Oberek, obereczek…

śr., 31 października 2012, 21:17

Dylu-dylu na badylu dokoła trotylu,
łupu-cupu, dyna-dyna, nitrogliceryna,
znowu taniec się rozhulał w dobrze znanym stylu,
przymusowo na ludowo dzień się nim zaczyna.

Z łbów się kurzy, na klepisku każdy już zawiany,
tutaj Antek przytupuje, tam Jarek wywija,
nawet wdowy cierpiętnicze się puściły w tany,
ponoć wkrótce się przyłączą Jezus i Maryja.

Zagra w tańcu krew ułańska i do bitki zmusi
ten sztachetę w rękę porwie, tamten piątą klepkę,
„bij psubratów!” – na to hasło jakże się nie skusić,
więc łomoczą wszyscy krzepko pogryzając rzepkę.

Pienią się w szklanicach żale, jady i gorycze,
kto do kółka nie dołączy, przegrał walkowerem,
ni chochoła nie brakuje, ni sznura na stryczek,
w spazmach kręci się szalony, smoleński oberek.

Ej, tancerze, już chałupa trzeszczy od hołubców,
ziemia jęczy, gdy buciory znów po trumnach tupią,
czy z was banda tanich drani, czy zwyczajnych głupców?
Próżno pytać. Tym tancerzom nigdy nie jest głupio.

Gadżet narodzony

pon., 29 października 2012, 19:13

Czasem, w obliczu szczególnych wydarzeń, nawet najbardziej rozbrykany szczeniak przestaje merdać, poważnieje i zastanawia się, jak powinien zareagować. Mnie się to właśnie dzisiaj zdarzyło, pod wpływem kolejnej relacji o potraktowaniu dziecka już narodzonego jak gadżetu, którego właścicielem jest państwo. Państwo zgadza się, żeby gadżet był przechowywany u jakiejś tam rodziny, dopóki jest utrzymywany w czystości i regularnie wożony – koniecznie autem – do kontroli technicznej. Ale biada rodzinie, która tych warunków nie spełni. Właściciel, uzbrojony w karzącą dłoń wymiaru sprawiedliwości, gadżet odbiera i przekazuje w odpowiednie, czystsze i lepiej wyposażone materialnie ręce.
Naiwni idealiści mogliby sądzić, że nawet przedmioty lepiej umieszczać u ludzi, którzy mają z nimi jakiś związek emocjonalny i reprezentant właściciela poszukaniem takich ludzi powinien się zająć. Ale takich fantastów Maciej Bainczyk, prezes Sądu Rejonowego w Kędzierzynie-Koźlu, szybko potrafi sprowadzić na twardy grunt realiów: Sąd nie ma obowiązku szukania osób krewnych, które mogłyby przejąć pieczę nad dzieckiem, powinien zadbać o umieszczenie go w bezpiecznym miejscu. A rzeczniczka Ewa Kosowska-Korniak dorzuci, że pomoc jakiejś tam rodzinie w poprawie warunków przechowywania gadżetu nie jest zadaniem sądu. Sąd ma jeden nadrzędny cel: dobro dziecka. I już wszystko jest jasne.
Ironizuję ze smutku i złości, bo takie uczucia wywołuje we mnie lekceważące, paternalistyczne i bezduszne traktowanie słabszych. Ale ponieważ wiem, że z samego ironizowania niewiele wyniknie, postanowiłem jeszcze napisać w sprawie dzieci oraz ich rodzin list i rozesłać go pod kilka właściwych – jak mi się wydaje – adresów. Jeżeli ktoś moje uczucia podziela, jeżeli również uważa, że nie wystarczy się oburzać, trzeba jeszcze coś zrobić, zachęcam do skopiowania tego listu i wysłania go we własnym imieniu.

Tu jest list:

Szanowni Państwo!

