Miasteczko z knajpą

pon., 28 listopada 2011, 10:14

Nareszcie! Schodziłem to miasteczko wszerz i wzdłuż i nigdzie nie zauważyłem niczego choćby z pozoru przypominającego knajpę. Sklepy były już zamknięte, a moje kiszki wygrywały coraz żałośniej preludia i uwertury, niedwuznacznie sugerując przejście do bardziej rozwiniętych form. Nie mogłem im dotąd zaproponować żadnych konkretów, ale teraz była szansa na triumfalny finał. Tam, na rogu, to była z całą pewnością restauracja. Szyld, neon, w oknie arkusz brystolu z mnóstwem ozdobnych zawijasów, otaczających reklamowy napis. Nawet krótkowidz już z odległości kilku kroków mógł odczytać: Polecamy bogaty wybór dań szczęsnych, dziarskich i duserów.
Wszedłem. W środku było pusto, trochę zatęchle, bukieciki sztucznych orchidei na stołach usiłowały wyglądać na wystrój wnętrza. Z zaplecza wyjrzała kelnerka i spojrzała na mnie z pewnym zaskoczeniem. Wykonałem przywołujący gest i usiadłem przy pierwszym z brzegu stole. Byłem zbyt głodny, żeby tracić czas na wybieranie miejsca.
Kelnerka zbliżyła się do mnie trochę nieufnie.
– Dla pana? – odezwała się ospałym głosem, nie podając karty.
– Trudno – pomyślałem sobie. – Widocznie wybór nie jest aż taki wielki. I próbując przełamać nieufność kobiety, zapytałem niemal przymilnie: może mi pani powiedzieć, co z tych szczęsnych dań by pani poleciła?
– Szczęsnych nie ma. Wyszły – zawiadomiła kelnerka, patrząc przez mnie jak przez szybę.
– Jak to wyszły? Wszystkie wyszły? – jęknąłem, czując gwałtowną reakcję kiszek.
– Ciężkie czasy były – wyjaśniła kelnerka niechętnie. – Konkurencja nas nie lubiła. To napadli, to podpalili, to zniszczyli. A jak nie mogli, to chociaż klientów odebrali. A potem już nie było konkurencji, ale szczęsne wyszły i nowych się robić nie opłaca. Nic się nie opłaca.
– Dziarskich też się nie opłaca robić? – zapytałem z niepokojem, ale zarazem odrobiną nadziei, że może ponure przewidywania mnie mylą.
– No, przecież mówię, że się nie opłaca. Ale pan się nie martwi, i tak by panu nie smakowały. Ja po kliencie widzę, jakie dania on lubi. Dziarskie wszystkie z takimi brązowymi sosami były. Pan by nie lubił.
– Chyba bym nie lubił – zgodziłem się potulnie. – To już mniejsza o dziarskie. Ale błagam, niech mi pani nie powie, że duserów też nie macie.
– Dusery mogą być – oświadczyła kelnerka bez nadmiernego entuzjazmu. – Tylko że z Kartą Klubową i na zamówienie. Dzień wcześniej. Inaczej nie zejdą i nie będzie się opłacało.
– Czy wy tu w ogóle macie coś do zjedzenia? – rzuciłem dość obcesowo, nie chcąc przedłużać tej chińskiej tortury.
– Czasem mamy – potwierdziła niemrawo siła gastronomiczna. – Wczoraj były jaja. Przedwczoraj niezły bigos. A wcześniej to nawet bitki. Ale wyszły. Co pan chce, ile się da nastarczyć?
Ja też wyszedłem. W progu, tknięty pewną myślą, obróciłem się i zadałem pytanie kelnerce, która jeszcze nie zdążyła zniknąć na zapleczu:
– Niech mi pani powie, skoro i tak niczego nie macie, po co ta szumna reklama?
Wytrzeszczyła na mnie oczy, pierwszy raz przejawiając coś w rodzaju ożywienia.
– No co pan? Musi być. Wszyscy tak robią. Spróbuj pan w dzisiejszych czasach sprzedać co bez reklamy.

Ludzki problem

pon., 21 listopada 2011, 22:08

Gończy Polski z trudem przecisnął się przez niewielką dziurę w żywopłocie, pospiesznie wbiegł na taras i zatrzymał się tuż przed dobrotliwym, emanującym pedagogicznym natchnieniem obliczem Labradorki.
– Znowu się kłócą! – szczeknął z rozpaczą. – Jak pragnę kości, czy nie mogła mi się dostać taka rodzina, która nie brałaby się codziennie za łby?
– A o co się kłócą? – zainteresował się Bobik.
– Żebym to tak naprawdę ktoś wiedział! – jęknął Gończy. – Na przykład ona mówi, że deszcz pada, to on na to, że winni masoni, to ona wtedy, że nieprawda, winny to jest ocet i już sobie skaczą do oczu. Albo ona, że wolność wypowiedzi artystycznej, a on, że satanizm – i łubudu! W ogóle normalnie rozmawiać nie potrafią. Co za ludzie!
– O, to Labradorka ci na pewno pomoże – ucieszył się Bobik. – Ona się zna na ludziach.
Sąsiadka nie dała się nawet raz prosić i natychmiast przystąpiła do wyjaśnień.
Przede wszystkim, mój chłopcze – oświadczyła z przekonaniem – jest jedna zasada, od której się wyjść musi w każdej porządnej dyskusji. Najpierw potrzeba wiedzieć, o czym się mówi, albo cała dyskusja na nic, bezwarunkowo. A ludzie po większej części nie wiedzą nawet o tym, że nie znają istoty każdej rzeczy. A jednak, tak jak gdyby ją znali, nie porozumiewają się co do tego na początku rozważań, toteż w dalszym toku za to pokutują. Bo ani się sami z sobą potem, ani z drugimi pogodzić nie mogą…
– Zaraz, zaraz – przerwał Gończy. – Nie jestem pewien, czy dobrze złapałem, co z tego w praktyce wynika. Czy to znaczy, że jak ktoś wie, o czym mówi, to inni się muszą z nim zgodzić?
– No, coś koło tego, a może i nie tego – przyznała nie do końca pewnie Labradorka i oddaliła się w kierunku domu.
– Poszła zapytać Kota Sokratesa, co właściwie miał na myśli – szepnął konspiracyjnie Bobik. – Przecież sama tego wszystkiego nie wykombinowała, tylko po nim powtórzyła, toczka w toczkę. Wierz mi – wiem, co mówię.
– Ale czy dla mnie coś z tego wynika? – zapytał niespokojnie Gończy Polski.
– Dla ciebie to chyba nie – zasępił się Bobik. – Nawet gdybyśmy pominęli Labradorkę i zwrócili się do samego Kota z prośbą o interwencję, chyba niewiele by z tego wyszło. Już prędzej jego bym namówił, żeby pogadał z twoimi ludźmi, niż ich, żeby zechcieli go posłuchać i zrozumieć.

