Bobik 1.0
– Strasznie się czuję nieaktualny – poskarżył się Bobik i z niechęcią spojrzał na swój postrzępiony, utytłany w niejednej kałuży ogon.
Labradorka przyjrzała mu się dość detalicznie i machnęła bez szczególnego przejęcia łapą.
– Obleci! – powiedziała uspokajająco. – Wprawdzie widać, że jesteś już trochę używany, ale jeszcze w całkiem niezłym stanie.
– Nie rozumiesz! – westchnął Bobik. – Nie chodzi o to, w jakim jestem stanie, tylko którą jestem wersją. Nie mówię już o japońskich psach, które aktualizują się co dwa tygodnie, ale nawet taki Jamnik ma już wersję 23.0. Ba, znany z konserwatyzmu Foksterier włączył ostatnio 3.4, tylko ja ciągle jeszcze latam w wersji podstawowej. Chyba nie nadążam za współczesnym światem.
– Lepsze ponoć jest wrogiem dobrego – mruknęła sentencjonalnie Labradorka. – Słyszałam, że Jamnikowi po każdej kolejnej aktualizacji coraz bardziej plączą się łapy. A z Foksteriera wszyscy się śmieją, bo i tak wiedzą, że każda jego nowa wersja to zwykły pic na kałużankę.
– To myślisz, że można żyć nie aktualizując się? – spytał z powątpiewaniem szczeniak.
– Żyć można – zapewniła Labradorka. – Tylko sprzedawać się trudno. Ale jeśli nie żyjesz po to, żeby się sprzedawać, to możesz się świetnie bawić jako wersja 1.0. Zwłaszcza kiedy znajdziesz kumpli, którzy też wolą się dobrze bawić niż stale się aktualizować.

Proponuję zaktualizować tekst do jednej wersji.
… da capo al fine 😯
Ależ dlaczego? 😯 Przecież tu chodzi o aktualizację.
Nie nadążasz za współczesnym światem, jsg 😉
Machanko dla nieco zużytego Bobika 🙂
Ale są różnice między tekstem Bobiczym 1.0 i 2.0. Nie zauważyliście? Otóż tekst 2.0 leci jednym ciągiem, bez akapitów 😉
Wrócę do rzuconego w nocy tematu muzeów. Wszystkich spragnionych nowoczesnego muzealnictwa w Polsce namawiam do odwiedzenia warszawskiego Muzeum Chopina. Będą zaspokojeni. Co prawda projektował to Włoch, a od czasu do czasu coś się psuje, lecz sam koncept jest znakomity. Wszyscy zagraniczni goście się zachwycają.
A co do aktualizacji, mawia się też o apgrejdowaniu 😆
Dzień dobry.
Nigdy nie wyrażałam zgody na udział moich dzieci w takich zajęciach jak „przygotowania do życia w rodzinie”.
I nie brały w nich udziału. Na szczęście.
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,12713705,_Jak_rodzice_kochaja_dziecko__to_sie_nie_rozwodza__.html
Mar-Jo,myślę, że sam przedmiot nie jest najgłupszy, zależy tylko, kto go prowadzi. Mądry nauczyciel ma tutaj duże możliwości, najgorzej się dzieje, gdy taki przedmiot dostanie się jakiemuś moherowi.
Pamiętam, że w latach 70-tych musieliśmy coś takiego prowadzić przemiennie z lekcją wychowawczą. Przygotowywałam się zawsze do tego bardzo solidnie, dobierałam tematy do potrzeb uczniów, a raczej uczennic, bo te przeważały w „Ekonomiku”. Do dziś pamiętam, że z tego właśnie względu najwięcej czasu poświęciłam niechcianej ciąży i antykoncepcji. Dzisiaj w polskiej szkole to już chyba nie bardzo możliwe?
Bobiku, wersja 0.1 jednak zawsze najlepsza, nawet w aptece kosztuje więcej, niż te następne 🙂
Cos Ty, Panno Koto! Jakie „niechciane” ciazy? Wszystkie sa chciane, wszystkie sa blogoslawienstwem! Tam u dolu pod artykulem o tej lekcji wychowania do zycia w rodzinie jest sondazyk do zobaczenia. Zaledwie 70% czytelnikow uwaza, ze o rozwodach nalezy mowic na lekcjach, ale pietnascie procent uwaza, ze nie nalezy, a dalsze 15%, ze nauczycielka slusznie problem naswietlila.
Mysle, ze to troche jak z tymi muzeami, o ktorych pisala wczoraj Stara – swiat sie dookola zmienia, ale jak wchodzisz do muzeum, tp musisz kapcie filcowe wlozyc i nuze parkiety nimi szorowac! Bo parkiey sa wazniejsze niz twoja godnosc…
Ciesze sie, ze Bobik udal sie na te party kokatajlowa, choc troche zasmarkany. Mam nadzieje, ze nikt go od drzwi nie zawroci z powodu glupiego kataru.
A z tym tekstem podwojnym, to myslalem najpierw , ze to taki zabieg literacki, specjalny i ze upgrejdowany Bobik to wciaz Bobik 1.0 😈
A powracajac jeszcze do rozpoczetego wczoraj tematu zmieniajacego sie muzealnictwa, to ogrmnie ciesze sie, ze i w Polsce zaczely sie pojawiac muzea prawdziwie nowoczesne jak to o ktorym mowi Irek – wsi lubelskiej czy wspomniane przez Pania Kierowniczke muzeum Chopina (chocby i zaprojektowane przez Wlocha ).
Czym moze byc dzis muzeum swietnie ilustruje niewielka galeria obrazow pod Londynem (20 minut pociagiem z Vikctorii i kawalek dojsc od stacji) – Dulwich Picture Gallery.
Ich stala ekspozychja to obrazy zakupione dla Krola Stanislawa Augusta przez jakiegos londynskiego marszanda, ale nie wykupione ostatecznie z powodu niefortunnego potoczenia sie polskiej historii. KOlekcja zawiera absolutnie przepieknego Rembrandta – porter dziewczyny w oknie, wspartej lokciami o parapet, bardzo „porannej”, rozespanej jeszcze:
http://www.dulwichpicturegallery.org.uk/collection/search_the_collection.aspx
Sama kolekcja jest bardz mila, sporo tam BARDZO fajnego rodzajowego malarstwa mniej znanych mistrzow, ale to co na mnie obok tego Rembrandta zrobilo najwieksze wrazenie, to sposob prowadzenia galerii, liczne warsztaty dla dzieci i dla doroslych, fajne wyklady i wycieczki. Bardzo „demkratyczne”, nie oniesmielajace nawet dziecka w bardzo biednego domu, przez ktory za duzo kultury wysokiej sie nie przetacza.
Szlag mnie trafial, ze mieszkamn za daleko, jak ogladalam wylozone w hallu broszurki zachecajace do udzialu w tych zajeciaich.
No i cos, o czym wspomina Krolik i co jest zaskakujaco wazne w takim miejscu – istnienie przy galerii bardzo dobrej niewielkiej restauracji-kawiarni, nie za drogiej, do ktoej mozna zaprosic znajomych – w slicznym cywilizowanym otoczewniu – przez oszklone sciany widac wewnetrzny dziedziniec pelen drzew, krzewow i kwiatow. Nie chce sie stamtad wychodzic.
Zapamietajce sobie – Dulwich Picture Gallery.
Warto odwiedzić skansen w Klukach:
http://www.youtube.com/watch?v=BzqwcDG7DT4
Mar – Jo,
nie mam słów (10:16) 👿
Jak dobrze, że mój WDŻ był w miarę normalny, prowadziła go dość ekscentryczna pani plastyczka, która dość normalnie mówiła nam o wszystkim, dała dziewczynkom taki „zestaw startowy” z podpaską, kalendarzykiem i jakimiś drobiazgami w różowym pudełeczku.
Emiraty mnie dopadły 👿
Jagodo,
mnie się wydaje , że do życia w rodzinie powinna przygotować rodzina. Moja przygotowywała.
Ja nie chciałam dopuścić do tego, aby ktoś zepsuł naszą wieloletnią pracę. Informacje o poziomie tych zajęć przekazywane były pocztą pantoflową przez dzieci i rodziców.
Bez sensu , strata czasu – to najdelikatniejsze określenia.
W rodzinie? Ha-ha!!!
Kiedys napisalam tu dluzszy tekst o wychowywaniu seksualnym w rodzinie. Moze Bobik pamieta gdzie to bylo, to zlinkuje…. 😆 😆 😆
Z pewnoscia ladnie, ze jest skansen, natmiast bardzo nieladnie, ze iles tam razy do roku wydobywaja torf i jeszcze sie tym chwala. . Torfowiska na calym swiecie, takze w Polsce sa pod ochrona miedzynarodowa (tak jak rafy koralowe) , na mocy t.zw. konwencji z Ramsar i warto byloby w tym momencie wspomniec o tym, no i przestac wydobywac, nawet w celach edukacyjnych. Zwlaszcza w celach edukacyjnych.
I jeszcze cos – mnie nie chodzi o to by w muzeach odbywaly sie jakies specjalne „dni” czy „noce”, ale by placowka byla miejscxem gdzie stale cos sie dzieje.
Zamierzenie, zeby otwarcie mowic o tym, co nastolatkow szczegolnie interesuje (to „zycie w rodzinie” to jednak chyba eufemizm), jest calkiem sluszne. Tylko z wykonaniem i wykonawcami sa klopoty, a poza tym jednak akurat tu moze jednak przydaloby sie wieksze zindywidulizowanie takich zajec, zamiast podejscia, ze one size fits all. A do tego jeszcze sie wkracza na pole minowe culture wars. W sumie bardzo niewdzieczne zadanie, nie mowiac juz o tym, ze mlodziez 2.0 ma juz sporo wiadomosci z innych zrodel, wcale nie rodzinnych. 😉
Bobiku 1.0, wlasciwie to zmieniamy sie i tak, niezaleznie od tego czy to zauwazamy, czy tez nie, wiec moze jednak jestes chociaz 1.3 albo 1.7… 😉
A tu mozna sie przyjrzec wisdom 2.0 (w tej konferencji biora udzial bardzo roztrzepani internetowcy i bardzo skoncemtrowani przedstawiciele strszych tradycji). 😉
http://www.wisdom2summit.com/
A rozmowa nasza z Kuma o muzealnictwie zaczela sie od tego, ze ona odwiedzila w Lizbonie dom, gdzie znajduje sie muzeum portugalskiego pisarza i poety Fernando Pessoa (1888-1935), gdzie wpadla w zachwyt kompletny.
Juz podchodzac do tego muzeum mozna podobno czytac na murze budynku pieknie wykaligrafowane cytaty – po portugalski i po angielsku, a w samym muzeum urzadzontym jak mieszkanie pisarza, znajduje sie takze zcyfryzowana biblioteka i stale organizowane sa wieczory autorskie wspolczesnych tworcow, wyklady, zajecia etc. Wolno fotografowac, a personel muzeum jest znakomicue przygotowany do odpowiadania na pytania. Spedzila tam sporo czasu choc, jesli rozumiem, tworczosc Pessoi ja nader srednio interesowala. Ona, w odroznieniu ode mnie, cos z niego przed wyjazdem przeczytala… 😳
Mnie twórczość Pessoi swego czasu interesowała nawet bardzo, ale w jego muzeum nie byłam. Tylko w kawiarni, którą odwiedzał, a przy jednym ze stolików na zewnątrz… wciąż siedzi. Można się przysiąść jak w Łodzi na ławeczkę Tuwima (paskudnego zresztą).
Zabawne: w ostatniej „Polityce” jest wywiad z muzealniczka Dorotą Folgą-Januszewską, swego czasu dyrektorującą w Muzeum Narodowym, autorką przewodnika „1000 muzeów w Polsce”. W większości była. Mały cytat:
„Te rozliczne już dziś muzea wirtualne sprawiły, że coraz chętniej powracamy do naturalnego kontaktu z dziełami sztuki. Legendarne muzealne papcie i zapach pasty do podłogi znów staje się – specyficzną oczywiście – wartością. Pewnego znanego muzealnika z zagranicy zaprowadziłam do nowo otwartego Muzeum Chopina w Warszawie. My sie nim zachwycamy, on był lekko rozczarowany. Bo ta placówka stała się podobna do setek takich muzeów działających na świecie. Brak jej oryginalności i klimatu”.
Abstrahując od tego, że akurat w kwestii Muzeum Chopina sie z nią nie zgadzam (widziałam zresztą, jak się nim zachwycali właśnie obcokrajowcy), to ja osobiście też niejednokrotnie miewam w takich bardzo wirtualnych i edukacyjnych muzeach wrażenie, że ktoś mnie trochę oszukuje. Bo jednak ważne są eksponaty. Kiedyś byłam w Salzburgu na specjalnej wystawie z okazji Roku Mozartowskiego i choc było tam wiele bardzo fajnych rzeczy, to jednak wkurzyło mnie, że każdy eksponat jest opakowany w dziesiątki różnych różności, aż się go nie daje spod nich zauważyć. O ile bardziej usatysfakcjonowała mnie wystawa, którą w tym samym czasie zorganizowano w wiedeńskiej Albertinie. Po prostu eksponaty, bardzo cenne i ważne, a jak ktoś chce wiedzieć coś więcej, może sobie posłuchać z audioprzewodnika.
Audioprzewodnki sa z pewnoscia dobre dla niektorych zwiedzajacych. Osoboscie wole dobry opis na scianie. TYlko raz zachwycil mnie audioprzewodnik – w tej Villi Doria Pamphili w Rzymie, bo „oprowadzal” po swym domu najmnlodszy potomek rodziny, wiec trafialy sie tam zabawne osobiste wtrety o matce i o poszczegolnych eksponatatch, komentarze o przeciekajacym dachu, rodzinne anegdoty sprzed wiekow etc. A takze bardzo kompetentne komentarze z histoii sztuki, architektury i wnetrzarstwa.
Ale z ta gadajaca maszynka to trzeba bylo bardzo uwazac, aby nie pojsc tam gdzie nie trzeba. Wole czytac. I oczekuje juz ze moge.
Pamietam rozmowe z pania pilnujaca w Muzeum Narodowym w Gdansku. Bylam okropnie sfrustrowana, ze nawet stala ekspozycja zupelnie nie jest opisana oprocz jednbego slynnego Memlinga ( a i nawet z tym obrazem , trzeba bylo pojsc i czytac od tylu, a wiec nie majac obrazu przed oczyma.)
Zapyrtalam drzemiaca pania pilnujaca jednej z sal o jakis obraz. Nie umiala odpowiedziec. Zapytalam czy nie moglaby przekazac swoim szefom jak frustrujace jest ogladanie Muzeum Narodowego jesli sie nie mozna niczego dowiedziec. Spojrzala na mnie rozbawiona i machnela reka. POtem powiedzuala, ze dyrekcji nie interesuja uwagi odwiedzajacych, wiec nie ma po co powtarzac moich uwag. Powiedziala mi takze, ze chetnie odpowiadalaby na pytania zwiedzajacycgh gdyby zrobiono jej przyzwoite szkolenie, albo przynajmniej zaopatrzono w jakas literature na temat eksponatow..
Nic się nie znacie, w ostatnim numerze Polityki ukazał się artykuł – rozmowa Piotra Sarzyńskiego z Dorotą Folgą-Januszewską o muzeach w Polsce i na świecie.
Tu jest, ale tymczasem dostęp płatny, pewnie w drugiej połowie tygodnia odblokuje się:
http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1531263,1,czy-polskie-muzea-moga-zachwycic-turystow.read
Jedna z konkluzji brzmi:
„Legendarne muzealne papcie i zapach pasty do podłogi znów stają się – specyficzną oczywiście – wartością. Pewnego znanego muzealnika z zagranicy zaprowadziłam do nowo otwartego Muzeum Chopina w Warszawie. My się nim zachwycamy, a on był lekko rozczarowany. Bo ta placówka stała się podobna do setek takich muzeów działających w świecie. Brak jej oryginalności i klimatu.”
Ciekawe jest, że wypowiadająca się pani – dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie do 2008 roku – stwierdza kategorycznie, że muzea powinny być tak zorganizowane, żeby ich wytężone zwiedzanie nie przekraczało 30-40 min, później goście muszą mieć możliwość odpoczynku w „fotelu lub kawę”.
Ha, ha, ha to pewnie dlatego w Muzeum Narodowym można było skonać ze zmęczenia, a nigdzie śladu ławeczki uświadczyć, bo akurat trwał ten czas 30-40 minut, żeby się nie rozpraszać.
Ooo, widzę, że i Kierownictwo zachwyciło się byłą panią dyrektor.
Tu szkielet Czapajewa, a tu szkielet Czapajewa-riebionka. I wszystko jasne, a nie jakieś wirtualne czy inne audio. 😎
A tak. 30-40 minut to w sam raz na zwiedzanie. Dlatego tak przyjemna jest ta geleria obrazow w Dulwich bo po 35 minutach wszystko juz wiedzialas i mozna leciec do restauracji na kawe i kanapke czy co tam. A potem mozna wrocic do tej Dziewczyny w oknie Rembrandta. I do tego obrazu holenderskiego chyba gdzie jest bardzo duzo garnkow ceramicznych stojacych na ziemi.
Chyba Piesek wrocil
Lub wpis sie sam skrocil! 😈
Ale dałem czadu z tym podwójnym wpisem. 😳 Wszystko przez to, że jak się pies spieszy, to diabeł zaraz widzi pole do popisu dla siebie. Namieszał, bo wiedział, że nie będzie w okolicy żadnych korektorów. 👿
Poprawiłem zresztą nie ja, tylko aniołek, którego mam na drugim ramieniu, więc proszę mi przypadkiem nie zarzucać, że straciłem wiarygodność, aktualizując wpis. 😎
Na cocktail party mnie wpuścili mimo emiratu (Alienor – współczucie od współtowarzysza niedoli), ale receptury koktajli były takie raczej z Wieniczki, więc nie macie czego zazdrościć. 😉 Wybijał się zwłaszcza smak politury do drewna. Ale działanie było piorunujące – chodzę wężykiem, Jasiu, wężykiem. 😈
Spróbuję tym wężykiem dopełznąć do czegoś jadalnego, bo nie przewidziałem, że party tak długo potrwa i wziąłem sobie za mało żarcia, a zakusek, niestety, nie podawano. Cywilizacja jeszcze nie do końca tu dotarła i najwyraźniej nie wszyscy wiedzą, że żłopać bez zakusek niekulturno. 🙄
Politure podawali Psu? Faktycznie, jak przy budowie lotbniska Szeremetiewo! Jeszcze tylko brakuje plynu od pocenia sie nog i kleju do budowy samolotow….
