Związek niepartnerski

śr., 25 lipca 2012, 21:03

– Znowu coś przerosło mój mizerny psi rozum – zalabidził Bobik, zerkając w stronę Labradorki z nadzieją, że słowa o mizernym rozumie zostaną jakoś skontrowane. Nie doczekawszy się jednak żadnego protestu, postanowił przystąpić do szczegółów. – O tę ustawę mi chodzi, co to w Psejmie nikt nawet nie chce o niej gadać – wyjaśnił. – No, tej, że pies może dzielić budę z kim mu się podoba, z jamniczką, z wyżłem, albo wręcz z kotem i nikomu nic do tego. Dlaczego to niby niekonstytucyjne ma być?
– Faktycznie, z rozumem u ciebie nietęgo – westchnęła sąsiadka. – W konstytucji stoi przecież wyraźnie, że szczególną ochroną państwa cieszy się tylko związek psa z psicą. Chyba więc zrozumiałe, że innych, sprzecznych z naturą zwierzęcych związków należy zakazać, żeby konstytucja była zadowolona.
– Jak zrozumiałe, kiedy niezrozumiałe? – poskarżył się szczeniak. – Ja już się nawet nie upieram, że wszystkie zwierzęta są równe, bo wiem, że w praktyce niektóre są równiejsze. Ale szczególna ochrona jakiegoś związku dla mnie oznacza, że ten związek chroni się bardziej od jakichś innych związków. Czyli te inne wręcz muszą istnieć, żeby ten jeden można było chronić szczególnie. Bo gdyby dopuszczalny miał być tylko jeden związek, to w konstytucji trzeba by było napisać o wyłącznej, nie szczególnej ochronie.
– Cały twój wywód dowodzi, do jakiego stopnia nic nie rozumiesz- zdenerwowała się Laradorka. – Naiwnie sobie wyobrażasz, że Psejm jest od tego, żeby kierować się zwykłą logiką, albo traktować byle kundla po partnersku. Psejm to przecież władza, a władza to śmietanko narodu i do pospolitej logiki zniżać się nie musi. Jak Psejm wykombinuje, że ma cię gdzieś i wygodniej mu z tobą nie gadać, to gadał nie będzie, choćbyś jak ten… jak Brytan leżał i warczał pod drzwiami, rozerwawszy na piersiach futro. Na tym właśnie polega partnerski związek władzy i obywate… Ej! Zaczekaj! Czemu wychodzisz?
– Idę do konia – mruknął Bobik. – Jakoś mi łatwiej pojąć jego koństytucjonalizm. Jak już w żaden sposób nie da się zaprząc do roboty logiki, to przynajmniej możemy się wspólnie uśmiać z takiego partnerstwa.

Wartości rodzinne i inne

śr., 18 lipca 2012, 20:57

Miłość rodzinna rzecz nader zbożna,
fundamentalna, twierdzić by można,
wszak pierwszą myślą takiego syna
jest: kto da papu, jak nie rodzina?

Lecz tutaj druga myśl w pełnym biegu:
oprócz rodziny mam i kolegów,
którzy doprawdy, komu jak komu,
ale mnie to chcą na pewno pomóc.

Z wiekim zapałem do tego rwą się,
żeby ich rąsia myła mą rąsię,
by kolesiowski sen nam się ziścił –
syci, bezpieczni, a przy tym czyści.

Niejedną matkę ssie cwane cielę –
tutaj rodzina, tu przyjaciele,
tutaj agencja, a tutaj spółka –
i już do pensji dopisuj kółka.

Że lud wyraża jakieś obiekcje?
No, to etyki trza mu dać lekcję:
przyjaźń, rodzina, wzajemna pomoc,
toż to wartości są, jak wiadomo.

I tak wartości mota się siatka…
Ktoś coś pyskuje? To się go zatka,
A kto właściwie w tej całej matni
jest tak naprawdę ssany? Podatnik.

Niektórym żal jest tego biedaka,
lecz władza nad nim nie będzie płakać,
no bo on przecież nie z władzy winy
żadnej u żłobu nie ma rodziny.

Kącik samotnych serc

śr., 11 lipca 2012, 20:07

Kochana Redakcjo!

