Przekupnie

sob., 7 stycznia 2012, 13:38

Gdy się Orkiestra zbiera do zbiórki,
słychać zazwyczaj okrzyk przekupnia:
u mnie kupujcie, matki i córki,
bym Owsiakowi dał wreszcie łupnia!

Gdyś syn i ojciec, a nie kobieta,
też wybierz firmę moją prastarą.
Nie róbta wcale tego, co chceta,
mą konkurencję zróbta na szaro.

Moja moralność w pierwszym gatunku,
on w byle jakiej grzęźnie uciesze –
wystarczy trochę mieć pomyślunku,
by zdecydować, czyj wybrać geszeft.

Moje uczynki o niebo lepsze,
niż tego ćpuna i woodstokowca.
Czy chcecie rzucać perły przed wieprze?
Kto da Orkiestrze, ten czarna owca.

Jakże sponsorem takiego zostać,
co się rozlicza jak jakiś centuś?
Toć to księgowy, nie święta postać,
aż grzech takiemu mnożyć klientów.

Odruchy serca? Sprzęt dla szpitali?
To wszystko humbug jakiś i kwita.
Niech się w szpitalach wali i pali,
jeśli nie płonie przy tym Caritas.

U mnie kupujcie! I niech się schowa
ta cała dżuma, ospa, dur brzuszny!
Nie, nie wystarczy mieć dobry towar,
musi to jeszcze być towar słuszny.

Jak mój interes poprzecie tłumnie,
to ja go poślę w ogniste krzaki.
Salon kupuje wyłącznie u mnie,
a u tamtego tylko lewaki.

Chcę więc zobaczyć na prawych twarzach
sygnał, że wiecie, co trzeba czynić!

Jak się historia lubi powtarzać…
Znowu przekupnie. Znowu w świątyni.

Sylwestrowy bohater

sob., 31 grudnia 2011, 12:51

Bobik rzadko widywał Labradorkę tak podenerwowaną. Trzęsącymi się łapami, ze łzami w ślepiach, próbowała przewlec swoje legowisko pod ludzkie łóżko.
– Pomóż mi! – szczeknęła. – Ciągnij z drugiej strony.
– Proszę bardzo – zgodził się szarmancko Bobik, złapał w zęby przeciwległy brzeg materaca, wspólnie z sąsiadką przetaszczył go na wskazane miejsce i zadał nieodzowne w tej sytuacji pytanie.
– Możesz mi powiedzieć, co tu się dzieje?
– Jak to, nie wiesz, jaka dziś data? – jęknęła Labradorka, otrzepując się z obrzydzeniem, jak po kąpieli w błotnistym stawie. – Sądny dzień dla psów! Wrzaski, łomot, decybele i najgorsze ze wszystkiego – strzelanina do późnej nocy. Sama nie wiem, jak ja to co roku wytrzymuję.
– Z trudem? – podsunął Bobik uprzejmie.
– To bardzo łagodnie zaszczekane. Ja tego właściwie w ogóle nie wytrzymuję. Umieram z przerażenia. Huk i strzały to może dobre dla psów myśliwskich, ale na pewno nie dla domowych.
– A ja się nic a nic nie boję – obwieścił buńczucznie Bobik i merdnął kilka razy ogonem, żeby dać widomy znak swojej nieustraszoności. – Co mi tam wystrzały!
Labradorka chyba po raz pierwszy w życiu spojrzała na niego z podziwem.
– Serio? – spytała na wszelki wypadek, w gruncie rzeczy wiedząc z góry, jaka będzie odpowiedź.
– Jasne, że serio – napuszył się Bobik. – Ani na chwilę pod łóżko nie wlezę, tylko cały czas będę leżał na fotelu. Albo nawet wyjdę do ogrodu i obszczekam te całe starłorsy, które ludzie będą puszczać. Pokażę tym puszczalskim, co to psi honor.
Podziw Labradorki zaczął sięgać niebotycznych wyżyn.
– Bobik, ja cię dotąd nie znałam od tej strony – szepnęła z zawstydzeniem. – Jesteś prawdziwym bohaterem. Wielkim Psem! Jutro powiem o tym wszystkim psom w okolicy, jeżeli tylko przeżyję tę noc.
Przerwała na moment, zawahała się, po czym poprosiła nieśmiało i żałośnie.
– Słuchaj, czy nie mógłbyś zostać dziś tu, u mnie i trzymać mnie za łapę? Z kimś tak odważnym na pewno łatwiej by mi było znieść to pandemonium. Będziesz miał oczywiście nieograniczony dostęp do moich zapasów pasztetówki.
– Ależ oczywiście – odparł z prostotą Wielkiego Psa szczeniak, usiłując nie oblizywać się zbyt ostentacyjnie. Zgodnie z jego przypuszczeniami, bycie bohaterem miało niezaprzeczalne zalety. Tak samo zresztą jak posiadanie kłapciatych uszu, spod których nie widać stoperów. Może mało bohaterskich, ale za to stuprocentowo pewnych.