Biedny moj Szczeniaczek.
Dobrze, Piesku, trzeba dawać czadu:
http://www.youtube.com/watch?v=OWRJQZh8f84
Czad czadem, ale odpocznij po tej politurze, Piesuniu.
Dzień dobry 🙂
Nie umiem wymyślić zakąski do politury. Może jakaś pasta, al dente 😕
O muzealnictwie nie będę, bo w tym siedzę.
Bobiku, wróć do poprzedniego wpisu 😈
http://pl.wikipedia.org/wiki/Rozk%C5%82ad_zero-jedynkowy
Pamiętam, jak za głębokiej komuny kursował dowcip, że dwa tygodniki – „Polityka” i „Kultura”- mają się połączyć w jeden. I jak on będzie się nazywał? „Politura” 😛
A pamiętacie ” Moskwę – Pietuszki”
denaturat 100 gram
piwo ciemne 200 gram
oczyszczona politura 100 gram
Człowiek ma tylko jedno życie i przeżyć je trzeba tak, żeby nie zrobić błędu w przepisach
Bobikowi właśnie o takie receptury Wieniczki chodziło. 🙂
Chociaż może 🙁
Ubawila mnie serdecznie poslanka Senyszyn swoim wpisem blogowym „Atal slupa na biskupa”:
http://www.liiil.pl/1350913440,ATAK-SLUPA-NA-BISKUPA.htm
Atak, nie atal.
No tak, zabawny.
A mnie też Emiraty dopadły zanim mnie dobrze opuściły.
Okropnie się czuje i odmówiłam udziału tu i tam.
Może się trochę położę i poleżę z Bobikiem.
ja tez lubie w muzeach czytac, mam nawyk czytania kazdego slowa pisanego 🙂 lubie tez te zaspane muzea z filcowymi
lapciami, mozna walesac sie w czasie i przestrzeni, szurajac
po woskowanych podlogach 8)
https://lh6.googleusercontent.com/-xKgBOs6G-kc/UIUbN4ZpSoI/AAAAAAAALPg/5N6eaqeRgjg/s1000/PA221287.JPG
https://lh4.googleusercontent.com/-BcUGAekimNI/UIUbOu1QdXI/AAAAAAAALPo/orspRscitsY/s1000/PA221290.JPG
Slowa wspolczucia dla Wszystkich dotknietych emiratami. Podobno tegoroczne sa wybitnie paskudne. Z drugiej jednak strony te zeszloroczne to tez nie byly maliny…
https://lh4.googleusercontent.com/-rz3tRRTXsas/UIUbPr6oHPI/AAAAAAAALPw/LECWAdpqsAg/s1000/PA221292.JPG
https://lh3.googleusercontent.com/-hdFGBSRXz40/UIUbQpJfQuI/AAAAAAAALP4/mLsLejiuvo0/s1000/PA221293.JPG
znikam do kolacji (tez z musztarda 🙂 )
A u mnie, przy kolacji, benefis Wojciech Pszoniaka. Musztarda też, bo musi być pikantnie
http://www.polskieradio.pl/9/1583/Artykul/708399,Benefis-Wojciecha-Pszoniaka-w-Trojce
Bobiku, siódemeczko, to jest nas troje. Leżę z egzemplarzem „Tamtych brzegów” Nabokova, wypożyczonym mi zresztą przez doktora który prowadzi kurs o Nabokovie mojej grupie. Sam z siebie mi pożyczył. Chyba jestem kujonem 😯
rysia książeczka fajna, chętnie bym złapała.
Mordko, tegoroczne emiraty sa przyjemnoscia na jakies dwa albo i trzy tygodnie. Musze sie zastanowic jak to sie ma do zeszlorocznych, bo najlepiej sie pamieta te, ktore sie akurat ma. 😉
A ja tez najbardziej lubie wlasnie male muzea (lubie np. MFA bostonskie, ale wole mniejsze muzeum Isabelli Stewart Gardner, nie mowiac juz o uroczych paru malych muzeach w moim miescie – jest miejskie, jest Alcottow, ze swietnie zachowanym domem, jest Emersona, i Thoreau – mozna sobie chodzic, ogladac, czytac, i porozmawiac z obsluga, ktora jest kopalnia informacji na temat, bo to sami entuzjasci, czesto mlodzi studenci historii, ktorzy sobie dorabiaja w ten sposob).
Mam nadzieje, Bobiku, ze zakaski Cie jednak wzmocnia po tych dzisiejszych koktajlach.
Bry!
Załapałem się na musztardę. Czyli na koszmarny angielski w książeczce upamiętnionej przez Rysia. Z błędami gramatycznymi…. i po co to po angielsku jak nie teges…
Belfer wyłazi, wiem…
Czy emiraty są obowiązkowe, bo, przy całej sympatii dla zaemiraconych, wolałabym nie brać do siebie 🙄
Z powodu książki wsiadłam dziś do pociągu byle jakiego. Ocknęłam się w znanej, ale nieco odległej okolicy. Pan mąż po mnie przyjechał. A konduktor był niesłychanie elegancki i uprzejmy „Zaczytała się pani za 10 zł” 😆
A ja się w 1974 r. zaczytałem się za 80 bonów towarowych pewexu 😀
A ja nie zauwazylam zadnych bledow po angielsku 😯
Jest takie jedno nieduze muzeum do ktorego sie wybieram od WIELU lat jak sojka za morze i wciaz sie wybrac nie moge. Jest to letnia rezydencja t.zw. Bloomsbury Group – Viginia Woolf, Vanessa Bell, Forster, Grant i szereg innych pisarzy, malarzy, intelkrualistow z pierwszej polowy XX wieku, bardzo hippisowskie towarzycho, moznaby powiedziec, bardzo wyzwolone jak na swoje czasy, prowokujace na rozne sposoby burzuazje. Czasami wrednie wrecz antypisowskie, moznaby powiedziec. Taki np Forster z jego slynnym: „Jesli przyjdzie mi wybierac miedzy zdrada ojczyzny a zdrada przyjaciela, daj Boze abym mial odwage wybrac zdrade ojczyzny”
Przyjdzie taki dzien, kiedy pojade odwiedzic Charleston! Ale musze znalezc kogos z samochodem! Albo ktos musi przyjechac w odwiedziny – wtedy najlepiej sie czlowiek mobilizuje na kulturalne przedsiewziecia. 🙄
Do politury to zakąska powinna być z orzechami.
Tu jestto muzeum w tym domu, ale dom jest dopiero w srodku niezwykly!
http://www.charleston.org.uk/
Stawisko Iwaszkiewiczów też ma swój klimat.
http://www.stawisko.pl/index.php?page=zbi
Z zupełnie innej beczki http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,12714023,Specjalisci_twierdza__Mlodzi_sa_bez_pracy__bo_nie.html
Nie potrafia mowic ani pisac? A czyja to wina? Obawiam sie, ze nie smsow, ani komputerow, tylko szkol, ktore nie rozwijaja umiejetnosci wypowiadania sie, debatowania, koherentnego bronienia jakiejsc racji czy stanowiska. To skad maja umiec?
Zal mi tej mlodziezy, bo placi nie za swoje winy.
Litości, Heleno. Czy ja miałem kiedyś jakieś lekcje z zakresu efektywnego komunikowania, radzenia sobie ze stresem i budowania pozytywnego wizerunku siebie? Nikt mi nie kazał czytać książek, w każdym razie nie w szkole. Nie chcesz, nie czytaj, najwyżej będziesz głupi.
Teraz nie, głupi nie istnieją. Państwo ma (cenzura) zapewnić każdemu durniowi wyrównanie szans. Najlepiej przez studia wyższe i potem miliony durniów, zdolnych intelektualnie do kopania rowów pod nadzorem, stara się o posady wymagające umiejętności pisania i czytania.
Właśnie czytałam niedawno, że we Francji młodzież ma IDENTYCZNE problemy jak w Polsce.
„Firmy potrzebują pracowników, których szkoły nie kształcą, a absolwenci z dyplomami nie znajdują pracy” (artykuł Marka Ostrowskiego z ostatniej Polityki).
Może Was to zdziwi 😀 , ale ja stanę gdzieś pośrodku. Widzę poważne braki w systemie szkolnym, ale i po stronie młodzieży oraz – jeszcze bardziej – jej rodziców.
System szkolny w Polsce (i nie tylko) jest wciąż jeszcze bardzo nastawiony na reprodukowanie wiedzy, na odbębnianie i mówienie tego, co nauczyciele chcą słyszeć, nie na samodzielność i kreatywność. Te bolączki są dobrze znane i nie będę się teraz nad nimi rozwodził.
Ale pierwsze lekcje z zakresu efektywnego komunikowania, radzenia sobie ze stresem i budowania pozytywnego wizerunku siebie bierze się w domu i na podwórku, nie w szkole. Jeżeli całe wychowanie domowe sprowadza się do nakazów, zakazów i usadzania przed ekranem (mniejsza już o to, kompa czy tv), jeżeli rodzic „zaharowuje się dla dziecka” (bo ono musi przecież mieć nie gorszą komórkę niż inni gówniarze), ale nie wpadnie mu do głowy opowiedzenie bajki (duże możliwości kształtowania pozytywnego wizerunku samego siebie), nie ma czasu pójść z latoroślą do piaskownicy i podczas sporu z innym pięciolatkiem doradzić, że może lepiej z tamtym pogadać, zamiast od razu prać łopatką w łeb (efektywne komunikowanie), nie stać go na powiedzenie „trudno, sam sobie narobiłeś dziadostwa, sam musisz pomyśleć, jak z tego wybrnąć (radzenie sobie ze stresem), tylko zawsze szuka winy u innych, to nie ma się co dziwić, że potem miękkich umiejętności młodzieży brakuje.
A sama młodzież, powiedzmy to szczerze, też nie zawsze jest taka jak nasza kujonka 😉 i często usiłuje na wszelkie sposoby wykorzystać (z dużym udziałem rodziców) obecny, bardzo liberalny regulamin szkolny, żeby nauczycielom uniemożliwić wpojenie jej czegokolwiek.
Więc jeżeli chcieć coś poprawiać, to trzeba by zacząć z kilku stron naraz, bo inaczej może się okazać, że przedłużało się wróbelkowi tylo jedną nóżkę i to tę dłuższą. 😉
No i niestety – umiejętność debatowania ortografii nie nauczy. Na niektórych polach trzeba innych metod i czasem te tradycyjne nawet i lepiej się sprawdzają.
Niedawno dowiedziałem się, że młodociani castingowcy piosenkarscy mają olbrzymie problemy z nauczeniem się tekstów piosenek. Wcale mnie to nie dziwi, bo naszemu Młodemu przez całą szkołę ANI RAZ nie kazano się nauczyć na pamięć żadnego wierszyka. Niby to też tylko reprodukcja, ale i ćwiczenie dla mózgu, który bez treningu po prostu traci kondycję. Na mój rozum wylano tu jakieś dziecko z kąpielą.
To ja może opowiem historię sprzed kilku lat młodej osoby, którą zaprosiłam do zamieszkania ze mną, bo uwierzyłam, że rodzice są toksyczni.
Osoba dostawa stypendium na uczelni na dobre wyniki w nauce.
W niedługim czasie wpadłam w panikę, bo nie chodziła na wykłady, a noce spędzała w pracy chłopaka, w którym się dosyć nieprzytomnie zakochała (student dorabiał na nocnych dyżurach).
Byłam pewna, że to wszystko skończy się katastrofą i ja będę temu winna.
Okazało się, że koleżanki chodzą na wykłady i zawsze jakaś zapisze wykład.
I to wystarczy, żeby zaliczyć egzaminy, dostać dobre oceny i dalej pobierać stypendium.
Nie wiem, jakie wnioski wyciągnięcie z tej historii, która była też bardzo trudnym moim doświadczeniem.
Młody to samo zjawisko zauważył na Wyspach. On sam ma spore kłopoty komunikacyjne, ale to zupełnie inna bajka.
Bobiku, dorzuć do tego jeszcze bryki, testy, brak treningu w dłuższych wypowiedziach, pisania wypracowań, durnowate książki dla dzieci i… zaraz się wścieknę 👿
Jak się czujesz, Bobi?
Sorry, WW, ale gdzie a nawolywalam do lekcji radzenia sobie ze stresem czy pozytywnego wizerunku siebie?
Natomiast pisanie wypracowan i przygotowywanie publicznych wystapien, referatow, wykladow etc. jest z pewnoscioa nauka komunikowania sie. I tego mnie akurat uczono w szole, a nie w domu.
Sorry, nie moge teraz rozmawiac, bo leci drugi odcibnek Sex, Death and the Meaning of life Dawkinsa, ktory fenomenalnie sie komunikuje.
Dorzucać można jeszcze wiele, ale nie chciało mi się samemu odwalać całej roboty. W końcu mam całe Blogowisko od dorzucania. 😆
Czuję się na tyle, żeby szczekać na blogu. To mówi samo za siebie. 🙂
Heleno, nie Ty nawoływałaś, ale w zlinkowanym artykule nawoływano niedwuznacznie. 🙂
No, ja też muszę uderzyć się w piersi.
Mój syn jest dyslektykiem, co po latach pracy na własnym i posługiwanie się w niej słowem pisanym nauczyło Go radzenia sobie dosyć skutecznie z tym obciążeniem.
Ale… Nie myślałam, że to może mieć też przełożenie na umiejętność formułowania myśli.
Powiem inaczej, wypowiada się w sposób dostatecznie przejrzysty i klarowny w wersji 1.00, ale nie jest zadowolony i powtarza to samo w wersjach 1.01. 1.02….
Przez lata dochodziło między nam i do zgrzytów, bo ja uważałam, że wszystko jasne i pora na odpowiedź, a On, ze trzeba jeszcze i jeszcze dopowiadać.
Mam do siebie żal, że przyjęłam kiedyś, że moje kochane i bardzo uzdolnione dziecko jest małomówne i nie naciskałam na rozmowy.
„One HAVE to get up in the morning, and dreams were beautiful”. Przykład błędu (i drewnianego angielskiego).
Ja jezdem z WW, jak zwykle zresztą! Żeby coś ROZWIJAĆ, coś musi być. Jak jest … eheh eheh, to będzie …. eheh eheh.
Masowe szkolnictwo wyższe to jest masa. Bez innych określników.
Cd, w czasie reklamy. Radzenia sobie ze stresem czy pozytywny wizerunek siebie nie jest w wiekszosci wypadkow wynikiem przeczytania najlepszych nawet poradikow, lecz naszegi zyciowego doswiadczenia, naszej pamieci wlasnego zycia, doswiadczenia w rodzinie i w srodowisku. Ja jednak mowie nie o tym, lecz o przygotowaniu przez szkole umiejetnosci napisania podania, przejscia przez rozmowe kwalifukacyjna,pokazania sie od najlepszej strony, a nastepnie pracy do ktrorej zostalismy zatrudnieni..
Wiec uprzejmie Cie prosze, WW, abys mi nie wmawial dziecka w brzuch, tylko dyskutowal z tym co ja faktycznie powiedzialam, a nie to czego spodziewasz sie, ze powiem.
Wracam do programu. KOniec reklamy.
Trochę, jak na zmówienie 🙂
http://wyborcza.pl/1,126764,12712783,Uczmy_tylko_madrych__leczmy_tylko_zdrowych__list_rektora_.html
Czy ja jestem autorka zlinowanego artykulu, Bobiku? A skoro nie jestem to wypraszam sobie protekcjonalnego „Litosci, Heleno!” i potem polemizowania z czyms czego nie powiedzialam.
Dawkins, sorry.
Ponieważ napadałem na szkołę już nieraz, to teraz dla odmiany zobaczę, jak to jest, kiedy się jej trochę broni. 😉
Akurat takie rzeczy jak napisanie CV, są w wielu szkołach tłuczone aż do znudzenia, co jednakowoż wcale nie skutkuje umiejętnością napisania przez ucznia CV. A to dlatego, że uczeń praktycznie nie ponosi żadnych konsekwencji tego, że olewa. Zła ocena? Nic to, na koniec roku mi podciągną (i rzeczywiście podciągają, bo tak każe dyrektor, bojący się, że będzie miał łeb zmyty przez kuratorium za „niewykonanie planu”). Rozmowa z rodzicami? Śmiej się pan, oni opierniczą nauczyciela, że się czepia i zawraca im głowę, o ile w ogóle raczą przyjść. Wywalenie ze szkoły? A, to się pójdzie do papugi, który (ten papuga!) jakiś kruczek w Karcie Ucznia wygrzebie (słowo daję, coraz częściej rodzice angażują przeciw szkole adwokatów).
Marchewek, jak ktoś chce ich używać, jest mnóstwo, bata (nawet nie w sensie karania, tylko właśnie ponoszenia konsekwencji) nie ma. Też wylano z kąpielą.
Siódemeczko, kto jest idealnym rodzicem, niech sobie rzuca kamieniami, że inny rodzic czegoś tam nie dopatrzył. Ja nie będę. 😉
Rodzic nie ma być perfekcyjny, tylko wystarczająco dobry. To znaczy starać się, ale i mieć świadomość, że popełnienie wielu błędów ma jak w banku.
Ja warczę tylko na tych, którzy się w ogóle nie starają, albo się starają przeraźliwie głupio, sądząc że wypasiony, nowy gadżet zastąpi wychowanie.
Tadeuszu, z tym rozwijaniem tego, co jest, to mi się wydaje nieco za proste. Jasne, że nie wszyscy rodzą się tak samo zdolni i czasem nawet Salomonowi ucho się przy nalewaniu mądrości opornym urwie z nerw. Ale istnieje też np. takie pojęcie jak zaniedbania wychowawcze i nadrabianie ich szkoła ma wpisane w swój zestaw zadań. A po udanym narobieniu (wiem, Brunner, nie zawsze się udaje) czasem się okazuje, że jednak to coś było/jest, tylko przygniecione straszliwym garbem złego dzieciństwa.
Zgadzam się jednakowoż, że nadrabianie tych zaniedbań nie powinno być już zadaniem szkoły wyższej, bo to po prostu za późno, a poza tym szkoła wyższa powinna być wypuszczeniem w samodzielność, pomocą dla tych, którzy chcą się uczyć „sami z siebie”. I też jestem zdania, że albo nie wszyscy muszą ją kończyć, albo trzeba by szkolnictwo wyższe jakoś inaczej zdefiniować i np. powiedzieć, że ono się zaczyna dopiero od doktoratu. Bo w tej chwili podtrzymuje się jakąś fikcję, że szkoły wyższe są tym samym, czym były dawniej.
