Straszna ballada o Ministerstwie Kultury

sob., 10 grudnia 2011, 18:25

Raz do ministra wpadła kultura,
z włosem rozwianym, na licu blada:
panie ministrze, nade mną chmura,
zły biurokrata cios chce mi zadać.

Nic go nie wzrusza, żem ja mimoza,
że byle przeciąg może mnie złamać,
że nacisk z góry to dla mnie zgroza…
Ten prześladowca to przecież dramat!

Paragrafami ciągle mi grozi,
na każdym kroku utrudnia życie…
No, ja już nie wiem – rączki do Bozi,
czy raczej stryczek i hak w suficie?

Ty masz być ponoć mym adwokatem,
czci mojej bronić masz do ostatka,
wspierać, osłaniać, karmić – a zatem
nie daj mi upaść i potłuc zadka.

Powstał minister zza pięciu biurek,
tors wypiął groźnie swój urzędowy,
i strasznie spojrzał tak na kulturę,
że zapomniała aż w gębie mowy.

Po czym, starannie sprawdzając okiem,
czy gdzieś w pobliżu nie ma kamery,
w tony uderzył nader wysokie
i wrzasnął: paszła ty do cholery!

Z tobą się zadać to tylko problem,
wiecznie byś chciała czegoś dla ducha.
Choćbyś kusiła mnie samym Noblem,
nie mam zamiaru dłużej cię słuchać!

Dla mnie jest ważne, jak swoje gierki
mam polityczne rozegrać sprytnie,
dla kogo papu, komu obierki,
a cóż obchodzi mnie, czy ty kwitniesz?

Tutaj kulturę wypchnął kopniakiem
za drzwi, a potem w sekretariacie
wydał stanowczo zlecenie takie:
tej pani już tu wpuszczać nie macie!

Choćby petycje słali petenci,
choćby się pismak oburzał który,
ja nie ustąpię, bo wierzę święcie:
dłużej ministra niźli kultury.

Krzesła

sob., 3 grudnia 2011, 18:32

Kiedy patrzyłem na nie z wnętrza domu, w pierwszej chwili miałem wrażenie, że grają w brydża. Skupione dość ciasno wokół kwadratowego stołu na tarasie, wydawały się pogrążone w rozważaniach, jak przeprowadzić licytację i rozgrywkę. Nogi tonęły im w grubym dywanie z zeschłych liści namoczonych listopadowymi ulewami, a plecy spoczywały wygodnie na welurowym oparciu wieczoru. Zwyczajne ogrodowe krzesła, w zwyczajnej przedzimowej scenerii, zajęte całkiem banalną, choć wymagającą pewnych umiejętności rozrywką.
Gdyby nie kot, który uparł się, żeby akurat wtedy wyjść w niezwykle ważnych kocich sprawach, na pewno nie otworzyłbym drzwi i nie podsłuchał urywka rozmowy. Nie było w nim zresztą niczego szczególnie sensacyjnego, tyle że temat nie dotyczył, jak się spodziewałem, gry w karty. Chodziło o nierówny podział wnętrza i zewnętrza, albo coś takiego. Dlaczego meble pokojowe, do tego samego służące i wcale nie wygodniejsze, spędzają zimę w suchym cieple, podczas kiedy sprzęty ogrodowe muszą się zadowolić marznącą mżawką, pęcznieniem i rdzą. Jedno krzesło wydawało się pochwalać, a przynajmniej akceptować ten stan rzeczy i tłumaczyło innym, dlaczego nie może i nie powinno być inaczej. Drugie krzyczało, że musi to na Rusi, po jego trupie i ono w życiu się nie zgodzi żeby. Trzecie z prędkością karabinu maszynowego produkowało nierealistyczne recepty na odwrócenie sytuacji, zapędzenie krzeseł domowych do ogrodu i udostępnienie ogrodowym rozkoszy domu. Czwarte nic nie mówiło, tylko chlipało dobitnie i rozdzierająco, wzmacniając chlipnięcia w szczególnie efektownych oratorsko momentach wystąpień swoich towarzyszy. Z tyłu, za krzesłami, rozrośnięty krzew bambusa potakiwał wszystkiemu solennymi skinięciami listków, a czereśnia ze wzburzeniem potrząsała gałęziami w bezlistnym proteście.
Zawołałem kota, wpuściłem go do środka i zamknąłem drzwi. To już doprawdy przestało być zabawne. Dopóki meble zajmują się jakimiś kulturalnymi rozrywkami, obserwowanie ich może być nawet interesujące. Ale kiedy zaczynają się chandryczyć niemal jak istoty myślące… No nie, to już lepiej pogadać z kotem o zaletach śledzia bałtyckiego.

