ze sznurow i zataszczyly do swego gniazda!
http://www.bociany.edu.pl/stream-ustron.php
Narażanie się patryjorysom uważam za szczebel do sławy grodu. 😎
Trochę przy okazji – jak nas widzą, czyli którego słowa Holender musi szukać w słowniku. 😉
http://wyborcza.pl/magazyn/1,126715,13886988,Nie_zmieniajcie_orla_w_pawia.html
No nie u wszystkich to sa popeerelowwkie nawyki, Bobiku. 😉 Ja mysle, ze sa przynajmniej trzy mozliwosci: popeerelowskie nawyki z gospodarki ciaglego niedoboru, nawyki gospodarki dosytu, a nawet chwilami przesytu, gdzie wiele produktow sie produkuje tylko po to, zeby po jednym uzytkowaniu je od razu wyrzucic, i gdzies posrodku, gdzie niedoborow nie bywalo, ale byla np. tradycyjna nowoangielska skrzetnosc i poczucie spolecznosci. I wtedy jest tak, jak u mnie w miescie: ksiazki mozna zostawiac pare razy na rok w bibliotece, kiedy jest specjalny dzien wymiany (pare pozycji tam znalazlam), oraz w kilku okolicznych kawiarniach, bo kawiarnie maja polki na ksiazki pt. Leave a Book, Take a Book (przy okazji jest co poczytac przy kawie czy herbacie). A poza tym jest oczywiscie latwa mozliwosc przetworzenia na makulature, zeby papier nie zajmowal na wysypiskach miejsca potrzebnego na inne odpady, i moze jeszcze sie przydal w swoim drugim wcieleniu. Tak robia zamozni i skrzetni mieszkancy Nowej Anglii, zadni tam popeereloowcy…
A swoja droga, lubie przejezdzac wieczorem przez Concord. Przy zapalonych swiatlach czesto widac przez podswietlone okna domow polki zastawione ksiazkami (widac tez fortepiany, i stojaki muzyczne, Doro). 🙂 I od razu czuje sie na nowo u siebie w domu. Ale w naszej spolecznosci ksiegarnia niewysylkowa tez bardzo dobrze prosperuje (mamy tam spotkania z najbardziej znanymi autorami, nie tylko amerykanskimi, bo duzo u nas bywa znanych Brytyjczykow – tak jakos jestesmy podlaczeni; dzieki temu mam sporo ksiazek z autografami, bo nawet jak nie moge wpasc na wieczor autorski, to moj zaprzyjazniony „Rys”, czyli w tym przypadku John, zawsze wytrzasnie wersje z autografem). 😉 Oczywiscie, domy amerykanskie sa zwykle wieksze niz mieszkania. Przyjaciele angielscy mi narzekaja, a i czytam w prasie, ze powierzchnia przecietnych nowych mieszkan i domow w UK wyraznie sie kurczy. Dobrze byloby wtedy jednak nie zamykac bibliotek (jak byla u nas Zadie Smith, to glownie rozmowa byla o bibliotekach, tym bardziej).
Irku, czekamy na te cykady. W radiu wystepowal w piatek kompozytor, ktory pisze utwory z partia dla cykad (wystawia sie je raz na 17 lat). 😉
No, jak się jeszcze okaże, że to bociany kradną nordyckie kijki, to ja się pochlastam. 😆
A czy ja mam jakieś zwidy, czy one sobie naprawdę gniazdo kwiatkami obsadziły? 😯
Są jeszcze takie miejsca za granicą, gdzie można przekazywać polskie książki – najlepiej za pośrednictwem polskich konsulatów i ambasad – więzienia. Prawie w każdym więzieniu siedzi jakiś Polak lub Polka, którzy najczęściej nie znają miejscowego języka, a chętnie by coś poczytali. Oczywiście z tzw. literatury popularnej. Sama przekazałam trochę książek do więzień w Szwajcarii.
Domy brytyjskie sa dzis takie, ze wiekszosc „ludu” ogladanego w telewizji (zarowno serie jak i reality shows) nie ma gdzie wstawic stolu obiadowego czy kuchennego i jada sie tam trzymajac talerz na kolanach, co w zasadzie wyklucza mozliwosc uzywanie widelca, bo jedna reka trzeba przytrzymac talerz aby nie zjechal.
Popularna brytyjska Supernanny stara sie nieraz wygospodarowac troche miejsca na stol, by rodzina mogla zasiasc wspolnie. Czesto sie jednak nie da. Jak mamy wybierac miedzy stolem a 52-calowym telewizorem, to zgadnijcie co wygrywa?