Bobiku, ta politura to pewnie bylo greckie biale winko retsina… Nie do odroznienia!
Wstyd, ale nie bylam w Muzeum Szopena. A przeciez Chopka bardzo lubie, bo go czesto bylo slychac w radiu mojej mlodosci; no i Konkursy Chopkowskie. Za nastepnym stolecznym pobyte musze zwiedzic to muzeum.
Faktycznie, Króliku, to jako żywo mogła być retsina. 😆
Mnie nie chodzi o to by szkola specyfiznie nauczala pisania CV, bo to akurat moze za Ciebie zobic program komputerowy.
Mnie chodzi o nauczanie komunikacji – a to jest jasnego wypowiadania mysli i sluchania co do ciebie mowia inni. A do tego potrzebne jest pisanie wypracowan, dyskutowania na zadane tematy, przygotowywanie wlasnych prezentacji, opowiadanie swoimi slowami przeczytanych ksiazek czy artykulow, umiejetnosci formulowania sadow etc.
Bo o tym glownie jest zlinkowany artykul. O slabym komuniowaniu sie.
No nieeee wiem… Nauka pisania CV? Powinna wystarczyć nauka pisania w ogóle. Wtedy i CV się napisze, i mówić będzie się umiało lepiej. a poza tym zgadzam się z Wielkim Wodzem (22.27) – w sprawie tych rowów. Nie wszyscy mogą zarządzać. Powinni też być zarządzani. Może już nie kopiemy rowu łopatą, tylko jakąś rowokoparką, ale na niej też nie musi siedzieć absolwent uniwersytetu.
Niedawno Monika Olejnik napadła na Tuska, że po co te rzesze młodych mają wracać do Polski, żeby zostać spawaczem? Tusk wtedy zwrócił jej uwagę, że nie należy gardzić spawaczem – taka sama praca jak inne. Nawiasem: kiedyś spawacze stoczniowi stanowili elitę klasy robotniczej. Podobnie jak inni pracujący fizycznie, ale przy skomplikowanych technicznie „wyrobach” – o ile można statek nazwać wyrobem. ale czemu nie?
Bardzo źle się stało, że niemal zlikwidowaliśmy w Polsce szkolnictwo zawodowe – trzeba było je tylko odpowiednio zredukować i dostosować do nowoczesnych warunków pracy. Przy okazji zawody fizyczne owiała jakaś idiotyczna pogarda.
A ja tam wolę inteligentnego spawacza niż profesora kretyna. I potrzebniejszy on społeczeństwu.
Zaraz, zaraz. To rzekomo protekcjonalne „litości” odnosiło się do tego:
Nie potrafia mowic ani pisac? A czyja to wina? Obawiam sie, ze nie smsow, ani komputerow, tylko szkol, ktore nie rozwijaja umiejetnosci wypowiadania sie, debatowania, koherentnego bronienia jakiejsc racji czy stanowiska. To skad maja umiec?
Zal mi tej mlodziezy, bo placi nie za swoje winy.
Napisała Helena. Nie zgodziłem się z Heleną. Przy okazji nie zgodziłem się z pewną tezą z artykułu. 🙂
Spawacze są bardzo doceniani. Zdarzają się inteligentni. Olejnik to idiotka.
Co do szkoły, to z czego bicza nie ukręcisz, jak mówi przysłowie? Nie chodzi o piasek.
Na szkołach prawdziwych, nie tych w gazetach, trochę się poznałem jako przez 20 lat mąż znakomitej polonistki i jeśli mówię, że tam trzeba przede wszystkim pochylać się nad kretynem, to jest bardzo ocenzurowana wersja opinii kol. b. żony, a ona się jeszcze lepiej zna ode mnie. Przychodzi taki z domu, gdzie mama ogląda seriale, a tata mecze i ucz go polskiego. A zabić nie wolno i musi pracować w biurze, bo jak, ręcami ma pracować synek? 😈
Oczywiście, są inne poglądy, ale się z nimi nie zgadzam. Przede wszystkim dlatego, że nie przechodzą testów praktycznych. 😛
I idę odpoczywać, wyjątkowo zasłużenie. 😎
Wydaje mi sie, ze to jest edukacji sedno o czym Nisia wlasnie napisala. Jakos sie stalo, ze pewne zawoduy, ktore wymagaja fachowosci i dzieki ktorym mamy domy, samochody, ubrania, buty etc., jak w tej piosence, staly sie pogardzane i sa oznaka nieudacznictwa. Nie uda ci sie zostac magistrem byle czego tos kiep. Tymczasem fachowcy to naprawde elita i ja jestem zawsze w zetknieciu z nimi pod duzym wrazeniem ich wiedzy i sprawnosci. Bie mowiac juz o roznych super smart narzdzedziach, ktorymi sie posluguja!
Ja uwazam, ze szkola niepotrzebnie przetrzymuje w lawkach doroslych 19-letnich ludzi, ktorzy sa juz gotowi psychicznie do zycia na wlasny rachunek i nabywania umiejetnosci i sprawnosci w jakims ciekawym fachu. Przywrocic cechy i dac im mosliwosc nauki czeladnikow a potem i mistrzow. Szkola ogolna powinna sie skonczyc w wieku 17 lat. Nauka to nie tylko uniwersytety. Jesli chcemy, zeby wszyscy pokonczyli uniwersytety to ich poziom nie bedzie za wysoki. Poniewaz te fachowe zawody sa czesciej wybierane przez chlopcow uwazam, ze dzisiejsze szkolnictwo ich naprawde zawodzi.
A CV to jeszcze oddzielna hisoria, sztuka wypisywania rozdmuchanym, napuszonym jezykiem prostej informacji o sobie. To CV wydaje sie narzedziem eliminacji, a nie opisem umiejetnosci, talentow i zainteresowan, o ktorym sie chce powiadomic potencjalnego pracodawce.
Nie krec, WW. Napisales: „Litości, Heleno. Czy ja miałem kiedyś jakieś lekcje z zakresu efektywnego komunikowania, radzenia sobie ze stresem i budowania pozytywnego wizerunku siebie?”
To nie jest „przy okazji”. To jest imputowanie mi czegos czego ja absolutnie nie poruszalam. Przciwnie, wyrazilam dezapreobate dla niektorch tez postawionych w zlinkowanym artykule, mowiac, ze za braki umiejetnosci komunikowania sie wina nalezy obarczac szkoly, a nie sms czy komputery. Szkola ma uczyc pisania i mowienia. Jesli tego nie robi nie spelnia swego zadania. Koniec, kropka. O zadnym radzeniu sobie ze stresem, ani o pozytywnym wizerunku siebie nie wspominalam.
Bobik 22 październik 12, 23:55…
Ja tam jestem stara i ze starej szkoły. Nie uczono mnie tam pisania cv. Podanie o pracę, życiorys i tyle. A jak bogaty życiorys miał człowiek dwudziestoletni?! Ledwie po szkole średniej? 🙄
No dobra, miał bogate to i owo, ale na pewno nie pisałby o tym w cv 😉
Przepraszam, nie zauważyłem uaktualnionej wersji Bobika i linkę do Hemara podałem pod dinosaurycznym czyli poprzednim wpisem. A na pytanie jaksiemam odpowiedziałbym, że sięniemam ale nikt nie pyta więc i ja idę spać.
Brzydka, brzydka toyota. Narzędzie szatania. Ale o zmarłym samochodzie mówi się dobrze albo nic.
http://tywkiwdbi.blogspot.com/2011/10/these-grades-are-terrible.html
A przy okazji cytat:
„Ja poszłam do tej szkoły, aby się dostać do dobrego liceum. A jak nie będę miała bardzo dobrych stopni, to się nie dostanę i zostanę sprzątaczką”
Podczas porannego krzątania przyszło mi do głowy gdzieś zasłyszane hasło „Szkoła równych szans”.
Co to znaczy „równych szans”, pomyślałem sobie, bo rano czasem jeszcze myślę. Odpowiedź zaraz sama wylazła – znaczy się wszyscy mają równe szanse, a tylko zaniedbania w oświacie te szanse im zabierają.
W google znalazłem, że istniał nawet taki projekt na UMCS-ie realizowany z pieniędzy unijnych.
W celach projektu, sformułowanych przez Instytut Socjologii UMCS, znalazłem to (w nawiązaniu do tego co zostało już na blogu napisane):
CELEM jest :
Wsparcie ucznia i zwiększenie jego dostępu do edukacji
Chodzi o jego dłuższe pozostawanie na rynku edukacyjnym oraz na rynku pracy.
Tu jedna ze szkół biorących udział w tym projekcie:
http://szkola.gpkonsulting.pl/index.php/zadania/zajecia-wspomagajace-ksztaltowanie/
Ale tak na marginesie, to mi się kołacze po głowie, że te „równe szanse”, to jakaś urawniłowka.
Bry!
Szaro, ciemno, ponuro, dżdżyście, a za dni kilka bardzo szaro, bardzo ciemno. Może i nie dżdżyście….
Dzień dobry. 🙂
W dniu dzisiejszym na wszystkie pozycje Wydawnictwa ZNAK dostałam 45% rabatu. Z listy Rysia kilka pozycji mogłam wykreślić. Zamówione. 🙂
Dzień dobry 🙂
Zupełnie nie wiadomo, czy się uśmiechać, czy płakać. Mar-Jo się rabat urodził, a andsolowi koniki mechaniczne padły. Na szczęście jest mordka i na takie sytuacje. 😕
Andsolu, ale nie obrazisz się, jak nie przyjadę na pogrzeb tej Toyoty? Nadzór sądowy robi mi ostatnio problemy z opuszczaniem miejsca zamieszkania. 👿
Pociągnę jeszcze chwilę o edukacji.
Pod Nisią i Królikiem podpisuję się wszystkimi czterema łapy. Mieszkam w kraju, gdzie szkolnictwo zawodowe jest akurat bardzo rozbudowane i stoi na poziomie bez przesady światowym (a może pamiętacie, że moja opinia o tutejszym systemie kształcenia ogólnego jest daleka od entuzjazmu). Niemcy jak najbardziej wychodzą z założenia, że nie każdy musi studiować, ale bierze się to nie z pogardy dla „tych głupszych”, tylko z tradycyjnego, ogromnego szacunku dla fachowości, dla rzemiosła, dla robienia czegoś własnymi ręcami. Wychodzi się z założenia, że zdolności czy talenty niekoniecznie muszą się mieścić w dziedzinach teoretycznych i że szkoda zmarnować dobrego hydraulika tylko po to, żeby został marnym nauczycielem lub sfrustrowanym, pozbawionym sukcesów geografem. Odpowiednio do tego bardzo rozbudowany jest system poradnictwa zawodowego i każdy może sobie sprawdzić, do czego tak naprawdę się nadaje, niezależnie od tradycji i ambicji rodzinnych.
Natomiast z Heleną dalej się nieco pięknie poniezgadzam. 🙂 CV było tylko przykładem, ale ogólnie chodzi mi przecież o co innego. Zauważam taką niebezpieczną tendencję (nie tylko w Polsce, ale tam jednak w dużym stopniu) do zwalania całej roboty wychowawczej na szkołę. Dom już za nic nie jest odpowiedzialny, to szkoła „ma to wszystko załatwić”. A przecież podstawy wychowania zawsze jednak będzie dawał dom, bo pewne rzeczy – jak choćby umiejętności komunikacyjne, a przede wszystkim język – zdobywa się już w pierwszych latach życia, właśnie w rodzinie.
Szkoła może niektóre zaniedbania wychowawcze chociaż trochę wyprostować, ale musi mieć do tego warunki. W przepełnionych klasach, przy odebraniu narzędzi do egzekwowania wymagań i wyciągania konsekwencji, wobec kompletnego nieraz braku współpracy, ba, przy antywspółpracy ze strony rodziców, jest to często po prostu niemożliwe. Wspomnieć też należy o niskich pensjach nauczycieli, co zwykle skutkuje spadkiem pozycji społecznej zawodu i w efekcie selekcją negatywną.
Łatwo powiedzieć, że szkoła „ma ” nauczyć, ale w polskiej rzeczywistości to jest często tak, jakby odebrać panu majstrowi wszystkie te jego sztamajzy i laubzegi, po czym zażądać „a teraz masz naprawić”.
Żeby nie było, żem strasznie jednostronny. 😉 Znam oczywiście i drugą stronę medalu, czyli rodziców bardzo dbałych o wychowanie, którzy zderzają się z niewydolnym systemem szkolnym i wynoszą z tego kolejne guzy. To jest dla mnie jeszcze jeden dowód, że nad systemem oświatowym trzeba porządnie pogłówkować. Ale jednak dużo – i chyba coraz więcej – jest rodziców wpajających swoim pociechom niemal wyłącznie cwaniactwo, bezczelność, łokcizm, lekceważenie dla wysiłku i rzetelnej wiedzy przy równoczesnym przekonaniu, że dobre stopnie „się należą” (bo dziecko musi iść na studia…), pogardę dla wszystkich, którzy mniej posiadają (jak np. nauczyciele), mentalność rowerową, itd, itp. Szkoła z tym pięknym, przez dom stale twórczo rozwijanym zestawem cech często nie jest w stanie sobie poradzić. No i potem takie mamy Rzeczpospolite jako… 🙄
Bobiku, toyota jest (była) biskupia. andsol ma Renault Symbol (czytaj: Thalia) i andsol nie pije.
Ostatnio odnoszę wrażenie, że GW się pogubiła. Najpierw obrzucała czym się da pracodawców za umowy śmieciowe (chociaż sama radośnie na takowe zatrudnia), teraz postanowiła zwalić wszystko na beznadziejne uczelnie i głupich młodych otumanionych tymi wstrętnymi fejsbukami i smsami.
Prawda jest taka, że są i głupi i inteligentni, mający lepsze lub gorsze zdolności komunikacyjne, lepiej i gorzej się wypowiadający, lepiej i gorzej się prezentujący itd. Śmieszy mnie to, że do pracy recepcjonistki pracodawcy wymagają ukończenia studiów wyższych. Że do pracy w sklepie z ciuchami trzeba pisać list motywacyjny, w którym trzeba opisać jak bardzo się chce podawać ludziom dżinsy. A potem na rozmowie kwalifikacyjnej trzeba powiedzieć, że się po prostu marzy o tej pracy, chociaż jest się po prostu studentem chcącym zarobić na czesne. To jest fikcja, i wszyscy o tym wiedzą poza specjalistami od HRu i PRu, którzy żyją w jakiejś innej rzeczywistości.
Wiadomo, że facet nie umiejący się wypowiadać nie będzie handlowcem, osoba nie umiejąca zanalizować tekstu wykładowcą literatury, osoba słabo znosząca stres nie będzie maklerem giełdowym. Nie wszyscy muszą umieć wszystko. Trzeba umieć dobrać sobie edukację i zawód do swoich możliwości, każdy jakieś ma. Albo umieć przezwyciężyć pewne rzeczy – mój kolega miał problemy z wypowiadaniem się publicznie, a szkoła która (w dobrej wierze) zmuszała go do takowych, po prostu powodowała u niego niebywały stres. Ale teraz po awansie musi od czasu do czasu zrobić prezentację i zaczął pracować nad sobą, coraz lepiej mu idzie.
Ojej, andsolu, ja też chwilowo nie piję i widzisz, jak mi to fatalnie wpływa na myślenie tudzież rozumienie tekstów pisanych? 😆
A tu o studencie, który wprawdzie bez wątpienia się nadaje, ale… 🙄
http://www.rp.pl/artykul/10,944925-Nie-slubujesz–nie-studiujesz.html
Ja sama zawsze wiedziałam, że nie mam natury korporacyjnego rekina, że brzydzi mnie sprzedawanie ludziom rzeczy które potrzebują średnio lub wcale, oraz że dobrze piszę i mam talent do tłumaczenia ludziom rzeczy oraz do języków. W okolicach liceum zdecydowałam się: dziennikarstwo, tłumaczenia albo edukacja. Na studiach dopiero (których wcale tak bardzo świadomie nie wybierałam, po prostu byłam dobra z angielskiego) stwierdziłam, co tak naprawdę mnie kręci. I teraz na to pracuję.
Alienor słusznie przypomina, że młodzież jest różna, tak samo zresztą jak szkoły i wrzucanie wszystkich do jednego worka zaburza obraz rzeczywistości. Warto o tym pamiętać nawet w dyskusji, która z natury rzeczy operuje uogólnieniami i polaryzuje stanowiska (o tym było z kolei u zlinkowanego przez andsola Hemara 😉 ). Znaczy, jak się już jakąś sprawę przedyskutuje na wylot, przedstawi swoje niezbite racje i upewni w swoich najsłuszniejszych przekonaniach, warto wziąć głęboki oddech i pomyśleć „a tak naprawdę to jest jeszcze trochę inaczej”. 🙂
Co to jest mentalność rowerowa???? Ja mam mentalność rowerową??????
GW nigdzie się nie pogubiła, goni jedną sensację za drugą, a że logiki w tym nie ma, co to szkodzi. I tak durnie czytają 😆 Liczy się wskaźnik sprzedawalności!
Ty masz mentalność prorowerową, Tadeuszu, to coś innego. 🙂
Mentalność rowerowa jest ukradziona z ojczyzny-niemczyzny i kiedyś już to pojęcie wyjaśniałem, ale oczywiście nie wszyscy musieli akurat wtedy wgłębiać się w blogosferę. 😉 Z grubsza chodzi o deptanie po dołach i zginanie się przed górą.
Bobik, ja nigdy i nigdzie nie twierdzilam, ze szkola ma zalatwic „wszystkie” zaniedbania wychoawcze. Ma natomiast spelniac swe podsawowe zadania w zakresie edukacji – ma nauczyc czytac, pisac, opowiadac, rachowac. Ponadto nie przesadzalabym z tymi „przepelnionymi klasami i odebraniu szkolom narzedzi ekzekwowania wymagan ” .
Jestem dzieckiem baby boomu, pamietaj, i nie zdarzylo mi sie chdozic do szkoly, gdzie byloby mniej w klasie osob niz 42. A „narzedziami egzekwowania wymnagan” byla nieustajaca opresja, drwina, upokarzanie na kazdym kroku, przemoc fizyczna, wywalanie ze szkoly, – jesli te „narzedzia” zostaly szkolom odebrane, to bardzo sie ciesze. Alleluja i do przodu!