Piszę do Was, bo już nie wiem, do kogo poza tym mógłbym napisać. Serce mam złamane, co jest bardzo przykre dla mnie i mojej rodziny oraz poniekąd narusza moją godność osobistą. Na dużą pociechę nie liczę, ale przynajmniej chcę się podzielić swoimi doświadczeniami, żeby inni, podobni do mnie, byli wystarczająco ostrzeżeni.
To się zaczęło już w szkole. Każdy chce być kochany, więc i ja chciałem, rzecz jasna. Wymyśliłem sobie nawet, jak to osiągnąć – nie tak na jeden raz, a ogólnie, że tak powiem. Trzeba zostać ukochanym przywódcą. Nie musi być zaraz całego kraju, czy co. Zacznę od niskiego szczebla, a potem już samo pójdzie. Byłem więc przewodniczącym klasy, potem samorządu szkolnego, a w międzyczasie prezesem Spółdzielni Uczniowskiej, czyli starałem się jak mogłem zarobić sobie na sympatię koleżeństwa. Ale gdzie tam, na prywatki mnie nie zapraszano, w dwa ognie do drużyny nikt mnie nie wybierał, a raz, na wycieczce klasowej, nawet kocówę mi zrobili. Nie powiem, tak mnie to bynajmniej zdenerwowało, że poszedłem do dyrektora i wszystko mu opowiedziałem, ale koledzy nie wyciągnęli z tego żadnych prawidłowych wniosków. W każdym razie nie było żadnych oznak, żeby zaczęli mnie chociażby lekko lubić.
Potem, w pracy, wcale nie było lepiej. W karierze się piąłem, a wszystkie imieniny obchodziły się beze mnie. Pomyślałem, że może do jakiejś partii muszę wstąpić, żeby coś się zmieniło. Ja jak coś pomyślę, to wykonam, więc wstąpiłem i rzeczywiście, tu i ówdzie zapraszać mnie zaczęto, no to mi się zdawało, że jestem na dobrej drodze. Zapraszają, znaczy pewnie kochają, albo pokochają wkrótce. Z radości i entuzjazmu jeszcze pilniej niż wcześniej zwalczałem politycznych przeciwników, blokowałem ich inicjatywy i obsmarowywałem ich gdzie popadnie. I wyglądało na to, że wreszcie mi się udało. Z partii przyszli, że może bym na posła chciał. Takiego ogólnonarodowego posła, nie byle co. No, też bym nie chciał! Zaraz się zgodziłem. Posła to już na pewno kochają wszyscy pod rząd.
Ogarnęły mnie, że tak nastrojowo powiem, różowe barwy i w sercu śpiew. Dostałem odpowiednie miejsce na liście, wskutek czego załapałem się do Sejmu. W mojej partii byłem coraz ważniejszy i media (w tym Wasze) co rusz składały mi dowody uczuć. Obsmarowywanie i zwalczanie przychodziło mi teraz lekko jak puch marny, bo nareszcie zdawało mi się, że czuję powiew prawdziwej miłości i nie wątpiłem, że będzie jej jeszcze więcej i więcej. Jak złudne były moje oczekiwania, miałem się dowiedzieć dopiero później.
Dawna idea zostania ukochanym przywódcą nie straciła dla mnie na wartości. Wręcz przeciwnie, była coraz bardziej pociągająca. Oczywiście, w partii mieliśmy już jednego ukochanego przywódcę, ale wydawał mi się on być obdarzony jedną zasadniczą wadą – to nie byłem ja. No cóż, właściwa ocena rzeczywistości nie zawsze przychodzi w porę.
Dalszy bieg zdarzeń opiszę w skrócie, bo był on dla mnie bardzo bolesny. Moje źle ulokowane pragnienie miłości, mimo upływu lat i osiągnięć, było nadal tak dojmujące, że zamiast przekonywać ukochanego przywódcę o płomienej niezmienności moich uczuć do niego, pokusiłem się o próbę zostania samemu ukochanym przywódcą. To był błąd, z którego rozmiarów nie zdawałem sobie sprawy. Straciłem wszystko. Jedynkę na liście, dostęp do ucha, perspektywy na przyszłość. A nade wszystko miłość tych, którzy dotąd wydawali się mnie kochać, jak również samego przywódcy.
Jak już pisałem, serce mam od tego czasu złamane. Ale z mojego nieszczęścia wyciągnąłem konkretne wnioski. Jeżeli chce się być kochanym, trzeba samemu kochać i okazywać to na wszelkie sposoby. I trzeba wiedzieć, kogo kochać. Bez tego ani rusz. Toteż jeśli uda mi się jeszcze kiedyś wrócić do łask, będę nie tylko zwalczał, obsmarowywał, donosił i się płaszczył, ale również okazywał. Bo nie ma niczego ważniejszego od miłości.
Jeżeli moje doświadczenie okaże się ważne i dla innych Waszych czytelników, to bardzo dobrze. Chciałbym wszystkich przekonać, że warto kochać, ale nie bez wyboru. Tylko właściwy obiekt uczuć jest gwarancją sukcesów. Ja to już zrozumiałem na własnej skórze i w przyszłości zamierzam trzymać się nauk, które wyciągnąłem.
Kochana Redakcjo, może ze względu na moje prospołeczne, bezinteresowne intencje zechcecie zrobić ze mną wywiad albo jakoś inaczej pokazać komu trzeba, że jeszcze nie jestem całkiem stracony dla miłości i może być ze mnie pożytek w tym temacie.