Ale mialysmy z E bardzo ulubiona (juz nie zyje) kolezanke z pracy, wdowe z trojka chlopakow, mieszkajaca w mieszkaniu komiunalnym. I tam wszyscy jadali przy niskim malym stoliku kawowym, czyli na zmiane. Rozgladalam sie i rozgladalam po tym mieszkaniu i faktycznie nie bylo gdzie postawic stolu.
Kiedys zaprosila nas z E na placki ziemniaczane, ktorych byla mistrzynia. E. siedziala na tapczanie z talerzem na kolanach, kolo niej pani domu, a reszta nas (ja i synowie) na podlodze wokol. I nie dalo sie inaczej.
luj ogromny, koniec z balkonowania 🙁
przeczekam 😛
mt7, wiem ze Pani Halina aktywnie udziela sie na facebook i bardzo mi to sie podoba, jej blog ma tak duzo „materialu” ze nie wiadomo co z czym, a tu sama Pani Halina wybiera to co jej wazne jest 🙂
Oj, fajnie, Puchalo, ze jestes. Mysle o Tobie czesto i zaluje, ze sie tak rzadko pokazujesz. Jak sie masz?
Do wiezienia to fajne. Ale podejrzewam, ze tutejsze sluzby wiezienne zachowalyby sie tak jak sie zachouja administracje przychodni lekarskich. To znaczy ilekroc jestem w przychodni, to znosze troche kolorowych pisemek do poczekalni. I one natychmiast znikaja. Ale nie dlatego, ze ludzie biora sobie do domu, tylko dlatego, ze administracja natychiast jes sprzata aby nie smiecily. Bo musi byc „tidy”. Tak sie dzieje w mojej przychodni, gdzie zawsze jest czekanie i zadnych gazet czy pism.
ja co kilka lat przebieram ksiazki i „oddaje” jak sa chetni, a jak nie to do makulatury, czytadla wozimy do antykwariatu w szczecinie i
wymieniamy na nowe 🙂
a pomysl puchaly ciekawy, pomysle nad nim
Monika wspomniala o spotkaniach/wieczorach autorskich ktorych zaliczylem juz setki 🙂 🙂 i „niemieckie” to
najczesciej 60-90min czytania ksiazki przez autora lub czasami
lektora i na koncu kilka pytan z sali, a „polskie” (tez tutaj w berlinie) to przeplatanie rozmowy z autorem, z czytaniem, zawsze na korzysc rozmowy i czesto dluzej niz 90min 🙂 Polacy mowia
ksiazke moge sam przeczytac, interesuje mnie autor…….
🙂 😀
luje ciagle 🙁 lodowka ❗ na pocieszenie 🙂
Moniko, tu też są różne – czasem bardzo fajne – pomysły zmierzające do niewyrzucania. Np. (to mi się bardzo spodobało) w szpitalach są półki, gdzie można zostawić przeczytaną książkę dla następnych nudzących się pacjentów. Teraz mi wpadło do głowy, że przydałyby się takie półki również na dworcach. Może powinienem tę myśl Deutsche Bahn podsunąć? 🙂
Ale to się sprawdza w przypadku książek „tubylczych” (no, może jeszcze angielskich). Biblioteki emigracyjne to zbyt specyficzna działka, żeby dało się sprawę prosto rozwiązać. Co tu dużo gadać, większość Polaków, na których się tu natykam, nijakim obiegiem literatury w przyrodzie zainteresowana nie jest. Nie trza nam szkołów, nie trza nam książków, nie tędy droga jest do pieniążków. 😉 A gdybym nawet jakimś cudem znalazł amatorów, to pewnie mieliby już własne biblioteki i problem z brakiem miejsca.
Ale ja i tak nie mam co zanadto się użalać. Trochę już wyrzuciłem, trochę rozdałem, sporo zostało w Krakowie, gdzie prędzej komuś się przyda, a od kilkunastu lat chętniej wypożyczam niż kupuję, więc się aż tak nie gromadzi. Taki andsol to ma dopiero spory, kilkutysięczny zgryz. 😉
Ja sie wychowalam w bardzo malym mieszkaniu. Nie bylo u nas stolu kawowego wogole. Stol sluzyl za blat kuchenny, stol jadalny, biurko do odrabiania lekcji (czasem tylko jego rog byl wolny), deske do prasowania, do gry w karty z sasiadami (i do picia kawy). Po latach mieszkania tutaj w wielkim domu, jestesmy znow w malym (relatywnie). Staramy sie nie zbierac „fantow”. Dzisiejsze elektroniczne pianino nie zaj,muje prawie wcale miejsca! Z drugiej strony jak policze ile mam par butow… i przypomne sobie czasy jak mialam tylko buty zimowe, kalosze, pantofle jesienno-wiosenne i letnie sandalki.
