Who is who

pon., 12 maja 2014, 12:52

Od czasu już dłuższego nie może się to zmienić:
poruszać nader trudno w publicznej się przestrzeni,
bo nigdy nie wiadomo na tej podstępnej niwie,
z kim ma się do czynienia i kto jest kim właściwie.

Na każdym kroku grożą pomyłki nam rozliczne:
ktoś kogoś gładko pośle na krzesło elektryczne,
zwymyśla od pastuchów językiem obszczymura –
prymityw to skończony? Eee, nie, to profesura.

Lub weźmy osobnika, co głównie z tego słynie,
że ludzi szczuje, gnoi, zamyka im świątynię,
aż cieszyć się wypada, że nie da wręcz po pysku –
hunwejbin to straszliwy? Skąd znowu, arcybiskup.

Czy ten gość, co z uporem żałosnym już zaiste,
próbuje publiczności ten sam wciąż wciskać występ,
powtarza starą śpiewkę z tej samej zdartej płyty –
piosenkarz niespełniony? A gdzie tam, to polityk.

Więc nie ma się co dziwić, że w takiej sytuacji
wśród wielu różnych grepsów niezbędnych naszej nacji,
wybija się ten jeden, wraz z odpowiednim gestem:
pan może mi naskoczyć! Pan nie wie, kto ja jestem!

Szlagier eksportowy

śr., 30 kwietnia 2014, 14:36

– Znudziła mi się chwilowo polityka – zawiadomił niedbale Bobik, z niejaką ostentacją odsuwając na bok wszystkie gazety. – Postanowiłem zwrócić większą uwagę na gospodarkę, zgodnie ze znanym clintonowskim postulatem. I oczywiście od razu wpadłem na genialny pomysł, bo czego jak czego, ale pomysłów mi nie brakuje. Wymyśliłem mianowicie, jaki towar mógłby się stać polskim przebojem eksportowym.
Labradorka z wrażenia aż uniosła tylną łapę i podrapała się nią za uchem.
– A cóż by to mogło być takiego? – zapytała z przejęciem.
– Widły! – ujawnił z dumą Bobik. – Mamy wyjątkowo niski koszt ich uzysku, bo masowo wyrabiamy je z igieł. Weź na przykład taką banalną sytuację: ktoś komuś w tłoku nastąpił na odcisk. Jakiś tam Niemiec, Francuz czy Anglik mówi „przepraszam“, nadepnięty odpowiada „och, nic się nie stało“ i na tym sprawa się kończy. A u nas dopiero się zaczyna. Nadepnięty rodak nawet nie czeka na przeprosiny, tylko od razu warczy „nie widzisz, ślepa komendo, że tu ludzie stoją? Chamstwa się namnożyło, że strach z domu wychodzić!“. Na to ten, który nadepnął, zamiast „przepraszam“ rzuca wściekle „sam pan jesteś cham i w dodatku komuch!“, a potem już naprzemiennie, poprzez „bydlaka“, „słoika“ czy „niemytego kretyna“ gładko dochodzą do nieuchronnego „pan nie wie, kto ja jestem!“ oraz „nie daruję! do sądu podam!“ i widły gotowe. Już nie mówię o tym, co się dzieje w necie. Bractwo taśmowo wyrabia jedne widły za drugimi. A zauważ, że przy tej produkcji obchodzi się bez jakichkolwiek inwestycji, budowania fabryk, kupowania materiałów, załatwiania zezwoleń i tak dalej. O fachowców też nietrudno, cały kraj jest ich pełen i to chętnych do pracy za darmo. No, chyba sama przyznasz, że widły mogą się stać naszym najważniejszym eskortowym produktem.
– Jest jeden problem – zaoponowała Labradorka, która zawsze potrafiła znaleźć dziurę w całym. – Kto miałby kupować te masowo produkowane widły? Zagraniczne rolnictwo jest w dzisiejszych czasach tak zmechanizowane, że chyba mało kto jeszcze wideł używa.
Szczeniak spochmurniał, ale tylko na chwilę, bo zaraz przyszedł mu do głowy kolejny znakomity pomysł.
– Trzeci Świat! – oznajmił z miną eksperta. – W Trzecim Świecie na pewno widły się przydadzą.
– Ale to są zwykle dość odległe kraje – czepiła się znowu Labradorka. – Transport tyle by kosztował, że cała rzecz mogłaby się nie opłacić.
– Tu cię mam! – szczeknął radośnie Bobik. – Nie doceniasz mojego geniuszu ekonomicznego! Do Trzeciego Świata będziemy eksportować same igły, a przebywający tam na urlopach czy placówkach rodacy błyskawicznie i z widoczną przyjemnością przerobią je na widły. Wyobrażasz sobie, jakie z tego będą kokosy, a przy tym jaką sobie wyrobimy markę w dziedzinie widlarstwa?
– Wyobrażam sobie – mruknęła Labradorka z zaskakująco niewielkim entuzjazmem. – I dlatego mam nadzieję, że ta polityka nie znudziła ci się na zbyt długo.

