Dobry smak

czw., 28 sierpnia 2014, 13:15

Sezon ogórkowy przemknął przez blog niemal niezauważony, postanowiłem więc uczcić przynajmniej jego koniec i sięgnąć do tematu ze świata warzywnego. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał o księciu Trętwianie z możnego rodu Pryszczyrnicowatych, tradycjonalistów od wieków preferujących ożenki wsobne, może teraz nadrobić braki w swej edukacji botanicznej.

Książę Trętwian z rodziny Pryszczyrnicowatych
włości wielkie miał, służbę i mnóstwo wyżerki,
lecz na innym odcinku od losu brał baty,
bo za nic nie mógł znaleźć odpowiedniej partnerki.

Co już jakąś jarzynę miał pojąć za żonę,
czy to Marchew nadobną, czy wdzięczną Sałatę,
odzywały rodziny się głosy wzburzone:
„To niesmaczne! To nie są Pryszczyrnicowate!“

Ktoś mu swatał Kapustę, bo łebska dziewczynka,
ktoś wychwalał Rukolę, że skłonna do zbytków,
ale zawsze okoniem stawała rodzinka,
twierdząc: „z takiej nie będziesz miał wiele pożytku,

widzisz chyba, że panna z niedobrej jest gleby,
jej uroki przeminą, nim skończy się lato,
na dynastii bądź wreszcie wrażliwy potrzeby,
w dobrym smaku jest mariaż z Pryszczyrnicowatą“.

Od tych gadek jął Trętwian schnąć i żółknąć krzynkę,
dosyć miał, że codziennie wciąż nowa jest chryja,
aż się wpienił, zakrzyknął: „chromolę rodzinkę
i posłucham, co serca głos do mnie nawija!“

Ruszył przed się, że tylko skrzypiały pantofle,
w doświadczeniach się tarzał, pił życie jak z kadzi,
po czym w szybkich abcugach się związał z Kartoflem,
bo to właśnie głos serca stanowczo doradził.

Gdy się tulą do siebie na ciepłym półmisku,
zaraz poznać, że związek to nader udany,
że w bilansie przewagę po stronie ma zysków
i to ważne, a reszta to jest bicie piany.

Więc choć konserwatystów brać może cholera,
takie wnioski z ballady już mkną do ataku:
zwykle skutek najlepszy jest, gdy sam wybierasz,
i to właśnie dla ciebie ma być w dobrym smaku.

Nowy asortyment

pon., 18 sierpnia 2014, 12:41

Labradorka weszła do sklepiku Bobika i szeroko otwarła zdumione ślepia. Zniknęły regały na książki i same książki, a zamiast nich wszędzie piętrzyły się porozstawiane bez ładu i składu sterty pudeł, butelek, buteleczek i różnych dziwnych przedmiotów o niewyjaśnionym przeznaczeniu.
– Co tu się stało? – jęknęła z przerażeniem, zapominając nawet machnąć ogonem na powitanie.
– Asortyment zmieniam i rozszerzam – zawiadomił radośnie Bobik. – Przedbobony będę teraz sprzedawał. Ten towar ostatnio schodzi lepiej niż świeża pasztetówka.
– Chyba chciałeś powiedzieć zabobony – jak zwykle nie oparła się belferskiej pokusie Labradorka.
– E, tam. Zabobony to są Polakowi potrzebne jak umarłemu kadzidło. Tylko wychodzi na to, że znowu mądry po szkodzie. Dawniej, wskutek niedostatków rynkowych, może tak i było, ale czasy się zmieniły, teraz Polak potrafi być mądry przed szkodą, bo szeroko i powszechnie stosuje przedbobony.
– A co konkretnie masz na myśli? – ostrożnie zapytała Labradorka, najwyraźniej nieobeznana z tematem.
– No, na przykład modlitwa o deszcz to jest przedbobon. Przewiduje się szkodę, którą przyniesie susza i stara się jej zapobiec. Albo uzdrowiciele. Idziesz na stadion do uzdrowiciela zanim się przekręcisz, czyli przed ostateczną szkodą. Albo jak spluwasz trzy razy przez lewe ramię, żeby odwrócić nieszczęście, które dopiero mogłoby się stać, to przedbobonisz, a nie zabobonisz.
– Już zrozumiałam, zrozumiałam – szczeknęła szybko sąsiadka, obawiając się, że Bobik może tę wyliczankę ciągnąć do wieczora. – Ale co jest wobec tego z egzorcyzmami? Przecież one są potrzebne dopiero wtedy, kiedy Zły już kogoś opęta, nie profilaktycznie.
Szczeniak wcale nie stracił handlowego kontenansu.
– Egzorcyzmy zaliczamy do śródbobonów – wyjaśnił profesjonalnym tonem, starając się uniknąć nuty lekkiego pobłażania. – Są trochę po szkodzie, ale zapobiegają szkodzie jeszcze większej. Nie mam ich na składzie, bo są na specjalne zamówienie, ale zapotrzebowanie jest spore, więc na pewno będę zamawiał często. Już mnie nawet kilku kumpli o to prosiło, bo odkąd ich ludzie powiesili na furtkach tabliczki „Uwaga, zły pies!“, czują się jakoś nieswojo i mają nadzieję, że egzorcyzmy by na to pomogły.
– Mnie się właściwie dosyć podobało, kiedy handlowałeś racjonalnością – westchnęła Labradorka i z pewnym żalem spojrzała na bezładnie zastawione pudłami wnętrze.
– Racjonalność! – prychnął Bobik. – Sama wiesz, że mi prawie w ogóle nie schodziła, co najwyżej ktoś ze znajomych czasem kupił, żeby mnie wspomóc. W końcu tuż przed upływem daty ważności sam ją musiałem zużywać, żeby się całkiem nie zmarnowała. Gdybym dalej chciał sprzedawać racjonalność, musiałbym szybko sklepik zamknąć. Popytu nie ma. Klient chce czegoś ekstra, nie z tej ziemi, a klient nasz pan i nasza niewidzialna ręka, która trzyma twarde reguły rynku. Widzisz, jak się obcykałem z ekonomii?
– Fakt – zgodziła się Labradorka. – I zapał, jak widzę, masz naprawdę nieziemski. Cóż, wypada ci życzyć, żeby ci się biznes rozwinął.
– Odpukaj bo zapeszysz! – wrzasnął Bobik. – O, tu masz takie pudełko… Trzy puknięcia w opakowaniu plus kawałek niemalowanego drewna gratis, wszystko razem za jedyne 5 złotych. Radziłbym ci wziąć od razu kilka sztuk, bo czasy niepewne i dobry przedbobon w każdej chwili może się przydać.