Pomysl Puchaly, zeby oddac ksiazki do wiezienia jest wspanialy. Mamy w moim miescie wiezienie dla kobiet.
Nie chce poganiac haneczki, ale reportazu z Walii jak nie ma tak nie ma.
Ha, Rysiu! Luj w charakterze sprawiedliwości dziejowej. 😆
Puchalu, dzięki za myśl. Popytam, czy nie chcą polskich książek w jakim kiciu. 🙂
W Anglii nie ma czasopism w przychodniach? 😯 To skąd ludzie wiedzą, kto z kim i dlaczego w celebryckim świecie? 😯
Ja te niezwykle cenne informacje nabywam wyłącznie u lekarza i u fryzjera. 😈
Wiosna w Manitobie przyszla za szybko! Fala lodowa na jeziorze runela na nic nie podejrzewajace domy:
http://www.cbc.ca/news/canada/manitoba/story/2013/05/10/mb-ochre-river-beach-ice-wave-homes.html
Moje, moje!!!!! Tymi tu rencamy wychuchane! TYle lat mi zabralo!
http://www.flickr.com/photos/77841418@N02/8730778871/in/photostream/
U fryzjera sa. U dentysty sa. Skolko ugodno. A w przychodni nie ma.
Niesamowite to zdjecie z Monitoby. Ale moze ma racje ten co napisal pod spodem, ze kiedy czlowiek buduje swoje domostwa tam gdzie Natura potrzebuje troche miejsca na zlapanie oddechu, to powinien sie tego spodziewac.
Ludzi oczywiscie okropnie szkoda.
W Polsce też są gdzieś takie tereny (we Wrocławiu?), gdzie ludzie budują choć wiedzą, że nie należy i regularnie ich zalewa. Ale nie przetłumaczysz… 🙄
Heleno,
dzięki za piękny bukiet bzu, tym piękniejszy, że wyhodowany własnymi rencami.
Odzywam się tylko wtedy, kiedy wydaje mi się, że mam coś do powiedzenia, a ostatnio, w dodatku, spędziłam trochę czasu w szpitalu. W końcu prawie że się wypisałam na własną prośbę. Wprawdzie jedna moja tutejsza znajoma porównała pobyt w szwajcarskim szpitalu do dobrego hotelu, ale bez przesady. Chociaż codziennie miałam możliwość wybierania lunchu i kolacji z trzech różnych propozycji, to łóżko było potwornie niewygodne.
A pogoda u nas też marna, niestety.
Dobrze, ze moglas wybrac pojscie do domu, Puchalo. Nawet najlepszy szpital to nie hotel, bo nie mozna sobie pojscia do szpitala „wybrac”.
Ciekawam szwajcarskiego szpitala, ale nie na tyle zeby sobie w nim polezec jako pacjent.
W nocy mielismy przymrozek, ale moje bratki i tulipany sa chyba z zelaza.
Hej, przybylo nam troche swietych:
http://www.guardian.co.uk/world/2013/may/12/pope-francis-catholic-new-saints
Eppur si muove, ugh…
Bratki SA z zelaza. Kwitna tu cala zime (zakladajac, ze ktos im obrywa zwiedle kwiecie)
Bardzo mi przykro, ze musialas spedzic triche czasu w szpitalu. Puchalo. A jak sie czujesz teraz? Czy jestes na chodzie?
I co to za zasada, ze pisze tylko wtedy kiedy mam cos do powiedzenia! 🙄
Jak my bysmy z Mordka pisali tylko wtedy kiedy naprawde mamy cos do powiedzenia, to nikt nie wiedzialby czy jeszcze zyjemy czysmy juz powyzdychali! A tak mamy nieustajace towrzystwo milych Ludzi i Psow. Za nic.
Zaraz, zaraz, czy wsrod tego tlumu swietych, znow zostal pominiety arcybiskup Romero czy cos mi ucieklo?
Jesli znow odlozony zostal na polke, to jest to granda, if you ask me. Jedyny prawdziwy swiety drugiej polowy ub. wieku!
