Romantyczna ballada o piesku i kotku

pt., 6 września 2013, 02:59

Jakiż to piesek piękny i młody,
jakaż to obok kocica?
Idą przez ciemne, ciche ogrody,
pod czujnym okiem księżyca.

Ona mu daje wątróbkę świeżą,
on pasztetówką się dzieli,
pełna sielanka, widok tych zwierząt
na serce leje miód pszczeli.

Nic nie zakłóca czułej harmonii,
nikt się nie zjeży ni razu,
pies kotu kota nie chce pogonić,
ząb nie zabłyśnie ni pazur.

Aż nagle w cudną tę noc wrześniową,
pełną słodyczy i czaru,
pada niewinne pozornie słowo,
takie jak kościół czy naród.

Pryska znienacka zgody ułuda,
kłaki fruwają pod niebem,
on kłami błyska, warcząc „paskuda!”
ona go wdeptać chce w glebę.

Od dziś już będą na siebie prychać,
nie siądą wspólnie przy kości,
bo nawet kiedy połączy micha,
poróżnią w końcu świętości.

One uparcie są raną świeżą
i nienawiści zarzewiem,
a czemu pośród ludzi i zwierząt
wciąż tak się dzieje – ja nie wiem.

Migawka z podróży

czw., 29 sierpnia 2013, 16:23

Pojechał pies do Londka, się znaczy w obce strony,
bo był podróżnik z niego niezwykle zapalony
i od szczeniaka zwiedzać uwielbiał wprost bez miary
te różne Szanselizy i inne Trafalgary.
Samolot wylondkował, pies wysiadł, uchem zastrzygł,
„lokalnych kolorytów coś tu za mały zastrzyk”,
więc żeby miejscowego załapać trochę soundu,
ostrygę szybko kupił i wsiadł do undergroundu,
na ławce jak na własnej rozłożył się kanapie,
nadstawił organ uszny i proszę – zaraz łapie:
…ty, k…a, byłem w tesku i rzuca mie, kapujesz?
Podniosły cenę piwa te zaj..ane ch..e,
na puszce dwa pensiaki, a by ich kolka sparła,
już wiem, że moja stara znów będzie mordę darła…
… zrobili takie g…o, że, k…a, ja pie..olę,
zasiłku nie chcą więcej mi płacić te Angole,
że niby do roboty… a co ja, na mózg chora?
Zabulić i tak muszą, jak zrobię se bachora…
…mój szef to taki k..as, że chyba, proszę ciebie,
ja tego nie wytrzymię i w końcu mu przyj…ę…

Wsłuchuje się pies, myśli: coś tu jest nie w porządku,
czy pilot się pomylił i mnie wysadził w Lądku?
Czym za ojczystą mową miał duszę tak stęsknioną,
że cudem coś przeniosło mnie na odnośne łono?
Tu huknie głos wewnętrzny: zastanów się, jełopie,
wyleźliśmy z zaścianka, jesteśmy już w Europie,
i tak partnerskie, ścisłe są z nią Polaków więzy,
że wreszcie bez kompleksów jej pokazują język.