A co do szkolnictwa zawodowwego, to jestem i zawsze bylam oczywscie za! Przypominam, ze sama domagalam sie od rodzicow aby mnie puscili do szkoly cholewkarskiej! BYla w tej sprawie straszna awantura w domu i ja przegralam.
Kurczę, ja też czytam GW. Ale mi Tadeusz nawrzucał. 😥
Kraina łagodności?
„…Policjant zaproponował uzgodnioną wcześniej z prokuraturą karę: osiem miesięcy ograniczenia wolności i cztery lata zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów. I biskup ją zaakceptował.
Kara nie jest w zawieszeniu. Jeśli sąd ją zaakceptuje, Piotr Jarecki przez osiem miesięcy będzie musiał wykonywać prace społeczne – 20 godzin miesięcznie…”
Wracam do ogrodu. 🙂
Heleno, tak się składa, że kiedy przyjeżdżam do Krakowa, zaczynam „żyć szkołą” od strony nauczycieli, no bo taką mam tamtejszą rodzinę. 🙂 Ze szczenięcego nawyku zwykle w tych rodzinnych dyskusjach wstawiam kontrę 😉 , ale przy niektórych pytaniach „no dobra, a co byś zrobił w takiej sytuacji?”, nawet ja bezradnie rozkładam łapy.
Odebrane narzędzia to nie drwina czy upokarzanie. To praktyczna niemożność postawienia złej oceny wszystkim tym, którzy na to zasługują, niemożność nieprzepuszczenia do następnej klasy, ogromne trudności w zawieszeniu w prawach ucznia czy wywaleniu ze szkoły, nawet przy bardzo ciężkich, wręcz kryminalnych naruszeniach regulaminu albo notorycznej absencji. To lęk dyrektorów przed roszczeniowymi rodzicami, którzy a nuż zaskarżą i puszczą szkołę z torbami, nie mówiąc już o tym, jakie spowodują kłopoty z władzami oświatowymi. To obsunięcie statusu, co ze strony uczniów i rodziców coraz częściej skutkuje postawą „możecie mi nagwizdać”. A teraz jeszcze doszedł do tego lęk przed utratą pracy, co z koei powoduje coraz większą uległość wobec władz, rodziców, uczniów, Kościoła, etc.
Moi rodzinni nauczyciele są bardzo zaangażowani i nie wyobrażają sobie pracy poza szkołą, a wiek też nie taki, żeby zaczynać od nowa. Żyją przez to w ustawicznym konflikcie sumienia, bo z jednej strony wiedzą, że ten czy ów uczeń zasługuje na poprawkę, repetowanie albo sankcje dyscyplinarne, ale wiedzą też, że to dla nich oznacza duże kłopoty i nie zawsze czują się na siłach w to pakować. Wiedzą, że ten czy ów dom jest niewydolny wychowawczo (wcale nie z biedy czy „środowiskowo”, często wręcz przeciwnie), ale kiedy rodzic ostentacyjnie odmawia współpracy, albo nawet zaczyna wrzeszczeć „ja panu jeszcze pokażę, kim jest pan, a kim jestem ja!”, nie mogą takiego krzykacza zmobilizować np. groźbą skreślenia dziecka z listy uczniów, jeżeli nie raczy nareszcie od czasu do czasu pokazać się w szkole. Po prostu w wielu szkołach – ze względów całkowicie pozapedagogicznych – ciągnie się za uszy kogo się tylko da, bez żadnego związku z jego wynikami w nauce i podejściem do tejże.
Wiem, że to nie jest cała rzeczywistość oświatowa, ale jednak pokaźny jej wycinek i nie da się sensownie dyskutować o edukacji, jeżeli o tym wycinku w ogóle się nie będzie mówić.
Heleeenoooo, tam w środku nocy! O 1:14!
Ależ ja się właśnie z tym nie zgodziłem. Że szkoła ma uczyć czytania i pisania, żeby każdy umiał pisać i czytać, i że biedna ta młodzież, bo cierpi za nieswoje.
To nie jest możliwe. Oczywiście nie chodzi o to, że zna prawie wszystkie litery, z tym sobie poradzi dobrze traktowany szympans, tylko że umie te litery układać w różne kombinacje, a jak widzi ułożone przez kogoś innego, to wszystko zrozumie. Otóż nie każdy. Zresztą od środka nocy godniejsi ode mnie się wypowiedzieli i wystarczy. 😛
Klakier wspomniał o wyrównywaniu szans, jak o egzotyce. W szkole to nie jest egzotyka, niestety, tylko codzienna misja. Działa jak socjalizm, czyli składa się z błędów i wypaczeń. Jeśli tak, to per analogiam, może nie głupi nauczyciele są winni, tylko założenia są o parapet potłuc?
Rozwinąłbym, ale mi się nie chce, i tak wsio widno.
To nie jest zla kara za ponad 2 i pol pronila alkoholu we krwi, chociaz w Londynie musialby zapewne jeszcze zobowiazac sie do terapii odwykowej.
Ale czteroletni zakaz prowadzenia i 160 godzin pracy splecznej jest OK. Jest jasnym sygnalem dla spoleczenstwa, ze wysoki duchowny nie jest ponad prawem, jak to sie wczesniej zdarzalo i ze prowadzenie po pijaku pociaga za soba surowe kary.
Cos jednak sie zmienia na lepsze.
Good.
Wyrównywania szans, choćby względnego, nie da się skutecznie przeprowadzić w dużych klasach i przy bardzo ograniczonych środkach, kuniec kropka. Dawniej też tak było. Wprawdzie wszyscy Tu Obecni w przepełnionych klasach czytać i pisać ze zrozumieniem się nauczyli, ale widać gołym okiem 😉 , że mieli wrodzone zdolności, a i rzeczy wyniesione z domów rodzinnych zapewne też odegrały jakąś rolę. Ale kto ze swojej klasy nie pamięta takich, którzy jednak się nie nauczyli, dostaje ode mnie nie żadnego tam konia z rzędem, tylko pigułki z miłorzębu, na poprawę pamięci. 😈
Przy tym wyrównanie szans wcale nie oznacza, że końcowe wyniki u wszystkich będą identyczne. Oznacza tylko tyle, że zwiększoną szansę przebicia się będą mieli zdolni, ale zaniedbani.
To może smutne i niesprawiedliwe, ale w praktyce zawsze będzie jakaś tam grupa takich, którym i święty Boże nie pomoże, co dopiero szkoła. I nie mówię, że wobec tego nie należy szukać i naprawiać błędów systemu oświatowego, ale że trzeba jednak pozostać na tzw. gruncie realiów i brać pod uwagę, że możliwości szkoły, choćby najlepszej, w pewnym momencie zwyczajnie się kończą.
Lepszość szkoły to zresztą także sprawa względna. Najczęściej za lepsze uchodzą te, które przeprowadzają ostrą selekcję i już żadnym wyrównywaniem szans nie muszą sobie głowy zawracać. 🙄
Bobiku, chyba nie sugerujesz, że porównując wyrównywanie szans do socjalizmu miałem na myśli równość wyników? Bo nie miałem. 🙂
Bardzo zaluje, WW, ze w moich latach szkolnych „wyrownywanie szans” polegalo jedynie na tym, ze kazano nam wszystkim chodzic w jednakowych obrzydliwych satynowych fartuchach. Zeby nikt sie do szkoly „nie stroil”.
Wiec utalentowana corka przyjaciol moich rodzicow obarczona gleboka dysleksja nie mogla sie w Polsce dostac na studia, choc pozniej ukonczyla je z wyroznieniem na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i jest dzis cenionym rezyserem w Szwecji, rozliczne moje kolezanki z klasy pochdozace z najubozszych domow do dzis sprzedaja na targu i nie stac je na dentyste.
To bardzo latwo jest wywyzszac sie nad kims, kto nie mial w domu nie tylko zadnej ksiazki, ale nawet biezacej wody i lazienki.
Dzis widzimy jasniej jakie to bylo niesprawiedliwe i okrutne, jak poteafilo lamac zycie, skazywac na poniewierke do konca dni. Szkoda, ze u niektorych wywoluje to jedynie pogardliwe parskanie i potepianie w czambul prob poprawienia szans zyciowych dla wszystkich dzieci. Nawet jesli te proby obarczone sa bledami. Lepiej nic nie robic, prawda?
To już teraz wiem, skąd zamiłowanie Heleny do butów. 😆
Nie ma sensu się przerzucać przykładami i anegdotami. Na każdy przykład w lewo mam przykład w prawo, i co z tego? Że to nie działa jak trzeba, ale to już wiemy.
Tak sobie nieudolnie próbowałem uogólnić. Wyrównywanie nie powinno się sprowadzać do tego, że inni cierpią z powodu kretyna w klasie, a najczęściej się sprowadza. Powtarzam, nie powinno, żeby za chwilę się nie dowiedzieć drugi raz, że kimś lub czymś pogardzam. Mówię o praktyce, nie o idei, za przeproszeniem parabola z socjalizmem jest aktualna.
Heleno, ja całym sercem jestem za wyrównywaniem szans, ale po pierwsze chciałbym, żeby to było robione z głową i praktycznie, nie tylko deklaratywnie, a do tego trzeba trochę infrastruktury, pieniędzy, fachowców, etc. Samą dobrą wolą nie razbieriosz i to widać, po owocach. Po drugie, jak już pisałem, wyrównanie szans nigdy nie będzie oznaczać wyrównania wyników, co w praktyce oznacza, że od pewnego poziomu edukacji nie wszystko dla wszystkich będzie dostępne. Matury, egzaminy wstępne, magisteria, doktoraty, habilitacje, to wszystko są przecież (w założeniu przynajmniej) narzędzia selekcji, które mają wyłapywać tych zdolniejszych w danych dziedzinach i przesuwać ich do góry, zostawiając mniej zdolnych i mniej pracowitych poza obrębem. I tu właśnie wchodzi kwestia szkolnictwa zawodowego: ci mniej zdolni teoretycznie mogą być przecież geniuszami manualnymi albo handlowymi. Trzeba więc przekonać nie tyle szkołę (bo ona już przekonana), co rodziców, żeby dali pociechom sprawdzić się w tych zawodach, do których mają zdolności, a nie za wszelką cenę pchać na studia, mimo – nieraz – oczywistego zdolności do nich braku. No i zadbać o wysoki poziom kształcenia zawodowego.
Dysleksja to trochę osobny temat, bo dawniej nie umiano jej za bardzo diagnozować ani leczyć, a teraz się „gibło” czasem aż za bardzo w drugą stronę. Nie będę teraz o tym, żeby nie komplikować. 😉
Nikomu, kto ukończył szkołę
nie zabrania się być matołem
To i ja zabiorę głos i powiem na postawie mojego długiego życia tak:
Dzieci i młodzież powinni uczyć ludzie, którzy ich LUBIĄ.
To samo dotyczy lekarzy.
Wszyscy nauczyciele na różnych poziomach, których ciepło i ze wzruszeniem wspominam, to byli dobrzy, życzliwi ludzie.
To samo dotyczy lekarzy, sama rozmowa z zainteresowanym, życzliwym wraczem działa uzdrawiająco.
No, dobrze, wiec co zlego z takiej szkoly, podanej nieco wczesniej jako przyklad negatywny:
http://szkola.gpkonsulting.pl/index.php/zadania/zajecia-wspomagajace-ksztaltowanie/
Gdzie tu jest napisane, ze zajecia w tej szkole prowadza niedouczeni amatorzy?
Żeby nie było zbyt naiwnie.
Jasne, że dzieci są różne, ale chyba każde, a może te agresywne nawet bardziej, potrzebują wsparcia i życzliwości. Autentycznej, bez ślinienia i czułostkowości.
Pedagog to bardzo odpowiedzialna funkcja i selekcja powinna być bardzo serio traktowana.
W jednej ze szkół mojego dziecka występowało istne panopticum – gabinet osobliwości.
Do dzisiaj, jak o nich myślę, to włos mi się jeży ze zgrozy.
Mnie te zajęcia się bardzo podobają.
ciagle jesien 🙂 🙂 🙂
przerwa 😀
Weźmy takiego Rysia, ile ciepła i serdeczności wnosi do naszej małej społeczności. 🙂
mt7, dziekuje 🙂 🙂 ( 😳 troche )
Ja nigdzie nie pisałem, że w ogóle nie ma dobrych szkół, dobrych, z pasją pracujących nauczycieli i ciekawych pomysłów. Pisałem o tych miejscach w systemie, które szkołom i nauczycielom utrudniają sensowne funkcjonowanie, a dobre pomysły nieraz duszą w zarodku, czyli po krótkim czasie życia poczętego. Bo nie jest sprawiedliwe obwinianie o wszystko szkół i nauczycieli, jeżeli nie weźmie się pod uwagę ich trudności i kłód rzucanych pod nogi przez realia.
Więcej na razie nie będę, bo też muszę złożyć daninę realowi i pozałatwiać różne Bardzo Ważne Sprawy. 😉
Ja tylko na chwilę, bo nie mogę się w tej chwili dłużej rozpisywać.
Przykład linkowany przeze mnie nie ma wydźwięku negatywnego – to tylko przykład znaleziony w necie podczas porannej krzątaniny (jako obrazek do projektu prowadzonego przez UMCS).
Można tylko się zastanawiać, czy zajęcia cyrkowe są wyrównywaniem szans (z punktu widzenia, co tym wyrównywaniem szans miałoby być). Czy może są to tylko zajęcia rekreacyjne i rozładowujące napięcie emocjonalne (od razu napiszę, że też ważne).
Mar-Jo, szczesciaro 🙂
Ryś oprócz ciepła wnosi jeszcze za pośrednictwem Deutsche Post książki do mojego realu, co też bezwzględnie powinno mu zostać policzone na Sądzie Ostatecznym. 😀
Ks. Wojciech Lemanski sie doskacze!
http://www.liiil.pl/1350991852,Wojciech-Lemanski-Bogu-dzieki-za%A0latarnie.htm
powiem jedno Bobiku za ” Tu Obecni w przepełnionych klasach czytać i pisać ze zrozumieniem się nauczyli (…)” 😀 😀 😀
na koniec przerwy dodam ze jak, szukajacy u mnie w ksiegarni pracy lub miejsca do nauki zawodu, lub miejsca na praktyke, na pytanie dlaczego wlasnie ksiegarnia, ksiegarz, odpowiedza: bo lubie czytac sa skresleni, skresleni i
domyslcie sie dlaczego 🙄 🙂
znikuje 🙂
pstryk 😀
Wez mie i zabij, Rusiu, ale nie zgadne dlaczego lubienie czytania dyskwalifikuje kandydata do pracy w ksiegarni.
Myslalabym, ze lubienie obcowania z ksiazkami powinno byc plusem dodatnim.
Jest sporo ludzi wdzięcznych Księdzu Wojciechowi za odwagę nazywania rzeczy po imieniu, nawet jeżeli niektóre wystąpienia uważają za kontrowersyjne.
I są tacy, którzy uważają , że przesadza, chociaż sami przez swoją kunktatorską ostrożność niewiele osiągnęli przez dziesiątki lat.
Bo będzie czytał, zamiast pracować. 🙂
Miałam kiedyś przyjaciółkę, której marzeniem była praca w szkole i według oceny wielu znajomych znakomicie odnalazłaby się w tym zawodzie. Była świetna.
Oczywiście znalazła się w gronie nauczycielskim i po pierwszym roku z krzykiem uciekła.
Nie z powodu dzieci, tylko grona.
Uważała, że takiego zgromadzenia rzadkich kołtunów i zwyczajnie głupich bab jeszcze nie spotkała i nie ma zamiaru zdrowia zjeść na użeraniu się z nimi.
Nie wiem, może dzisiaj jest w szkołach inaczej, ale dziwnie jakoś wątpię, jeżeli chodzi o państwowe szkoły.
Ja sie tam dziwie, ze ks. Lemanski nie zostal jak dotad wyslany na jakas odlegla placowke. Wyobrazam sobie jaka popularnoscia cieszy sie wsrod kolegow po fachu i przelozonych!
Jest absolutnie nieustraszony!
Helenko, zajrzyj do poczty 🙂
Heleno on jest już na odległej placówce.
Jasienica to jest wieś, tyle, ze pociąg tam dojeżdża.
Dwa lata temu dostał dekret o przeniesieniu do maleńkiej parafii, na którą składało się wiele wiosek rozrzuconych po sporym obszarze, bez możliwości dojazdu czymkolwiek.
Tylko dlatego, że odwołał się do Rzymu i miejscowi wierni stanęli za nim murem ostał się tu gdzie jest.
Oni nigdy nie mieli i mają małą szansę mieć kiedykolwiek takiego opiekuna religijnego.
Przełożeni go szczerze nie znoszą, to jasne.
No, slusznie. Po co ma niesc zgorszenie! 🙄
Ksiadz Lemanski rzeczywiscie bardzo dzielny. Przypomina mi naszego przyjaciela, tez ksiedza, ktory po podpisaniu listu nawolujacego do rezygnacji arcybiskupa Bostonu (w towarzystwie 60 innych ksiezy – co bylo kropla wody w morzu, bo archidiecezja liczyla wtedy ok. 1000 ksiezy), zaraz stracil parafie. Na szczescie udalo mu sie znalezc druga, glownie dzieki akcji parafian. Inni ksieza-sygnatariusze mieli podbne klopoty.
A co do edukacji, to podrzuce inny artykul na podobne tematy, ale rzecz ujmujacy troche inaczej (krotki, choc moglabym podrzucic i dluzsze, ale blogowanie, powiedzmy sobie szczerze, dluzszym artykulom czy wywodom nie jest przyjazne, nawet jak je uprawiaja osoby wyksztalcone w czasach przedinternetowych):
http://cognoscenti.wbur.org/2012/10/08/common-core-connaughton
Mysle, Heleno, ze ten artykul chyba bedzie po Twojej mysli. 😉
I jeszcze, zanim znikne w paszczy dnia, amerykanscy buddysci czytaja wiersz Milosza (dla mnie zawsze ciekawe sa takie zderzenia kultur, i mysle, ze w dzisiejszym swiecie i tego mozna by wiecej uczyc, i niektorzy nawet to robia, nie tylko w szkolach prywatnych, choc tam wolno wiecej):
http://www.shambhalasun.com/index.php?option=com_content&task=view&id=3974&Itemid=0
Ten artykul, Moniko, jest DOKLADNIE po mojej mysli.