Wiem, ze JPII go nie cierpial, ale zginal smiercia prawdziwego chrzescijanskiego meczennika i to w kosciele!
Nie chodzi o to ze cierpial, Heleno, jeszcze musi dodatkowo udowodnic, ze dokonal cudow. Literalnie. Nie ma letko!
Ja rozumiem, ze meczenska smierc za wiare wystarcza na swietosc bez cudow. Cuda sa wymagane tylko od takich co normalnie umarli.
Gruess Gott.
Kolejne, nieudane podejscie do zwiedzania Lenbachhaus.
Ulewa, kolejka ok. 400 osobowa.
Popatrzylam na obiekt i otoczenie. Ta dobudowana czesc nie gryzie sie ze stara.
Dla uspokojenia Pani Kierowniczki: piesek sie ostal! 🙂
Od jutra wejscie jest platne, mam nadzieje, ze tlumy wyraznie zmaleja.
Coz, ewidentnie mam braki w wiedzy na ten temat.
Zjadlam dzis: kawe, kawalek arbuza (spory!), miseczke chlodnika litewskiego z jajkiem.
Chyba jeszcze moge krewetki z salata zielona i szparagami (malutki peczek)? I ew. mango pod sam wieczor?
Czuje, ze ubylo mi juz co najmniej 10 deko. Jeszcze tylko 9 kilo 900 g i nie bede taka nieszczesliwa.
Dopiero się doczytałam, że to pudło do Lenbachhaus dobudował Norman Foster. Hm… jakoś mi trudno uwierzyć, że to się nie gryzie z willą w stylu włoskim, choć samo w sobie może być.
Ale piesio musiał zostać! 🙂
Heleno, ja też mam miłe towarzystwo ludzi, psów i kotów, bo czytam Was przynajmniej raz dziennie.
W szpitalu wylądowałam z powodu zapaści cukrzycowej, choć gdybym wiedziała co to jest (myślałam, że wylew, bo bełkotałam w sposób niezrozumiały), to bym zjadła trochę cukru i zaoszczędziła na karetce (rachunek za karetkę 942 franki, kasa chorych zwraca ok. 400). W szpitalu skorzystali z okazji i chcieli jeszcze coś znaleźć z sercem i z płucami, ale na szczęście się nie udało. Tfu, tfu, odpukać.
Wszystkie pielęgniarki mogłyby być moimi wnuczkami, lekarze byli w wieku moich dzieci (z wyjątkiem ordynatora) i tylko część pacjentów miała więcej lat niż ja.
Internet był tylko teoretycznie. A palacze wychodzili na papierosa na taras i nikt im tego nie zabraniał.
Sympatia do Szwajcarii gwałtownie mi się wzmogła, choć nie będę wyjaśniał w szczegółach, od czego. 😆
Przykro bardzo, Puchalo, że Cię ta zapaść dopadła 🙁 , ale z kolei wyjście z niej i nieznalezienie innych chorób można zdecydowanie zaliczyć do korzyści. W sumie chyba możemy cieszyć się bilansem. 🙂
Zapasci cukrzycowej?!!! To groza. Ale moze pozwoli Ci to rozpoznac obajwy gdyby mialo sie kiedus powtorzyc, tfu-tfu.
Szpital posiadaacy taras dla palaczy – toz to tylko w bajkach bywa!
A jesli chodzi o wiek personelu, ktory ma o nas zadbac, to tez mam z tym problem. Raz nawet odmowilam rozmowy. Nie byl to wprawdzie personel medyczny tylko bankowo-finansowy, ale jesli chodzi o poziom zaufania to mniej wiecej taki sam. Kiedys w banku okazalo sie, ze o swoich inwestycjach mam rozmawiac z jakims, na oko, dwunastolatkiem i powiedzialam stanowcze „No!”. Powiedzialam: Nothing personal, ale zawolaj mamusie, a wtedy sie naradzimy. .
Bardzo byl zraniony. Lekarze zbyt mlodzi to powinni sie zajmowac ludzmi z grubsza zdrowymi.
Bobiku,
pewnie, że się cieszymy, choć jednak dopadli mnie z insuliną i teraz już codziennie muszę mierzyć cukier i mieć zrobiony zastrzyk z insuliny. Mierzenia cukru nie cierpię, a już zwłaszcza jak ten cholerny aparacik pokazuje, że za mało krwi i trzeba kłuć drugi raz.