Miasteczko z knajpą

pon., 28 listopada 2011, 10:14

Nareszcie! Schodziłem to miasteczko wszerz i wzdłuż i nigdzie nie zauważyłem niczego choćby z pozoru przypominającego knajpę. Sklepy były już zamknięte, a moje kiszki wygrywały coraz żałośniej preludia i uwertury, niedwuznacznie sugerując przejście do bardziej rozwiniętych form. Nie mogłem im dotąd zaproponować żadnych konkretów, ale teraz była szansa na triumfalny finał. Tam, na rogu, to była z całą pewnością restauracja. Szyld, neon, w oknie arkusz brystolu z mnóstwem ozdobnych zawijasów, otaczających reklamowy napis. Nawet krótkowidz już z odległości kilku kroków mógł odczytać: Polecamy bogaty wybór dań szczęsnych, dziarskich i duserów.
Wszedłem. W środku było pusto, trochę zatęchle, bukieciki sztucznych orchidei na stołach usiłowały wyglądać na wystrój wnętrza. Z zaplecza wyjrzała kelnerka i spojrzała na mnie z pewnym zaskoczeniem. Wykonałem przywołujący gest i usiadłem przy pierwszym z brzegu stole. Byłem zbyt głodny, żeby tracić czas na wybieranie miejsca.
Kelnerka zbliżyła się do mnie trochę nieufnie.
– Dla pana? – odezwała się ospałym głosem, nie podając karty.
– Trudno – pomyślałem sobie. – Widocznie wybór nie jest aż taki wielki. I próbując przełamać nieufność kobiety, zapytałem niemal przymilnie: może mi pani powiedzieć, co z tych szczęsnych dań by pani poleciła?
– Szczęsnych nie ma. Wyszły – zawiadomiła kelnerka, patrząc przez mnie jak przez szybę.
– Jak to wyszły? Wszystkie wyszły? – jęknąłem, czując gwałtowną reakcję kiszek.
– Ciężkie czasy były – wyjaśniła kelnerka niechętnie. – Konkurencja nas nie lubiła. To napadli, to podpalili, to zniszczyli. A jak nie mogli, to chociaż klientów odebrali. A potem już nie było konkurencji, ale szczęsne wyszły i nowych się robić nie opłaca. Nic się nie opłaca.
– Dziarskich też się nie opłaca robić? – zapytałem z niepokojem, ale zarazem odrobiną nadziei, że może ponure przewidywania mnie mylą.
– No, przecież mówię, że się nie opłaca. Ale pan się nie martwi, i tak by panu nie smakowały. Ja po kliencie widzę, jakie dania on lubi. Dziarskie wszystkie z takimi brązowymi sosami były. Pan by nie lubił.
– Chyba bym nie lubił – zgodziłem się potulnie. – To już mniejsza o dziarskie. Ale błagam, niech mi pani nie powie, że duserów też nie macie.
– Dusery mogą być – oświadczyła kelnerka bez nadmiernego entuzjazmu. – Tylko że z Kartą Klubową i na zamówienie. Dzień wcześniej. Inaczej nie zejdą i nie będzie się opłacało.
– Czy wy tu w ogóle macie coś do zjedzenia? – rzuciłem dość obcesowo, nie chcąc przedłużać tej chińskiej tortury.
– Czasem mamy – potwierdziła niemrawo siła gastronomiczna. – Wczoraj były jaja. Przedwczoraj niezły bigos. A wcześniej to nawet bitki. Ale wyszły. Co pan chce, ile się da nastarczyć?
Ja też wyszedłem. W progu, tknięty pewną myślą, obróciłem się i zadałem pytanie kelnerce, która jeszcze nie zdążyła zniknąć na zapleczu:
– Niech mi pani powie, skoro i tak niczego nie macie, po co ta szumna reklama?
Wytrzeszczyła na mnie oczy, pierwszy raz przejawiając coś w rodzaju ożywienia.
– No co pan? Musi być. Wszyscy tak robią. Spróbuj pan w dzisiejszych czasach sprzedać co bez reklamy.