Jestem głęboko zaniepokojony/-a coraz częstszymi w ostatnim czasie doniesieniami mediów o odbieraniu dzieci kochającym, ale niepełnosprawnym, niezaradnym życiowo, lub po prostu biednym rodzicom i oddawaniu ich pod opiekę rodzin zastępczych. Równie niepokojące są późniejsze wyjaśnienia powołanych do chronienia interesów dziecka instytucji, traktujących dobro dziecka najwyraźniej wyłącznie w kategoriach mieszkaniowych, żywieniowych i higienicznych, bez uwzględnienia całej sfery potrzeb psychicznych. Zamiast rozwiązań skierowanych na pomoc rodzinom biologicznym, tak żeby mogły zapewnić dzieciom należyte warunki do rozwoju, wybiera się rozwiązania najłatwiejsze, biurokratyczne, niehumanitarne, skutkujące traumatycznymi przeżyciami zarówno dzieci, jak i rodziców.
Konstytucja RP gwarantuje rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietnym i niepełnym, szczególną pomoc. Trudno za taką pomoc uznać rozbicie rodziny za to, że nie posiada samochodu lub nie wyremontowała łazienki (takie np. było uzasadnienie odebrania dziecka przez sąd w Kędzierzynie-Koźlu). Bezduszność i absurdalność podobnych decyzji musi budzić sprzeciw.
Przypadki odbierania bez wystarczających powodów rodzinom oraz samotnym matkom nowo narodzonych lub małych dzieci, a nawet sterylizacji kobiet wielodzietnych bez ich zgody, świadczą fatalnie o stanie praw człowieka w Polsce. Ludzie niepełnosprawni, ubodzy, czy niezaradni powinni być chronieni przez prawo w takim samym stopniu jak wszyscy inni. Dzieci nie powinny być traktowane jak pozbawione uczuć przedmioty, które „przekłada się” w miejsce dogodne dla instytucji. O to musimy zadbać my wszyscy – władze ustawodawcze, wykonawcze i obywatele.
Zwracam sie do Państwa o zainicjowanie działań na rzecz gruntownej rewizji dotychczasowych procedur dotyczacych ubogich bądź niezaradnych rodzin, powołania do życia skutecznego systemu ich wspierania i nade wszystko zaprzestania arbitralnego ich traktowania pod bardzo wątpliwymi hasłami „dobra dziecka”, podczas gdy w istocie łamane sa elementarne prawa dziecka, matki i reszty rodziny.
Proszę też o zajęcie sie tym poważnym problemem przez Kongres Kobiet, w formie obliczonych na dłużej nacisków na ustawodawców, rząd i wymiar sprawiedliwosci.

A tu lista adresów, którą oczywiście każdy może na własną rękę rozszerzyć:

Rzecznik Praw Obywatelskich
biurorzecznika@brpo.gov.pl

Rzecznik Praw Dziecka
rpd@brpd.gov.pl

Kongres Kobiet
biuro@kongreskobiet.pl

Przewodnicząca Parlamentarnej Grupy Kobiet
Bozena.Szydlowska@sejm.pl

Helsińska Fundacja Praw Człowieka
hfhr@hfhrpol.waw.pl

Bobik 1.0

pon., 22 października 2012, 08:57
– Strasznie się czuję nieaktualny – poskarżył się Bobik i z niechęcią spojrzał na swój postrzępiony, utytłany w niejednej kałuży ogon.
Labradorka przyjrzała mu się dość detalicznie i machnęła bez szczególnego przejęcia łapą.
– Obleci! – powiedziała uspokajająco. – Wprawdzie widać, że jesteś już trochę używany, ale jeszcze w całkiem niezłym stanie.
– Nie rozumiesz! – westchnął Bobik. – Nie chodzi o to, w jakim jestem stanie, tylko którą jestem wersją. Nie mówię już o japońskich psach, które aktualizują się co dwa tygodnie, ale nawet taki Jamnik ma już wersję 23.0. Ba, znany z konserwatyzmu Foksterier włączył ostatnio 3.4, tylko ja ciągle jeszcze latam w wersji podstawowej. Chyba nie nadążam za współczesnym światem.
– Lepsze ponoć jest wrogiem dobrego – mruknęła sentencjonalnie Labradorka. – Słyszałam, że Jamnikowi po każdej kolejnej aktualizacji coraz bardziej plączą się łapy.  A z Foksteriera wszyscy się śmieją, bo i tak wiedzą, że każda jego nowa wersja to zwykły pic na kałużankę.
– To myślisz, że można żyć nie aktualizując się? – spytał z powątpiewaniem szczeniak.
– Żyć można – zapewniła Labradorka. – Tylko sprzedawać się trudno. Ale jeśli nie żyjesz po to, żeby się sprzedawać, to możesz się świetnie bawić jako wersja 1.0. Zwłaszcza kiedy znajdziesz kumpli, którzy też wolą się dobrze bawić niż stale się aktualizować.

