Raz na ludowo

sob., 13 grudnia 2014, 14:33

Demokracjo, cóż za kroki słychać na ulicy?
Oj, matulu, to po bruku idą marszownicy,
obwieszczają, że mnie będą bronić przed układem,
a ja nie wiem, czy przed nimi schować się dam radę.

Córuś moja, od tych obron może będzie lepiej?
Oj, matulu, tak obronią, że mi spuchnie ślepie,
pryszcze wyjdą na gębusi, czółko się obniży
trzeba będzie na urodzie mej postawić krzyżyk.

Krzyczą, córuś, twoje imię. Czyż ci nie jest miło?
Oj, matulu, drżę ze strachu przed tych gardeł siłą,
słabnę, chudnę i na zawał się przekręcę w końcu,
bo nikogo się nie lękam tak, jak tych obrońców.

Córko droga, toż dla ciebie ten marszowy tupot.
Oj, matulu, czemu oni biorą mnie za głupią?
Nie przybyło mi dobytku od tego wzmożenia,
ucho tylko obraziły zbyt fałszywe pienia.

Straszna z ciebie niewdzięcznica, córko ma wyrodna!
Oj, matulu, czemu każdy puchar mam pić do dna?
Niech już przejdą, niech rozwieje wiatr kłamliwe słowa,
a ja wtedy będę mogła się zregenerować.

Genialny plan

pt., 5 grudnia 2014, 12:25

Czoło Wielkiego Stratega zasnuwała mgła, choć jego oczy ciskały błyskawice. Ta meteorologiczna sprzeczność zawsze zbijała z tropu Przybocznego, który zastygł przy drzwiach w wiernopoddańczej postawie i czekał na wezwanie. Jego zadaniem było dopuszczanie do uszu szefa tylko tych wiadomości, które ów miał ochotę usłyszeć, ale chęci Wielkiego Stratega niełatwo było przeniknąć. Czyż nie na tym jednak polegała jego genialność? Nikt z jego przeciwników nigdy nie wiedział, jakim celnym posunięciem tym razem zaskoczy – mgłą czy błyskawicami.
Dwa tysiące dwadzieścia cztery… dwadzieścia cztery… – mruczał Strateg, drapiąc się po głowie. – Może by tak protesty z powodu zbyt obfitych opadów? Chociaż nie, w grudniu padać raczej nie będzie, a deszcze z lata już nikogo nie będą obchodziły. Mrozy wykorzystałem już w 2022, jeszcze wszyscy będą pamiętać. Na trzęsienie ziemi nie ma co liczyć, ono jest po stronie tamtych i na pewno nie zdarzy się wtedy, kiedy nam byłoby potrzebne. Powódź? Zaraz, kiedy ostatnio dałem powódź? 2017… Dobrze, to już wystarczająco dawno, można ją będzie odgrzać. Powódź będzie dobra.
Pochylił się nad pokreślonym nieco planem, wpisując zamaszystym, zdecydowanym ruchem ręki: „13 grudnia 2024, protesty powodziowe“. Wyprostował spracowane barki, podniósł wzrok i dopiero teraz dotarła do niego obecność cicho tkwiącego przy drzwiach Przybocznego.
– Wiem, wiem – uprzedził delikatny wyrzut, który, jak wiedział, za chwilę padnie. – Powinienem już iść spać. Znowu się przepracowuję dla narodu. Ale przynajmniej skutecznie. Już na 10 lat w przód protesty są zaplanowane. Nie darujemy ani jednego 13 grudnia. Jak nie susza, to lawiny błotne – zawsze będziemy mieć tamtym coś do zarzucenia.
– Genialne! – wykrzyknął z podziwem Przyboczny. – Jeszcze nikt w historii nie wpadł na to, żeby stabilność państwa zapewnić przy pomocy ciągłych protestów. Do takich przełomowych idei trzeba mieć naprawdę niepospolity umysł!
– Co prawda, to prawda, genialności mi nie brakuje – skromnie przyznał Strateg. – Właściwie jedyne, czego mi brakuje, to władza. Ale ja jestem cierpliwy, mogę siedzieć na brzegu rzeki i czekać, aż trupy moich wrogów rozdziobią kurki, czy jak to tam było. Władza wcześniej czy później sama wpadnie mi w ręce, bo niemożliwe, żeby moje znakomite pociągnięcia strategiczne kiedyś w końcu się nie sprawdziły.
– Genialne! – powtórzył nabożnie Przyboczny, odruchowo zerknął na wypełniony do 2024 grafik protestów i zachmurzył się na myśl, że szef znowu będzie po nocach tracił zdrowie, przepracowując się dla nie zawsze należycie wdzięcznego narodu.
Wielki Strateg aż podskoczył na krześle, widząc zachmurzoną twarz Przybocznego.
– Chmury! – zawołał uszczęśliwiony i sięgnął z powrotem po długopis. – Nie było jeszcze protestów przeciwko zachmurzeniu! Gratuluję, mój drogi, pomogłeś dołożyć cegiełkę do mojego genialnego planu. Dzięki temu doprowadzę go dziś do 2025 roku i nareszcie będę mógł pójść spać. Bo nic nie pozwala tak błogo zasnąć, jak poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Sfałszowana czapka

