Mechanizmy

sob., 14 stycznia 2012, 20:27

Pręgowana przeszła obok Jelonka obojętnie, choć na nieco sztywnych kończynach, wskoczyła na stół i zajęła się ostentacyjnym lizaniem łapy, wyrażając w ten sposób désintéressement dla miniaturowego prawie-współlokatora.
– Zobacz, wypiera – szepnął Bobik do Labradorki z miną znawcy.
– E, może wcale nie wypiera, tylko rzeczywiście niewiele ją ten mały obchodzi? – zaoponowała Labradorka.
– No wiesz?! – oburzył się szczeniak. – Przecież to pies, choć na to nie wygląda. Jaki porządny kot może w ogóle nie interesować się psem?
– Obiektywnie rzecz biorąc – spróbowała zracjonalizować Labradorka – ten Jelonek zajmuje bardzo mało miejsca we wszechświecie. Może Pręgowana to zauważyła i postanowiła się stosownie do tego zachować?
– Nie ma czegoś takiego jak obiektywnie – szczeknął z dużą pewnością siebie Bobik. – Punkt wiedzenia jest zawsze wyznaczany przez koniec własnego ogona. Mówił mi to jeden kumpel, który się Dobrze Zna. Przecież to jasne, w co tu jest grane. Pręgowana udaje brak zainteresowania, żeby nie musieć przyznać, że się Jelonka po prostu boi.
– A nie ma takiej możliwości, że ty na nią projektujesz jakieś swoje lęki? – zastanowiła się Labradorka.
– Chyba przestanę z tobą gadać! – warknął wściekle Bobik. – Kombinujesz i uruchamiasz mechanizmy, zamiast mi po prostu przyznać rację. Przecież ja widzę, jak jest i nie widzę powodu, żeby i inni tego nie widzieli.
– Uważasz, że ty sam nie kombinujesz i nie uruchamiasz? – spytała z ciekawością sąsiadka.
Bobik poczuł nieopanowaną chęć odwrócenia się i dokładnego wylizania łapy. Czasem z Labradorką naprawdę nie można się było dogadać. A przecież wszystko byłoby wiele prostsze i przyjemniejsze, gdyby zechciała się wysilić i zobaczyć świat dokładnie tak, jak on.

Przekupnie

sob., 7 stycznia 2012, 13:38

Gdy się Orkiestra zbiera do zbiórki,
słychać zazwyczaj okrzyk przekupnia:
u mnie kupujcie, matki i córki,
bym Owsiakowi dał wreszcie łupnia!

Gdyś syn i ojciec, a nie kobieta,
też wybierz firmę moją prastarą.
Nie róbta wcale tego, co chceta,
mą konkurencję zróbta na szaro.

Moja moralność w pierwszym gatunku,
on w byle jakiej grzęźnie uciesze –
wystarczy trochę mieć pomyślunku,
by zdecydować, czyj wybrać geszeft.

Moje uczynki o niebo lepsze,
niż tego ćpuna i woodstokowca.
Czy chcecie rzucać perły przed wieprze?
Kto da Orkiestrze, ten czarna owca.

Jakże sponsorem takiego zostać,
co się rozlicza jak jakiś centuś?
Toć to księgowy, nie święta postać,
aż grzech takiemu mnożyć klientów.

Odruchy serca? Sprzęt dla szpitali?
To wszystko humbug jakiś i kwita.
Niech się w szpitalach wali i pali,
jeśli nie płonie przy tym Caritas.

U mnie kupujcie! I niech się schowa
ta cała dżuma, ospa, dur brzuszny!
Nie, nie wystarczy mieć dobry towar,
musi to jeszcze być towar słuszny.

Jak mój interes poprzecie tłumnie,
to ja go poślę w ogniste krzaki.
Salon kupuje wyłącznie u mnie,
a u tamtego tylko lewaki.

Chcę więc zobaczyć na prawych twarzach
sygnał, że wiecie, co trzeba czynić!