Bezpieczne jedzenie

pt., 18 kwietnia 2014, 20:44

– No, Wielkanoc będzie chyba w tym roku jak trzeba – oświadczyła z zadowoleniem Labradorka, spoglądając na zgromadzone wiktuały. – Jaj w każdym razie zabraknąć nie powinno…
– Oj, nie zabraknie! – skrzywił się Bobik, jakby zmuszono go do wypicia duszkiem sporej szklanki octu siedmiu złodziei. – Tylko że mnie się już jaja nieco przejadły. Sam niedawno szczekałem, że one są potrzebne, ale odkąd nabrały strusich rozmiarów… Jak czytam, że Putin ogłasza się obrońcą praw prześladowanych, albo że kuria bierze się do zamykania kościołów, to się zastanawiam, czy nie pora jednak powiedzieć „bez jaj!“.
– Okej, nie będziesz musiał wszystkich tych jaj konsumować wprost – zaproponowała kompromisowo Labradorka. – Z części mogę zrobić babę.
– Tylko nie to! – przeraził się Bobik. – Zaraz nam tu wparuje poślica P. i wygłosi wykład, że nie da się przez proste przesunięcie jaj na inny odcinek zrobić z chłopa baby. Potrzebne nam to akurat w Wielkanoc?
– To mazurek – nie ustawała w poszukiwaniu wyjścia sąsiadka. – Mazurek chyba niczym nie grozi?
– A gdzie tam! – pokręcił łbem szczeniak. – Od mazurka polska myśl podąża do Chopina, od Chopina do narodu, a jak słowo naród wchodzi do gry, to wiadomo, że można oberwać i nie ma co życzyć spokojnych Świąt. Zostaw mazurki i główkuj dalej.
– Kiełbasa? – rzuciła bardzo już niepewnie Labradorka.
– Też się może zacząć. O wyższości żywieckiej nad krakowską albo wręcz przeciwnie. A jak jeszcze komuś uda się wkręcić w sprawę hamburgera, to już w ogóle umarł w butach. Zacznie się musowo.
– To znaczy, że nie ma już bezpiecznego jedzenia? – wyszeptała Labradorka z miną kompletnie zgnębioną.
– Jedno jest – przyznał Bobik, nie przejawiając jednak szczególnej radości. – Chrzan. Jak powiesz, że wszystko jest do chrzanu, osiągniesz powszechną zgodę, przynajmniej na chwilę. Wtedy nawet rodacy, zjednoczeni wspólną myślą, zapominają przez chwilę wytykać innym, że chrzanią od rzeczy. Chociaż fakt, że zbyt długo ta jednomyślność nie trwa.
– Eee, to ja chrzanię takie święta – rozkleiła się Labradorka. – Myślałam, że będzie miło i przyjemnie.
– Jeszcze może być – ocknął się nagle Bobik i zamerdał z oznakami nieśmiałego zadowolenia. – Mam pomysł. Po prostu nie dajmy się zwariować i narzucić sobie narracji. W końcu nic nam się nie stanie, jak przez dwa dni nie będziemy czytać gazet, oglądać telewizji i słuchać podpowiadaczy, tylko wymyślimy sobie narrację sami. Wesołych Świąt! 🙂

Podręcznik

pon., 14 kwietnia 2014, 09:30

Bobik od rana walił w klawiaturę z zaciętą miną, potrząsając nieustannie łbem. Od czasu do czasu przerywał, w jego ślepiach pojawiał się głęboki namysł, a łapy wykonywały dziwne ruchy, podobne do przelewania z pustego w próżne.
– Piszesz jakiś szczególnie skomplikowany wierszyk? – spytała zaciekawiona Labradorka.
– Nie przeszkadzaj! – warknął szczeniak niecierpliwie. – Piszę coś znacznie ważniejszego. Dzieło, na które czeka cała psiość, ba, cały świat! Podręcznik do psomeopatii.
– To ty się na tym znasz? – zdumiała się Labradorka i w jej głosie pojawiło się znienacka coś w rodzaju szacunku.
– Na razie znać się na tym może każdy – prychnął Bobik. – Ale do czasu. Jak napiszę ten podręcznik i on zostanie zatwierdzony przez ministerstwo, a potem uczelnie jedna po drugiej zaczną otwierać Wydziały Psomeopatii, to ja będę… no, ten… kaloryfeusz na psomeopatycznym polu. Znaczy, w Krakowie na polu, bo w Warszawie raczej na dworze.
– W Warszawie o dwór nietrudno – przyznała sąsiadka. – A nawet o kilka konkurencyjnych dworów. Ale powiedz mi, czy napisanie tego podręcznika jest takie trudne? Bo widzę, że się okropnie przy tym męczysz.
– Ano, łatwe to nie jest – westchnął Bobik. – Trzeba cały czas uważać, żeby w każdej linijce było dokładnie 0,0000000000000001 myśli. Jedno zero mniej czy więcej i już nie jest naukowo. A wiesz, jak ciężko jest myśl do tego stopnia rozwodnić, żeby jej praktycznie wcale nie było?
– Nie przesadzaj. Niektórym przychodzi to z najwyższą łatwością. Na przykład…
– Nie wymieniaj, nie wymieniaj! – wrzasnął Bobik. – Zacznę się porównywać, wpadnę w kompleksy i nigdy tego podręcznika nie napiszę. A przecież mówiłem ci, że na to wiekopomne dzieło czekają uniwersytety, akademie i niezmierzone zastępy naiwnych, których niby nie sieją, a oni i tak na każdej ulicy rosną.