A co do tych mlodych, co nigdy nie przeczytaja Huckelburry Finna, to mi sie az serce sciska z zalu nad nimi. Ja Hucka Finna znalam na pamiec juz jak mialam 9 last – to byla zaczytana ksiazka, ze sie az rozpadala, az rodzice kupili calego Marka Twaina. Ale choc przeczytalam wtedy wszystko co napisal (choc Podroz po Mississippi, dopiero w ub. roku!) Huckelburry Finn pozostal najukochansza powiescia. . Rozne rzeczy z HF zostaly u nas w jezyku. Np Mordka ilekroc mu troche bardziej zaciesniam obrozke na szyjce, wyzywa mnie od „wdowy Douglas” i „Miss Watson”.
O rany, jaka szkoda, ze dzieciom ucieknie w dziecinstwie Huckelburry Finn!
Heleno, Huck Finn jest świetny, ale literatura też się starzeje. No i w dobie political correctness taka książka jako lektura może być kontrowersyjna.
Mój 12letni kuzyn w Twaina wgryźć się nie umiał, nie podobała mu się zwyczajnie ta książka, a np. Jamesa Herriota połknął bardzo szybko.
Po moich doświadczeniach z listami lektur w szkołach, jestem zwolenniczką ich zmieniania i „unowocześniania”. 🙄
W dobie political correctnes lektura Hucka Finna jest szczegolnie wazna. Caly watek zbieglego niewalnika Jima i poscigu za nim byl dla mnie w dziecinstwie pierwszym kontaktem z problemem niewolnictwa, z nieludzkim okrucienstwem niewolnbictwa na Poludniu, (potem oczywiscie jeszcze Chata Wuja Toma) i z pewnoscia narrator liryczny powiesci, choc jest dzieckiem swej epoki i srodowiska, uzywa jezyka swej epoki, jest calym sercem po stronie zaszczutego i przesladowanego. Mlozi czytelnicy z pewnoscia nie sa kretynami bez czucia, i potrafia bez wiekszego trudu odczytac bardzo wyraziste, przeciwne niewolnictwu przeslani powiesci Twaina. Jesli czytelniczka radziecka mogla je odebrac bez pudla, to i czytelnicy amerykanscy beda to umieli przeczytac.
Nie wierze, ze Huckelburry Finn sie zestarzal lub ze jest on gdzies nawet bliski literacko Herriota, ktrego przeciez bardzo tez lubie i czytam jak jestem chora. Huckelburry Finn to jednak zupelnie inna liga niz mile opowiesci weterynarza z Yorkshire Dales.
Autorka artykulu zwraca tez uwage na moment, z donioslosci i wyjatkowosci ktorego nie zdawalam sobie sprawy: ze mianowicue jest to pierwsza amerykanska powiesc w ktorej bialy bohater przeprasza czarnego niewolnika.
Ja ten moment oczywoscie swietnie pamietam, ale nie wiedzialam rzecz jasna, ze jest to pierwszy raz w literaturze Ameryki.
Poszedłbym jeszcze dalej: a dlaczego nie miałoby być list lektur z kilkoma alternatywnymi pozycjami w danym zakresie? Przeczytaj, dziecię, Twaina, albo Herriota, albo coś tam jeszcze innego, co cię akurat zakręci, byleś w ogóle literatury anglosaskiej liznęło. Oczywiście jakąś absolutną klasykę trzeba by zostawić, jako kanon, ale w reszcie można by robić wariacje.
Wiem, identyczne dla wszystkich pytania testowe trudniej by było układać. 🙄 Ale gdzie mam pytania testowe, to ja wiem, a Wy się pewnie domyślacie. 😉
Gdyby amerykanskie dzecko mialo przeczytac za cala szkole podstawowa i srednia zaledwie 10 powiesci z literatury ojczystej, to Huckelburry Finna z pewnoscia bym pozostawila w tym kanonie.
Heleno, chodzi o to że być może język i realia Hucka Finna mogą być dla 8-latka mało zrozumiałe i mało znośne. Sama tę książkę omawiałam na studiach jako otwarcie literatury amerykańskiej i powiem Ci, czytało mi się średnio, głównie ze względu na niezrozumiały dzisiaj slang. Już kilka razy słyszałam od młodszych czytelników, że Huck im się po prostu nie podoba. O ile osoba 20-letnia jest w stanie przebrnąć przez książkę na siłę, o tyle 8-latek po prostu rzuci książkę w kąt i się zniechęci do dalszych lektur.
Na polskiej liście lektur też jest parę książek, których starsze pokolenia bronią (bo ważne historycznie, bo przedstawiają jakieś realia), a które sporo osób młodszych wywaliłoby na zbity pysk i wrzuciło coś bardziej nowoczesnego. Nie wiem jak wyglądają amerykańskie listy lektur, ale polski uczeń po liceum zna literaturę do Borowskiego. O ile polonista był sprawny, niektórzy zatrzymują się nawet na Sienkiewiczu. I ludzie się dziwią że czytelnictwo nam nie rośnie 🙄
Ale ja to wlasnie w tym wieku czytalam tro po raz pierwszy – zaczawszy od Tomka Sawyera! I przechodzac gladko do Hucka Finna.
Oczywoscie, ze czytalam to w tlumaczeniu wiec ew, slangowe wyrazenia mnie ominely, ale niezrozumialym wyrazeniom latwo jest zaradzic z pomoca przypisow u dolu strony.
Zawsze wierzyłem w partyzantkę. I w jej wyższość nad regularną armią. Więc choć zgadzam się, że wiele szkód w wychowaniu dzieci przyczynić mogą złe szkoły, to jest to małym piwem w porównaniu ze szkodami, które sprawiają chałupniczo i od niechcenia, choć systematycznie i masowo, masowo, masowo, kretyńscy rodzice…
Mam nadzieję, że nabełtałem dość na cały dzień, bo muszę teraz iść pieścić inne koty.
Ja nie mam nic przciwko wyrzucaniu ramotow, ktorymi zylo cztery pokolenia do tylu – Orzeszkowa, Zeromski, Dabrowska – to moi kandydaci do wywalenia z listy lektur .
Ale Mark Twain jest naprawde znakomitym pisarzem – w odroznieniu do Dabrowskiej, Zeromskiego i Orzeszkowej. Wyrzucic z amerkanskiego kanonu Twaina, to jak wyrzucic z polskiego kanonu Kochanowskiego. Nie da sie.
Zgadam sie andsolu. They fuck you up your mum and dad… jak mowi poeta. Ale rodzicow trudniej jest zreformowac niz system oswiatowy.
„Szkoła równych szans” – to jest utopia, choćby z założenia, bo każde dziecko ma inny potencjał, a więc inną szansę.
Ba, nawet w jednej i tej samej szkole szanse są różne w zależności od loterii do jakiej klasy dziecko trafi, do jakiego nauczyciela.
Wyrównywanie szans – to moim zdaniem w obecnych realiach urawniłowka w dół, słabsi ściągają lepszych w dół w imię tego, że mają mieć równe szanse.
Wyrównywanie równego dostępu do edukacji, to ma jakiś sens, ale tu na przeszkodzie stoją choćby budżety samorządów lokalnych i zasoby kadry uczącej. A także uwarunkowania środowiskowe. Jak się ogląda średnie wyników egzaminów, to wyraźnie widać rozwarstwienie na duże mniejsze i małe miejscowości. W dużych średnia jest najwyższa.
Ad mt7 23 październik 12, 15:05
Podsumowaniem jest jak zawsze stary dowcip:
„Rozmawiają dwie, jedna głupia, a druga też nauczycielka”
„Noce i dnie” wyrzucić?
W całości?
Sprzeciw!
To co proponujesz, Klakierze, robic z dziecmi niepelnbosprawnymi, zle znajacymi jezyk polski, cierpoiacymi na ADHD lub dysleksje. dziecmi w rozbitych i patologicznych domow, dzieci z problemami emocjonalnymi? Trzymac ich w domu czy tez moze zebrac do kupy i zamknac w szkole spejalnej, po korej pojda na zasilek dla bezrobotnych albo wyladuja w wiezieniu?
W calosci! Zastapic Nalkowska! I tez w nie za duzej dawce.
Wiedziałem, że ten problem stanie na „wokandzie”.
To bardzo trudny problem, a to z tego powodu, że liczba tych dzieci wzrasta, natomiast szkoły w większości nie są przygotowane do udźwignięcia tego problemu. Przede wszystkim nie ma wykształconej kadry do pracy z tymi dziećmi. Po drugie przepisy szkolne i cięcia budżetowe nie pozwalają na utworzenie mało licznych klas. I coraz mniej jest małych szkół (takich z jedną klasą na poziomie), a głównie funkcjonują szkolne molochy.
Widziałem taką wiadomość w necie o utworzeniu małej klasy dla dzieci autystycznych gdzieś na Śląsku – dwie nauczycielki na chyba 10 dzieci. Ale przerażający był widok, jak na przerwie te dzieci siedziały na korytarzu i zatykały sobie uszy, bo nie były w stanie znieść hałasu.
Szkoły specjalne – ta nazwa źle się kojarzy. Szkoły specjalistyczne – tak. Ale łatwo powiedzieć.
Co do dyslekcji, to się prowadzi teraz już chyba dość sprawne reedukacje w większości szkół.
Inne problemy są raczej bardzo trudne do rozwiązania, przeważnie kładą się cieniem na klasę i większość dzieci traci na takim rozwiązaniu.
Heleno, w szkołach integracyjnych u nas są dodatkowi nauczyciele, którzy pomagają uczniom z niepełnosprawnością. Natomiast dzieci z problemami emocjonalnymi często się oddziela i osadza w jednej klasie – stąd „klasy latających krzeseł”. Pamiętam jak w podstawówce miałam w klasie paru takich chuliganów (co prawda nieporównywalnych z tymi o których słyszy się dzisiaj) i szkoła, choć się jakoś tam starała, niewiele wskórała, bo ich problemy tkwiły w rodzinie, a tej się nie zmieni. Nie wiem w sumie co się z nimi stało, nic o nich nie słyszałam od czasów gimnazjum. Pewnie są jakimiś dresiarzami, aż przykro mi to mówić. Zresztą z tej mojej klasy dziewczyny głównie zostały położnymi, a chłopaki poznikali. Kilka osób, z lepiej sytuowanych i wykształconych rodzin opuścili moje rodzinne miasteczko i studiują. Czyli w sumie szkoła poległa, bo żeby mnie, B., K. czy M. sprowadzić na manowce, trzeba by nie lada starań.
Natomiast dalszą edukację już odbywałam w szkołach bardziej elitarnych, więc moi koledzy ze szkolnej ławy nie są reprezentatywni.
Twain pisarzem jest niezłym, jego „doroślejsze” książki bardzo lubię. Huck Finn ma swoje zasługi dla amerykańskiej literatury. Ale dzieci mają taką cechę charakteru, że zasługi mają często w nosie. 😉
No chyba wlasnie po to by unikac latajacych krzsel powstaja takie szkoly jak ta zlinkowana przez Klakiera, gdzie obok przedmiotow akademickich prowadzone sa zajecia i warsztaty pomagajace w pokonywaniu rozlicznyc zaburzen osobowosci, psychiki.
Przyjrzalam sie jakie maja zajecia w tej „szkole rownych szans” i bardzo mi sie to podoba – cale to nauczanie funkcjonowania w grupie, radzenia sobie z agresywnymi uczuciami, rozbudzanie wiary w siebie i inne sposoby socjalizowania dzieci, ktore nie mialy szczescia w zyciu.
Wesole i pouczajace:
http://wyborcza.pl/1,75248,12726742,Posel_do_poslanki___Jestes_inkubatorem____Znow_poklocili.html
Przenoszenie swoich własnych doświadczeń czytelniczych na innych jest dość ryzykowne. Pomijając już to, że dzieci w tym samym wieku mogą się znacznie różnić poziomem (dorośli zresztą też), to po prostu nie każdego to samo zachwyca i nie każdy to samo uznaje za równie ważne. Choćby wspomniana przed chwilą Dąbrowska jest bardzo dobrym przykładem – nietrudno znaleźć jej gorących przeciwników i równie gorących obrońców.
Sam mam kilka ukochanych lektur, na które inni zwykle reagują zbrzydzonym buueee i już mi się nawet hadko przyznawać, że ja coś takiego lubiłem i nadal lubię. 😉 Dlatego odpowiada mi pomysł lektur alternatywnych, za wyjątkiem takich oczywistości jak np. w literaturze polskiej Kochanowski czy Mickiewicz. Bo przecież najważniejsze jest w tym wszystkim, żeby do czytania zachęcić, a nie żeby obrzydzić je na wieki wieków ament. I jeśli ceną za zachęcenie ma być nieprzeczytanie Twaina, ale przynajmniej sięgnięcie po Herriota lub Tolkiena, to ja się z góry, choć nie zawsze bez bólu, zgadzam. 😉
Nawiasem mówiąc, sam przez Tolkiena nie byłem w stanie przebrnąć. 😳 No, co poradzę, że ten typ literatury w ogóle do mnie nie przemawia? 🙁
„Jesteś inkubatorem!” to chociaż szczerze i bez owijania w fałszywe piórka. Tzw. pokazanie prawdziwej twarzy. 🙄
Inkubatory glosu nie maja.
Jeszcze mi sie podobalo „prawo nadprzyrodzone” poslanki Szcypinskiej. Nastepnym razem niechaj kandyduje do nadprzyrodzonego organu ustawodawczego i tam niech jej placa diety, a nie podatnik ma ja utrzymywac z wlasnej kieszeni.
Myślę, Bobiku, że staniesz się częścią ważnego ruchu międzynarodowego: emir kataru wzywa do unii w gazie.
Byle tylko chodziło o gaz, a nie o taką gazę. 🙄
O dzieciach szczególnej troski. Policzmy, potem zastanówmy się nad liczbami.
Dzieci w wieku 5-18 lat zapewne jest koło 16% populacji Polski, czyli koło 6 milionów. Występowanie syndromu Downa pojawia się w przybliżeniu raz na 600 porodów, czyli jest w Kraju ponad 10 tys. dzieci z tą chorobą. Doliczmy przynajmniej dodatkowe 5 tys. cierpiących na inne schorzenia fizyczne i psychiczne, często tworzące z chorego zagrożenie społeczne – jakaś forma psychopaty. Do tych 15 tys. lepiej jest od razu doliczyć z 5 tys. dzieci, które może w ludzkich warunkach wrócą do normalnego społecznego życia, ale należałoby je jak najszybciej oddalić od rodzin w stanie społecznego rozkładu (choć tu trzeba jechać bardzo, bardzo uważnie. Znałem przypadek prostytutki zapewniającej córce jak najlepsze wykształcenie i konsultacje psychologiczne, by radziła sobie ze świadomością skąd pochodzą pieniądze mamy).
Jako model „radzenia sobie” z takimi dziećmi wezmę otoczenie, w którym spędziłem kiedyś parę tygodni i poznałem trochę jego strukturę wychowawczą i finansową. Brytyjska Rudolf Steiner Community, dbająca o kilkudziesięciu nastolatków i dzieci, mających dwie cechy, które kierowały tam: niedorozwój umysłowy i historia wdania się w przestępstwa (były tam i przypadki zabójstw).
Dzieci żyły w pozornie pełnej wolności, miały zajęcia w warsztatach pełnych normalnych narzędzi (piły, młotki), wykonywały przeróżne projekty, psuły nieco tak materiały jak i narzędzia. W praktyce na każde dziecko przypadało na dobę ponad dwóch wychowawców – relacja jeden na dziecko w trudnych przypadkach bez przerwy, druga zmiana po 8 godzinach, nocą każdy wychowawca dbał o małą grupkę dzieci. Dodawszy do tego fakt, że tydzień pracy jest krótszy niż tydzień realny, znaczy to, że na setkę dzieci trzeba było 300 pracowników – pedagogów.
Woluntariat spełniał tam znaczną rolę (w tym charakterze znalazłem się tam z towarzyszami), ale w pracach administracyjnych i w rozbudowie ośrodka.
Jak by to mogło wyglądać w Kraju w przypadku owych 20 tys. dzieci wymagających opieki? Na ogół nie byłyby to dzieci wymagające aż tak starannego nadzoru „1 dziecko – 1 wychowawca”, więc mogło by to działać z siłą fachową rzędu 40 tys. pedagogów.
Dużo? Tak. Kosztowne? Oczywiście. Czy stać Polskę na to?
To pytanie oczywiście padnie pierwsze i należy je postawić na nogach, bo teraz stoi na głowie. Rzecz w tym czy Polskę stać na zaniedbanie tej rzeszy młodych i dopuszczenie, by rozwinęli się w ludzkie warzywa, w młodych przestępców, w zagrożenie społeczności, w których by istnieli.
W najgorszym wariancie, bez woluntariatu, bez pomocy Kościołów i pozarządowych organizacji, to by kosztowało (załóżmy pensje rzędu 5 tys. miesięcznie plus dodatki, które państwo daje i samo dla siebie odbiera, czyli 80 tys. rocznie per capita) ponad trzy miliardy rocznie. Na 15 milionów pracujących Polaków narzuca to koszt 200 zł rocznie. Plus baza materialna przedsięwzięcia, drugie tyle. Koło 35 zł miesięcznie na każdego pracującego.
Gdy mowa o rozkładzie kosztów społecznych związanych z dziećmi, niesłychanie często pada argument „a co ja mam z tym jeśli nie mam i nie zamierzam mieć dzieci?” To jest kompletne nieporozumienie. Problematyczne czy chore dzieci to jest przypadłość społeczna i osoba wygłaszająca takie kwestie jest jedną z olbrzymiej wielkości, która żyjąc uniknęła problemów. Ale sam fakt jej pojawienia się i rozwijania się w tym społeczeństwie uczynił ją udziałowcem tego przedsięwzięcia. Niezależnie od tego czy się rozmnoży czy nie.
Dużo większe sumy państwo zużywa na inicjatywy pozornie sensowne ekonomicznie, które albo się zwracają albo nie. A tu jest gwarancja zysku, bo nie tylko życie tej części nas, która przy narodzeniu została upośledzona, staje się pożyteczne dla wszystkich ( w Brazylii jest mnóstwo przedsiębiorstw zatrudniających różnego typu niepełnosprawnych, wielu nosicieli syndromu Downa pracuje po parę godzin w supermarketach przy prostych działaniach porządkowych i wyraźnie wykazują dozę entuzjazmu) ale i znacznie obniża się ryzyko zjawisk kryminalnych.
Trzeba bardzo głupiego kraju, by nie dbać o swoich potrzebujących pomocy.
Dzieki andsolu zes mnie podtrzymal. O tym wlasnie mowilam o 18:45. To jest takze w naszym wlasnym dobrze pojetym interesie aby starac sie tworzyc wszystkim potrzebujacym dzieciom i mlodziezy rowne szanse zyciowego startu.