Cuda na warcie

czw., 15 sierpnia 2013, 13:38

Foksterier nie pojawiał się w bobikowych progach zbyt często, nie bez powodu więc szczeniak był nieco zaskoczony, otwierając mu drzwi. Postarał się jednak zachować w tej niespodziewanej sytuacji przytomność umysłu i staropolską grzeczność.
– Gościu, siądź na mej kanapie – zagaił uprzejmie, odwołując się do najlepszych literackich wzorców. – Mogę się z tobą podzielić parówką, udało mi się jedną ocalić przed Pręgowaną.
– Zbieraj się!- warknął ostro, po kapralsku Foksterier, nie zwracając uwagi na wielkoduszną propozycję. – Trzeba iść na Wartę, żeby uczcić Święto Cudownego Wojska Polskiego.
– Chciałeś chyba powiedzieć „do Warty” albo „za Wartę” – odruchowo poprawił go Bobik. – Ale ja Warty nie przejdę. Nie umiem pływać, a most za daleko.
– Jak mówię na Wartę, to na Wartę!- wściekł się Foksterier. – Na Smoleńską Wartę. Z okazji Cudu nad Wisłą. Iść. Biec. Gryźć. Naprzód marsz!
– Wiesz, to mi jakieś za wielkie rzek pomieszanie – szczeknął z ociąganiem Bobik. – Gdzie Rzym, gdzie Smoleńsk, a gdzie Wojsko Polskie? A poza tym, szczerze mówiąc, ja w cuda nie wierzę.
– Jak to, nie wierzysz? – spytał z bolesnym niedowierzaniem Foksterier, zapomniawszy na chwilę o wojskowym drylu. – W ogóle, w żadne cuda?
– No, nie tak w ogóle – przyznał uczciwie Bobik. – Wierzę na przykład w to, że świat potrafi być cudowny, jak mu się tylko chce. Że cudne są wschody i zachody słońca, zwłaszcza kiedy nie pada. Albo że ta Maltanka spod dziesiątki to istne cudo. Ale nie wierzę w objawy na szybie, stadionowe zmartwychwstania, ani Maryję w charakterze szybkostrzelnego automatu M-20, koszącego jedną serią bolszewicką armię. A gryzienie na oślep jakieś mi się ciemniackie zdaje.
– Bluźnisz, szczeniaku! – zawył Foksterier z najwyższym oburzeniem. – Właśnie w obrzydliwy sposób zszargałeś kilka świętości naraz!
– Ja? – przeraził się Bobik. – Naprawdę? No popatrz, byłem przekonany, że szargają ci, którzy przerabiają świętości na jarmarczne sztuczki i tanie kuglarstwo. Ale skoro się myliłem, to przepraszam.
– Nie przyjmuję twoich przeprosin, kundlu! – odpalił Foksterier z najgrubszego kalibru. – Nie chcę cię znać! Mógłbym ci jeszcze darować, choć z trudem, że rozdzielasz włosy święte i świeckie na czworo, zamiast ruszyć i gryźć. W ostateczności nawet i to, że nie chcesz entuzjastycznie świętować Cudownej Warty Żołnierzy Maryi nad Wisłą Smoleńską. Ale na pewno nigdy nie wybaczę ci tego, że uraziłeś moje uczucia militarne!

Deszczowe popołudnie

śr., 7 sierpnia 2013, 14:39

Pogoda nie nastrajała ani do spaceru, ani do prac ogrodniczych, takich jak walka z wężowatymi mackami glicynii, albo nadmiernie panoszącymi się rozłogami poziomek. Gonienie ptaków w mokrych strugach też nie wydawało się nadmiernie atrakcyjne. Prawdę mówiąc, Bobik się trochę nudził i niespodziewaną wizytę Kumpla przyjął z dużym zadowoleniem.
– Może byśmy w coś zagrali? – zapytał Kumpel od progu, nieszczególnie starając się ukryć, że jemu również nieco się nudzi.
– O, świetnie! – ucieszył się Bobik. – Rzuć jakąś propozycję, a ja spróbuję ją złapać.
– Grę planszową jakąś masz? – zadał praktyczne pytanie Kumpel.
– Mam Pekińczyka, ale to się nie nadaje – westchnął smętnie Bobik. – Do tej gry przypisane jest żądanie „szczeniaku, nie irytuj się!”, a to dla mnie już od dawna niewykonalne. Niemal po każdym kontakcie z mediami jestem zirytowany.
– Rozumiem, problemy spirytystyczne – szczeknął wyrozumiale Kumpel. – A monopsoly?
– Wykluczone! – otrząsnął się Bobik. – wyobrażasz sobie, jaki raban się podniesie, kiedy ktoś wyniucha, że kupuję i sprzedaję całe kwartały nieruchomości? Zaraz mnie jakiś antypsemita oskarży, że chcę przejąć władzę nad światem.
– To by rzeczywiście było za duże ryzyko – przyznał Kumpel. – Wobec tego coś nieplanszowego. Pscrable na przykład.
– A dajże ty spokój! – jęknął szczeniak. – Zabawa słowami to dopiero ryzyko! Nigdy nie wiesz, kiedy się okaże, że użyłeś mowy nienawiści.
– Okej, to niech będą karty. Kilka szybkich partyjek cockera. Nie na pieniądze, żeby się nikt nie mógł czepić.
– Też odpada – oświadczył ponuro Bobik. – W cockerze trzeba umieć blefować, a ja nigdy sobie z tym za dobrze nie radziłem.
– No a jakbyśmy zagrali w to, w co ludzie tak lubią grać? W wojnę?
– Obawiam się, że i to nie dla mnie – realistycznie ocenił Bobik. – Do wojny brakuje mi ludzkiej wytrwałości. Potrafę ugryźć raz czy drugi, kiedy widzę, że nie idzie inaczej, ale na nieustanną szarpaninę szkoda mi czasu i nerwów.
– To ja już nie wiem – poddał się Kumpel. – Wychodzi na to, że spędzimy popołudnie całkiem bezproduktywnie.
– Aż tak źle to nie jest – pocieszył go szczeniak. – Chodź, poobgryzamy sobie razem kostkę Bobika. Wprawdzie nikt na nikogo nie będzie mógł przy tym nawarczeć, ale za to obaj będziemy wygrani.