Zajadłość

sob., 30 marca 2013, 18:36

– Święta za pasem, czy nawet w pasie – zauważyła melancholijnie Labradorka – a ludzie jacyś tacy zajadli…
– A jacy mają być? – zdziwił się Bobik. – Gdybym zgromadził tyle mięsiwa, też bym był zajadły.
– Pewnie byś był – zgodziła się Labradorka – ale inaczej. Już ja cię znam. Rzucałbyś się na wędliny, a nie na inne psy.
– To ludzie z zajadłością rzucają się na innych ludzi? – zdumiał się szczeniak.
– A jakże – westchnęła Labradorka. – Czasem wręcz mam wrażenie, że to ich ulubione zajęcie. Potem są od tego ponurzy, wściekli i poobijani na duszy, ale wiesz, jak to jest z ludźmi. Różnych rzeczy im szkoda, tylko nie tego, że sobie szkodzą.
– Wobec tego ja wiem, czego na Wielkanoc życzyć blogowi – ucieszył się Bobik. – Zwierzęcej zajadłości. Radosnej, nieszkodliwej i robiącej spustoszenie tylko w wiktuałach.
Zajadłych Świąt! 🙂

Ballada o pomniku

czw., 21 marca 2013, 19:38

Wierzyli w pewnym mieście święcie
mężowie zacni i ich żony,
że Koń dla miasta był zwierzęciem
w najwyższym stopniu zasłużonym.

By jego pomnik w miasta środku
stanął, zgadzała się publika
i nie żałował nikt nagniotków
w marszu poparcia dla pomnika.

Lecz bardzo szybko gdzieś na tyłach
ostra zaczęła się rozgrywka
i wkrótce o rząd dusz się biła
Partia Karego z Partią Siwka.

Krzyczeli jedni: górą białe!
karych rozgniecie się na pastę,
a dla pomnika materiałem
będzie bielutki alabaster!

Wołali drudzy: precz z siwkami,
białość to hańba i obraza,
nie damy nią idei splamić,
na koński posąg tylko bazalt!

Poszły w ruch cegły i brukowce,
łaźnia spłonęła i remiza,
skopały czarne białe owce,
kundle poczęły się zagryzać.

W tej sytuacji tłum się zebrał,
który skandował z błyskiem w oku:
niech na cokole będzie Zebra,
a w mieście wreszcie święty spokój!

Już hasło podchwycili radni,
rzeźbiarz statuę zrobił śliczną
i morał też by wyszedł ładny,
gdyby nie pewna okoliczność.

Znowu tłum, zwarty i gotowy,
niosąc pochodnie twardo krzyczy:
żądamy, by był pomnik Krowy,
a z Zebrą to my się policzym…

