Doniesienie świąteczne

sob., 23 kwietnia 2011, 18:26

Jak donosi Polska Agencja Psowa, tegoroczna Wielkanoc wzbudziła spore zainteresowanie w kręgach zbliżonych do stołu. W uroczystościach wzięły udział liczne delegacje jajek, ciast i wędlin. Szczególną radość zgromadzonych wzbudziło przybycie słynnej Kiełbasy Jałowcowej, którą powitano hucznym mlaskaniem.
Niestety, nie udało się uzyskać żadnych informacji o losach również zapowiadanego na obchodach pasztetu. Indagowany na tę okoliczność Bobik zamerdał wykrętnie ogonem i udzielił odpowiedzi wymijającej, choć jednoznacznej – Wesołych Świąt! 🙂

Wielkanoc

Poprawka młotem

wt., 19 kwietnia 2011, 12:19

Prawdziwym wyznawcom nie wystarczy wyznawanie. Prawdziwość wyznawcy poznaje się po tym, że nie spocznie, póki na jego horyzoncie pozostanie chociaż jeden niewyznający.
Dlatego nie grzęznę w jałowych rozterkach i wątpliwościach co do mojej przyszłości. Wiem, że wyznawcy o nią zadbają. Czegokolwiek bym był niewyznawcą, zawsze się jakiś młot na mnie znajdzie.
I wam, drodzy współniewyznawcy, radzę jak najszybciej pogrążyć się w tej błogiej pewności. Na was też się znajdzie…

Idzie grupa bojowa przez tereny mgliste,
pieśni śpiewa nabożne, słowem chwali Pana,
wysłano do Bobika dzisiaj egzorcystę,
żeby z tego zwierzęcia wypędził szatana.

Bo że duch zły przebywa w tym kudłatym ciele,
to jest wniosek tak prosty jak uchwyt od kielni –
stopa jego kosmata nie stanie w kościele,
i Naszego Dziennika nie czyta piekielnik.

Geotermii nie wesprze ta gadzina wroga,
w zamach żaden nie wierzy ten pomiot sobaczy,
do Wawelu mu ponoć za daleka droga,
wiosną woli on wiosnę niż Polskę zobaczyć.

Straszna, straszna to kara, straszny wyrok boski,
tak wpaść w sidła szatańskie, tak się w nich zaplątać!
Idzie grupa bojowa przez uśpione wioski,
blednie Bobik i trwożnie kryje się po kątach.

Soap opera

wt., 12 kwietnia 2011, 13:29

– Fajny serial widziałem – pochwalił się Bobik, licząc w głębi ducha na zamiłowanie Labradorki do barwnych historii. – Nie brazylijski, ale też super.
– Opowiedz! – zapaliła się Labradorka. – Uwielbiam seriale. Mało jest równie życiowych kawałków.
– W porządku – zgodził się bez nadmiernego certolenia Bobik. – Ale to tak tylko po łebkach będzie, bo ze szczegółami byłoby za długo, a poza tym ja też nie wszystko widziałem. Znaczy, w zarysach to leci tak: główna bohaterka, Ojczyzna się nazywa, jest piękna, mądra i dobra, więc wszyscy ją uwielbiają i w zasadzie powinna mieć rajskie życie. I tak właściwie by było, gdyby nie Zły Sąsiad, który zagiął na biedną Ojczyznę parol…
– A dlaczego? – zainteresowała się, zgodnie z przewidywaniem, Labradorka.
– Tak dokładnie to nie wiadomo. A może to było wyjaśnione w którymś z poprzednich odcinków i przegapiłem? W każdym razie ten Zły Sąsiad tylko patrzy, jak by tu Ojczyźnie zaszkodzić i cały czas różne świnie jej podkłada. Raz na przykład bogata ciotka chciała Ojczyźnie spadek zostawić, to ten zaraz poleciał i nagadał, że taka, że owaka, że podobno syna nieślubnego ma, Naroda…
– Pewnie ten Sąsiad próbował uwieść Ojczyznę, a ona go odrzuciła – wyraziła przypuszczenie biegła w serialach Labradorka.
– A wiesz, to możliwe – zastanowił się Bobik. – On cały czas tak na nią patrzy, jakby ją chciał rozebrać. No, ale ona go nie chce, bo Naród wcale nie jest jej synem, tylko potajemnym narzeczonym. On ją tak kocha, że oddałby za nią życie, ale oficjalnie pobrać się nie mogą, bo są zbyt bliskimi kuzynami i musieliby mieć dyspensę kościelną. Naród zaczyna się o tę dyspensę starać i podlizuje się kościelnym jak może, a tymczasem dowiaduje się, że Ojczyzna w potrzebie. Łapie za szablę i leci gonić tego wroga, co zagraża, ale przez to zostawia ukochaną samą, w poczekalni. Ona cierpi i pragnie złączyć się z Narodem, tylko że to nie jest proste, bo Zły Sąsiad znowu knuje i jakoś tak to robi, że Ojczyzna całkiem znika. No, ginie gdzieś po prostu. Zostają tylko zadane jej rany. Naród nie do końca chce w to zniknięcie uwierzyć, więc udaje się na poszukiwania do Paryża, zabierając ze sobą klatkę z orłem i hydraulika, pana Tadeusza, dla niepoznaki w paperbacku. W tym Paryżu siedzi, tęskni do ciemnego pieczywa i też cierpi. Okropnie smutne to wszystko. Mówię ci, serce rozdziera.
– Ale chyba tak źle się to nie kończy? – spytała przytomnie Labradorka.
– No co ty! – oburzył się Bobik. – Przecież to serial. Nie brazylijski, ale zawsze. Na końcu okazuje się, że Ojczyzna wcale nie zginęła i tańczy z Narodem mazurka, na balu u jednego senatora. Wprawdzie wszyscy wiedzą, że tego senatora wktótce pozbawią immunitetu i pójdzie siedzieć, ale na razie jest wzruszająco. Goście krzyczą na przemian „gorzko! gorzko!” albo „zgoda! zgoda!”, tarabany biją, Chopin się leje, duma tryska i nie ma najmniejszych wątpliwości, że za chwilę nastąpi ogólne mordobicie.
– Fasssscynujące – sapnęła z przejęciem Labradorka. – Nie będę się mogła doczekać, co będzie dalej.
Bobik zmieszał się nieco, niepewnie przestąpił z łapy na łapę i przyznał:
– No, wiesz, prawdę mówiąc, z tym serialem to jest tak, że w każdym odcinku leci to samo. Możliwe zresztą, że gdyby zaczęło lecieć coś innego, nikt by się nie połapał, o co w sumie biega. Ale – dodał z poweselałą nagle miną – grunt, że większości widzów jeszcze się to nie znudziło.