To teraz poslowie zwracaja sie do siebie w komisjach per ty („inkubatorze”)? Czy tylko tak mowia do kobiet?
Heleno, tak sie domyslalam, ze bedzie to po Twojej mysli. Ja tez bez Hucka Finna nie wyobrazam sobie porzadnego doswiadczenia szkolnego, zwlaszcza dla dzieci amerykanskich (kazdy kraj ma swoj kanon, wiec gdzie indziej moze byc inaczej). Twain jest centralnym elementem rozumienia amerykanskeij ukladanki historyczno-kulturowej, i opuszczac go nie nalezy. Niekoniecznie musi byc dla osmiolatkow, ze wzgledu na trudniejszy jezyk, ale w ogole powinien byc. No i Twain, moim zdaniem byl rownie „niezly”, jak „niezly” byl np. Czechow – czyli jednak o wiele powyzej przecietnej niezlosci (choc nie wszystkich rownie bawi i jednego i drugiego poczucie humoru, za ktorym kryja sie jednakoz bardzo powazne przemyslenia).
A zadaniem dobrego nauczyciela jezyka i literatury ojczystej jest zachecenie do czytania takze tego, co w pierwszym momencie sprawia trudnosc (choc obecnie z czytaniem nawet nietrudnych tekstow bywa nienajlepiej, ale nie mozna sie od razu poddawac, bo w koncu wszystkich ciekawszych pisarzy skreslimy). Tylko to wymaga wielu rzeczy: utalentowanego, dobrze wyksztalconego, i niezle oplacanego nauczyciela z zamilowaniem dla przedmiotu (wraz z obnizaniem sie statusu zawodu przyciaga sie do niego nie tych najzdolniejszych), nieobciazonego za mocno biurokracja szkolna, ani – czasem samemu sobie nieuswiadomiona – wlasna niechecia do uczniow; mniejszych klas; uczenia nie tylko pod testy (bo na podstawie ich wynikow ocenia sie prace nauczycielska, no i coraz wiecej standardowych testow mialo zapewniac przyszlych pracodawcow co do jakosci i uniformizacji wyksztalcenia przyszlych prawcownikow), szkol na ludzka miare, a nie molochow, etc. Kazdy z tych watkow mozna dalej rozwijac…
A Common Core Curriculum, o ktorym pisze autorka artykulu to wlasnie objaw standardyzacji w szkolnictwie. Zas na tekstach pisanych do podrecznikow dla dzieci, odpowiednio juz przezutych, zeby nie sprawialy wiekszej trudnosci, zarabiaja najbardziej firmy wydajace podreczniki szkolne. Wydaje mi sie, ze autorce tekstu chodzilo przede wszystkim o to, zeby uczyc dzieci poprzez kontakt z prawdziwa literatura, starsza i wspolczesna, a nie przez teksty odpowiednio spreparowane na potrzeby ujednoliconego programu. Huck Finn byl tylko przykladem. Mam nadzieje, ze moj stan jednak za ujednolicony program uprzejmie podziekuje (juz pare razy sie wylamywal w roznych sprawach).
Dla mnie to Nałkowska jest grafomańska nieco (wyłaczając Medaliony), no i Żeromski – Dąbrowską ostatecznie dam Ci na pożarcie, Heleno, ale pani Orzeszko będę broniła własnom piersiom wyniosłom, zwłaszcza Nad Niemnem, którą to powieśc udało mi się przeczytać w miarę dorosłą będąc. Pani O. jest znakomita.
Tak czy siak – pogodzimy się przy Hucku Finnie. I Tomku Sawyerze. Pamiętasz, Heleno, pamiętacie Wszyscy jak ciocia Polcia dawała Tomkowi lekarstwo? Nazywało się „morderca cierpień”, a Tomek nakarmił nim kota. Doznałam niemal mistycznego uczucia, kiedy trąbiłam na Wyspach Dziewiczych (Brytyjskich) ich narodowy koktajl: PAINKILLER…
Takie chwile są bezcenne.
Skład karaibskiego Painkillera (zapewne mocno się rózniący od lekarstwa cioci Polci):
– 1 lub 2 miarki rumu Pussera
– 1 miarka mleka kokosowego
– 1 miarka soku z ananasa
– 1 miarka soku pomarańczowego
– mnóstwo lodu
– gałka muszkatołowa
– Karaiby jako takie niezbędne – w Europie, z oryginalnych składników – nie smakuje.
Najlepiej jeśli robi go taki np. Mike…
https://picasaweb.google.com/108203851877165737961/Painkiller
… na wyspie Jost Van Dyke, w barze Mokry Dolar.
Smacznego.
Piłam. Dużo.
Miałam byc na Ukrainie. Nie jestem. To chociaż ukraińskie piwo…. Trzymam kciuki za wybory Ukraińców.
http://www.fotobrowarnia.yoyo.pl/data/media/1/lvivskie1715.jpg
http://piweczko.net/zdjecia/obolonsoborne.png
Dobranoc Wszystkim.
Doczytalam, andsolu. Pelna zgoda. (Wersja, ze „nie moje dzieci, wiec sie nie musze przejmowac” dotyczy tez np. lokalnych podatkow szkolnych – i choc mowa o dzieciach zdrowych, tez mozna na nia podobnie odpowiedziec. Ciekawe, ze tyle osob to irytuje, podobnie jak np. budowanie ramp dla niepelnosprawnych fizycznie czlonkow spolecznosci. Choc po jakims czasie, gdy sie widzi pozytywne skutki, wielu zmienia zdanie. Ale niestety nie wszyscy.)
Lekarstwo podawane najpierw szparze w podlodze i raz kotu, oczywoscie dobrze pamietam, Nisiu, choc nie jestem przekonana czy „uniwersalny mprderca bolow” zostal dobrze na polski przelozony. Podejrzewam, ze w oryginale byl zwyczajny uniwersalny painkiller – usmierzacz bolu, a to dlatego ze w mojej wersji rosyjskiej przelozone to bylo jako uwersalny „boleutolitiel” -zadnej poezji!
Mnie sie okropnie podobalo w dziecinstwie , ze Autor pisze o ciotce Polly bez rewerencji i ze Sid, donosiciel i skarzypyta jest antypatycznym bohaterem, choc dobrze sie uczy.
Moniko, 🙂 za „doczytałam”. Niestety nie widzę rady, niektóre tematy nie mieszczą się w dwóch zdaniach. Ach, jak ja lubię skracać teksty. Nie tylko cudze.
A tu mam dobry przykład takiego, że niestety trzeba odcierpieć i odczytać, choć długie (zdaje się, że młodzież pisze: tl;dr – „too long; didn’t read”). Chodzi o to, żeby nie wierzyć w straszenie grecką katastrofą. W istocie, Argentyna wzruszyła ramionami na banki, Islandia też – i końca świata nie było.
Andsolu, nie, nie, to nie tak z tym „doczytalam”. 🙂 Bardzo czesto, gdy sama wpisuje komentarz, pojawia sie w miedzyczasie komentarz nad moim, i ten gorny komentarz czasem mi umyka, dopoki go nie dojrze i nie doczytam wlasnie (z tego powodu blogowe rozmowy czasem wydaja mi sie zabawna powtorka z filmow braci Marx). 😉
A dluzsze artykuly chetnie czytuje, bo czesto inaczej po prostu nie mozna o bardziej skomplikowanych sprawach.
Zas w straszenie grecka katastrofa tez nie bardzo wierze, nawet jeszcze przed przeczytaniem artykulu.
Heleno, pamiętam, że w przekładzie (a podejrzewam że jako równolatki czytałyśmy ten sam) lekarstwo nosiło nazwę „mordercy cierpień”. Z niczym szczególnym mi się to wówczas nie kojarzyło, ot, nazwa. Dopiero na Karaibach, kiedy dostałam szklaneczkę tego ich narodowego drinka, to – jak mawia młode pokolenie – kulki mi się zderzyły, a drink smakował jeszcze lepiej.
Po drugim, rzeczywiście, nic już człowieka nie boli. Oraz jest milusio.
Czego Wam Wszystkim życzę.
Dobranoc.
Gapa, dopiero doczytałam, że miałaś przekład rosyjski. Mój był znakomity, chyba Kazimierza Piotrowskiego.
A tu moj idol, znowu (znow)
http://www.youtube.com/watch?v=ZCbPkr9AEG4
Zawsze lepiej sie zasypia po dawce Toma W. …
Piekne jesienne dnie; mgla, slonce, liscie, cieplo…
No, stare ale jare…
http://www.youtube.com/watch?v=o72GDj7svq4&feature=related
No, moze jare i nikogo juz nie interesuje, ale ja wciaz dorastam z Tomem, ktorego koncert w Toronto, 10 lat juz temu, byl najlepszym jaki w zyciu widzialam:
http://www.youtube.com/watch?v=o72GDj7svq4&feature=related
jesiennie cieplo przy mimo to herbacie
brykam
🙂 🙂 🙂
natura rysia 😀
szelescic
herbacic
brykac fikac
brykam fikam
bardzo lubilem przygody Tomka i Hucka, lubilem tez Timura, ale to bylo 50!!! lat temu 🙂 🙂
bywa
pstryk
andsol w nocy (subiektywnie w nocy 🙂 ) Dużo? Tak. Kosztowne? Oczywiście. Czy stać Polskę na to?
Polske stac, ale czy my obywatele mamy dosyc empatii i potrzeby do dbania o „innych” – watpie 🙁
(te lewackie pomysly rozdawania ukradzionych /podatki/
pieniedzy 8) )
bryku 🙂 🙂
fiku 🙂 🙂 🙂
SRODA 😀
Tereny S-Bahn pozycje
pstryk
„bardzo lubilem przygody Tomka i Hucka, lubilem tez Timura”
hehehe – pokolenie rozpięte pomiędzy Wschodem, a Zachodem.
A Winnetou Wy czitali?
Fajnie pisać o nauczaniu tym, którzy nie robią tego na codzień, zawodowo 😉
Timura czytałam, kochałam i dzięki niemu głosiłam wyższość i chwałę ustroju komunistycznego tak żarliwie, że rodzice nałożyli mi szlaban na książki „radzieckie”.
Profesję wybrałam zarówno pod wpływem „Buszującego w zbożu”, jak i „Poematu pedagogicznego”.
Miłego dnia, mimo wszystko 🙂
Dzień dobry 🙂
Doczytywania dziś miałem sporo, bo wczoraj zdarzyło mi się niepostrzeżenie ześliznąć w sen o jakiejś dziwacznej, dziecięcej porze. I – o dziwo – nawet sobie to chwalę, choć nie sądzę, żebym miał ten numer powtarzać regularnie. 😉
Czuję potrzebę podoszczekiwania tu i ówdzie, ale tym celu muszę się najpierw dobudzić i zacząć myśleć (ciężkie zadanie!). Nie pamięta ktoś, gdzie stoi dyżurne wiadro z poranną kawą?
Dzień dobry.
U mnie stoi. Zawsze. 🙂
Do kawy, na dobry początek udanego dnia 😆
http://www.youtube.com/watch?v=HfhjpcwkAOM
Heleno,
napisałaś kilka dni temu, na marginesie „Czarnego wesela” w skansenie w Klukach, że wydobywanie torfu jest w Unii zabronione.
Szukałam na ten temat informacji, ale nie zanalazłam.
Tutaj:
http://www.owadozery.pl/torfowce-i-torfowiska-sfagnowe-w-polsce-stan-i-zagrozenie-ar40.html
piszą jedynie, że:
Obecnie większość torfowisk sfagnowych znajduje się pod ochroną ze względu na swoją unikalną florę, mimo to nadal są jednymi z najbardziej zagrożonych ekosystemów w kraju.
Czy możesz podać dokładniejsze dane? Bardzo mnie to poruszyło. Edukacja tak, ale nie kosztem dewastacji środowiska naturalnego.
Tyczasem to, Jagodo. Konwencja z Ramsar o ochronie torfowisk , ratyfikowana takze przez POlske:
http://en.wikipedia.org/wiki/Ramsar_Convention
Jest jeszcze jeden aspekt, o ktorym nalezy wspominac przy takich edukacyjnych pokazach jak ten w skansenie w Klukach. Torf jako zrodlo energii jest bodaj „najbrudniejsze”, najbardziej szkodliwe dla ludzkiego organizmu i innych zywych istot, z powodu poteznej emisji dwutlenku wegla oraz innych szkodliwych spalin. To pamietam z jakiegos programu radiowego sprzed lat.
Tak czy inaczej wychodzi na jedno: torfowiska nalezy zostawoic w spokoju.
Sorry, musze leciec i oogarnac troche chate gdyby Pani Kierowniczka sie tu pojawila po poludniu!
Wiadro z kawą dzięki wskazówce Mar-Jo odnalazłem, mogę doszczekiwać. 😉 Zaznaczając, że w przypadku edukacji robię to z pozycji niejako rozkraczonej – od wewnątrz i od zewnątrz zarazem. Od wewnątrz, bo – jak już pisałem – pochodzę z rodziny znauczycielszczonej do cna i problemami szkolnictwa żyłem od najmłodszego szczenięctwa, a teraz sam robię różne projekty w szkołach, pracuję z młodzieżą i dalej się w tym kręgu tematycznym obracam. Od zewnątrz zaś, bo jednak nie jestem „regularnym” nauczycielem, nie zależę od władz oświatowych, mam również inne miejsca pracy, itd.
Wczorajsze wyliczenia andsola bardzo rozszerzyły tematykę wyrównywania szans i na mój rozum trzeba tu sprawy trochę uporządkować. Praca z dziećmi niepełnosprawnymi umysłowo i zaniedbanymi wychowawczo, ale z IQ w normie, to są jednak dwa różne kalosze. Inne są potrzeby, inne środki zaradcze, inni fachowcy, etc.
Dzieciom o sporym stopniu niepełnosprawności umysłowej potrzebna jest pomoc bardzo specjalistyczna (zgodnie z propozycją Klakiera nie mówiłbym o szkolnictwie specjalnym, bo to się zrobił deprecjonujący stempel), której „zwyczajny” nauczyciel dostarczyć nie jest w stanie, bo się tego po prostu nie uczył i fachowcem od tego nie jest. Ponadto trzeba mieć świadomość, że dla większości z tych dzieci program szkolny nawet na poziomie podstawowym będzie przeszkodą nie do przeskoczenia. Tu trzeba osobnych, dostosowanych do potrzeb i możliwości metod kształcenia, nakierowanych w dużej mierze na umiejętność późiejszego samodzielnego radzenia sobie w życiu. Nad tym, że znalezienie środków na taką fachową pomoc jest psim obowiązkiem społeczeństwa, nawet się nie będę rozwodził, bo wydaje mi się to oczywiste.
Pomoc dzieciom zaniedbanym wychowaczo jest o tyle inną sprawą, że musi odbywać się w ramach codziennej pracy szkoły, przy znanych problemach z dużymi klasami, z dyscypliną, z naciskiem na realizowanie programu i równocześnie na „wyniki nauczania”, czyli w praktyce nieraz na przepuszczanie wszystkich jak leci, z roszczeniowymi, a nieskorymi do współpracy rodzicami, z nieżyciowymi przepisami, itede, itepe. W rozwiązanie chociaż niektórych z tych problemów też trzeba by trochę zainwestować – zarówno pieniędzy, jak i pomyślunku.
Ale nawet przy inwestycjach i najlepszej woli, w pewnym momencie do gry wchodzą twarde realia. Nie czarujmy się – nie wszystkim zaniedbanym wychowawczo uczniom da się skutecznie pomóc i nie wszyscy pozwolą sobie pomóc. Zdarzają się jednostki tak oporne, że nie trafi się do nich żadnym sposobem i nie jest to winą ani szkoły, ani nauczyciela. Po prostu w pedagogikę wpisana jest również możliwość porażki.
A w przypadku pedagogicznej porażki pojawia się dość istotne pytanie – co robić, kiedy taka oporna jednostka, na którą już żywcem nie ma się żadnego sposobu, zaburza funkcjonowanie całej klasy i usiłuje ścągać innych do swojego poziomu? Odpuścić jednostkę w imię dobra grupy, czy upierać się przy mission impossible, patrząc, jak grupa na tym cierpi? Niestety, z góry przyznaję, że nie mam na to żadnej dobrej odpowiedzi.
Wlasciwie to dobrze, ze o nauczaniu pisza nie tylko rutyniarze, zajmujacy sie nim na codzien, Jagodo. A kto ma doswiadczenie zawodowe w tej dziedzinie, to tez nie zawsze blogowo wiadomo, bo sa przeciez rozne podejscia do podawania szczegolow wlasnych zyciorysow. 😉
Ach, sroda (wczesnie rozpoczeta)… 😉
No, rzeczywiście, na drugiej półkuli to jeszcze jakiś środek nocy musi być. 😯
Heleno, czy w związku z ewentualną wizytą PK nie są Ci aby potrzebne jakieś TROMBY?
Mam bogaty wybór, w razie czego wal do mnie jak w dym. 😆
Usilowalam sobie przypomniec gdzie w Timurze i jego druzynie gloszona jest wyzszosc ustroju komunistycznego, ale za boga nie moglam. Pamietam natomaist, ze druzyna Tumura potajemnie pomagala potrzebujacym rodzinom, robila dobre uczynki sasiadom i ochraniala ich przed banda chuliganow. Lepej pamietam zreszta inne powiesci tego cudownego pisarza – Blekitna fliizanke, Los dobosza no i te o zagubiony liscie, tytulu juz nie pamietam.
Kochalam cieple i bardzo „ludzkie” , pelne delikatnego humoru powiesci Gajdara, ktory bardzo serio, z szacunkiem i bez wyzszosci traktowal swych mlodych czytelnikow, czytalam jego listy do zony i dzieci z frontu, na ktorym za wczesnie polegl.
Ale tez mi w domu nie zabraniano niczego czytac, choc byly ksiazki, ktore czytalam raczej potajemnie przed rodzocami (glownie Boccacia) . Gajdara bylo chyba z szesc tomow, wszystko co zdazyl napisac, w tym listy frontowe, pelne strasznej tesknoty i milosci do zony i dzieci.
A teraz kuchnia!