Jak co roku

sob., 24 grudnia 2011, 00:22

Znów nie to pod choinką, gwiazdka nie tak świeci,
znów nerwówa, karp, grzyby, pomieszanie wątków –
no, nieważne. Przez chwilę chcemy być jak dzieci,
siąść przy stole i poczuć, że świat jest w porządku.

Że z bliskimi coś wiąże nas solidnym splotem,
że do obcych przerzucić da się czasem kładkę…
Więc z wszystkimi, co mają na to dziś ochotę,
wigilijnie, po ludzku, łamię się opłatkiem.

Przemowa

sob., 17 grudnia 2011, 23:13

Foksterier zachowywał się dziwnie. Stał przed lustrem na dwóch łapach, stroił miny i wykonywał patetyczne gesty jedną z przednich kończyn. Od czasu do czasu wzdychał głęboko, potrząsał łbem i wywracał ślepiami, jakby właśnie połknął jeża. Bobik przyglądał mu się chwilę, nie bardzo wiedząc, co ma myśleć o tym przedstawieniu, aż wreszcie zdecydował się ostrożnie sprawdzić, w co jest grane.
– Masz zamiar zostać aktorem? – spytał, wybierając najpochlebniejsze z możliwych wyjaśnień.
– Aktorem? zdziwił się Foksterier, przerywając na moment przeraźliwe szczerzenie zębów. – Nie, skądże.
– To może chcesz się zgłosić do jakiegoś castingu?
– Chyba zgłupiałeś – skwitował Foksterier i zaczął wygrażać łapą swojemu odbiciu.
– No to już nie wiem – przyznał się Bobik, na wszelki wypadek odsuwając się o kilka kroków. Oczy Foksteriera wyrażały teraz tak bezmierną wściekłość, że zaczynał się go trochę bać.
– Jeżeli masz zamiar dawać publiczne występy – zaproponował nieśmiało – to może robiłbyś to trochę mniej groźnie? Widzowie mogą się wystraszyć.
– Naprawdę? – ucieszył się Foksterier. – To świetnie. Właśnie o to mi chodzi. Przestraszyć. Wstrząsnąć. Przemówić do serc i sumień. Chcę tym razem dobrze to wyćwiczyć, żeby się nie skończyło jak zwykle, że przejmą się na parę minut, a potem zapomną.
– Słuchaj, a co ty właściwie tak ćwiczysz? – nie wytrzymał Bobik.
– Powinieneś sam na to wpaść – odparł z lekką pretensją w głosie Foksterier. – Przygotowuję moją coroczną przemowę wigilijną do ludzi. Jak już się upierają, że mam w ten dzień mówić ich głosem, to niech przynajmniej powiem coś takiego, żeby im w pięty poszło. Bo chyba nie będziesz twierdził, że im się nie należy?