Raport o stanie

wt., 5 kwietnia 2011, 19:30

Państwo wygodniej wyciągnęło nogi, rozwalone na biurku, które zastąpiło rozchwierutany okrągły stół, stojący w tym miejscu wcześniej. Strzepnęło popiół z cygara, wyrwanego cudem z brudnych łap lumpenliberała i zapytało siedzącego na brzeżku fotela Prezesa:
– To w końcu jak? Będziemy anihilować, czy oprymować?
– Ja bym radził, żeby te metody zastosować dopiero wtedy, kiedy ja dojdę do władzy – pospieszył z odpowiedzią Prezes. – Na dzień dzisiejszy deprywację mamy już dostateczną. Ale moglibyśmy spróbować prefiguracji czy też antycypacji i zimmunizować prokuraturę na polityczne naciski przy pomocy hiperproceduralizacji i precedencji.
– To nie jest dobry modus operandi – skrzywiło się Państwo. – Nie wiem nawet, czy za tą propozycją nie kryje się myślenie tetyczne.
– Wcale nie myślę tetrycznie! – wykrzyknął z urazą Prezes, ale spojrzawszy na ostrzegawczo najeżony system semiotyczny Państwa natychmiast spuścił z tonu.
– No dobrze – zaproponował – wobec tego na razie zajmiemy się paradygmatem kształcenia i wychowania, który ma jakoś dziwnie wychyloną ambiwalencję. Moglibyśmy go zaksjologizować, pozbawić permisywnej ideologii i nieco usynkretycznić.
– To czysty imposybilizm! – machnęło ręką Państwo i pociągnęło tęgi łyk łyskacza przyniesionego z restauracji, która dla odróżnienia od knajpy zaopatrzona była w mechanizmy absorpcyjno-kooptacyjne. – A poza tym, gdyby nawet udało nam się to wszystko przeprowadzić, możemy się spotkać z powszechną repulsją…
Nagle za drzwiami dało się słyszeć się lekkie, dyskretne stukanie obcasików.
– Państwo! – zawołał damski sopran. – Jesteś tam?
– To Intersubiektywność – szepnęło zirytowane Państwo i zaczęło dawać Prezesowi rozpaczliwe znaki. – Nie chcę z nią gadać. Ona ma paskudny charakter. Prymarny.
– Państwo! – wołał dalej petryfikujący głosik. – Paaaaństwo!
– To ja! – odkrzyknął Prezes i mrugnął porozumiewawczo do swojego vis-à-vis. – Państwa tu nie ma. Wyszło kilka lat temu i nie wiadomo, kiedy wróci.
– A, to przepraszam – rzuciła ekshibicjonistycznie Intersubiektywność i oddaliła się na wstecznym biegu. W korytarzach jeszcze przez chwilę słychać było jej cichnącą elitarność. W końcu i ona zamilkła
– Uff! – odetchnęło unitarnie Państwo i jeszcze bardziej wyciągnęło nogi. Tym razem na dobre.