Kontrola wierności

pt., 8 sierpnia 2014, 17:29

Wizyta nie była przyjemna, ale trudno byłoby powiedzieć, że Bobik jej się wcale nie spodziewał. Niemniej jednak, kiedy otworzył drzwi i zobaczył przed sobą grupkę psolicjantów, dwóch jawniaków i dwóch tajniaków, łapy nieco się pod nim ugięły, bo nie należał do psów przesadnie bohaterskich.
„To nic takiego nie musi znaczyć“ – pomyślał sobie, starając się zignorować podszepty rozszalałej znienacka wyobraźni – „może przyszli tylko w sprawie kradzieży kości, którą zgłaszałem pół roku temu“. Ale ponure miny tajniaków wskazywały, że może chodzić o sprawę znacznie poważniejszą. O cokolwiek zresztą chodziło, nie było wyjścia – pomachali stosownym nakazem i Bobik musiał ich wpuścić bez względu na to, jak bardzo mu się to nie podobało.
Jawniacy zostali przy drzwiach, demonstracyjnie obnażając zęby, a tajniacy nieproszeni zajęli miejsca na kanapie i zaczęli grzebać w zawartości swych teczek. W końcu jeden z nich wyciągnął poprzecinany rubrykami arkusz papieru i warknął nieprzyjaźnie:
– Jesteśmy z wydziału Kontroli Wierności Psideałom. Niestety, ankieta kontrolna została przez psobywatela wypełniona w sposób, który budzi nasze poważne zastrzeżenia.
– Ale ja się starałem – zapewnił Bobik, co skwitowane zostało pogardliwym parsknięciem.
– A to niby co ma oznaczać? – tonem pogróżki powiedział tajniak i wskazał na trzymany w łapie dokument. – W rubryce „nie lubi“ wymieniony jest Foksterier spod dziewiątki i budyń waniliowy. W rubryce „nie cierpi“ wyłącznie kleszcze. A rubryka „nienawidzi“ w ogóle niewypełniona. To są jakieś kpiny z psobywatelskiego ducha!
– Kiedy to wszystko prawda – wybąkał Bobik nieśmiało.
– Tu nie idzie o prawdę, tylko o Wierność Psideałom – pouczył go tajniak z pewną dozą politowania. – Wierny pies powinien wypełnić wszystkie rubryki, nie pisząc o swoich indywidualnych niechęciach, tylko o wrogach psołeczeństwa. Na przykład że nie lubi myślenia na własną łapę, nie cierpi cyklistów i budystów, a nienawidzi – i to z całego serca – zlewactwa, leberalizmu i zgnilizny mordalnej. To by była prawidłowo wypełniona ankieta.
– W tym miejscu jest jeszcze gorzej – zauważył drugi tajniak. – „Liczba podpalonych w ostatnim roku tęczowych symboli“ – 0. Zapalniczek w kioskach zabrakło, czy jak? „Liczba pogryzionych w ostatnim roku czarnych kotów“ – 0. „Liczba donosów o nielegalnych psaborcjach“ – 0. Nie widać tu żadnej psidealistycznej aktywności. To się, prawdę mówiąc, kwalifikuje do odsiadki bez spaceru przez trzy miesiące.
– Dawniej… – spróbował wtrącić coś na swoją obronę Bobik.
– Dawniej zlewactwo miało za dużo do szczekania! – ryknął tajniak. – Ale czasy się zmieniły, jest inna władza i inne wymagania. Chociaż nie twierdzę, że my nie potrafimy okazać miłosierdzia. Tylko na to trzeba sobie zasłużyć. A służyć chyba w psiej szkole nauczyli, co?
– Ja może na tej lekcji nie uważałem – przyznał ze skruchą Bobik. – Ale chciałbym, jeśli by się dało, tej odsiadki jakoś uniknąć.
– No dobrze – złagodniał tajniak. – Nie jest tak, żebyśmy niezdemoralizowanym jeszcze do cna psobywatelom nie dawali szansy. Wkrótce odbędzie się doroczne palenie femipsistek i potrzebni są ochotnicy do układania stosu. Można się wykazać.
– A co będzie, jak ktoś się nie wykaże? – spytał głupio Bobik, w gruncie rzeczy dobrze wiedząc, jak będzie odpowiedź.
– Jak się nie wykaże, to się mu pokaże – zarechotali tajniacy i znacząco spojrzeli na wyszczerzone zęby jawniaków. Najwyraźniej uznali to podsumowanie za wystarczające, bo pozbierali papiery i wyszli.
– Psiakrew, psiakrew, psiakrew! – szepnął do siebie zgnębiony Bobik. – Po co było wyjeżdżać do tej Rabii Psaudyjskiej. Gdybym został w kraju, nie groziłyby mi żadne ankiety, kontrole psideałów, ani trzymiesięczny siad za niewierność. U nas takie rzeczy na pewno nie są możliwe.