Prawe łapy, lewe łapy

śr., 16 listopada 2011, 16:43

– Nie jest dobrze – powiedział z niepokojem Bobik i wzdrygnął się nerwowo.
– A… z czym nie jest dobrze? – zainteresowała się Labradorka.
– Z moimi łapami nie jest dobrze. I to z każdą na swój sposób. Jedna lewa na przykład jakaś gnuśna, rozlazła, niepozbierana i stale podkulona jak, nie przymierzając, ogon. Niby wie, jak powinna chodzić i w którym kierunku, ale co krok postawi, to nietrafiony. A druga lewa tylko miską zainteresowana i lataniem za patykiem. Próbowałem ją namówić, żeby była bardziej ideowa, to mnie wyśmiała. Nowoczesna lewa łapa – mówi – pragmatyczna powinna być, nie zajmować się jakimś pitu-pitu, tylko PIT-ami i stołkami, bo to są konkrety.
– Nie przejmuj się tak, na szczęście masz jeszcze dwie prawe – pocieszyła go Labradorka.
– E, tam. Prawe to dopiero kłopot. Prawa tylna co rusz grzęźnie w jakimś błocie. Nie w takim, to w innym. Kiedy ją chcę od tego odwieść, to się upiera, że jej to koniecznie potrzebne, jak umarły i kadzidło. A jak już się z tego błota wynurzy, to zaraz sama ze sobą się nie może dogadać i sama na siebie naskakuje. Potem zaczyna wrzeszczeć, że już sama ze sobą nie wytrzyma i chce się dzielić, żeby każdy kawałek łapy sam sobą rządził. Wyobrażasz to sobie? Przecież pies z pięcioma łapami to chyba jeszcze gorzej niż dwugłowe cielę.
– No, a prawa przednia? – zapytała z resztką nadziei Labradorka.
– O, to już zupełna katastrofa! – jęknął Bobik. – Zupełnie nie mogę nad nią zapanować. Stale się podrywa do góry, twierdząc, że to w pozdrowieniu, ale wygląda raczej tak, jakby groziła. Albo na przykład wbrew mojej woli leci szukać kija, żeby nierasowego psa uderzyć. Fakt, lubi maszerować, co przy długich spacerach mogłoby być korzystne, ale to jej maszerowanie zawsze jakieś kłopoty oznacza. A to kogoś kopnie, a to zwyzywa, a to do mdłości doprowadzi, na murze coś nasmaruje, nagrobek niesłuszny przewróci. Stale się muszę za nią wstydzić przed innymi psami. A już naj-najgorsze ze wszystkiego jest to, że tych wszystkich łap w żaden sposób nie da się skoordynować. Żadna się nie zgadza dopasować swoich ruchów choćby odrobinę do innych po to, żeby całemu psu było łatwiej.
– Rzeczywiście, nie jest to sytuacja optymalna – przyznała Labradorka. – Choć jeszcze nie całkiem tragiczna. W końcu masz w miarę zdrowy tułów i wyszczekaną paszczę, z tym jakoś da się żyć.
– Żyć to owszem, – mruknął Bobik – ale powiedz mi, jak się posuwać do przodu? Ba, przy takich kłopotach z łapami nie wiem nawet, czy jest szansa, żeby kiedyś nareszcie mocno stanąć na nogach.

Ojciec Polak

wt., 8 listopada 2011, 22:00

Rozjaśnia świt ulice, płoty,
bo taka jego rola,
a po ulicy do roboty
zasuwa Ojciec Polak.

Dzieciątka odział oraz umył
i zawiódł do przedszkola,
lecz nie jest powód to do dumy,
tak musi Ojciec Polak.

W robocie jakoś czas przeleci,
a potem – zebrać graty
i lecieć, bo angielski dzieci,
szczepienia, urząd, siaty.

Wraca, powłócząc już nogami,
do domu, a tam jatka,
bo się urżnęła z kumpelkami
w mak drobny Polka Matka.

Talerze tłucze, grozi nożem,
po pysku wali męża…
Cóż, przyjmie Ojciec krzyż w pokorze,
poniesie ten swój ciężar.

Pościeli stertę uprasuje,
pierogów zrobi kopę,
wysłucha, że jest głupim wujem,
flejtuchem i jełopem.

A gdy księżyca już zawiązki,
lub gdy on w cudnej pełni,
Ojciec małżeńskie obowiązki
o Polsce myśląc spełni.

I tylko z ulgą się czasami
zdobędzie na westchnienie:
jak dobrze, że już wreszcie mamy
to równouprawnienie.