czw., 27 listopada 2014, 13:16

Sądny dzień zapanował w Ciemnych Wodach. Władca pieklił się już od rana, a usłużne echo roznosiło jego wrzaski do najdalszych krańców królestwa. Roztrzęsły się z wrażenia wszystkie osiki i mimozy, trzęśli portkami dworzanie i nawet lud, zwykle zajęty swoimi sprawami, tu i ówdzie odkładał narzędzia pracy, uszu bacznie nadstawiając. W pałacu wszyscy biegali bezładnie, nie wiedząc, co począć, bo nieznana była furii tej straszliwej przyczyna, a nikt nie ośmielał się podejść do Władcy i zapytać. Nareszcie kanclerz, w bojach dworskich zaprawiony, mruknął pod nosem „raz kozie śmierć!“, po czym na miękkich nogach wszedł do komnaty królewskiej i ozwał się w te słowa:
– Najjaśniejszy panie, racz wyjaśnić swemu kornemu słudze, co gniew twój, niewątpliwie słuszny, wywołuje, iżbym w całym pałacu wieść tę mógł rozpowszechnić i akcję poparcia dla złości twej, niewątpliwie słusznej, zaczął organizować.
– Co się głupio pytasz? – zatupał wściekle Władca. – Chyba widzisz, że ktoś mi sfałszował czapkę-niewidkę! Jak ja się teraz dworzanom pokażę? Mogą zauważyć rzeczy, których widzieć nie powinni, a to władzy nie służy z założenia.
– Nie doceniasz swoich dworzan, panie – zaoponował nieśmiało kanclerz. – Nie masz chyba drugiej takiej krainy, w której niewidzenie nawet tego, co po oczach bije, byłoby tak perfekcyjnie jak w naszej, ciemnowodzkiej, opanowane. I nie co innego jest tego niewidzenia przyczyną, jak bezwarunkowa miłość do ciebie, o najdoskonalszy z władców. No, może jeszcze mgła, której ci u nas dostatek, ale to dopiero na drugim miejscu.
– A jak jednak zauważą? – spytał Władca płaczliwie.
– Cóż takiego mieliby zauważyć? – zbagatelizował królewskie obawy kanclerz. – Że przegraliśmy choć wygraliśmy? Tak było zawsze, toć to jedna z naszych najstarszych tradycji, a tradycji chyba nie powinniśmy się wstydzić.
– Masz rację, z tym nie powinno być problemu – zgodził się odrobinę już uspokojony Władca. – Tradycja rzecz święta. Ale mogliby zauważyć, że w królestwie nie dzieje się tak źle, jak w naszych gazetach piszą, a to wprawdzie władzy służy, ale nie mojej.
– Mowy nie ma! – zapewnił kanclerz. – Na dobre wiadomości twoi wierni dworzanie mają już trwałą ślepotę. Ponadto obrzydzenie wielkie one w nich budzą, z womitami połączone, czemu więc dobrowolnie mieliby się na to narażać?
– A gdyby… – zaczął Władca, ale tak wystraszył się swej własnej myśli, że dokończył ją naszeptując do ucha kanclerzowi, który wybuchnął szczerym śmiechem.
– Wasza miłość raczy żartować! – wyjąkał chichocząc. – Jak Ciemne Wody Ciemnymi Wodami, jeszcze nigdy nie zdarzył się dworzanin, który dostrzegłby, że jego umiłowany Władca bredzi. Taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę, z czapką czy bez.
– W porządku, ja też nie potrafię sobie czegoś takiego wyobrazić – przyznał Władca z wyraźną ulgą. – Na dobrą sprawę, jak się tak porządnie zastanowić, ja tej czapki w ogóle nie potrzebuję. Ale oczywiście to nie jest powód, żebym przestał się złościć, albowiem gniew mój, jak sam zauważyłeś, jest niewątpliwie słuszny i zasługuje na szerokie poparcie. Ruszaj więc, kanclerzu, gromadzić krzykaczy, demonstrantów i tarabanistów, żeby nieustającą wrzawę czynili, słuszność mego szału podkreślając. I koniecznie pogoń echo do roboty, niech do znudzenia, we wszystkich zakątkach królestwa powtarza, że czapka-niewidka została przez wrogie siły sfałszowana. Złych wiadomości nigdy za wiele.