Zdeklarowany zawód

wt., 29 lipca 2014, 14:30

Stary Kumpel miał minę zaciętą i zasadniczą. Bobikowi nie było to szczególnie w smak, bo taka mina zwykle wróżyła jakieś nieprzyjemności, ale uznał, że stare kumpelstwo zobowiązuje i przyjaznym gestem ogona wskazał gościowi wygodne miejsce na kanapie.
Kumpel zignorował ten gest i z marszu przeszedł do sedna.
– Musisz się zdeklarować, Bobik. Dosyć już tych mięczakowatych rozterek, że może trochę słuszności tu, a trochę tam, a w ogóle to można próbować się dogadać. Polska nie potrzebuje dziś myślenia, tylko deklaracji. Podpisuj!
– Ale właściwie dlaczego muszę? – jeszcze nie do końca zrozumiał szczeniak.
– Wszyscy muszą! – warknął Kumpel. – Taki moment dziejowy. Lekarze zrobili dobry początek, teraz do deklaracji przymierzają się nauczyciele, za nimi pójdzie lud pracujący miast i wsi, dekarze, tokarze, brakarze… No, po prostu chodzi o to, żeby nie pozostało ani jedno niepodpisane pod stosownym dokumentem sumienie.
– Czy to deklarowanie się kiedyś skończy? – zaniepokoił się Bobik, który znacznie chętniej pilnował własnego ogona niż cudzych sumień.
– Skończy się, jak wszyscy już będą zdeklarowani, od kołyski aż po grób – wyjaśnił zirytowany nieco tępotą Bobika Kumpel. – Bo chyba nie przypuszczasz, że grabarze nie mają sumienia i miło jest im grzebać wszystkich, jak leci. Oni też muszą mieć prawo do postawienia na swoim światopoglądzie.
– Aaa… powiedzmy, że moje sumienie mówiłoby coś zupełnie innego niż sumienie grabarza – wpadł w swoje notoryczne rozszczepianie włosa szczeniak, ale Kumpel natychmiast przerwał mu tonem nieznoszącym sprzeciwu:
– Nie ma takiej opcji! Po to właśnie są deklaracje, żeby skończyły się te wieczne spory i roztrząsania a co, a jak, a dlaczego, a może… To tylko dzieli Polaków. Zrozumże wreszcie: kiedy wszyscy podpiszą, podziały się skończą, bo cały kraj będzie po jednej stronie. Biskupiej, oczywiście, bo 95% Polaków to biskupicy. I wtedy każde sumienie będzie mówić to samo. Znaczy, to samo, co biskupi.
– No to ja nie podpiszę – szczeknął Bobik, trochę się w głębi ducha dziwiąc, że tym razem jego deklaracja wypadła całkiem jednoznacznie.
– Chyba zgłupiałeś – żachnął się Kumpel. – Ty widać nie wiesz, w jakim świecie żyjesz. Zastanów się: jeśli podpiszą przedstawiciele wszystkich grup zawodowych, a ty nie, to zostaniesz praktycznie bez zawodu.
– O, to mi nie grozi! – z przekonaniem wykrzyknął Bobik. – Czego jak czego, ale zawodu mi na pewno nie zabraknie. Liczyłem na to, że dla mojego sumienia też jest w świeckim państwie miejsce, ale się zawiodłem i wszystko wskazuje na to, że jeszcze długo będę się zawodził.