Ludzki problem

pon., 21 listopada 2011, 22:08

Gończy Polski z trudem przecisnął się przez niewielką dziurę w żywopłocie, pospiesznie wbiegł na taras i zatrzymał się tuż przed dobrotliwym, emanującym pedagogicznym natchnieniem obliczem Labradorki.
– Znowu się kłócą! – szczeknął z rozpaczą. – Jak pragnę kości, czy nie mogła mi się dostać taka rodzina, która nie brałaby się codziennie za łby?
– A o co się kłócą? – zainteresował się Bobik.
– Żebym to tak naprawdę ktoś wiedział! – jęknął Gończy. – Na przykład ona mówi, że deszcz pada, to on na to, że winni masoni, to ona wtedy, że nieprawda, winny to jest ocet i już sobie skaczą do oczu. Albo ona, że wolność wypowiedzi artystycznej, a on, że satanizm – i łubudu! W ogóle normalnie rozmawiać nie potrafią. Co za ludzie!
– O, to Labradorka ci na pewno pomoże – ucieszył się Bobik. – Ona się zna na ludziach.
Sąsiadka nie dała się nawet raz prosić i natychmiast przystąpiła do wyjaśnień.
Przede wszystkim, mój chłopcze – oświadczyła z przekonaniem – jest jedna zasada, od której się wyjść musi w każdej porządnej dyskusji. Najpierw potrzeba wiedzieć, o czym się mówi, albo cała dyskusja na nic, bezwarunkowo. A ludzie po większej części nie wiedzą nawet o tym, że nie znają istoty każdej rzeczy. A jednak, tak jak gdyby ją znali, nie porozumiewają się co do tego na początku rozważań, toteż w dalszym toku za to pokutują. Bo ani się sami z sobą potem, ani z drugimi pogodzić nie mogą…
– Zaraz, zaraz – przerwał Gończy. – Nie jestem pewien, czy dobrze złapałem, co z tego w praktyce wynika. Czy to znaczy, że jak ktoś wie, o czym mówi, to inni się muszą z nim zgodzić?
– No, coś koło tego, a może i nie tego – przyznała nie do końca pewnie Labradorka i oddaliła się w kierunku domu.
– Poszła zapytać Kota Sokratesa, co właściwie miał na myśli – szepnął konspiracyjnie Bobik. – Przecież sama tego wszystkiego nie wykombinowała, tylko po nim powtórzyła, toczka w toczkę. Wierz mi – wiem, co mówię.
– Ale czy dla mnie coś z tego wynika? – zapytał niespokojnie Gończy Polski.
– Dla ciebie to chyba nie – zasępił się Bobik. – Nawet gdybyśmy pominęli Labradorkę i zwrócili się do samego Kota z prośbą o interwencję, chyba niewiele by z tego wyszło. Już prędzej jego bym namówił, żeby pogadał z twoimi ludźmi, niż ich, żeby zechcieli go posłuchać i zrozumieć.