Dziękuję, Heleno 🙂
Gdzież bym śmiała odmawiać komukolwiek prawa do wypowiadania się na temat edukacji. Wszystkich nas ta kwestia dotyczy. Ponadto zgadzam się z powiedzeniem: „wojna to zbyt poważna sprawa, żeby zostawiać ją w rękach wojskowych”. Nie inaczej z edukacją 😉
A pisać o nauczaniu tym, którzy się nim nie trudnią, jest fajniej, bo nikt im nie powie: sprawdzam 👿
Heleno,
autor nie ponosi odpowiedzialności za to jakie myśli wylęgną się w głowie czytelnika. W mojej smarkatej głowie wylęgły się właśnie takie. Na zasadzie: świat wokól mnie nie jest tak piękny, jak w książce. Akcja książki toczy się w Sowietach, ergo….
Wszyscy dookoła niezbyt przychylnie wyrażali się o Wielkim Bracie. Ja wzięłam sobie za punkt honoru bronić kraju, w którym mieszka wspaniały Timur. Stawiało to momentami moich rodziców w niezbyt zręcznych sytuacjach.
Uznali, że dla równowagi powinnam na jakiś czas poczytać cos innego. Mimo to miłość do Timura przetrwała.
….przez jakis czas….
Wracając jeszcze do lektur – ja Tomka Sawyera i Huckleberry Finna też wspominam nader czule, nawet bez karaibskich wzmocnień 😉 , chyba wyczuwam też pozycję Twaina w literaturze anglosaskiej, ale i tak mi się wydaje, że polskie dzieci bez znajomości TS i HF nie skonają w straszliwych bólach, na które nie poradzi nawet morderca cierpień. 😉 Może faktycznie lepiej zaserwować później jakiegoś innego Twaina, który się lepiej „przyjmie”, a ośmiolatkowi dać alternatywę.
To samo zrobiłbym z panią Orzeszko, której nie cierpiałem wręcz żywiołowo, z panią Dąbrowską, którą w „Nocach i dniach” zniosłem całkiem nieźle, a np. w „Na wsi wesele” bardzo niechętnie, czy z panią Nałkowską, do której w różnych okresach i utworach miałem różne uczucia. Może nie musi się czytać ich wszystkich pod rząd? Niech uczeń wybierze, czy woli Orzeszkową, czy Prusa (stawiam grysik przeciwko pasztetówce, że 99% wybierze Prusa). Nałkowską, czy Kuncewiczową (za wyjątiem „Medalionów”, bo to inna półka). Wszystkiego w kanon i tak się nie upchnie, bo on z natury rzeczy będzie się wciąż rozszerzał.
Tylko z Gombra niech się nikt nie odważy rezygnować, bo będę gryzł! 😎
Swiat opisywany przez Arkadego Gajdara nie jest bynajmniej piekny. Jest pelen znojow, zmagania sie z bieda, rozdzierajacych serce rozstan, nieobecnosci i tesknotry. Mali bohaterowie Gajdara wyrastaja najczesciej bez ojca, ktory przebywa gdzies „na Polnocy”, nie wiadomi co robiac na tej Polnocy . Ale jest to swiat w ktorym sa dobrzy ludzie, i male radosci i zachwyty letnia laka i zachodem slonca i nadzieje. No i zony wybaczajace bez slowa wyrzutu stluczenie ukochanej filizanki.
Gajdar autentycznie kochal ludzi i sam byl dobrym czlwoiekiem – takie odnosilam zawsze wrazenie. Dlatego byl tak czytany.
Innego Twaina niz Tomka i Hucka to nie az tak warto serwowac, bo jednak to sa jego najlepsze powiesci.
I pamietaj, ze mowilismy o kanonie amerykanskim, a nie polskim.
Komentarz dyżurnego cynika jaki będzie? Ano, lepiej nie wiedzieć, czym się zajmował Gajdar zanim udał się na Parnas. W każdym razie nie robił tego w okolicy, w której umieścił Timura. Inaczej by wyglądała. 😎
Przydaloby sie troche polityki historycznej w MSZecie. Skrajne matolstwo pacownikow tego resortu jest kryminalem!
http://wyborcza.pl/1,75478,12730565,MSZ_znow_ujawnil_dane_o_bialoruskich_opozycjonistach.html
Jesli po poprzednich wpadkach resortu owocujacych wyrokami wieziennymi dla Bialorusinow, wciaz zdarzaja sie takie incydenty, to w moim przekonaniu powinna poleciec glowa ministra, ktory swoim wspolpracownikom nie zdolal zorganizowac minimalnego szkolenia wyjasniajacego czym jest ustroj komunistyczny i jak wykorzystuje takie dane do walki z opozycja..
Nie posiadam sie ze zdumienia, ze mozna tak prowadzic ministerstwo i jednoczsnie miec pretensje do innych, ze wyciekly zdjecia z katastrofy smolenskiej.
Niech naczelny cynik poczyta o jego zyciu nieco wiecej niz haselko w wiki.
Moze sie dowie, ze on sie sam z siebie nie zajmowal.
No nie, tylko wykonywał rozkazy. Dobry człowiek, ale pracę dostał u Tuchaczewskiego i co było robić. 🙄
O samym Gajdarze dosyć okrutnie tu piszą:
http://ru.wikipedia.org/wiki/Гайдар,_Аркадий_Петрович
Nie widziałam, że już był temat omawiany.
Zajrzałam do rosyjskiej wiki.
Książki zamówione wczoraj w wyd. ZNAK już są u mnie! 🙂
Bobiku,
Gombra to czytają smakosze, szeroka publika się nie wali drzwiami i oknami.
Ja czytałam wszystkie lektury jak leci, bo czytać mi się chciało od zawsze, w moim średniowieczu nie było komputerów, a telewizor dla smarkatych włączony tylko na program dla dzieci, potem Adam Słodowy („Zrób to sam”, dobranocka – i wynocha z pokoju telewizyjnego!
Na szczęście w rozsuwanych drzwiach była szczelina, przez którą udawało nam się podpatrywać dreszczowce Alfreda Hitchcocka 😎
Bo to było od 16 lat i nam nie było wolno oglądać straszności 🙁
Telewizyny Teatr Kobra wspominam jako świetne przedstawienia. Po jakimś czasie miałam juz te 16 lat i mogłam oglądać 😎
Wiem, że szeroka publika na różne rzeczy jest niełasa. Ale do Gombra to bym nawet przymuszał, np. gwałcąc przez uszy. 😎
Patrzaj, Bobik, a ja wolę Witkacego…
Utracjuszka
Mówiło do mnie dziewczątko smarkate
– Jedno cenię w dziewictwie. – Co? – Jej utratę!
Pominąwszy niewysoki tu lot Sztaudyngera, czemu on ukobiecił dziewictwo?
A co do Twaina – bardzo sobie cenię jego Autobiografię. Oraz Quo Vadis. Nawet jeśli to nie jego.
Kierownictwo na swoim blogu napisało tajemniczo, że leci do do Londka, a jak wróci to opowie po co.
My tam wiemy, żeby Mordkę uściskać. 😀
E…tak się nie da, Bobiku. Jak sie kogosik przymusza, to reakcja jest odwrotna. Ja przeczytałam, ale Gombro mnie nie porwał, podobnie jak mnie nie porwał Ulisses Joyce’a, i niech mi nikt nie mówi, ze to mistrzostwo świata i te rzeczy.
Podobnie, jak nie porywa mnie obecna gwiazda polskiej beletrystyki, Masłowska. Kupiłam pierwszą książkę, doszłam do którejś strony, STOP, nie da się, kupiłam drugą, po iluś tam stronach puściłam pawia na królową…
Dla mnie książka to jest po prostu dobrze opowiedziana/napisana historia. Eksperymenty powieściopisarskie to ja mam w głębokim poważaniu. Nie mam czasu, żeby zastanawiać się, co pisarz chciał przez to powiedzieć. O, i jeszcze wpuszczać mnie w doły 🙄
To się przerabiało w czasach burzy i naporu, egzystencja-dekadencja, i te rzeczy, czyli nastolatkowe poszukiwanie sensu życia.
Nie wiem, jak tam było za czasów Waszego dzieciństwa, ale za mojego… 😀
Zacukałam się, bo nie pamiętam, w której klasie zaczynali uczyć rosyjskiego, w każdym bądź razie wtedy właśnie rozdawano adresy rosyjskich dziewczynek z którymi należało rozpocząć przyjacielską wymianę korespondencji.
Mając w rozumie stawiane kulfony, nie był to bardzo zaawansowany wiek szkolny chyba.
I w tym to czasie czytałam Timura i jego drużynę, na pewno polecaną, lub nakazaną lekturę.
Też mi się podobało.
Byłam dzieckiem prostolinijnym i ufnym, jak umarł Bierut, który w elementarzu pląsał z dziatwą po łące pełnej kwiecia, a z kukuruźnika klasowego popłynęły słowa, że odszedł przyjaciel dzieci, to płakałam rzewnie, jak po stracie kochanego dziadka.
Z tego względu nie będę oceniać twórczości Gajdara, mogę mu współczuć, że przypadło mu takie życie, nie wiem, czy był okrutny i zabijał ludzi.
Wojna nie czyni z ludzi aniołów, zwłaszcza krwawa wewnętrzna rewolucja kilkunastoletniego chłopca.
Siódemeczko, po Bierucie chyba nie płakałam, a z pogrzebu Stalina (miałam cztery lata) zapamiętałam marsz żałobny. Zrobił na mnie nieliche wrażenie. A poza tym jestem z Tobą.
Nikt nie wie, jakby się zachował w obliczu Rewolucji Parowozu Dziejów albo innego potwora.
A propos edukacji. Z początkiem przyszłego roku akademickiego rusza w Oksfordzie kierunek „Współczesna Polska”.
Mnie się podobał „Timur i jego drużyna”, to było bodaj w 4-tej klasie podstawówki. Wcześniej nie było lektur, tylko czytanie jakichś tam wybranych fragmentów różnych książek w klasie – przynajmniej tak w mojej szkole na wsi było.
Owe wybrane fragmenty zazwyczaj czytałam ja, wyrywna taka byłam 🙄
Teraz mgliście pamietam tę książkę, podobnie jak „Czuk i Hek”, wiem, że na pewno czytałam, ale to było sto lat temu…
Pasn kierownik mojej szkoły podstawowej, nieoceniony i niedoceniony Pan Józef Ziomek był doskonałym nauczycielem, co po latach mogę naprawdę docenić. Mnie, smarkatej naonczas, powierzył szkolną bibliotekę do uporządkowania, nie musiałam, ale lubiłam to.
Gdzieś w zakamarkach na dolnych półkach stały zatęchłe w sensie dosłownym (wilgoć, stąd trzeba było dobrać się do wszystkiego i poprzestawiać) wielkie dzieła autorów rosyjskich z lat 50-tych. Ja sobie codziennie tam chodziłam, a porządkując, czasem przysiadłam przy jakiejś książce i poczytywałam.
Pan Józef przyszedł raz w takim właśnie czasie, kiedy ja podczytywałam (nie pomnę już, co ale bardzo stalinowskie pro) i powiedział – dziecko, tego nie czytaj…i te wszystkie książki z tej półki odłóż na podłogę.
Te książki po prostu każda szkoła dostawała w stosownym czasie z rozpiski, i tak się uzbierało. Nielzia było to wyrzucać.
Ale dało się na…makulaturę wypchać 😉
To pewnie bedzie w St. Anthony’s, jak znam zycie, Jagodo. 😉
A co do rozmowy o edukacji w ogole, to okazuje sie, ze mamy dosc podobne zdanie, z tym malym moim przypisem, ze jak sie czasem mowi „sprawdzam” w sieci, to moze sie okazac, ze wspolrozmowcy jednak takze mowia z wlasnego, czasem niemalego doswiadczenia – tyle tylko, ze na swojej internetowej wizytowce nie wytluscili tego grubym drukiem. 😉
A przy tym wszyscy byli przeciez w przeszlosci, albo sa obecnie, konsumentami/uzytkownikami systemow edukacji, osobiscie, lub jako rodzice czy dziadkowie uczniow lub studentow, wiec i tu „sprawdzam” tez w sumie otrzymuje calkiem pozytywna odpowiedz. No i systemy edukacji, przynajmniej tej publicznej, utrzymuja sie z obywatelskich podatkow, wiec jest to na pewno temat dotyczacy spraw wspolnych. Jednym slowem, rozmowa moze byc i ciekawa, i naswietlona z wielu stron, i otwarta dla wszystkich.
Moniko,
nie wiem czy to bedzie w St. Anthony’s. Wiem tylko, że dzisiaj podpisano umowę.
Co do reszty, to z pewnoscia masz rację.
Inicjatywa wyszła od T. G. Asha’a i N. Davies’ a. Pierwsze 6 milionów wyłożył na ten cel polski biznesmen Czarnecki.
Te środy przez małe ś to jednak mają w sobie coś takiego… Jak nie z tych powodów, to z innych. 🙄
To chyba wrodzona wredność i tyle. 👿
Oj, tak, Bobiku. Pociesz sie chociaz, ze u Ciebie sroda dobiega juz ku koncowi. U mnie jeszcze w toku, i do tego pada, choc mialo nie padac. No ale moze sroda sie w tym samym czasie rehabilituje w Londynie… 😉
Ale za to wieczorem, pewnie poznym, obiecuje sobie podczytac moim dzieciom ksiazke ich ostatnio ulubionego wspolczesnego amerykanskiego autora, naprawde bardzo ladnie, dowcipnie i ciekawie napisana, do tego wprowadzajaca szersze, wlasciwie juz polityczne watki, i to w nienudny sposob (czuje, ze Helenie tez ta ksiazka by pewnie przypadla do gustu). Jakos trzeba sobie ze srodami radzic. 😉
Dobra myśl, w Japonii pewnie już nie ma środy. Zaraz spróbuję się tam przenieść duchem. 🙂
Już nie tak dużo tej środy, ale czy jest się do czego tak spieszyć?
Dopiero był Nowy Rok i zaraz będzie Nowy Rok, niby, jak z bicza strzelił, a ile – mój Boże – się wydarzyło.
Idę sobie, bo zaraz zacznę prząść.
Cała nadzieja w Kierownictwie z Heleną.
Wlasnie sie pozegnalem z Pania Kierowniczka. Ladniesmy sie nagadali. Bylismy tez na fajnej kolacji w Ealing Park Tavern , ktora Stara uwaza, za najlepsza lokalna knajpe z pubem. Z czesci pubowej dochodzily odglosu quizu – kobitka zadawala glosno pytania i ten kto znal najwiecej odpowiedzi wygrywal pieniadze stawiane przez pub. .
Zawstydzilismy sie, bo nie znalismy odpowiedzi na pytanie: Jak bedzie po hebrajsku „powodzenia”?
Pani Kieirowniczka wybrala sobie wspanaile risotto wegetarianskie, ja – duzego hamburgera z duzymi domowj roboty frytkami, ktory podano mniej midium rare niz zamowilem. Rozowe pinot grigio. Na deser jablkowo-gruszkowy crumble z creme anglaise, pyszny choc bez czekolady.
Fajnie bylo. Pani Kierowniczka z trudem rozpoznala znane jej mieszkanie, bo nie smierdzialo juz papierosami. 😈
To dobrze, Mordko, że nie wszędzie środa dała się we znaki. 🙂
A w tej knajpie z pubem to palą?
Faktycznie, wygląda na knajpę z charakterem. 😀
Nie. Ale jest wewnetrzny dziedziniec i tam byly tez stoliki pozajmane i ludzie palily.
Ta knajpa jest teraz oblegana. Kiedys nalezalo zamawiac stolik tylko w weekendy. A dzis przyszlismy na wczesna kolacje, jeszcze w glownej sali nie bylo nikogo, ale powiedziano mam, ze nie ma miejsc i posadzono w salce mniejszej miedzy pubem a restauracje. Za chwile zaczely sie schodzic tlumy. Np mowie Wam, oblezenie.
Obawiam sie, ze ten lakomchuch Kim III Pucolowaty skonczy tak jak Ceauscescu:
http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/asia/northkorea/9630509/North-Korean-army-minister-executed-with-mortar-round.html
Uff, i po srodzie!
🙂
wyglada (za oknem) na czwartrek
szeleszcze
herbata 🙂
brykam 😀
switem przez Tereny Zielone do przegladu pozycji
brykam fikam
dzisiaj na kazdego Tmka, Hucka, Timura mozna zaraz polozyc
„nowosc” dopasowana do dzisiaj 🙂
Pani od wychowania w rodzinie z liki Mar-Jo polecam:
http://ryms.pl/ksiazka_szczegoly/979/to-wszystko-rodzina.html
bryku 🙂
fiku 😀
pstryk…….u
Dzień dobry 🙂
Na szczęście po środzie jest czwartek – wigilia piątku 😀
Herbata, kawa , croissanty…..
Na marginesie dyskusji o Oświacie:
http://www.rp.pl/artykul/10,945624-Mniej-biurokracji-w-szkole.html
I jeszcze link znaleziony na podstawie komentarzy zamieszczonych pod artykułem zlinkowanym wcześniej.
A teraz już warszawski dzień…
http://edukacjademokratyczna.pl/
Dzień dobry. 🙂
A teraz opowiem Wam całe moje życie.
Spokojnie, to tylko cytat. Z dostawy ze ZNAK-u na „pierwsze czytanie” wzięta została biografia Wisławy Szymborskiej.
„Poetka Urszula Kozioł opowiadała nam, że ich rozmowy często zaczynały się od zdania: „A teraz opowiem Ci całe moje życie”.
To był taki ich prywatny żart, znak porozumiewawczy, że ich przyjaźń nie opiera się na wzajemnych zwierzeniach.”
Kawa (druga) i do roboty! 🙂
Dzień dobry,
na początek mądre słowa: https://fbcdn-sphotos-e-a.akamaihd.net/hphotos-ak-ash4/304361_499135753439001_466201721_n.jpg
Dzisiaj ciekawy Duży Format, tysięczne wydanie. Więc śladem rysia zanurzam się w lekturze.
Kawa i cześć pracy 🙂
Dzień dobry 🙂
Zastanawiam się, w co się zanurzyć i jakoś się nie mogę zdecydować. Może bym sobie dziś zrobił Dzień Pływania Po Powierzchni? Tak, żeby łeb został suchy? 😉
A po co masz się zanurzać?
Na dowolnym boku przyjemniej. 🙂
No, bo tak jakoś… Nie dość, że nieaktualny, to jeszcze płytki i powierzchowny. 😳
Ale z drugiej strony… Dowolny bok dziwnie mnie dziś pociąga. 😉
To, ze Pan Jan Jozef byl slabej jakosci patriota, to wiemy nie od dzis, choc dobrze oczywiscie przypomniec sobie od czasu do czasu na nowo.
