Stworzenie światka

wt., 8 kwietnia 2014, 11:08

– Wiesz – zaszczekał Bobik do Labradorki z refleksyjnym błyskiem w oku – czasem ogarnia mnie uczucie ogromnej, niezmierzonej wdzięczności dla Tego, Który Nam To Wszystko Umożliwił. No, Tego, dzięki któremu jest w ogóle to, co jest. Bo gdyby nie On, nie byłoby literalnie niczego. Zieleni, czerni, bieli, mojego pyska. Liter by nie było, ani małych, ani dużych. Ja bym prawdopodobnie nie istniał, ty byś nie istniała i w ogóle kłapać byśmy tu nie mogli. Cały nasz świat by nie powstał, wyobrażasz sobie?
– Bo ja wiem, czy świat? – zgłosiła wątpliwość Labradorka. – Raczej światek. Taki znowu straszliwie duży to on nie jest.
– Okej, niech będzie światek – zgodził się bez oporów szczeniak. – Mnie to wystarcza. W zbyt dużym świecie nie poradziłbym sobie ze sprzątaniem. Nawet w takim małym czasem nie nadążam, ale i tak się cieszę, że go mam. A bez Niego bym nie miał.
– Co się z tobą stało, Bobik? – zapytała z niepokojem Labradorka. – Nie znałam cię dotąd od tej strony. Wydawało mi się, że w rejony metafizyczne zapuszczasz się niezbyt chętnie.
– Iii, jaka tam metafizyka – zbagatelizował Bobik. – Nie przesadzajmy, nie ma powodu, żeby zwykłe uczucie wdzięczności zaraz tak szumnie nazywać.
– Ale skoro opowiadasz o Panu B….
– Jakim znowu Panu B.? – przerwał szczeniak. – Ja cały czas mam na myśli Pana A.
– Jakiego znowu Pana A.? – powtórzyła jak roztargnione echo Labradorka.
– No, przecież Pana Administratora, dobroczyńcę naszego – szczeknął niemal z oburzeniem Bobik. – Chyba przyznasz, że bez niego nasz blogowy światek w ogóle by nie został stworzony. Bo wymyślenie czegoś to za mało. Trzeba jeszcze umieć to wykonać.

Poranek czasowego sceptyka

niedz., 30 marca 2014, 08:46

O świcie między snem a jawą
ostrożnie pokonałem zasiek,
w dzionek zrobiłem krok niemrawo
i się znalazłem w nowym czasie.

Nie za gorącym, nie za zimnym,
letnim po prostu, tak bym orzekł.
Nie lepszym od dziesiątków innych,
lecz i nie gorszym od nich może.

W pośpiechu swój wewnętrzny zegar
przestawia człowiek tudzież zwierzę,
godzinę wcześniej wszystko biega,
a mnie ten numer coś nie bierze.

Wskazówki wąskie czy szerokie,
raczej podłużne, raczej obłe –
nieważne, za ich nowym skokiem
chowa się zawsze stary problem.

Więcej, problemów oceany,
te jeszcze z zimy i z jesieni.
Musiałbym chyba być naćpany,
by liczyć, że się dziś coś zmieni.

Wolałbym się, miast w letnim czasie,
zbudzić na przykład w dobrych czasach,
śnię nawet czasem, że tak da się…
Niestety. Nie dla psa kiełbasa.

Grób Nieznanego Czytelnika

pon., 24 marca 2014, 17:15

Grób Nieznanego Czytelnika nie był zbyt licznie odwiedzany. Usytuowany na uboczu, przesłonięty nadmiarem codziennych i odświętnych spraw, tylko niewielu zachęcał do zatrzymania się i zamyślenia nad nietrwałością więzi łączącej tych, którzy piszą, z tymi, którzy czytają.
Bobik zachodził tu nieraz podczas wieczornych spacerów, jak do osobistej świątyni dumania. W jakiś sposób czuł się za to osamotnione i zaniedbane miejsce odpowiedzialny. Wiedział, że znanymi przejmują się prawie wszyscy, poświęcają im czas, atłas i miejsce na kolumnach, a nieznani, zwłaszcza już nieżyjący, odsuwani są w szarą strefę świadomości, na strych pamięci, gdzie uwaga i czułość zaglądają najwyżej przypadkiem. A przecież za nieatrakcyjny status tych nieznanych sam ponosił część winy i takie zepchnięcie ich na daleki, nieważny plan wydawało mu się jakieś nie fair.
Na temat momentu śmierci czytelników zdania były różne, ale Bobika najbardziej przekonywała opinia, że czytelnik definitywnie umiera dla autora wtedy, kiedy decyduje się już nigdy do niego nie wracać. Kiedy odchodzi od tekstu znudzony, zbrzydzony, zniechęcony, odstraszony i szuka sobie nowych terenów łowieckich. Wielu autorów próbowało za te odejścia obwiniać samych czytelników, twierdząc, że są za leniwi lub za głupi, żeby zmierzyć się z prawdziwą tytanicznością ducha, Bobik wyczuwał jednak, że to nie tak. Czytelnik, który na zawsze odchodził, czy to po pierwszym, czy po piętnastym spotkaniu, był czytelnikiem straconym przez niedostatek czegoś po stronie autora. Mniejsza już o to, czy był to niedostatek talentu albo pokory, czy brak orientacji, z kim będzie najbardziej po drodze, czy jeszcze coś innego. Ci, którzy śmiali się z głupich bądź leniwych czytelników, koniec końców zawsze śmiali się z samych siebie.
Zapadający wieczór zaczął lirycznie rozmywać kształty, a równocześnie przypominać o prozie kolacji. Bobik spojrzał jeszcze raz na zapuszczony nagrobek, zgarnął z niego przywiędłe teksty i położył świeży, dopiero co rozkwitły, myśląc przy tym o wszystkich nieznanych czytelnikach, których może jeszcze tym razem uda się zatrzymać wśród żywych.

Przepis

pon., 17 marca 2014, 21:21

– Były drożdże, czy nie było? – mamrotał Bobik pod nosem, a gdyby jego czoło nie kryło się pod bujnymi dredami, byłoby widać na nim ciężki wysiłek umysłowy.
Labradorka zerknęła na niego raz i drugi, zastanawiając się, czy jej interwencja jest wskazana, ale w końcu doszła do wniosku, że wysiłkowi umysłowemu należy się szacunek i bez słowa zwinęła się na kanapie. Bobik mamrotał dalej.
– Oliwa na pewno była, bo sama na wierzch wypływa, nic nie trzeba do tego robić. Owoce, o ile dobrze pamiętam, też były, po nich się tylko poznawało i tyle. Laury… nie, laurów nie było, one zawsze powodują komplikacje. Ale za to niewielką szczyptę pieprzu chyba zalecano. I kieliszek wina, czy nawet dwa. A przede wszystkim jaja. Dużo jaj. Choćby nie wiem jak było o nie trudno.
– O czym ty właściwie mówisz, Bobik? – nie wytrzymała jednak Labradorka.
– Usiłuję sobie przypomnieć przepis na równowagę ducha – wyjaśnił szczeniak. – Bo jakieś takie czasy przyszły, że ona z nieba nie spada. Trzeba ją sobie samemu wyrobić.