Pasztetówka

Wladimir Kaminer

Jako diskdżokej i autor zostałem zaproszony do Mannheim, żeby wziąć udział w uroczystościach z okazji czterechsetlecia miasta. Atmosfera w Mannheim była radosna i swobodna, każdego dnia odbywało się jakieś spotkanie autorskie albo koncert, a ulice były pełne spacerującej publiki, tak jakby mieszkańcy chcieli powiedzieć sobie i światu: czterysta lat ciężko harowaliśmy, teraz robimy pauzę i pozwalamy sobie na odrobinę zabawy. Przyjęcie artystów było stosownie do tego szczodre. W pokoju hotelowym czekała na mnie cała masa prezentów: talerz z owocami, tabliczka białej czekolady, przewodnik turystyczny po Mannheim i okolicy, wydany przez Mannheimskie Towarzystwo Ruchu Drogowego, do tego butelka regionalnego wina i duży słój pasztetówki, który leżał na poduszce i z początku nieco mnie zirytował. Zwykle znajduje się na poduszce pralinkę, no, najwyżej ciasteczko, ale jeszcze nigdy nie widziałem, żeby goście hotelowi byli obdarowywani pasztetówką. Może zapomniał jej jakiś inny gość, zastanawiałem się, jakiś perwersyjny podróżnik, który jeździł po świecie i wszędzie brał ze sobą do łóżka wędliny miejscowego wyrobu? Ale słoik wyglądał na świeży i nieużywany. Popytałem innych kolegów, autorów i didżejów – oni też dostali pasztetówkę. Więc to rzeczywiście był prezent. I im dłużej o tym myślałem, tym bardziej podobał mi się ten oryginalny pomysł.

Dlaczego właściwie nie? – myślałem. Może pasztetówka jest tu lokalną osobliwością, znakiem rozpoznawczym miasta, symbolem, z którym wszyscy mieszkańcy miasta identyfikują się od ponad czterystu lat? Może pasztetówka jest czymś w rodzaju tutejszego zwierzęcia herbowego? Udało mi się wręcz odnaleźć głęboką mądrość w decyzji umieszczenia pasztetówki w herbie miasta. Pełniące zwykle tę rolę zwierzęta, te dumne stworzenia ze skrzydłami i ogonami, dwugłowe orły, niedźwiedzie i smoki, lwy i mewy, wymierały wcześniej czy później, albo były przerabiane na pasztetówkę, która – właściwie przyrządzona – trzymała się w słoju przez wieczność. Wszystko wcześniej czy później stawało się pasztetówką, o ile jako pasztetówka już nie przyszło na świat.

Z tymi optymistycznymi myślami wetknąłem słój do torby podróżnej. Byłem mocno zdeterminowany, żeby zabrać go ze sobą do Berlina. Wino i czekolada nie wzbudziły mojej namiętności, ale pasztetówka mogła mi się w domu przydać. Moja żona podczas Wiekiego Postu przestała jeść mięso, co przyszło jej zdumiewająco łatwo, znacznie łatwiej, niż rzucenie palenia. Było to w ogóle jej pierwsze udane podejście do ascezy. Ale post minął, a żona pozostała wegetarianką, w związku z czym nie kupowała wcale mięsa. Ja nie miałem czasu, żeby chodzić na zakupy, byłem więc skazany na niedobrowolny współwegetarianizm. A jako przymusowy wegetarianin byłem tym słojem pasztetówki niezmiernie uradowany i z radością odmalowywałem sobie obrazy spożywania na śniadanie tego rzadkiego herbowego zwierza w formie pasztetu.

Moi koledzy opuścili Mannheim pociągiem, ale ja chciałem lecieć. Lotnisko w Mannheim jest mikrosopijnie małe, ale im mniejsze lotnisko, tym ostrzejsi kontrolerzy. Zaraz zabrali się do rozkładania mojego bagażu podręcznego na czynniki pierwsze, wyciągnęli zwierzę herbowe z torby i całkiem serio oświadczyli, że pasztetówka lecieć nie może.

– Pan przecież często lata, Herr Kaminer, i na pewno pan wie, że nie wolno brać na pokład płynów powyżej stu mililitrów, nawet perfum – wyjaśnił mi szef ochrony.
– Ależ, niech pan pozwoli! – oburzyłem się głośno – Pasztetówka nie jest perfumą i z całą pewnością nie jest płynem! Niech pan sam popatrzy, jest całkiem twarda!
– Zgodnie z naszymi przepisami pasztetówka jest płynem – machnął ręką szef ochrony.
Kolejka za moimi plecami wpadła w popłoch.
– No, to już naprawdę niemożliwe! – zaprotestował zażywny biznesmen ze sporym kuferkiem, prawdopodobnie po brzegi wyładowanym pasztetówką.
W powietrzu wisiało niezadowolenie, rewolucyjny nastrój mas można było dosłownie poczuć nosem.
– W ostatnim czasie zgodziliśmy się na ograniczenie wielu obywatelskich wolności – zauważyły unisono dwie starsze panie – bo w końcu trzeba jakoś stawiać czoła terrorystom, gdzieś jednak muszą być granice.
– I nie można tak łatwo poddawać znaku herbowego – wmieszałem się, ale nie wydawało się, żeby ktoś mnie zrozumiał.
– Co ja mogę na to poradzić? Ja nie wymyślam przepisów. To wszystko przychodzi z góry – szef ochrony wskazał głową w kierunku nieba, jakby polecenia dostawał w prostej linii od samego Pana Boga. – Twaróg to też płyn – ciągnął. Kolejka zaszemrała i zaczęła nieprzyjaźnie sarkać. – Mielonka wieprzowa według przepisów też jest płynem – nie ustępował szef ochrony. – Nutella! Karma dla kotów! Marmolada…!
– Niech pan przestanie! – powiedziałem. – Robi mi się niedobrze.
– Czy mamy przechować pańską pasztetówkę do czasu, kiedy będzie pan znowu leciał? – zapytała mnie uprzejmie jego współpracownica. – Czy też woli pan sam przesłać słój do domu pocztą?
– Możecie go wyrzucić! – syknąłem i wrzuciłem moje pozostałe rzeczy z powrotem do torby. – Jeżeli pasztetówka jest płynem, to już mi na niej przestało zależeć – oświadczyłem dumnie i poszedłem do samolotu.

Przełożył Pies Bobik