Z nadzieją,
Polityk

Ballada o Strasznej Babie

wt., 3 lipca 2012, 19:56

Spali już w Ciemnych Wodach giermkowie i pazie,
spały kury i święci spali na obrazie,
tylko tam, gdzie chowano koronne klejnoty,
ciche kroki rozległy się jakiejś niecnoty.

Król, co właśnie śnił słodko o władzy uroku,
przetarł oko i nieco uniósł się na boku:
słucha i złość go chwyta – cóż to za przechera
bez wątpienia do skarbca właśnie się dobiera?

Porwał się szybko z łóżka, drąc szlafmycę w gniewie
i wrzasnął: co to znaczy?! Święty Tupolewie,
nie dopuść, żeby licho albo inne peło
nam imponderabilia wzięło i drutnęło!

Z kąta groźnie łypnęły strachu ślepia blade,
pojął Król, że koniecznie trzeba zwołać Radę.
Mniejsza o to, co rzekną woje i biskupy,
ale jak strach, to raźniej zebrać się do kupy.

Siadła Rada w piżamach, odpędza ziewanie,
a tu strażnik zdyszany wbiega, krzycząc: Panie
i wy Wielce Szanowni! Na własne oczęta
widziałem, że się Baba koło skarbca pęta.

Taka Baba samopas straszna jest, że rany,
wątrobę ma przegniłą, i tyłek nieprany,
i zamiary podstępne, bo ta sztuka chytra
jak nic się zamierzała dorwać do in vitra.

Jęknął Król, a biskupom aż opadły brody:
Baba z naszym in vitrem? Na to nie ma zgody!
Damy odpór hultajkom, zołzom i psiajuchom,
co zrabować chcą klejnot, by napaść swe brzucho.

Nikt nie powie, że plemię jesteśmy niemrawe,
kiedy my tę lewaczkę załatwimy prawem –
srogim i nieugiętym, nie tam hocki klocki,
wywiedzionym z tradycji czysto ciemnowodzkich.

Sam Król prawo natychmiast pochwycił pod pachę,
pomknął i pod nos Babie podstawił z rozmachem,
mrucząc: a tom bohater! Pozna każdy swojak,
że wcale przed nijaką Babą nie mam boja.

A Baba, nie zważając na pozy satrapy,
huknęła: czniaj się, Królu, precz ode mnie łapy!
Wierzgnęła i diabelskim majtnąwszy ogonem,
odleciała z chichotem gdzieś w Europy stronę.

Ponoć tam rozebrana siedzi do rosołu,
konsumując in vitro z aborcją pospołu
i kary na nią nie ma. Król zaś syczy: szkoda,
tak bym ją chętnie prawkiem łupnął w Ciemnych Wodach!