Siegac jednak nalezy po nowe. Jak nowa wazna powiesc „Naprany” genialnego polskiego prozaika XXI wieku.
http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/recenzjeksiazek/1531593,1,recenzja-ksiazki-bronislaw-wildstein-ukryty.read
Wyslawszy Pania Doch po kure i wloszczyzne ide sie oddawac emiratom.
Emiraty mają wzięcie. 🙁
A ja wyśle siebie na pocztę (wrrrrr) z deklaracją, a wieczorem będę się oddawać bezsensownemu zajęciu obserwacji trzeciej części zebrania walnego, które trwa od czerwca.
Mogłabym odpuścić, ale dobrze jest być naocznym świadkiem, może się to kiedyś przyda.
Właśnie do mnie do pracy wysłała mi maila pani z firmy Krówki z Milanówka, oferując mi próbki do degustacji. Trudno, poświęcę się 🙄
Dzień dobry 🙂
Emiraty mnie omijają (co i dobrze, bo nieładnie kichać na zwiedzających 😉 ), za to coś mnie pożarło przy pracach ogródkowych i nieprzytomnie swędzi (właściwie też dobrze, likwiduje senność, tenis skończył się o 1 w nocy 🙄 ).
http://wiadomosci.wp.pl/gid,15036181,kat,7631,title,Swiatowy-Dzien-Kundelka,galeria.html?ticaid=1f687&_ticrsn=3
No po prostu Bobiczek 🙂
Bobiczku, w Dniu Kundelka wszystkiego najlepszego 😀
Ja wczoraj wieczorem, jak już wiecie, miałam Dzień Kocura. Cośmy sobie pomruczeli, to nasze. 😉
Co do „Bobiczka” to pamiętam jakąś rosyjską bajkę, że mówiło się „Bobiczku, nakryj się” i on się nakrywał.
Dla ścisłości, Dzień Kundelka był wczoraj, a dzisiaj jest Dzień Ustawy o Ochronie Zwierząt.
Zgapiliśmy sie wczoraj, ale nic nie szkodzi obchodzić dzisiaj wczorajszego święta święta i dzisiejszego 🙂
Machanko i uściski dla wszystkich kundelków, oraz dla królików i zwierząt każdej maści 🙂
A tu właśnie byliśmy z Mordką wczoraj – zdjęcia z marca, to i jeszcze parę następnych.
https://picasaweb.google.com/110943463575579253179/LondynMarzec2012#5723505536858769938
Bardzo ladne zdjecia , Doro, ale to raczej nie niespodzianka, bo wlasciwie wszystkie Twoje fotoreportaze sa bardzo interesujace. 🙂
Dzien Kundelka i Dzien Kocura to tutaj sa wlasciwie codziennie. 🙂 A dzisiaj, mam nadzieje, Pies odpoczywa po srodzie, plywajac lekko po powierzchni spraw, a Kot z Helena racza sie rosolem i moze takze dawkami uderzeniowymi leczniczych Leonidasow. A ja tymczasem musze sie zaopatrzyc na kolejna ciekawa wyprawe mniej znanymi tropami Thoreau – w orzechy, suszone owoce, nowy szkicownik, kilka rodzajow olowkow. (I pomyslec, ze przy wszystkich innych calkiem absorbujacych zajeciach, Thoreau udalo sie takze ulepszyc proces produkcji tych ostatnich…) 😉
Leonidaska to nawet Mordce przyniosłam, ale nie wiem, czy go zniszczy, bo jest w kształcie Misia Paddingtona 😉
Zakocimy się na ament ❗
Po kocicy z piątką małych (już szczęśliwie zagospodarowane 🙂 ) przypałętał się szary (najchętniej włazi na łóżko i na pana męża 😆 ). Dzisiaj czekał pod drzwiami duży rudy. Czy one przekazują sobie informację, że tutaj żywią i bronią 😯
No, owszem. Istnieje taka specjalna kocia poczta – Frajer Post, ktora regularnie informuje Towarzystwo gdzie sie mozna wsliznac. Przekazuje sobie z lapy do lapy.
A tymczasem Stara lezy brzuchem do gory, oblozona chisteczami do nosa i karmi sie jakim przetermonowanym od roku Lemsipem i spejalnym terapeutycznym rosolem.
Kocie,
opiekuj się Starą, katar trwa tylko 7 dni 😉
Nieleczony – tydzień!
Haneczko…
prawdopodobnie Kot ma rację. U nas podobne informacje przekazują sobie chipmunki i wiewióry, że tu mieszka taki jeden siwy, który dokarmia wszystko, co przychodzi z lasu.
Szopy pracze rozwalały nam komposter (zakręcana pokrywa), aż zarządziłam lat temu sporo – trzymamy komposter otwarty, niech zwierz przychodzi i zajada resztki, przecież ja nie jestem w stanie tego wkopać w moje 6X4m „hektary”.
Rudemu powiedzieliśmy stanowcze nie! Miejscowy, wypasiony, zadbany. Pensjonat chwilowo zamknięty!
Toście mnie pocieszyły, Dziewczyny 😕
Any time, Haneczko :twiested:
Juz chyba lepiej, ze to Lemsip przeterminowany niz rosol, Mordko. Pewnie sie jeszcze ten czekoladowy Paddington przeterminuje, o ile sie za niego zabierzesz – tak jak u mnie co ladniejsze wielkanocne zajaczki, ktore zbieraja sie w kolekcji muzealnej im. Miss Havisham. 😉
O wlasnie, Miss Havisham. Wczoraj czytalem ze w nowej ekranizacji zagra ja Helena Bonham-Carter! Nawet zdjecie bylo. Za ladna, jesli o mnie chodzi. Tu:
http://www.telegraph.co.uk/culture/film/film-news/9622620/Helena-Bonham-Carter-plays-Miss-Havisham-in-new-Great-Expectations-film.html
Co znaczy za ładna, Kocie? Trzeba walczyć z uprzedzeniami.
OK, dam cos dla rozweselenia (potrzebujemy tego, nie?) – z brytyjskiej prasy. Jedna z firm ubezpieczjacych telefony komorkowe oglosila 10 najdziwniejszych zgloszen o odszkodowanie w ciagu ostatniego roku:
1. Rolnik w hrabstwie Devon zgubil swoj iPhone w krowie, gdy ta sie cielila, a on uzywal komorki w charakterze latarki. Telefon sie objawil pare godzin pozniej, ale juz nie dzialal.
2. Pani z Nottigham zglosila, ze przez pomylke upiekla swoj telefon w torcie urodzinowym swej 5-letniej corki. Wyjety z tortu nie dzialal.
3. Inna pani spacerowala ze swym cocker-spanielem po plazy na wyspie Barry, kiedy napadla ja mewa i wyrwala komorke z reki.
4. Dwudziestolatka z Bristolu uzywala swego BlackBerry Bold w charakterze wibratora, kiedy telefon sie zbuntowal i przestal dzialac.
5. Robotnikowi budowlanemu telefon wypadl z tylnej kieszeni spotni do klozetu, on tego zrazu nie zauwazyl, spuscil wode, telefon sie nie utopil, ale przestal dzialac.
6. Turysta odwiedzajacy Zoo- safari w Longleat usilowal fotografowac komorka widoczki z okna samochodu, kiedy na dach samochodu wskoczyla malpa i wydarla mu telefon z rak .
7. Malzenstwo na statku usilowalo odegrac scene z filmu Tytanik fotografujac sie jak wyskakuja za burte i telefon spadl im do morza.
8. Pirotechnik z Plymouth wysadzil niechcacy iPhona odpalajac sztuczne ognie..
9. Mloda kobieta z Liverpoolu rzucila komorka w glowe ukochanego, ale zamiast sie odbic od glowy, telefon sie roztrzaskal o sciane.
10. Meczyzna chcac uniknac placenia za bilet na koncert rokowy w Hyde Parku, postanowil sfilmowac impreze wdrapujac sie na drzewo. Z ktorego nastepnie spadl, roztrzaskujac sobie biodro i telefon.
😈
A propos małp.
Na Gibraltarze Brytyjczycy mają kolonię śmiesznych małpek, które mają socjal, o jakim się ludziom nie śniło.
Tu jest trochę zdjęć tych małpek. Nie można ich karmić. Licencję mają tylko kierowcy busów, które jeżdżą tam na górę go grot o małpiego gaju.
Fajne małpiszonki. 🙂
https://picasaweb.google.com/maria.tajchman/AndaluzjaDzien2GibraltarIKadyks#slideshow/5540495178033278546
Jedna wzięła mnie za kumpelę, ale nie chciała rozmawiać.
Macham do Ciebie, Bobiku i życzę Ci dobrej nocy, Piesku. 🙂
Może uda mi się wcześniej usnąć, czy co.
Fajne sa tez te zdjecia z fabryki szkla.
Nie bylam na Gibraltarze, choc raz moja redakcja miala mnie tam wyslac w zwiazku z jakas okragla roznicza katarofy samolotu, na planowane urczystosci. Bardzo sie naczytalam wszystiego o Skale , ale niestetu wlasnie wtedy zrobilo sie tam bardzo niebezpicznie i redakcja sie rozmyslila (bo trzeba byloby placic za mnie jakies szczegolnie wysokie ubezpieczenie i chyba…nie wiem… zaopatrzyc w spluwe moze?)
Mają jakiś koszmarny przelicznik funtów na euro, za jakąś kanapkę sporządzaną na życzenie z wybranych składników zapłaciłam ponad 10 euro.
I nie chcieli wpuścić małżeństwa, które miało ukraińskie paszporty, mimo że byli członkami naszej grupy i mieszkali w Polsce.
Bardzo się jeszcze czuje, że to wojsko organizowało tu życie, ale stopniowo nabiera przyjemnego charakteru.
A w ogóle, piękny jest świat!
Gibraltar jest ogolnie drogi bo oni sami niczego nie produkuja, za malo miejsca, i wszystko jest dowozone – tak mi ktos tlumaczyl.
Wieje okrutnie!
Ale świat piękny jest! 🙂
Dobranoc Wszystkim.
Popatrzcie gdzie ten psinek sie ulozyl:
http://www.guardian.co.uk/artanddesign/gallery/2012/oct/25/pentti-sammallahti-photography-pictures#/?picture=398291443&index=0
mt7, „fajne małpiszonki” ukradły kiedyś torbę Dorocie Babilas i choć bardzo łagodnie do nich mówiła oddać nie chciały i śmiały się głupio a złośliwie. Być przy tym nie byłem, ale poszkodowana małpiszonkom ich niegodziwego zachowania nie zapomniała, stąd wiem.
Dzien dobry!
Helena? Heleno ta godzina nie istnieje 🙂 🙂
szeleszcze
herbata 😀
brykam
Dzień dobry Wszystkim 🙂
Ekstra uściski dla Bobika 🙂 😀
Czytam z zażenowaniem 😳
http://wyborcza.pl/1,75478,12741561,Gruzinska_dziennikarka__Opowiem_calej_Europie_o_polskim.html
Dzień dobry.
Przeczytałam. Wstyd pali policzki.
Dzień dobry 🙂
ON mi wczoraj/dzisiaj nie pozwolił powiedzieć dobranoc 👿
Podejrzewam, że Helena w ogóle nie spała, a jeżeli, to na chodząco.
Idę przeczytać Irka.
Dzień dobry 🙂
Jakoś tak wczoraj wyszło, że jak się już położyłem na tym dowolnym boku, to już się nie ruszyłem, nawet do kompa. 😳 Toteż za życzenia z okazji Dnia Kundelka mogę serdecznie podziękować dopiero dziś – w imieniu swoim i wszystkich moich skundlonych kumpli. 😀
A propos w/w – napisał do mnie kumpel o pięknym imieniu Boo, który prowadzi psią stronę pod pięknym tytułem Kraina Psa. Oczywiście zaraz po kumotersku daję linkę, bo psich stron nigdy za wiele. 🙂
http://www.krainapsa.pl
Boo, pasztetówki też sobie chapnij. Moi są dla mnie ostatnio dziwnie dobrzy i stale mi jakieś smakołyki podrzucają, że aż mi chwilami mocy przerobowych brakuje, więc chętnie się dzielę. 😆
Z „Biografii Wisławy Szymborskiej”:
„… Wśród kuriozalnych propozycji, jakie otrzymała po Noblu, na czoło wysforowało się niewątpliwie zaproszenie Zdzisława Podkańskiego, ówczesnego ministra kultury z PSL, by stawiła się w Sejmie i przedstawiła posłom „próbkę swej twórczości”.
Ale niewiele w tyle pozostało zaproszenie do Wieliczki z okazji Święta Soli, gdzie miałaby wziąć udział w dyskusji panelowej, a jak nie, to chociaż przeczytać jakiś wiersz z tomiku „Sól”…”
😆
Dzień dobry,
linkę Irka przeczytałam w papierze w przychodni. Dawno nie było mi tak wstyd za mój kraj.
Nie może mi się pomieścić w głowie to traktowanie uchodźców. Zwłaszcza że jednak mam porównanie, jak są traktowani gdzie indziej. Zastanawiam się, czy to od góry idą takie prikazy, czy sfrustrowani nadzorcy znaleźli sobie „underdogów”?
http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/657546,szef_msw_zdekonspirowal_tajny_osrodek_policji_bo_chcial_przeciac_wstege.html
„– W tym roku oddawaliśmy tylko jedną komendę po mizerii budżetowej, nie ma gdzie wstęg przecinać. A tu była okazja – przyznaje urzędnik MSW.”
No biedne chłopaki, za mało kasy i nie ma gdzie z nożyczkami latać 🙄
Natychmiast zaczelam sie zastanawiac, w jaki panel wpasowalyby sie najlepiej wiersze z tomikow Wolanie do Yeti i Ludzie na moscie. Bo ze Wszelki wypadek, to material reklamujacy firmy ubezpieczeniowe, nie mam najmniejszej watpliwosci. 😉
Kontakt z polskimi urzędami jest jak wołanie do Yeti 😉
!#*^$%!!!!!
„Opolanka miała 2 tys. długu wobec US, odebrano jej w nocy dzieci”!!!!!!!!!!!!!!!!
Mar-Jo, nie sugeruj się tytułami. Miała 2,3 tys. długu wobec skarbówki, a że nie mogła spłacać, zamieniono jej karę na 25 dni aresztu. Tłumaczy się, że nic o tym nie wiedziała bo nie powiadomiła sądu o zmianie adresu i pisma do niej nie dochodziły. Policja przyszła wyegzekwować areszt o 22-ej, bo policja (mądrze) przychodzi po przestępców kiedy łatwo ich zastać i będą zaskoczeni ich przyjściem – stąd słynne wizyty o 6 rano. A dzieci, ponieważ matka je wychowuje samotnie, zabrano do ośrodka opiekuńczego.
Kobieta wyszła następnego dnia, jej dług spłacili jej sąsiedzi.
Alienor, ja nie sugeruję się tytułami.Przeczytałam cały materiał.
Jestem w stanie wyobrazic sobie przerażenie dzieci i matki.
Jeśli uważasz, że nic się nie stało….
I , że normalne jest, że to sąsiedzi (chwała im za to), a nie odpowiednie służby reagują….
Bobiku, serce moje, w pełni podzielając oburzenie na sposób traktowania ludzi, Gruzja to wolny kraj, nie dyktatura i każdy może przyjechać do Polski.
To nie są uchodźcy.
Mar-Jo, jeśli kobieta nie płaci podatków, jest przestępcą. Jeśli wie, że przeciwko niej toczy się proces o długi wobec US (a ten bezlitośnie ściga swoich dłużników), przeprowadza się i nie informuje o tym sądu, to jest po prostu głupia. Myślała że co, że jak nie będzie dostawała listów, to sprawa zniknie? Nie zniknie. Jeśli popełnia się przestępstwo, trzeba za nie odbyć karę. Państwo podjęło kroki, żeby tę karę wyegzekwować. Co miało zrobić, pogłaskać po główce i powiedzieć „masz dwoje dzieci, więc nie płać ani nie idź do więzienia, nie czytałaś listów, nie wiedziałaś, to Ci odpuścimy”? GW bardzo lubi takie sprawy naglaśniać, pokazywać że państwo jest be, a biedni ludzie są jego ofiarami, a potem się okazuje, że to nie do końca tak jest, co było widać w przypadku pewnej eksmisji na Hożej w Warszawie.
Wycofuję się. Mowę mi odjęło.
Alienor, tak nie można.
To jest nieludzkie i niepotrzebne.
Urząd poszedł po najmniejszej linii oporu, choć rozumiem, że ma obowiązek egzekwować długi, winien jednak zainteresować się sytuacją dłużnika.
Pewnie ta pani unikając konfrontacji z trudną sytuacją sama sobie była winna, ale tak nie można egzekwować prawa i to jeszcze przez sąd.
To zawsze trudno wymierzyć, czy ma się do czynienia z osobą nieporadną życiowo, czy z ludźmi naciągającymi i wykorzystującymi państwo, dlatego trzeba to wyjaśniać.
Z drugiej strony nie rozumiem, jaką korzyść odniesie budżet państwa, który nie otrzymał należnych podatków, a teraz miał utrzymywać przez miesiąc kobietę i jej dzieci we własnych ośrodkach.
mt7, Mar-Jo – sprawa musiała się ciągnąć długo, skoro w końcu sąd doszedł do wniosku, że kobieta długu nie spłaci i należy jej karę zamienić na odsiadkę. Więc nie sądzę, żeby to była „najmniejsza linia oporu”.
I tak, jest sama sobie winna, bo unikając pism z sądu odebrała sobie możliwość interwencji we własnej sprawie, jedynym żywicielom rodziny bardzo łatwo u nas zasądza się zawieszenie kary.
Ktoś komentując ten artykuł u mojej znajomej stwierdził, że musi teraz żyć z odpowiedzialnością za traumę swoich dzieci. I ja się w zupełności z tym zgadzam.
Tu jest opowieść tej pani:
http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/caly-czas-zylam-ze-swiadomoscia-ze-kara-zostala-umorzona,285116.html
Strzeżony ośrodek dla cudzoziemców nielegalnie przekraczających granicę, w którym znalazła się pani z Gruzji jest pokazany tu:
http://www.nadwislanski.strazgraniczna.pl/NOWA/LESZNOWOLA.html
To jest niestety rodzaj aresztu.
A zdjęcie zamieszczone w gazecie dotyczy ośrodka (budynku) przeznaczonego dla Czeczenów w Łomży, o który oni walczyli, żeby w nim pozostać.
Zdjęcie pochodzi z 2010 roku, w nastepnym wpisie podam do niego linkę.