Jak się historia lubi powtarzać…
Znowu przekupnie. Znowu w świątyni.

Sylwestrowy bohater

sob., 31 grudnia 2011, 12:51

Bobik rzadko widywał Labradorkę tak podenerwowaną. Trzęsącymi się łapami, ze łzami w ślepiach, próbowała przewlec swoje legowisko pod ludzkie łóżko.
– Pomóż mi! – szczeknęła. – Ciągnij z drugiej strony.
– Proszę bardzo – zgodził się szarmancko Bobik, złapał w zęby przeciwległy brzeg materaca, wspólnie z sąsiadką przetaszczył go na wskazane miejsce i zadał nieodzowne w tej sytuacji pytanie.
– Możesz mi powiedzieć, co tu się dzieje?
– Jak to, nie wiesz, jaka dziś data? – jęknęła Labradorka, otrzepując się z obrzydzeniem, jak po kąpieli w błotnistym stawie. – Sądny dzień dla psów! Wrzaski, łomot, decybele i najgorsze ze wszystkiego – strzelanina do późnej nocy. Sama nie wiem, jak ja to co roku wytrzymuję.
– Z trudem? – podsunął Bobik uprzejmie.
– To bardzo łagodnie zaszczekane. Ja tego właściwie w ogóle nie wytrzymuję. Umieram z przerażenia. Huk i strzały to może dobre dla psów myśliwskich, ale na pewno nie dla domowych.
– A ja się nic a nic nie boję – obwieścił buńczucznie Bobik i merdnął kilka razy ogonem, żeby dać widomy znak swojej nieustraszoności. – Co mi tam wystrzały!
Labradorka chyba po raz pierwszy w życiu spojrzała na niego z podziwem.
– Serio? – spytała na wszelki wypadek, w gruncie rzeczy wiedząc z góry, jaka będzie odpowiedź.
– Jasne, że serio – napuszył się Bobik. – Ani na chwilę pod łóżko nie wlezę, tylko cały czas będę leżał na fotelu. Albo nawet wyjdę do ogrodu i obszczekam te całe starłorsy, które ludzie będą puszczać. Pokażę tym puszczalskim, co to psi honor.
Podziw Labradorki zaczął sięgać niebotycznych wyżyn.
– Bobik, ja cię dotąd nie znałam od tej strony – szepnęła z zawstydzeniem. – Jesteś prawdziwym bohaterem. Wielkim Psem! Jutro powiem o tym wszystkim psom w okolicy, jeżeli tylko przeżyję tę noc.
Przerwała na moment, zawahała się, po czym poprosiła nieśmiało i żałośnie.
– Słuchaj, czy nie mógłbyś zostać dziś tu, u mnie i trzymać mnie za łapę? Z kimś tak odważnym na pewno łatwiej by mi było znieść to pandemonium. Będziesz miał oczywiście nieograniczony dostęp do moich zapasów pasztetówki.
– Ależ oczywiście – odparł z prostotą Wielkiego Psa szczeniak, usiłując nie oblizywać się zbyt ostentacyjnie. Zgodnie z jego przypuszczeniami, bycie bohaterem miało niezaprzeczalne zalety. Tak samo zresztą jak posiadanie kłapciatych uszu, spod których nie widać stoperów. Może mało bohaterskich, ale za to stuprocentowo pewnych.

Jak co roku

sob., 24 grudnia 2011, 00:22

Znów nie to pod choinką, gwiazdka nie tak świeci,
znów nerwówa, karp, grzyby, pomieszanie wątków –
no, nieważne. Przez chwilę chcemy być jak dzieci,
siąść przy stole i poczuć, że świat jest w porządku.

Że z bliskimi coś wiąże nas solidnym splotem,
że do obcych przerzucić da się czasem kładkę…
Więc z wszystkimi, co mają na to dziś ochotę,
wigilijnie, po ludzku, łamię się opłatkiem.