Objęcia

wt., 12 marca 2013, 20:21

– Bobik, chyba powinieneś sobie wybić z głowy zostanie kiedyś politykiem – skonstatowała Labradorka, odkładając na bok gazetę. – W tym zawodzie trzeba się trzymać z daleka od ludzi, a jak cię znam, ty tego w ogóle nie potrafisz. Zawsze się do nich pchasz z jakimiś karesami.
– Z daleka? – zdziwił się szczeniak. – Ja myślałem, że odwrotnie, dobry polityk powinien być blisko ludzi. Dlatego uważałem, że pies się nada.
Labradorka z irytacją potrząsnęła łbem. Naiwność Bobika zaczynała jej już chwilami działać na nerwy.
– Nadmierne zbliżenie do człowieka jest w polityce prawie zawsze podejrzane – wyjaśniła z wymuszoną cierpliwością – A już najgorzej, jak jest obustronne. Weź na przykład taki wariant obustronnego zbliżenia jak obejmowanie. Pamiętasz, co było, jak Tusk się obejmował z Putinem? Niektórzy do dziś mu tego nie mogą darować i krzyczą o zdradzie czy tam kondominium.
– E, to może tylko taka smoleńska specyfika – spróbował zbyć sprawę Bobik. – Nie ma co z tego wyciągać zbyt ogólnych wniosków.
– A gdzie tam! – zaprotestowała zdecydowanie Labradorka. – Zobacz, jaka afera się zrobiła w Iranie, kiedy Ahmadinedżad objął matkę Chaveza. Bezbożność mu zarzucono, perwersyjne skłonności i co tam jeszcze. Ja ci mówię, kto się nie umie trzymać z dala od ludzi, powinien się trzymać z dala od polityki.
Bobik zasępił się na chwilę. Nie dlatego, żeby na zostaniu politykiem bardzo mu zależało, ale nie lubił z góry rezygnować z żadnej możliwości, nawet najbardziej iluzorycznej. Zaraz jednak merdnął ogonem z uciechą, bo właśnie zauważył, że chociaż raz może złapać Labradorkę na nieścisłości rozumowania.
– Wcale nie obejmowanie ludzi najbardziej politykom szkodzi – szczeknął zwycięsko. – Prawdziwym problemem jest obejmowanie stanowisk. Póki ktoś nie ulegnie pokusie objęcia stanowiska, może się herbatnikować z ludźmi ile wlezie. A chyba nie przypuszczasz, że jako polityk będę się kiedykolwiek pchał do jakichś stanowisk. Mogę sobie być naiwny, ale nie jestem głupi.

Atmosfera bez smyczy

niedz., 3 marca 2013, 10:41

– Coś się z ludźmi porobiło – zauważył Bobik, z zakłopotaniem drapiąc się w ucho. – Takie rzeczy mówią, a nawet krzyczą, że pies ma ochotę w najciemniejszej budzie się schować.
– Wszyscy ludzie tak? – zapytała ze zwyczajową pedanterią Labradorka.
– Nooo… nie wszyscy – przyznał z wrodzoną prawdomównością Bobik. – Ale za to coraz częściej. I coraz głośniej.
– To pewnie atmosfera społeczna urwała im się ze smyczy i nie mogą sobie z nią poradzić – postawiła diagnozę Labradorka, która na ludziach znała się lepiej od Bobika, nie mówiąc już o tym, że znacznie dłużej.
– Atmosfera społeczna? A co to takiego? – zainteresował się szczeniak.
– Ba, żeby to tak łatwo było wyjaśnić. To trochę jak z powietrzem. Nie da się go zobaczyć ani dotknąć, ale ono i tak jest.
– Myślałem, że rozsądniej i bezpieczniej jest wierzyć tylko w to, czego dotknąć się da – zaniepokoił się Bobik, wietrząc konieczność żmudnych przemeblowań w przekonaniach.
– Z niektórymi rzeczami jest inaczej – zapewniła Sąsiadka. – Zaczyna się w nie wierzyć dopiero wtedy, kiedy one dotkną nas. Tylko że wtedy zwykle jest już za późno. To też jak z powietrzem. Na początku mało kto się przejmuje jego zanieczyszczeniem, a tym, co się przejmują, wymyśla się od nawiedzonych. Kiedy już prawie wszędzie wisi brunatny smog i oddychać trudno, zaczyna się płacz i zgrzytanie zębów, ale tego smogu już tak łatwo odkręcić się nie da. Trzeba czasu i wysiłku.
– A nie dałoby się – wpadł jej w słowo Bobik, jak zawsze odwołując się do swego naiwnego optymizmu – jakiejś ekologii wykombinować? Też społecznej. Żeby tej atmosferze nie pozwalała biegać tak całkiem samopas i się zanieczyszczać bez przeszkód.
– Teoretycznie by się dało – westchnęła Labradorka, nie bardzo ulegając szczenięcemu optymizmowi. – Ale do tego najpierw trzeba uwierzyć, że atmosfera spuszczona ze smyczy gryzie wszystkich, nawet swoich. A ilu masz ludzi skłonnych uwierzyć, że może ich pogryźć coś, czego nie da się dotknąć?