Wędlinobranie

sob., 13 października 2012, 18:54

Wędlin było w bród. Wyżły biorą plastry boskiej,
tyle w pies-śniach sławionej kiełbasy krakowskiej,
co smakoszy latarnią jest w Europie całej
i nawet Niemiec przyzna: nie masz jak Krakauer!
Ratlerki za pieczonym raczej gonią schabem,
który psie powonienie olśniewa powabem
niezrównanym i takim emanuje czarem,
że ulegnie mu i sam dostojny Owczarek.
Tu szynka gotowana – dybią na nią śmiele
maltańczyki, spaniele, tudzież Jack Russelle,
tam baleron się wdzięczy do pieskiej publiki,
żyłkowany jak marmur, ówdzie równe szyki
kabanosów, a dalej płaty bladolice,
po których bez ochyby poznasz polędwicę.

Już konsumpcję zaczynać gotowa brać wszystka,
lecz Owczarek najpierwsze brał miejsce przy miskach,
już z postawy mu samej ta godność należy,
kto by temu zaprzeczył, ten mógłby nie przeżyć,
więc każdy powstrzymywał swój niewczesny zapęd,
a Owczarek przemówił w górę wznosząc łapę:
nie chcę, droga Psubraci, nastroju popsować,
ale zda się historię przypomnieć w dwóch słowach
nie tak dawną, młodzieży być może nieznaną.
Otóż jeść nam nie zawsze tak dobrze dawano,
kaszą człowiek nas żywił, z rzadka jakąś kostką,
a dla psa nie jest rzeczą łatwą ni błahostką,
kiedy wędlin ni dudu. Przyznać trzeba jednak,
że i Ludzkość bywała w owym czasie biedna,
stała nieraz w kolejkach przez calutkie noce
i na obiad musztardę miała albo ocet…
Tutaj przerwał wymowy swojej potok wartki
i wykrztusił z przejęciem straszne słowo – kartki.
Skowyt przeszedł żałosny przez grupę seniorów,
co z doświadczenia znała rynek niedoborów,
pyski wspomnień ponurych zasnuły się cieniem,
patrzyli na to młodzi z niemałym zdumieniem,
aż się wreszcie ten i ów łapą skrobnął w głowę,
myśląc: „może nie takie złe te czasy nowe?”
Owczarek, gdy już szeptów ucichły ostatki,
dał znak psom białym, czarnym, szarym, rudym, w łatki
i całe towarzystwo za jego przewodem
ruszyło w stronę misek barwnym korowodem.

Bobik, dość utrudzony po porannym biegu,
bynajmniej do pierwszego nie pchał się szeregu,
polędwice i szynki minął dużym łukiem,
nie przystanął przed boczkiem ani przed kindziukiem,
jeno węszył powoli, ze spuszczoną głową,
za tą, co wędlin była bezsprzeczną królową.
Nareszcie stanął, szczeknął: „no, jak pragnę zdrówka,
to ona, mego życia radość – pasztetówka!”,
zaczem powściągliwości rzucił wszelki pozór
i z rozkoszą w niebiańską maź zanurzył ozór.