Obywatelska postawa

śr., 19 listopada 2014, 13:49

Pomnik Befsztyka był okropnie ciężki i Bobik nieźle się zasapał, taszcząc go z posesji Foksteriera do swojego ogrodu. Gdyby nie święte przekonanie, że pomnik w tych warunkach, jakie miał mu do zaoferowania Foksterier, po prostu się marnuje, zostawiłby go chyba na ulicy i zwiał jak niepyszny. Ale idea stworzenia trwałemu, w spiżu rytemu Befsztykowi odpowiedniego anturażu nieco uskrzydlała, a poza tym jakoś głupio byłoby przerwać całą akcję wobec wyraźnego zainteresowania gapiów nie tylko z pieskiego, ale i ptasiego, a nawet owadziego świata.
Dobry Kumpel przyglądał się wysiłkom szczeniaka od samego początku, chociaż nie przejawiał żadnej ochoty wzięcia w nich udziału. Bobik był za dumny, żeby go o pomoc poprosić, no i nie bardzo też chciał się z kimkolwiek dzielić owocami, po których można go będzie poznać, taszczył więc sam, na przemian to zaciskając zęby, to otwierając paszczę, żeby się porządnie wydyszeć. W końcu wiedział najlepiej ze wszystkich, jak z należy się obchodzić z Befsztykiem i czułby się aspołecznie, gdyby z tej wiedzy nie zrobił użytku.
Jeżeli nawet miał jakiekolwiek wątpliwości na temat swojego przedsięwzięcia, rozwiały się one natychmiast po dotarciu na miejsce i ustawieniu pomnika w dobrze znanym otoczeniu nasturcji, michałków i czarnego bzu. Tylko tutaj Befsztyk był w pełni Befsztykiem i wydawał się rozwijać jakieś utajone, befsztycze skrzydła. Bobik zgrabnie złapał natrętną muchę, usiłującą wyeksponować się na tle pomnika i spojrzał triumfalnie na Dobrego Kumpla, który jakby się trochę zmieszał i bąknął pod nosem:
– Wiesz, Bobik, nie bardzo rozumiem, co ci z tego wszystkiego przyszło.
– Jak to co? – szczerze oburzył się Bobik. – Postawiłem na swoim, nie szczędząc sił i potu. Chyba sam przyznasz, że trudno o bardziej spektakularny przykład obywatelskiej postawy?