Bez wyhodowany temi rencami i pierwszy raz użytkowany zasługuje na pean, chociażby przypadkowy. 😎
Radośnie nader merda pies,
kiedy Heleny widzi bez
i nos się sam wyrywa mu
do obwąchania tego bzu.
Chętnie zaśpiewałby jak słowik
serenad kilka dźwięcznych bzowi,
lecz tutaj go dopada stres,
jest bowiem możliwości bez. 🙁
Ale po chwili myśli: wiem,
jak wybrnąć z tej historii z bzem,
skoro nie umiem pięknie śpie-
wać, to napiszę wiersz o bzie.
I już się z pieskiej piersi rwie:
o, najpachniejszy ty! O, bzie! 😀
Z tą nieumiejętnością śpiewania to oczywiście licentia poetica, bo chyba wszyscy już wiedzą, że jestem wybitną artystą wokalną. 😎
Pani Kierowniczko, na moje oko: nie gryzie sie. 🙂
http://www.youtube.com/watch?v=iiDrNRfDM_8
Ludzie wychodza zachwyceni. Mam nadzieje, ze ja za dni kilka tez.
O, jakzez pieknie, Bobiku! Ogromnie mi ten wiersz podoba, pean byl potezny! O, Najpachniejszy ty! O, bzie!
Tak dawno nie mialam zapachu bzu, bo ostatnie dwa lata w czasie zakwitania bylam na Florudzie.
A w tym roku zapac MOJEGO bzu przeniosl mnie natychmiast w lata wczesnej mlodosci, gdy po szkole szlam na zapuszczony, zadeptany i rozwalony kirkut obok mojego domu, z ksiazka i z psem Ralfem. A jak wracalam, to szlam w jedno takie miejsce gdzie byl krzak bzu i patrzac czy nikt nie nadchodzi rwalam sobie pare galazek.
Pod tym wlasnie krzakiem bzu na starym kirkucie pochowalismy z Ojcem pod oslona nocy mego Przyjaciela mlodosci Ralfa, ratlerka.
Zmarl doslownie w przeddzien mojej matury. Sni mi sie do dzis i bardzo licze, ze go spotkam po smierci – jesli kogokolwiek mam spotkac, co nigdy nie wiadomo.
Lenbachhouse wyglada z zewnatrz jakby zbudowany z zapalek.
Przeczytalam, ze obok malarzy monachijskich zawiera zbiory grupy Der Blaue Reiter . Mialam z nimi jedna przygode przed laty.
Wkrotce po upadku komuny dostalam list od czytelnika – z wiezienia. Zdumiwajacy to byl list, bo pelen radosci i nadziei zwiazanych z przemianami w Polsce. Pamietam, ze pisal mi, ze teraz dopiero, ” w wolnej Polsce” mogl sprobowac banana! I ze jest to wspanialy owoc.
Opisywal tez dokladnie swoja cele, ktora dzielil z paroma innymi (nie pamietam iloma) wspolwiezniami i z ktorej sluchal naszych programow. . Pisal, ze staraja sie oni aby cela wygladala ladnie i ozdbiaja sciany kolotowymi zdjeciami z rzadko docierajacych do wiezienia czasopism.
Tak mi sie ten list spodobal, ze postanowilam cos autorowi poslac. Chodzily mi po glowie jakies „prawdziwe” obrazki. Wstapilam po pracy do ksiegarni i natychiast znalazlam to czego szukalam – na glebokiej wyprzedazy, za jedne £9 funtow cala teczke skladajaca sie z 12 duzych reprodukcji malarzy z kregu Der Blaue Reiter, z duza przewaga Kandinsky’ego. I to na koszt BBC zostalo skrzetnie zakupione i wyslane (mialam malutki budzet na takie rzeczy, bo prowadzilam skrzynke odpowiedzi na listy sluchaczy).
Wiedzialam, ze sie chlopak ucieszy, ale reakcja przeszla moje oczekiwania! Dostalam ekstatyczne podziekowania, on nigdy w zyciu zadnych blaue reiterow nie widzial i reprodukcje, bardzo kolorowe na bluszczacym papierze zrobily na nim porazajace wrazenie. Powiedzial, ze kilka zawislo na sciananch ku radosci rezudentpw, zas cala reszte zabierze do domu po wyjsciu – mial jeszcze do odsiadki bodaj dwa lata.
Pozniej juz nigdy od niego nic nie uslyszalam, ale ta jego radosc byla i moja wielka radoscia.